rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki
Modyfikowany węgiel - mobi, epub

ocena: 6, głosów: 19
 

Fragmenty

przeczytaj fragment e-książki
Modyfikowany węgiel - mobi, epub

MODYFIKOWANY WEGIEL
RICHARD MORGAN
Prolog
Dwie godziny przed świtem siedziałem w obskurnej kuchni, paląc podebranego Sarze papierosa. Czekałem, wsłuchując się w wycie sztormu. Millsport od dawna już spało, ale prądy morskie nawet w nocy szarpały przybrzeżne płycizny. Szum oceanu wypełniał opustoszałe ulice, a delikatne jak muślin opary unoszące się znad wiru opadały na miasto, zasnuwając mgłą kuchenne okno.
Pobudzony chemikaliami, po raz piętnasty tej nocy przeprowadziłem inwentaryzację sprzętu leżącego na poznaczonym bliznami drewnianym stole. Należący do Sary igłowiec połyskiwał mrocznie w słabym świetle, z otworem w rękojeści gotowym na przyjęcie magazynka. Doskonała broń zabójcy, mała i bezgłośna. Magazynki leżały tuż obok. Każdy oklejony taśmą izolacyjną, żeby móc odróżnić rodzaj pocisków – zielone nasenne, czarne z pajęczym jadem. Większość magazynków była owinięta na czarno. Sara zużyła dużo zielonych poprzedniej nocy, na strażników w Gemini Biosys.
Mój sprzęt był mniej subtelny. Duży srebrny smith&wesson i ostatnie cztery granaty halucynogenne. Cienkie, karmazynowe linie wokół każdego z cylindrów zdawały się iskrzyć, jakby miały oderwać się od metalu i unieść w powietrze, dołączając do smużek dymu snujących się z papierosa. Przesunięcie i rozmycie rzeczywistości, efekt uboczny tetrametu, zaliczonego dzisiaj po południu na nabrzeżu. Normalnie, gdy nie jestem na prochach, nie palę, ale z jakichś przyczyn tet zawsze wyzwala głód.
Usłyszałem to na tle odległego ryku sztormu. Drapieżny szum wirników rozcinających tkaninę nocy.
Lekko zdegustowany sobą, zdusiłem papierosa i przeszedłem do sypialni. Sara spała - zbiór okrytych prześcieradłem sinusoidalnych krzywych o niskiej częstotliwości. Jej twarz zakrywały kruczoczarne włosy, a jedna z rąk o długich palcach wystawała nad krawędź łóżka. Kiedy stałem, przyglądając się jej, noc na zewnątrz pękła. Jeden z orbitalnych strażników Świata Harlana oddał strzał testowy w morze. Grzmot zranionego nieba przetoczył się, uderzając w okna. Kobieta w łóżku poruszyła się i odgarnęła włosy z twarzy. Spojrzenie ciekłych kryształów znalazło mnie i natychmiast się skupiło.
– Co się tak gapisz? – Głos miała ochrypły od snu.
Uśmiechnąłem się.
– Nie wciskaj mi kitu. Powiedz, na co się gapisz.
– Tylko patrzę. Czas ruszać.
Uniosła głowę i wyłowiła dźwięk helikoptera. Z jej twarzy odpłynął sen. Usiadła wyprostowana.
– Gdzie towar?
Dowcip korpusu. Uśmiechnąłem się jak przy spotkaniu starego przyjaciela i skinąłem w stronę walizki w kącie pokoju.
– Podaj mi mój pistolet.
– Tak, proszę pani. Czarne czy zielone?
– Czarne. Ufam tym wszarzom mniej więcej tyle, co kondomowi z folii.
W kuchni załadowałem pistolet igłowy, zerknąłem na własną broń i zostawiłem ją na miejscu. Zamiast niej zgarnąłem drugą ręką jeden z granatów H. Zatrzymałem się w przejściu do sypialni i zważyłem sprzęt w dłoniach, jakbym próbował zdecydować, który jest cięższy.
– Małe co nieco z pani substytutem penisa?
Sara spojrzała na mnie spod grzywy opadających na czoło czarnych włosów. Wciągała właśnie na nogi długie, wełniane skarpety.
– To twój ma długą lufę, Tak.
– Rozmiar nie...
Oboje usłyszeliśmy to równocześnie. Podwójne, metaliczne „klak” z zewnętrznego korytarza. Nasze spojrzenia się spotkały i przez ułamek sekundy widziałem odbite w jej oczach własne zdziwienie. Rzuciłem w jej stronę nabity pistolet. Wyciągnęła rękę i złapała go w powietrzu dokładnie w chwili, gdy cała ściana sypialni zawaliła się z hukiem. Wybuch rzucił mnie do kąta i powalił na podłogę.
Musieli zlokalizować nas w mieszkaniu kamerami termowizyjnymi, a potem zaminować całą ścianę rzepami. Tym razem nie ryzykowali. Komandos, który przeszedł przez zrujnowaną ścianę, był krępy i błyszczał owadzimi oczami bojowej maski gazowej, dźwigając w osłoniętych rękawicami dłoniach krótkolufowy karabinek Kałasznikowa.
Ogłuszony brzmiącymi w uszach dzwonkami, wciąż na podłodze, rzuciłem w niego granatem. Był nieodbezpieczony, zresztą i tak bezużyteczny przeciw masce gazowej, ale tamten nie miał czasu zidentyfikować rzuconego w jego stronę obiektu. Odbił go korpusem kałasznikowa i zatoczył się do tyłu, szeroko otwierając osłonięte maską oczy.
– Granat, padnij!
Sara leżała na podłodze za łóżkiem, chroniąc głowę ramionami, osłonięta przed podmuchem wcześniejszej eksplozji. Usłyszała krzyk i w ciągu paru sekund, które kupił nam bluff, podniosła się, unosząc igłowiec. Za ścianą dostrzegłem postacie kulące się w oczekiwaniu na spodziewany wybuch granatu. Usłyszałem przypominający bzyczenie komara świst monomolekularnych igieł z trzech wystrzałów wycelowanych w pierwszego komandosa. Niewidoczne, przebiły się przez kombinezon bojowy i zatopiły w ciele pod spodem. Gdy trucizna wbiła swoje szpony w system nerwowy, komandos stęknął jak ktoś usiłujący dźwignąć wielki ciężar. Wyszczerzyłem zęby i zacząłem się podnosić.
Sara kierowała właśnie celownik na dalsze postacie za ścianą, kiedy w drzwiach kuchennych pojawił się drugi tej nocy komandos i rozwalił ją z karabinka szturmowego.
Wciąż na kolanach, z chemiczną jasnością wizji przyglądałem się, jak ginie. Wszystko działo się tak wolno, że przypominało oglądanie filmu w zwolnionym tempie. Komandos celował nisko, blokując kałasznikowa przed odrzutem superszybkiego ognia, z którego słynął ten model. Najpierw poszło po łóżku, podnosząc tuman pierza i strzępów materiału, potem przez Sarę, złapaną w półobrocie. Zobaczyłem, jak jedna z jej nóg zmienia się w miazgę pod kolanem, a potem tors, z którego pociski wyrwały krwawe strzępy tkanki wielkości pięści, gdy przelatywała przez ścianę ognia.
Poderwałem się na nogi, gdy tylko zamilkł automat. Sara padła na twarz, jakby próbując ukryć rany od pocisków, ale i tak widziałem wszystko przez krwawą zasłonę. Bez chwili namysłu wypadłem zza rogu, a komandos nie zdążył obrócić kałasznikowa. Uderzyłem w niego na wysokości talii, zablokowałem karabin i odepchnąłem z powrotem do kuchni. Lufa automatu zaczepiła o framugę i broń wypadła mu z ręki. Usłyszałem, jak metalicznie wali za mną o posadzkę. Z siłą i szybkością tetrametu usiadłem okrakiem na przeciwniku, zablokowałem cios ręką i chwyciłem dłońmi jego głowę. Rozbiłem ją o podłogę jak kokosa.
