Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Bez żadnych wątpliwości — to był najgorszy dzień w życiu Łukasza Borowika.
Ojciec wrócił z pracy wcześniej niż zwykle, przywitał się dosyć niemrawo. Od tygodnia już chodził jakiś zamyślony, wieczorami długo poszeptywali z mamą w kuchni. W normalnych okolicznościach chłopiec na pewno zwróciłby na to uwagę, ale był początek wakacji i słodka wolność do tego stopnia zawróciła mu w głowie, że stracił czujność.
Wstawał o dziesiątej, bez pośpiechu zjadał śniadanie, albo i nie — zależnie od humoru - potem aż do popołudnia testował wytrzymałość nowego dżojstika. Kiedy bolał go już kciuk, oczy i kark, robił sobie przerwę obiadową. Tłem dźwiękowym wszystkich rodzinnych posiłków były szpitalne ploteczki mamy i nieartykułowane pochrząkiwania taty zza gazety; Łukasz tak przywykł do tych odgłosów, że bez nich trudno by mu było skupić się na kotlecie. Potem odpoczywał przez kwadransik z pełnym żołądkiem, pstrykając pilotem od telewizora. Kiedy ojciec zaczynał pochrapywać na kanapie, a mama ruszała do zmywania naczyń, syn z nowymi siłami zasiadał do gry.
Pędził beztroski, błogi żywot dwunastolatka, który świeżo zrzucił pęta powszechnej edukacji. Siadywał sobie czasem przy pustym biurku, w którego blat przez dziesięć miesięcy wsiąkała jego krew, pot i łzy. Delektował się swobodą, rozkoszował nieróbstwem, napawał spokojem. Uważał, że ma do tego pełne moralne prawo: średnia 3,9 na świadectwie ukończenia piątej klasy nikogo zapewne nie mogła olśnić, ale też nie przynosiła ujmy. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku pozwalało na oddawanie się przyjemnościom bez żadnych wyrzutów sumienia. Dolce far niente, jak w podobnych okolicznościach mawiają Włosi.
Życie toczyło się zatem idyllicznym, powolnym trybem — aż do dziś.
— Musimy porozmawiać, synu — zagaił tata tuż po obiedzie, póki jeszcze nikt nie odszedł od stołu.
Łukasz po raz pierwszy poczuł ukłucie niepokoju. Wiedział z doświadczenia, że taki wstęp ojciec rezerwuje na specjalne okazje, jak wywiadówka czy telefon od wychowawczyni. Po tych słowach można się było spodziewać co najmniej pedagogicznego kazania, a może i poważniejszych konsekwencji: wstrzymania kieszonkowego, wzmożonej inwigilacji, a nawet szlabanu na Internet. Ale trwały przecież wakacje, czas ochronny przed tego typu nieprzyjemnościami; na wszelki wypadek Łukasz zachował ostrożność, starając się wybadać teren.
— Co jest, tato? — Z udaną nonszalancją odchylił się na oparcie krzesła.
Pan Borowik nawet nie rozłożył gazety, to świadczyło o powadze sytuacji. Splótł dłonie pod brodą, zmrużył oczy.
— Tak… hm… znaczy, chciałem powiedzieć … — Wyglądało na to, że tata wcale nie jest zły, tylko bardzo zmieszany. Poszukał wzrokiem pomocy u mamy, ale ta zajmowała się właśnie strzepywaniem z obrusa wyimaginowanych okruszków. – Pamiętasz, że mieliśmy w tym roku jechać do Chorwacji?
Chłopak drgnął, ogarnięty nagle niedobrym przeczuciem. Dramatycznym wysiłkiem intelektu próbował dociec, dlaczego ojciec zadał tak niedorzeczne pytanie. Wczasy w Chorwacji, zarezerwowane pół roku temu, zaliczkowane, zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, od miesięcy były przyczyną tęsknych westchnień całej rodziny. Prawie nie było dnia bez rozmów na ten temat, bez wodzenia palcem po mapie. Nigdy wcześniej państwa Borowików nie było stać na zagraniczny wyjazd, dopiero teraz przyszedł czas na realizację marzeń. Ojciec zostawił samochód u mechanika na kompleksowy przegląd, a mama z godnym podziwu samozaparciem usiłowała stracić na wadze. Łukasz też przygotowywał się sumiennie, jak wielki David Livingstone przed afrykańską wyprawą. Skompletował ekwipunek: miał już maskę z rurką do nurkowania, dmuchany ponton, siatkę na kraby, brakowało jeszcze tylko paru drobiazgów. Myśl o plażowaniu nad ciepłym morzem dodawała mu otuchy przez cały drugi semestr, podczas ponurych zmagań z fizyką i z angielskim.
O co więc chodzi? I dlaczego ojciec użył czasu przeszłego?