Oczy pod maską straciły nagle ostrość. Ponownie uniosłem jego głowę i jeszcze raz grzmotnąłem nią o podłogę, czując, jak od uderzenia pęka czaszka. Pomimo chrupnięcia, dźwignąłem ją znowu i trzasnąłem po raz kolejny. Uszy wypełniał mi grzmot jak w środku burzy, a gdzieś na obrzeżach świadomości słyszałem własny głos wrzeszczący przekleństwa. Uderzałem czwarty czy piąty raz, gdy coś kopnęło mnie między łopatkami, a z nogi stołowej przede mną jakimś magicznym sposobem wyskoczyły drzazgi. Poczułem ukłucie, gdy dwie z nich wbiły mi się w twarz.
Nagle wyciekła ze mnie cała wściekłość. Prawie łagodnie opuściłem głowę komandosa i unosiłem w zdumieniu dłoń do skaleczeń od drzazg w policzku, gdy uświadomiłem sobie, że strzelono do mnie i że pocisk musiał przebić się przez moją klatkę piersiową, wbijając się w nogę stołu. Otumaniony spojrzałem w dół i dostrzegłem rozlewającą się po koszuli ciemnoczerwoną plamę. Żadnych wątpliwości. Dziura wylotowa wielkości piłki golfowej.
Wraz ze świadomością nadszedł ból. Czułem się tak, jakby ktoś szybko przeciągnął mi przez pierś stalową szczotkę do czyszczenia rur. Niemal z namysłem sięgnąłem, odnalazłem otwór po kuli i wsadziłem w niego dwa palce. Ich czubki przesunęły się po nierównościach rozerwanych kości i poczułem, jak o jeden z nich uderza coś elastycznego. Pocisk ominął serce. Stęknąłem i spróbowałem się podnieść, ale odgłos przeszedł w kaszel i poczułem na języku krew.
– Nie ruszaj się, skurwielu!
Krzyk wydobył się z młodego, zaciśniętego w szoku gardła. Pochyliłem się nad swoją raną i obejrzałem przez ramię. Za mną, w drzwiach, stał młody mężczyzna w policyjnym mundurze, kurczowo zaciskając dłonie na pistolecie, z którego przed chwilą strzelił. Trząsł się. Znów kaszlnąłem i obróciłem się w stronę stołu. Smith&wesson leżał na wysokości moich oczu, błyszcząc srebrem, dokładnie tam, gdzie zostawiłem go przed dwiema minutami. Możliwe, że pokierowało mną właśnie to, drobne strzępki chwil zaplanowanych, gdy Sara jeszcze żyła i wszystko było dobrze. Niecałe dwie minuty temu mogłem podnieść pistolet, nawet o tym myślałem, więc czemu nie teraz. Zacisnąłem zęby, mocniej przycisnąłem palce do rany w piersiach i wyprostowałem się. O podniebienie uderzyła ciepła struga krwi. Wolną ręką oparłem się o krawędź stołu i obejrzałem na gliniarza. Czułem, jak moje wargi odsuwają się od zaciśniętych zębów w upiornym uśmiechu.
– Nie zmuszaj mnie do tego, Kovacs.
Z oddechem świszczącym przez zęby i bulgoczącym w gardle przysunąłem się o krok do stołu i oparłem o niego biodrami. Na pobrużdżonym blacie smith&wesson błyszczał jak złoty skarb. Z orbity trysnął strumień energii sięgając gdzieś w otchłań, rozjaśniając kuchnię na niebiesko. Słyszałem zew sztormu.
– Powiedziałem nie...
Zamknąłem oczy i sięgnąłem po pistolet.


CZĘŚĆ 1: PRZYBYCIE
(TRANSFER STRUNOWY)


Rozdział pierwszy
Zmartwychwstanie może być brutalne.
W Korpusie Emisariuszy uczą, żeby przed przechowalnią odpuścić. Przestawić się na zero i dryfować. To pierwsza lekcja, a nauczyciele wbijają to w ciebie od pierwszego dnia. W sali wykładowej przechadzała się przed nami Hardooka Virginia Viadura, z ciałem tancerki ukrytym w bezkształtnym kombinezonie Korpusu.
– Niczym się nie przejmujcie – powiedziała – A będziecie gotowi.
Spotkałem ją znowu dekadę później, w areszcie sądowym w New Kanagawa. Kładli ją na sto osiemdziesiąt; napad z bronią w ręku i uszkodzenia organiczne. Ostatnie, co mi powiedziała, gdy wyprowadzali ją z celi to: Nie martw się chłopcze, przechowają to. Potem nachyliła głowę, by zapalić papierosa, głęboko wciągnęła dym w płuca, które nic ją już nie obchodziły, i ruszyła korytarzem, jakby szła na nudny wykład. W wąskim polu widzenia ograniczonym drzwiami celi patrzyłem, jak idzie z dumą, i niczym mantrę szeptałem do siebie słowa: Nie martw się, przechowają to. Była to obosieczna mądrość ludowa. Ślepa wiara w skuteczność systemu karnego i klucz do ulotnego stanu umysłu, bez którego nie dało się uniknąć raf psychozy. Bez względu na to, co czujesz, myślisz, kimkolwiek jesteś, gdy wrzucają cię do przechowalni, tym będziesz wychodząc z niej. Łącznie ze stanami lękowymi, co może stanowić problem. Więc odpuszczasz sobie. Przełączasz się na zero. Odrywasz się i dryfujesz.
O ile masz czas.
Wyskoczyłem ze zbiornika, jedną ręką macając po piersiach w poszukiwaniu rany, drugą sięgając po nieistniejącą broń. Grawitacja uderzyła mnie niczym młot i opadłem z powrotem w żel pływowy. Na ślepo machałem rękami, aż łokciem walnąłem boleśnie w bok zbiornika i jęknąłem. Żel wlał mi się przez usta i popłynął w dół gardła. Natychmiast zacisnąłem wargi i złapałem się listwy uszczelniającej zbiornik, ale miałem to już wszędzie. Zalewało oczy, paliło mnie w nosie i gardle, ślizgało się po palcach. Masa zmuszała mnie do zwolnienia uchwytu na pokrywie, przygniatając moją klatkę jak podczas manewru w wysokim g, wciskając w żel. Żel pływowy? Tonąłem.
Nagle ktoś mocno chwycił mnie za ramię i krztuszącego się, wyciągnął do pozycji siedzącej. Kiedy właśnie docierało do mnie, że nie mam żadnej rany na piersiach, ktoś przetarł mi twarz ręcznikiem i mogłem wreszcie coś zobaczyć. Postanowiłem zachować tę przyjemność na później i skupiłem się na tym, by oczyścić gardło i nos z zawartości zbiornika. Przez około pół minuty siedziałem z opuszczoną głową, wykrztuszając z siebie żel i próbując dojść, czemu wszystko tyle waży.
– I tyle po treningu. – Twardy, męski głos, w rodzaju tych, jakie zazwyczaj słyszy się wokół instytucji związanych z prawem. – Czego cię nauczyli w tych Emisariuszach, co, Kovacs?
Wtedy to do mnie dotarło. Na Świecie Harlana Kovacs to dość powszechne nazwisko. Wszyscy wiedzą, jak je wymawiać. Ten facet nie wiedział. Mówił w zniekształconej odmianie amangielskiego używanego na Świecie, ale nawet biorąc to pod uwagę, mocno zniekształcał nazwisko, a końcówkę wymawiał z twardym „k”, zamiast słowiańskiego „cz”. W ogóle, wszystko było tu za ciężkie.
Zrozumienie przebiło się przez moją otumanioną percepcję jak cegła przez taflę matowanego szkła.
Inna planeta.
Gdzieś po drodze wzięli Takeshiego Kovacsa (m.c.) i go przesłali. A skoro Świat Harlana stanowił jedyną zamieszkałą biosferę w układzie Glimmera, oznaczało to równocześnie międzygwiezdną transmisję strunową do...
Gdzie?
Rozejrzałem się. Zgrzebne rury neonów osadzone pod betonowym sufitem. Siedziałem w otwartym włazie matowego, metalowego cylindra, dla świata wyglądając jak antyczny lotnik, który zapomniał ubrać się przed wejściem na pokład swojego dwupłatowca. Cylinder był jednym z rzędu około dwudziestu, ustawionych pod ścianą, naprzeciw zamkniętych, ciężkich metalowych drzwi. Powietrze było chłodne, a ściany niepomalowane. Należało oddać sprawiedliwość, na Świecie Harlana przynajmniej sale upowłokowiania maluje się na pastelowo, a obsługa jest schludna. W końcu skoro spłaciło się dług wobec społeczeństwa, mogą ci przynajmniej zapewnić słoneczny start w nowe życie.
Określenie „słoneczny” zdecydowanie nie pasowało do stojącej przede mną postaci. Facet miał około dwa metry wzrostu i wyglądał, jakby zanim załapał się na obecne stanowisko, utrzymywał się z zapasów z bagiennymi tygrysami. Muskulatura wypychała jego klatkę piersiową i ręce jak zbroja, a włosy ostrzygł tuż przy skórze, odsłaniając schodzącą do lewego ucha długą bliznę w kształcie błyskawicy. Ubrany był w luźny czarny strój, z naramiennikami i logo w kształcie dyskietki na piersi. Oczy pasowały do ubrania, patrzyły na mnie z twardym spokojem. Po tym, jak pomógł mi się podnieść, cofnął się na wyciągnięcie ręki, dokładnie według podręcznika. Robił to już od dawna.
Zablokowałem jeden z otworów w nosie i wydmuchałem z drugiego żel.
– Chcesz mi powiedzieć, gdzie jestem? Wyliczyć mi moje prawa, coś w tym stylu?
– W tej chwili nie masz żadnych praw, Kovacs.
Spojrzałem w górę i zauważyłem, że na jego twarzy wciąż malował się ten sam ponury uśmiech. Wzruszyłem ramionami i wysmarkałem nos do końca.
– Powiesz mi, gdzie jestem?
Zawahał się na chwilę, zerknął na oświetlony neonami sufit, jakby chcąc upewnić się co do informacji, zanim mi ją przekaże, a potem powtórzył mój gest.
– Jasne. Czemu nie? Jesteś w Bay City, stary. Bay City, Ziemia. – Na jego twarz wrócił grymas udający uśmiech. – Kolebka rasy ludzkiej. Życzymy miłego pobytu na tym najstarszym z cywilizowanych światów. Ta-dada-DAAM.
– Nie rezygnuj z pracy – powiedziałem trzeźwo.
* * *
Lekarka poprowadziła mnie długim, białym korytarzem, którego podłoga nosiła liczne ślady gumy z łóżek na kółkach. Poruszała się dość szybko i z trudem za nią nadążałem, zwłaszcza że miałem na sobie wyłącznie owinięty wokół bioder szary ręcznik i wciąż jeszcze ociekałem żelem ze zbiornika. Zachowywała się z wymuszoną uprzejmością, ale wyczuwałem w tym coś głębszego. Pod ramię wcisnęła sobie zwinięty w rulon arkusz dokumentacji. Zastanawiałem się, przez ile upowłokowień dziennie przechodziła.
– Przez następny dzień czy dwa powinien pan jak najwięcej odpoczywać – wyrecytowała. – Mogą się pojawić drobne dolegliwości i bóle, ale to normalne. Sen załatwi sprawę. Jeśli będzie pan miał jakieś nawracające komp...
– Wiem. Już przez to przechodziłem.
Kiepski początek znajomości, ale właśnie przypomniałem sobie Sarę.
Zatrzymaliśmy się przed bocznymi drzwiami z matową szybą i napisem: PRYSZNIC. Lekarka skierowała mnie do środka i przez chwilę stała, przyglądając mi się.
– Pryszniców też już używałem – zapewniłem.
Skinęła głową.
– Kiedy pan skończy, na końcu korytarza jest winda. Wysiądzie pan piętro niżej. Aha, czeka na pana policja, chcą z panem porozmawiać.
Instrukcja mówi, że nowo upowłokowionym powinno się oszczędzać silnych wrażeń i adrenaliny, ale prawdopodobnie czytała moją kartotekę i nie uznała spotkania z policją za szczególne wydarzenie w moim życiu. Spróbowałem właśnie tak do tego podejść.
– Czego chcą?
– Nie byli uprzejmi mnie o tym poinformować. – Słowa zdradzały frustrację, której nie powinna była po sobie pokazać. – Może wyprzedza pana reputacja.
– Możliwe. – Kierowany impulsem, wykrzywiłem nową twarz w uśmiechu. – Pani doktor, nigdy tu jeszcze nie byłem. To znaczy na Ziemi. Nie miałem jeszcze do czynienia z waszą policją. Powinienem się bać?
Popatrzyła na mnie i zobaczyłem, jak rozwija się to w jej oczach; strach, zdumienie i pogarda zawiedzionego reformatora ludzkości.
– Człowieka takiego jak pan – powiedziała w końcu – to chyba oni powinni się bać.
– Jasne, racja – zgodziłem się cicho.
Zawahała się, potem machnęła ręką.
– W przebieralni jest lustro – stwierdziła i wyszła. Zerknąłem w stronę wskazanego pokoju, niepewny, czy jestem już na nie gotów.
Pod prysznicem bez żadnej konkretnej melodii wygwizdałem swój niepokój i namydliłem się, obmacując równocześnie nowe ciało. Powłoka miała niewiele ponad czterdzieści standardowych lat Protektoratu, budowę pływaka i chyba jakieś wojskowe uwarunkowanie w układzie nerwowym. Najprawdopodobniej podrasowanie neurochemiczne. Miałem już kiedyś coś takiego. Ucisk w płucach sugerował uzależnienie od nikotyny. Na ramieniu miałem też potężną bliznę, ale poza tym nie znalazłem nic, do czego mógłbym się przyczepić. Drobne wady i problemy same później wyjdą, ale jeśli ma się choć odrobinę rozsądku, po prostu się do nich przywyka. Każda powłoka ma swoją historię. Jeśli przejmujesz się czymś takim, prędzej czy później stajesz w kolejce do Synthety albo Fabrikonu. Nosiłem już całkiem sporo syntetycznych powłok, bo dość często używają ich podczas przesłuchań. Są tanie, ale za bardzo przypomina to samotne mieszkanie w domu pełnym przeciągów, i nigdy nie potrafią dobrze podpiąć zmysłu smaku. Wszystko, co jesz, smakuje jak gotowane trociny.
W przebieralni znalazłem elegancko poskładany na półce letni garnitur i lustro na ścianie. Na szczycie stosiku z ubraniem leżała biała koperta z moim nazwiskiem, przyciśnięta prostym, stalowym zegarkiem. Wziąłem głęboki oddech i podszedłem do lustra.
Ta chwila zawsze była najtrudniejsza. W ciągu ostatnich dwudziestu lat często mi się to zdarzało, ale wciąż doznaję wstrząsu, gdy zaglądając w lustro, widzę w nim nieznaną twarz. Jakby obraz wydobywał się z głębin stereogramu. Przez pierwszych kilka chwil widzisz tylko kogoś obcego, kto przypatruje ci się przez okno. Potem, jak przy zmianie ostrości, czujesz, że unosisz się za tą maską i przywierasz do niej od środka z niemal namacalnym wstrząsem. Jakby ktoś przeciął pępowinę, tylko zamiast rozdzielenia dwóch osób, dokonuje się odrzucenie obcości, i oto patrzysz w lustrze na własne odbicie.