— Jasne, tato, że pamiętam. — Uznał, że najbezpieczniej będzie zignorować wątpliwości i udawać, że wszystko jest tak, jak powinno. — Wyjeżdżamy dopiero dwudziestego, zostały jeszcze dwa tygodnie. Kupa czasu.
Tato uśmiechnął się blado, jakby stremowany. Bardzo szybko wyparowała z niego stanowczość, z jaką zabrał się do tej rozmowy.
— Wiesz, dostałem awans. Już nie jestem zwyczajnym przedstawicielem handlowym, ale starszym konsultantem. Dadzą mi samochód służbowy, własny gabinet i oczywiście podwyżkę.
— Super! Gratulejszyn. — Chłopak uczepił się nadziei, że nieoczekiwana zmiana tematu jest dobrym znakiem. — Od dawna ci się to należało.
— Dzięki. — Ojciec zwiesił głowę, jakby przyjmował kondolencje. — Takie stanowisko to nie byle co. Można się wybić jeszcze wyżej. Wysyłają mnie na szkolenie do centrali, nie będzie mnie przez miesiąc.
Lampka alarmowa w głowie Łukasza pulsowała wściekle, ale wciąż jeszcze trzymał fason.
— Kiedy jedziesz?
— Pojutrze.
Chłopak rozgrzebał widelcem resztki ziemniaków na talerzu, z całych sił usiłując nie wpadać w panikę.
— Czy to znaczy, że nie będzie cię z nami na wczasach?
Mama wstała i pogłaskała go po głowie jak malca.
— Bez kierowcy nigdzie nie pojedziemy, kochanie.
— Są jeszcze autobusy! Pociągi! Samoloty!
— Oczywiście, ale… — Opuściła ręce; mówiła teraz łagodnie i bardzo cicho. — Ja nie chcę jechać bez taty. To już nie byłyby wczasy, o których marzyliśmy. Boję się, że nie poradziłabym sobie ze wszystkim… Zastanawialiśmy się nad tym bardzo długo i zadecydowaliśmy, żeby odwołać rezerwację.
Łukasz zerwał się gwałtownie, przewracając krzesło. Nie chciał płakać, ale łzy i tak szczypały pod powiekami.
— To niesprawiedliwe! — krzyknął. — Ten twój awans to kara czy nagroda?
Ojciec nie poruszył się, wciąż patrzył w jeden punkt na ścianie. Mama chciała objąć chłopca, ale wywinął się, wybiegł do swojego pokoju i trzasnął drzwiami.
Nazajutrz nie zwlókł się z łóżka ani o dziesiątej, ani nawet o jedenastej. Po raz pierwszy od początku wakacji nie włączył komputera. Z kocem naciągniętym na głowę, umartwiając się na ciele i duszy, postanowił unaocznić całemu światu, jak bardzo go skrzywdzono. Wprawdzie rodzice od rana byli w pracy, nieświadomi jego rozpaczliwej determinacji, ale miał nadzieję, że kiedy wrócą i ujrzą bladą, uszlachetnioną cierpieniem twarz syna, wstrząsną nimi wyrzuty sumienia.
Strajk głodowy — aż do zwycięstwa!
Około południa odczuł nieprzyjemne ssanie w żołądku, które utrudniało koncentrację uwagi na sprawach zasadniczych. W kiszkach burczało donośnie, nie pomagało przewracanie się z boku na bok. Sytuacja stawała się kłopotliwa.
Zaczął rozważać, czy schrupanie jednego słonego paluszka — góra dwóch! — będzie porażką, czy tylko uzasadnionym zawieszeniem protestu. W miarę upływu czasu zwyciężała ta druga opcja, ale nim zamieniła się w czyn, w drzwiach wejściowych zachrobotał klucz.
Na mamę było za wcześnie, kończyła dyżur dopiero o drugiej. Zaintrygowany, wystawił spod koca jedno ucho; rozpoznał ciężkie kroki ojca. Pan Borowik wszedł prosto do pokoju, nie ściągając nawet butów. Usiadł na skraju tapczanu, odchrząknął energicznie.
— Synu? Obudź się. — Nie okazał zdziwienia, że zastał pierworodnego w pościeli; chyba nawet nie zdawał sobie sprawy, która jest godzina.
Całe poświęcenie poszło na marne, to było jasne. Łukasz miał pełne prawo do rozgoryczenia, lecz w głosie ojca było coś takiego, że podniósł się natychmiast.
— Nie śpię.
— Jest problem. Mama musi zostać w szpitalu.
To nie była żadna niezwykła nowina, mamie wypadały od czasu do czasu takie awaryjne dyżury, zwłaszcza w okresie urlopowym. Jadali wtedy we dwóch pizzę, popijali colą; w kuchni, po której nikt się nie krzątał, było tak cicho, że nawet w pokoju słyszeli szum lodówki.
— Trudno. Dla mnie nie zamawiaj pizzy, coś nie mam dzisiaj apetytu. — Łukasz spróbował skierować uwagę ojca na swój nieprzejednany bunt, ale ten niecierpliwie zmarszczył brwi.
— Nie zrozumiałeś mnie. Zatrzymali mamę jako pacjentkę.
Chłopak milczał, w tym samym stopniu zawstydzony, co przestraszony. Mama bardzo często narzekała na zdrowie, kwękała, stękała i pojękiwała, ale raczej z upodobania, niż z konieczności. Wszystkie dolegliwości, od alergii po ból zęba, leczyła kieliszkiem czerwonego wina. Taka terapia widocznie skutkowała, bo od wielu lat mama nie spędziła ani jednego dnia na chorobowym.
Ale tym razem sprawa musiała być poważna. Świadczyły o tym cienie pod oczami ojca i jego dziwne, jakby nieobecne spojrzenie.
— Nie martw się, nie jej nie grozi. — Świeżo awansowany starszy konsultant wziął się w garść, odetchnął głębiej. — W nocy dostała ataku wyrostka. Byłem u niej, jest już po operacji. Mówi, że czuje się dobrze, ale… — nerwowo zatarł dłonie — będzie musiała poleżeć jeszcze parę dni. Może tydzień.
— Czy to przeze mnie? Ten atak? — Łukasz nie podnosił wzroku. — Może za bardzo się wczoraj zdenerwowała?
— Nie opowiadaj głupstw. Takie rzeczy się po prostu zdarzają, to wszystko. Musimy teraz zachować się jak prawdziwi mężczyźni. — Nie było jasne, czy ostatnie słowa bardziej odniósł do syna, czy do siebie.
— Będzie dobrze, tato. Na kolację ukręcę kogel-mogel. Jakoś przetrwamy.
Ojciec wstał, przeszedł się powoli do okna i z powrotem. Rozłożył ręce, jakby zamierzał się z czegoś usprawiedliwić, ale zamiast tego przybrał sztucznie oschły ton.
— Przykro mi, synu. Ja naprawdę muszę wyjechać. Jeśli zrezygnuję, wyślą na moje miejsce kogoś innego. Awans diabli wezmą, a wtedy także w przyszłe wakacje możemy zapomnieć o wczasach.
Łukasz słuchał z szeroko otwartymi oczami, niespokojnie skubiąc dolną wargę. Podejrzewał, że to jeszcze nie koniec nieszczęść.
— Mama jest tego samego zdania — ciągnął ojciec. — W szpitalu ma najlepszą opiekę, sam ordynator zagląda do niej dwa razy dziennie. Będę z nią w kontakcie telefonicznym. Gdyby wydarzyło się coś niepokojącego, natychmiast wrócę.
Dotąd wszystko było jasne i logiczne, ale gdzieś w tych słowach musiała czaić się zasadzka. Łukasz postanowił przyjąć z podniesionym czołem nawet najdotkliwszy cios.
— A co ze mną? — zapytał mężnie.
— Pojedziesz do ciotki Wandy.
Wyskoczył z łóżka i stanął w rozkroku pośrodku pokoju, jakby w rozterce — uciekać, czy też pokornie rzucić się ojcu do kolan.
— Nigdy! — wyzipiał.
Ciotkę Wandę widział tylko raz, przed dwoma laty, kiedy przyjechała z podgórskiego miasteczka na pogrzeb którejś ze swoich licznych kuzynek. Była maleńka jak dziecko, zasuszona, pomarszczona, siwiuteńka; głos miała skrzypiący, niczym zardzewiały zawias. W ogóle nie sprawiała wrażenia człowieka z krwi i kości, ale raczej żywej skamieliny z odległej epoki, która cudem dotrwała do naszych czasów. Była jak mumia o zapachu naftaliny, przybysz z zaświatów, mieszkaniec innego wymiaru. Łukasz pamiętał, że kiedy wówczas, przy poprzednim spotkaniu, ciotka pogładziła go po policzku kościstą dłonią Baby Jagi, przeszedł go zimny dreszcz.
— Bądź rozsądny. — Ojciec sprawiał wrażenie nieco zaskoczonego tak bezkompromisowym sprzeciwem. — To najlepsze wyjście.
Łukasz i kostur czarownicy
Wydawnictwo: Bis
Oprawa: miękka
Ilość stron: 360
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 25,36
Cena detaliczna: 29,83
U nas taniej o 15%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: dla dzieci i młodzieży, literatura przygodowa |
| Wydawnictwo: | Bis |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 135x205 |
| Ilość stron: | 360 |
| ISBN: | 978-83-7551-237-3 |
| EAN: | 9788375512373 |
| Wprowadzono: | 03.02.2012 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęZobacz również