Stałem tam i wycierałem się do sucha, przyzwyczajając się do nowej twarzy. Zasadniczo miała kaukaskie rysy, co było dla mnie pewną odmianą, i sprawiała wrażenie, że nawet jeśli istniało w życiu coś takiego jak linia najmniejszego oporu, jej właściciel nigdy się nią nie kierował. Nawet przez charakterystyczną bladość wynikającą z długiego pobytu w zbiorniku przebijały twarde rysy jakby wysmagane przez wiatr. Wszędzie widniały bruzdy. Gęste, czarne włosy tu i ówdzie zaczynały siwieć. Oczy były zamyślone i niebieskie, a pod lewym biegła niewielka, postrzępiona blizna. Uniosłem lewe przedramię i przyjrzałem się wypisanej tam historii, zastanawiając się, czy te dwie sprawy miały ze sobą jakiś związek.
Koperta pod zegarkiem zawierała pojedynczą kartkę zadrukowanego papieru. Wydruk, ręczny podpis. Bardzo staromodne.
Cóż, jesteś teraz na Ziemi. Najstarszym z cywilizowanych światów. Wzruszyłem ramionami i przeczytałem list, potem ubrałem się i wsadziłem go do kieszeni mojej nowej marynarki. Zerkając po raz ostatni do lustra, założyłem zegarek i ruszyłem na spotkanie policji.
Była szesnasta piętnaście czasu lokalnego.
* * *
Lekarka czekała na mnie, siedząc za długim blatem recepcji i wypełniając na monitorze jakieś formularze. Obok niej stał chudy, poważnie wyglądający mężczyzna ubrany na czarno. W pokoju nie było nikogo więcej.
– Pan z policji?
– Na zewnątrz. – Machnął w stronę drzwi. – To nie ich teren. Potrzebują specjalnego nakazu, żeby móc tu wejść. Mamy własną ochronę.
– A pan jest...?
Przyjrzał mi się z tą samą mieszaniną emocji, która uderzyła mnie wcześniej w spojrzeniu lekarki.
– Naczelnik Sullivan, kierownik Centrali Bay City, instytucji, którą właśnie pan opuszcza.
– Nie wygląda pan na zachwyconego wypuszczeniem mnie.
Sullivan przygwoździł mnie wzrokiem.
– Jesteś recydywistą, Kovacs. Nigdy nie widziałem sensu w tym, żeby tracić dobre ciało i krew na ludzi takich jak ty.
Dotknąłem trzymanego w kieszeni listu.
– Na szczęście dla mnie, pan Bancroft ma na ten temat inne zdanie. Powinien był wysłać po mnie limuzynę. Ona również czeka na zewnątrz?
– Nie sprawdzałem.
Gdzieś na blacie zabrzmiał pojedynczy dzwonek. Lekarka skończyła wprowadzać dane. Oderwała wystający kawałek wydruku, podpisała go w kilku miejscach i podała Sullivanowi. Naczelnik nachylił się nad arkuszem i przejrzał go zwężonymi oczami, po czym umieścił na nim podpis i podał mi kopię.
– Takeshi Lev Kovacs – oświadczył, tak samo źle wymawiając moje nazwisko jak jego pracownik w pokoju ze zbiornikiem. – Na mocy władzy powierzonej mi przez Wydział Sprawiedliwości NZ, wypuszczam pana, wynajmując Laurensowi Bancroftowi na okres nieprzekraczający sześciu tygodni, po którym to czasie pańskie zwolnienie zostanie ponownie rozpatrzone. Proszę tu podpisać.
Wziąłem pióro i w miejscu wskazanym przez naczelnika napisałem swoje nazwisko cudzym charakterem pisma. Sullivan rozdzielił górną i dolną kopię, po czym podał mi tę różową. Lekarka przytrzymała drugi arkusz, przejęty po chwili przez Sullivana.
– To oświadczenie lekarskie potwierdzające, że Takeshi Kovacs (m.c.) został przejęty w nienaruszonym stanie od Administracji Sądowej Świata Harlana, po czym upowłokowiono go w tym ciele. Poświadczony przeze mnie i zamknięty obwód monitorujący. W załączeniu dysk z kopią szczegółów transmisji i danymi zbiornika. Proszę podpisać deklarację.
Spojrzałem w górę i bezskutecznie poszukałem jakichś kamer. Nie warto się rzucać. Po raz drugi przećwiczyłem swój nowy podpis.
– Oto kopia obowiązującej pana umowy wynajmu. Proszę ją uważnie przeczytać. Naruszenie któregokolwiek z punktów może spowodować natychmiastowe przeniesienie pana na powrót do przechowalni i wykonanie kary w pełnym wymiarze albo tu, albo w innej instytucji wyznaczonej przez Administrację. Czy rozumie pan te warunki i zgadza się im podlegać?
Wziąłem dokument i szybko go przeskanowałem. Standardowa papka. Zmodyfikowana wersja zwolnienia warunkowego, jakie podpisywałem już pół tuzina razy na Świecie Harlana. Napisane nieco bardziej formalnym językiem, ale treść była ta sama. Czyste pieprzenie. Podpisałem bez mrugnięcia.
– No cóż – Sullivan jakby stracił część swojej sztywności. – Ma pan szczęście, Kovacs. Niech pan nie zmarnuje szansy.
Nigdy im się nie znudzi powtarzanie tego?
W milczeniu złożyłem moje kopie dokumentów i wcisnąłem je do kieszeni obok listu. Odwracałem się, by wyjść, gdy lekarka wstała z miejsca i wysunęła w moją stronę małą, białą karteczkę.
– Panie Kovacs.
Zatrzymałem się.
– Nie powinien pan mieć żadnych poważnych problemów z aklimatyzacją – stwierdziła. – To zdrowe ciało i jest pan do tego przyzwyczajony. Gdyby jednak działo się coś poważnego, proszę zadzwonić pod ten numer.
Wyciągnąłem rękę i chwyciłem biały prostokąt z mechaniczną precyzją, której wcześniej nie zauważyłem. Neurochemia zaczynała zaskakiwać. Wsunąłem karteczkę do tej samej kieszeni, co resztę papierów, i wyszedłem, bez słowa przemierzając recepcję i otwierając drzwi. Może byłem niewdzięcznikiem, ale nie sądziłem, żeby ktokolwiek w tym budynku zapracował już na moją wdzięczność.
Ma pan szczęście, Kovacs. Jasne. Sto osiemdziesiąt lat świetlnych od domu, w ciele innego człowieka w ramach sześciotygodniowego wynajmu. Przetransportowany, by wykonać pracę, której lokalna policja nie tknęłaby nawet pałką. Zawiodę, a czeka mnie powrót do przechowalni. Czułem się tak szczęśliwy, że mijając drzwi, mógłbym zacząć śpiewać.

Rozdział drugi
Wyszedłem do olbrzymiej, prawie pustej hali. Bardzo przypominała stację kolejową w domu, w Millsport. W popołudniowym słońcu świecącym przez przezroczysty, pochyły dach, bursztynowym blaskiem błyszczała podłoga z hartowanego szkła. Kilkoro dzieci bawiło się automatycznymi drzwiami w wejściu, a w cieniu pod ścianą snuł się samotny robot porządkowy. Nic więcej się nie działo. Porzuceni w blasku na ławkach ze starego drewna rozproszeni ludzie czekali w ciszy na przyjaciół lub członków rodziny powracających z wygnania w modyfikowany węgiel.
Ośrodek Transferu.
Ludzie ci nie będą w stanie rozpoznać bliskich w ich nowych powłokach. To nowo przybyli musieli dokonywać identyfikacji, a w czekających niecierpliwość ponownego zjednoczenia tłumił zimny strach przed nieznanym ciałem i twarzą, którą trzeba będzie nauczyć się kochać. A może byli po prostu przedstawicielami kolejnych pokoleń i czekali na krewnych będących dla nich niczym więcej, jak tylko odległym wspomnieniem z dzieciństwa lub rodzinną legendą. Znałem jednego faceta w Korpusie, Murakami, który czekał na wypuszczenie pradziadka odstawionego ponad wiek wcześniej. Przyjechał do Newpest z litrem whisky i akcesoriami do bilardu. Wychowano go na opowieściach o wyczynach prapradziadka w salach bilardowych Kanagawy. Facet został odstawiony, zanim jeszcze Murakami się urodził.
Schodząc po schodach do sali, zauważyłem mój komitet powitalny. Wokół jednej z ławek kręciły się trzy potężne sylwetki, przechadzając się leniwie w ukośnych promieniach słońca, wzbudzając wiry w unoszących się tam kłębach kurzu. Na ławce siedziała czwarta postać, ze złożonymi rękami i wyciągniętymi nogami. Cała czwórka miała na nosach lustrzane okulary słoneczne, które z tej odległości zmieniały ich twarze w identyczne maski.
Kierując się w stronę drzwi, bynajmniej nie zboczyłem w ich stronę, co musieli uświadomić sobie dopiero, gdy byłem już w pół drogi przez halę. Dwóch z nich oddryfowało, by przejąć mnie ze spokojem niedawno karmionych, wielkich kotów. Potężni i groźnie wyglądający, z zadbanymi, czerwonymi irokezami na głowach, dotarli do mojej trasy kilka metrów przede mną, zmuszając mnie albo do zatrzymania się, albo do obejścia ich ostrym łukiem. Stanąłem. Świeżo po przybyciu i ledwie upowłokowiony - kiepskie warunki na wkurzanie lokalnej policji. Spróbowałem drugiego tego dnia uśmiechu.
– Mogę w czymś pomóc?
Starszy nonszalancko machnął w moją stronę odznaką, po czym zaraz ją schował, jakby mogła się zbrukać na powietrzu.
– Policja Bay City. Porucznik chce z panem porozmawiać.
Zabrzmiało to tak, jakby planował dodać na końcu jakiś epitet. Przybrałem postawę kogoś, kto głęboko się zastanawia, czy pójść z nimi, ale mieli mnie i dobrze o tym wiedzieli. Godzinę po wyjściu ze zbiornika nie zna się swojego ciała na tyle, by pakować się nim w bójki. Zablokowałem obrazy śmierci Sary i pozwoliłem zaprowadzić się do siedzącego policjanta.
Porucznik okazała się kobietą po trzydziestce. Pod złotymi dyskami lustrzanek widać było kości policzkowe zdradzające amerindiańskie korzenie i szerokie usta chwilowo wykrzywione w sardonicznym uśmiechu. Okulary wciśnięto na nos, którym można by otwierać konserwy. Całą twarz otaczały krótkie, zmierzwione włosy, podpięte z przodu spinkami. Owinęła się w za dużą kurtką wojskową, ale długie nogi w czarnych spodniach wystające spod okrycia zdradzały szczupłe ciało. Prawie przez minutę patrzyła na mnie w górę z rękami złożonymi na piersiach, zanim w końcu się odezwała.
– Kovacs, tak?
– Tak.
– Takeshi Kovacs? – Wymawiała to idealnie. – Ze Świata Harlana? Millsport via przechowalnia w Kanagawie?
– Wie pani co? Po prostu przerwę, kiedy się pani pomyli.
Zapadła długa cisza, odbita w lustrzanych soczewkach. Porucznik rozluźniła ramiona i zaczęła oglądać krawędź jednej ze swoich dłoni.
– Masz pozwolenie na to poczucie humoru, Kovacs?
– Przykro mi, zostało w domu.
– A co cię sprowadza na Ziemię?
Wykonałem niecierpliwy gest.
– Sami wiecie, inaczej by was tu nie było. Macie mi coś do powiedzenia czy po prostu przyprowadziła ich tu pani na pokazówkę?
Poczułem, jak na moim ramieniu zaciska się dłoń. Porucznik wykonała ledwie dostrzegalny gest głową i stojący za mną gliniarz rozluźnił uchwyt.
– Spokojnie, Kovacs. Zagajam rozmowę. Tak, wiem, że wyciągnął cię Laurens Bancroft. Prawdę mówiąc, jestem tu, żeby zaproponować ci podwiezienie do jego rezydencji. – Nagle wyprostowała się na ławce i wstała. Była prawie równie wysoka jak moja nowa powłoka. – Kristin Ortega, Wydział Uszkodzeń Organicznych. Zajmowałam się sprawą Bancrofta.
– Zajmowała się pani?
Kiwnęła głową.
– Sprawa jest zamknięta, Kovacs.
– Czy to ostrzeżenie?
– Nie, to po prostu fakty. Czyste samobójstwo.
– Bancroft chyba w to wątpi. Twierdzi, że został zamordowany.
– Jasne, słyszałam. – Ortega wzruszyła ramionami. – Cóż, jego prawo. Pewnie trudno takiemu człowiekowi uwierzyć, że sam odstrzelił sobie głowę.
– Takiemu człowiekowi?
– Och, daj spokój... – przerwała i uśmiechnęła się do mnie lekko. – Przepraszam, ciągle zapominam.
– O czym?
Kolejna przerwa, ale tym razem Kristin Ortega po raz pierwszy w trakcie naszej krótkiej znajomości wyglądała na wytrąconą z równowagi. Kiedy znów się odezwała, jej głos zdradzał wahanie.
– Nie jesteś stąd.
– Więc?
– Więc każdy tutejszy wiedziałby, jakim rodzajem człowieka jest Laurens Bancroft. To wszystko.
Zafascynowany powodem, dla którego ktoś mógłby tak nieudolnie kłamać całkowicie obcej osobie, spróbowałem ją uspokoić.
– Bogatym – zaryzykowałem – i potężnym.
Uśmiechnęła się słabo.
– Widzisz. Więc jak, podwieźć cię?
Według listu, który miałem w kieszeni, przed terminalem powinien czekać na mnie szofer. Bancroft nic nie wspominał o policji. Wzruszyłem ramionami.
– Jeszcze nigdy nie odrzuciłem darmowej przejażdżki.
– Dobrze. Chodźmy.
Otoczyli mnie w drodze do drzwi i wyszli przede mną na zewnątrz jak ochroniarze, rozglądając się dookoła. Razem z Ortegą minęliśmy próg. Uderzył mnie w twarz ciepły blask słońca. Przymrużyłem oczy i udało mi się dostrzec zarysy budynków za prawdziwym płotem z siatki po drugiej stronie kiepsko utrzymanego lądowiska. Sterylne, brudnobiałe struktury, prawdopodobnie pochodzące jeszcze z ubiegłego tysiąclecia. Między dziwnie monochromatycznymi ścianami widać było fragmenty szarego, stalowego mostu, schodzącego na ląd gdzieś poza polem widzenia. Na płycie stała ustawiona w równych rzędach szara kolekcja pojazdów lądowych i powietrznych. Nagły podmuch wiatru przyniósł ze sobą delikatną woń jakiegoś kwitnącego zielska, wyrastającego w szczelinach płyty lądowiska. Z dala dobiegał znajomy szum ludzkiej aktywności, a wszystko wyglądało jak scena jakiegoś serialu.
... i powiadam, że jest tylko jeden sędzia! Nie wierzcie naukowcom, gdy mówią wam...
Skrzek kiepsko nastawionego wzmacniacza uderzył w nas, gdy schodziliśmy po schodach prowadzących od drzwi. Spojrzałem przez lądowisko i dostrzegłem tłumek zebrany wokół ubranego na czarno mężczyzny stojącego na jakiejś skrzynce. Nad głowami słuchaczy w niekontrolowany sposób przesuwały się holoplakaty. „NIE” DLA REZOLUCJI 653!! TYLKO BÓG MOŻE WSKRZESZAĆ!! P.M.C. = Ś.M.I.E.R.Ć. Aplauz zagłuszył mówcę.
– Co to?
– Katolicy – wyjaśniła Ortega, zaciskając usta. – Stara sekta religijna.
– Naprawdę? Nigdy o nich nie słyszałem.
– Nie miałeś szansy. Nie wierzą, że można zdigitalizować człowieka bez utraty duszy.
– Czyli niezbyt powszechne wyznanie.
– Tylko na Ziemi – powiedziała kwaśno. – Wydaje mi się, że Watykan, ich główny kościół, sfinansował kilka statków kriogenicznych do Starfall i Latimera.
– Byłem na Latimerze, ale nie zetknąłem się tam z czymś takim.
– Statki wyleciały dopiero na przełomie stuleci, Kovacs. Nie dolecą tam jeszcze przez kilkadziesiąt lat.
Gdy mijaliśmy zgromadzenie, młoda dziewczyna z włosami ściągniętymi do tyłu pchnęła w moją stronę ulotkę. Gest był tak gwałtowny, że wyzwolił nieoswojone jeszcze odruchy mojej powłoki, i zanim udało mi się nad tym zapanować, wykonałem blok. Zaskoczona dziewczyna znieruchomiała z wyciągniętą ulotką, którą wziąłem od niej z przepraszającym uśmiechem.
– Nie mają prawa – powiedziała dziewczyna.
– Och, zgadzam się.
– Tylko Pan Bóg może uratować twoją duszę.
– Ja... – Kristin Ortega odciągnęła mnie, łapiąc za ramię w sposób sugerujący dużą wprawę. Uwolniłem się, uprzejmie, ale równie stanowczo.
– Spieszysz się?
– Tak, myślę, że oboje mamy lepsze rzeczy do roboty – stwierdziła przez ściśnięte usta, oglądając się na swoich kolegów, którzy także odganiali się od ulotek.
– Mogłem chcieć z nią porozmawiać.
– Naprawdę? Wyglądało raczej, jakbyś miał ją poszatkować.
– To powłoka. Wydaje mi się, że miała jakieś uwarunkowanie neurochemiczne, a ona to wyzwoliła. Wiesz, większość ludzi po transferze spędza kilka godzin na leżąco. Jestem trochę spięty.
Zapatrzyłem się na trzymaną w dłoni ulotkę. CZY MASZYNA MOŻE URATOWAĆ TWOJĄ DUSZĘ? zapytała mnie retorycznie. Słowo maszyna zostało wydrukowane literami mającymi przypominać archaiczny monitor komputerowy. Dusza napisano płynnymi, tańczącymi po całej stronie literami stereograficznymi. Odwróciłem papier w poszukiwaniu odpowiedzi.
NIE!!!!
– A więc zamrażanie jest w porządku, ale przesyłanie ludzi w formie cyfrowej już nie. Ciekawe. – W zamyśleniu spojrzałem na pobłyskujące plakaty. – Co to Rezolucja 653?
– To precedensowa sprawa przechodząca przez sąd NZ – wyjaśniła krótko Ortega. – Biuro prokuratora Bay City chce powołać na świadka katoliczkę z przechowalni. Świadek koronny. Watykan twierdzi, że ona już nie żyje i jest w rękach Boga. Według nich to bluźnierstwo.
– Rozumiem. A więc raczej nie masz tu problemów moralnych.
Zatrzymała się i obróciła w moją stronę.
– Kovacs, nienawidzę tych cholernych palantów. Ciągnęli nas w dół przez prawie dwa i pół tysiąca lat. Są odpowiedzialni za więcej nieszczęść niż jakakolwiek inna organizacja w dziejach. Chryste, oni nie pozwalają nawet na kontrolę urodzin i przez ostatnie pięć stuleci przeciwstawiali się każdemu znaczącemu postępowi w medycynie. Praktycznie jedyna dobra rzecz, jaką można o nich powiedzieć, to fakt, że ta sprawa z p.m.c. powstrzymała ich przed rozprzestrzenieniem się razem z resztą ludzkości!
Pojazd, którym miałem jechać, okazał się sponiewieranym, ale bez wątpienia smukłym transportowcem Lockheeda-Mitomy, pomalowanym w, jak przypuszczam, typowe barwy policyjne. Latałem lock-mitami na Sharyi, ale tamte były całkowicie pokryte matową czernią pochłaniającą radar. Przez porównanie, wymalowane na tym białe i czerwone pasy wyglądały wybitnie jaskrawo. W kokpicie siedział nieruchomo pilot w okularach pasujących do reszty gangu Ortegi. Właz prowadzący do wnętrza pojazdu był otwarty. Wspinając się do środka, Ortega postukała w pancerz pojazdu, a turbiny obudziły się z szumem.
Pomogłem jednemu z irokezów zamknąć właz, przy starcie oparłem się o ścianę, a potem podszedłem do okna. Gdy spiralą lecieliśmy w górę, wykrzywiłem kark, by utrzymać w polu widzenia tłumek pod nami. Pojazd wyprostował się mniej więcej sto metrów wyżej i lekko opuścił nos. Opadłem z powrotem w objęcia fotela i zauważyłem, że Ortega mi się przygląda.
– Nadal ciekaw, co? – zapytała.
– Czuję się jak turysta. Odpowiesz mi na pytanie?
– Jeśli będę mogła.
– Jeśli ci ludzie nie uprawiają kontroli urodzin, powinno ich tu być cholernie dużo. A Ziemia nie wygląda w tej chwili na strasznie aktywną, więc... Czemu to nie oni tu wszystkim rządzą?
Ortega wymieniła ze swoimi ludźmi złośliwe uśmiechy.
– Przechowalnia – powiedział irokez po mojej lewej stronie.
Klepnąłem się w tył czaszki, a potem zacząłem się zastanawiać, czy też używają tu tego gestu. To standardowe miejsce na stos korowy, ale gesty kulturowe nie zawsze działają w ten sposób.
– Przechowalnia. Oczywiście. – Rozejrzałem się po ich twarzach. – Nie ma dla nich wyjątku?
– Nie. – Z jakiegoś powodu ta wymiana słów bardzo nas do siebie zbliżyła. Odprężyli się. Ten sam irokez uzupełnił:
– Dziesięć lat, trzy miesiące... Dla nich to to samo. Za każdym razem wyrok śmierci. Nigdy nie wychodzą z przechowalni. To urocze, nie?
Skinąłem głową.
– Eleganckie. Co się dzieje z ich ciałami?
Facet naprzeciw mnie machnął ręką.
– Sprzedają, rozbierają na części. Zależy od rodziny.
Odwróciłem się i popatrzyłem w okno.
– Jakiś problem, Kovacs?
Popatrzyłem na Ortegę ze świeżym uśmiechem na twarzy. Miałem wrażenie, że wszyscy stali mi się trochę bliżsi.
– Nie, nie. Po prostu myślę. Czuję się jak na innej planecie.
To ich załamało.




Suntouch House
23 października

Takeshi-san.
Kiedy otrzyma pan ten list, niewątpliwie będzie pan nieco zdezorientowany. Proszę przyjąć moje przeprosiny, ale zapewniono mnie, że trening, który przeszedł pan w Korpusie Emisariuszy powinien umożliwić panu poradzenie sobie z tą sytuacją. Zapewniam pana także, że nie doprowadziłbym do tego, gdybym nie znajdował się w rozpaczliwej sytuacji.
Nazywam się Laurens Bancroft. Ponieważ pochodzi pan z kolonii, nic to dla pana nie znaczy. Niech wystarczy, że jestem tu, na Ziemi, człowiekiem bogatym i potężnym, a w rezultacie mam wielu wrogów. Sześć tygodni temu zostałem zamordowany, co policja, z sobie tylko znanych powodów, postanowiła uznać za samobójstwo. Ponieważ morderca zasadniczo zawiódł, podejrzewam, że spróbuje ponownie, a biorąc pod uwagę nastawienie policji, tym razem może mu się udać.
Oczywiście, będzie się pan zastanawiał, co to ma wspólnego z panem, i czemu ściągnięto pana sto osiemdziesiąt sześć lat świetlnych z pańskiej przechowalni, by zajął się pan tak lokalną sprawą. Moi prawnicy doradzili mi wynajęcie prywatnego detektywa, ale biorąc pod uwagę moje znaczenie w społeczności światowej, nie jestem w stanie zaufać nikomu, kogo mógłbym zaangażować tutaj. Pańskie nazwisko podała mi Reileen Kawahara, dla której, jak rozumiem, wykonał pan osiem lat temu jakieś zadanie na Nowym Beijingu. Korpus Emisariuszy zlokalizował pana w Kanagawie kilka dni po moim zapytaniu o pana, choć biorąc pod uwagę pańskie działania w ostatnim czasie, nie byli w stanie zaoferować żadnych gwarancji czy zobowiązań. Jak rozumiem, pracuje pan na własny rachunek.
Zwolniono pana na następujących warunkach:
Podejmie pan pracę dla mnie na sześć tygodni, z opcją odnowienia kontraktu, o ile konieczne będą dalsze działania. W tym czasie zobowiązuję się pokryć wszelkie rozsądne wydatki, jakich będzie wymagać śledztwo. Dodatkowo pokryję koszty wynajęcia powłoki.
W przypadku gdy uda się panu zakończyć śledztwo sukcesem, reszta pańskiego wyroku w Kanagawie – sto siedemnaście lat i cztery miesiące – zostanie anulowana i trafi pan z powrotem na Świat Harlana, a tam natychmiast zostanie pan zwolniony do wybranej powłoki. Jeśli pan woli, zobowiązuję się do spłacenia hipoteki na obecną powłokę tu, na Ziemi, gdzie może pan zostać naturalizowanym obywatelem NZ. W obu wypadkach zostanie panu wypłacona suma stu tysięcy dolarów NZ lub jej ekwiwalent.
Uważam, że to hojna oferta, ale powinienem dodać, że nie jestem człowiekiem, z którym można igrać. W przypadku gdyby śledztwo zawiodło, zostałbym zabity lub próbowałby pan w jakiś sposób uciec albo naruszyć warunki kontraktu, powłoka, którą pan nosi, zostanie uśmiercona, a pan powróci do przechowalni i dokończy odbywanie kary tu, na Ziemi. Do wyroku mogą zostać doliczone wszelkie inne kary wynikłe z pańskich działań. Jeśli woli pan odrzucić moją ofertę, zostanie pan natychmiast przeniesiony z powrotem do przechowalni, choć w takim przypadku nie mogę panu zagwarantować transportu na Świat Harlana.
Mam nadzieję, że uzna pan tę sytuację za okazję i zgodzi się dla mnie pracować. W nadziei na to, wysyłam kierowcę, który odbierze pana z przechowalni. Nazywa się Curtis i należy do moich najbardziej zaufanych pracowników. Będzie czekał na pana w hali wyjściowej.

Oczekuję na spotkanie z panem w Suntouch House.

Z poważaniem,
Laurens J. Bancroft

Rozdział trzeci
Suntouch House zasłużył na swoją nazwę*. Z Bay City skierowaliśmy się na południe, lecąc przez jakieś pół godziny wzdłuż wybrzeża, aż zmiana w brzmieniu silników ostrzegła mnie, że zbliżamy się do celu. Do tego czasu, w miarę jak słońce opadało ku morzu, światło wpadające przez okna po prawej nabrało barwy ciepłego złota. Kiedy zaczęliśmy schodzić w dół, wyjrzałem na zewnątrz, ogarniając wzrokiem fale koloru płynnej miedzi i powietrze jak czysty bursztyn. Przypominało to lądowanie w dzbanku miodu.
Pojazd skręcił i przechylił się, pozwalając mi spojrzeć na posiadłość Bancrofta. Schodziła do morza w doskonale dobranych odcieniach zieleni i skał, wokół obszernej willi z ukośnym dachem, dość dużej, by pomieścić małą armię. Ściany były białe, dach koralowy, a armia – jeśli istniała – dobrze ukryta. Systemy bezpieczeństwa zainstalowane przez Bancrofta nie rzucały się w oczy. Kiedy zeszliśmy niżej, udało mi się dostrzec delikatne rozmycie płotu siłowego wzdłuż jednej z granic terenu. Dostatecznie słabe, by nie zniekształcać widoku z domu. Miłe.
Jakieś dziesięć metrów nad nieskazitelnym trawnikiem pilot z dziwną agresją wdepnął hamulec lądowania. Radiowóz zadygotał na całej długości i opadliśmy na dół w chmurach torfu.
Spojrzałem na Ortegę z wyrzutem, ale mnie zignorowała. Otwarła właz i wyszła na zewnątrz. Po chwili dołączyłem do niej na zniszczonym trawniku. Szturchając czubkiem buta rozerwaną darń, zawołałem do niej, starając się przekrzyczeć turbiny.
– O co tu chodzi? Wściekacie się na Bancrofta tylko dlatego, że nie chce kupić historii o własnym samobójstwie?
– Nie. – Ortega uważnie przyjrzała się domowi przed nami, jakby zastanawiała się, czy warto do niego wejść. – Nie, nie dlatego wściekamy się na pana Bancrofta.
– Powiesz mi, o co chodzi?
– Ty jesteś detektywem.
Z boku domu wyłoniła się młoda kobieta z rakietą tenisową w dłoni i ruszyła ku nam po trawniku. Kiedy zbliżyła się na jakieś dziesięć metrów, zatrzymała się, wepchnęła rakietę pod pachę i przykładając dłonie do ust krzyknęła:
– Pan Kovacs?
Była piękna na sposób słońca, morza i piasku, co doskonale podkreślały sportowe szorty i trykot. Gdy szła, złote włosy przesuwały się po jej ramionach, a wołając, błysnęła mlecznobiałymi zębami. Na czole i nadgarstkach nosiła opaski przeciwpotne, a sądząc po rosie na jej czole, nie znalazły się tam dla lepszego wyglądu. Nogi miała zgrabnie umięśnione, a unosząc ramiona, zdradziła wyraźne bicepsy. Materiał trykotu wypychały bujne piersi. Zastanawiałem się, czy ciało należało do niej.
– Tak – krzyknąłem w odpowiedzi. – Takeshi Kovacs. Wypuszczono mnie dzisiaj po południu.
– Miał pan zostać odebrany z przechowalni. – Zabrzmiało to jak oskarżenie. Rozrzuciłem ręce.
– Cóż, zostałem.
– Nie przez policję. – Podeszła bliżej ze wzrokiem utkwionym w Ortedze. – Pani... Znam panią.
– Porucznik Ortega – przedstawiła się policjantka, jakby uczestniczyła w przyjęciu. – Bay City, Wydział Uszkodzeń Organicznych.
– Tak, przypominam sobie. – Ton głosu zdradzał lekką wrogość. – Przypuszczam, że to pani zaaranżowała aresztowanie naszego szofera na podstawie jakichś sfabrykowanych wykroczeń.
– Nie, proszę pani, to Wydział Ruchu – odpowiedziała uprzejmie Ortega. – Nie mam władzy w tamtym wydziale.
Kobieta przed nami uśmiechnęła się szyderczo.
– Och, z pewnością, pani porucznik. I jestem pewna, że nie zna pani nikogo, kto tam pracuje. – Przybrała pouczający ton. – Zdaje pani sobie sprawę, że wyjdzie stamtąd przed zachodem słońca.
Zerknąłem w bok, by zobaczyć reakcję Ortegi, ale niczego nie dostrzegłem, orli profil pozostał niewzruszony. Jednak większość uwagi skupiłem na uśmiechu drugiej kobiety. Był to paskudny grymas, na dodatek należący do znacznie starszej twarzy.
Pod ścianą domu stało dwóch potężnych mężczyzn z przewieszoną przez ramiona bronią automatyczną. Stali pod okapem i przyglądali się nam od chwili przybycia, ale teraz wysunęli się z cienia i zaczęli iść w naszą stronę. Na podstawie lekkiego rozszerzenia oczu kobiety domyśliłem się, że wezwała ich wewnętrznym mikrofonem. Sprytne. Na Świecie Harlana ludzie wciąż mają awersję do wmontowywania sobie sprzętu, ale wyglądało na to, że na Ziemi jest trochę inaczej.
– Nie jest tu pani mile widziana, pani porucznik – oświadczyła kobieta lodowatym tonem.
– Właśnie wychodzę, proszę pani – odpowiedziała Ortega. Nieoczekiwanie przyjacielskim gestem klepnęła mnie w ramię i spacerkiem skierowała się z powrotem do transportowca, przy którym nagle zatrzymała się i odwróciła.
– Kovacs, prawie zapomniałam. Będziesz tego potrzebował. – Sięgnęła do kieszeni na piersi i rzuciła w moją stronę małe opakowanie. Odruchowo złapałem i spojrzałem na rękę. Papierosy.
– Do zobaczenia.
Wskoczyła na pokład pojazdu i zatrzasnęła właz. Przez szybę dostrzegłem, że patrzy na mnie. Transportowiec wystartował na pełnym ciągu, ścierając na miazgę ziemię pod spodem i wyrywając w drodze ku oceanowi bruzdę przez trawnik. Patrzyliśmy, jak znika z pola widzenia.
– Urocze – odezwała się stojąca przy mnie kobieta.
– Pani Bancroft?
Odwróciła się. Sądząc po wyrazie jej twarzy, nie byłem tu oczekiwany wiele cieplej niż Ortega. Widziała przyjazny gest porucznik i wykrzywiła usta z dezaprobatą.
– Mąż wysłał po pana samochód, panie Kovacs. Czemu pan na niego nie zaczekał?
Wyciągnąłem list Bancrofta.
– Tu jest napisane, że samochód będzie na miejscu. Nie było go.
Sięgnęła, by odebrać mi list, ale odsunąłem go poza jej zasięg. Stała naprzeciw mnie, z rumieńcem na twarzy i piersiami poruszającymi się w górę i w dół w bardzo rozpraszający sposób. Ciało wsadzone do zbiornika produkuje hormony mniej więcej jak w trakcie snu. Gwałtownie uświadomiłem sobie, że sztywnieje mi jak wąż strażacki pod ciśnieniem.
– Powinien pan zaczekać.
Przypomniałem sobie nagle usłyszaną kiedyś informację, że grawitacja na Świecie Harlana wynosi 0,8 g. Znów poczułem się nieproporcjonalnie ciężki. Wypuściłem wstrzymywany oddech.
– Pani Bancroft, gdybym czekał, wciąż by mnie tu nie było. Możemy wejść do środka?
Jej oczy rozszerzyły się trochę i nagle dostrzegłem w nich, ile naprawdę miała lat. Potem opuściła wzrok i przywołała samokontrolę. Kiedy znów się odezwała, jej głos złagodniał.
– Przepraszam, panie Kovacs. Zapomniałam się. Jak pan widzi, policja nie była zbyt życzliwa. To denerwujące i dlatego czasem tracimy cierpliwość. Myślę, że może nas pan zrozumieć.
– Nie musi się pani tłumaczyć.
– Ale naprawdę jest mi przykro. Zazwyczaj taka nie jestem. Nikt z nas nie jest. – Wykonała gest wokół siebie, jakby sugerując, że stojący za nią uzbrojeni strażnicy normalnie nieśliby naręcza kwiatów. – Proszę przyjąć przeprosiny.
– Oczywiście.
– Mąż czeka na pana w sali klubowej od strony morza. Zaraz pana do niego zaprowadzę.
* * *
Wnętrze domu było jasne i przestronne. Przy drzwiach werandy czekała na nas służąca, bez słowa odbierając od pani Bancroft jej rakietę tenisową. Poszliśmy marmurowym holem obwieszonym dziełami sztuki, które dla mojego niewykształconego oka wyglądały na stare. Rysunki Gagarina i Armstronga, empatystyczne wizualizacje Konrada Harlana i Angin Chandry. Na końcu galerii, na postumencie, umieszczono coś, co wyglądało jak wąskie drzewo zrobione z kruchego, czerwonego kamienia. Stanąłem przed nim, a pani Bancroft musiała cofnąć się od zakrętu, za którym prawie zdążyła zniknąć.
– Podoba się panu? – zapytała.
– Bardzo. To z Marsa, prawda?
Kątem oka zauważyłem zmianę wyrazu jej twarzy. Zmieniała zdanie na mój temat. Obróciłem się, by uważniej się jej przyjrzeć.
– Jestem pod wrażeniem – stwierdziła.
– Ludziom często się to zdarza. Czasem robię też gwiazdę.
Spojrzała na mnie taksująco.
– Naprawdę wie pan, co to?
– Szczerze mówiąc, nie. Kiedyś interesowałem się sztuką strukturalną. Poznaję kamień ze zdjęć, ale...
– To śpiewodrzew. – Sięgnęła za mnie i przejechała palcami po jednej z gałęzi. Z obiektu dobiegł delikatny śpiew, a powietrze wypełnił aromat wiśni i musztardy.
– To żyje?
– Tego nikt nie wie. – W jej głosie obudził się nagły entuzjazm, za który od razu bardziej ją polubiłem. – Na Marsie rosną do stu metrów, czasem osiągając u podstawy szerokość domu. Ich śpiew słychać na wiele kilometrów. Na podstawie śladów erozji oceniamy, że mają przynajmniej po dziesięć tysięcy lat. Ten może być na świecie zaledwie od czasów powstania imperium rzymskiego.
– Musiało być drogie. Mam na myśli sprowadzenie go na Ziemię.
– To nie pieniądze stanowiły problem, panie Kovacs. – Maska wróciła na swoje miejsce. Czas ruszać.
Kiedy skręciliśmy w lewo, znacznie przyspieszyliśmy, być może, by nadrobić czas stracony na nieprzewidziany postój. Z każdym krokiem piersi pani Bancroft podskakiwały pod materiałem trykotu, więc starałem się poświęcić całą uwagę sztuce po drugiej stronie korytarza. Więcej dzieł empatystów, Angin Chandra z wąską dłonią spoczywającą na sterczącej, fallicznej rakiecie. Niewielka pomoc.
Nadmorską salę klubową zbudowano na końcu zachodniego skrzydła domu. Pani Bancroft wprowadziła mnie do niej przez niepozorne drewniane drzwi, a gdy tylko weszliśmy, oślepił nas blask słońca.
– Laurens, to pan Kovacs.
Uniosłem dłoń, by osłonić oczy, i zauważyłem, że w sali znajdował się wyższy poziom z rozsuwanymi, szklanymi drzwiami wychodzącymi na taras. Stał tam mężczyzna, opierając się na barierce. Musiał słyszeć, jak wchodzimy. Prawdę mówiąc, musiał słyszeć także przylot pojazdu policji i zdawać sobie sprawę z jego znaczenia, ale mimo to został na miejscu, wpatrując się w morze. Zmartwychwstanie wywołuje czasem takie reakcje. A może po prostu była to arogancja. Pani Bancroft kiwnęła głową w stronę galerii i weszła po schodach wykonanych z takiego samego drewna jak drzwi. Dopiero teraz zauważyłem, że od podłogi do sufitu ściany pokoju zastawione były półkami pełnymi książek. Słońce pokrywało ich grzbiety równomiernym, pomarańczowym blaskiem.
Kiedy weszliśmy na balkon, Bancroft odwrócił się w naszą stronę. W ręce trzymał złożoną książkę, palcem zaznaczając jakąś stronę.
– Pan Kovacs. – Przełożył książkę, by wyciągnąć do mnie dłoń na powitanie. – Miło wreszcie pana spotkać. Jak się panu podoba nowa powłoka?
– W porządku. Wygodna.
– Tak. Nie angażowałem się zbytnio w szczegóły, ale poleciłem swoim prawnikom znalezienie czegoś... odpowiedniego. – Zerknął do tyłu, jakby szukając na horyzoncie pojazdu Ortegi. – Mam nadzieję, że policja nie była zbyt nadgorliwa.
– Jak dotąd nie.
Bancroft wyglądał, jak Człowiek, Który Czyta. Na Świecie Harlana bardzo popularny jest gwiazdor sensorii Alain Marriott, najbardziej znany ze swojej roli młodego filozofa quelistycznego, rozbijającego mroki brutalnej tyranii wczesnych lat Osiedlenia. Wiarygodność quelisty jest wątpliwa, ale to niezły kawałek. Widziałem go dwukrotnie. Bancroft bardzo przypominał starszą wersję Marriotta w tej roli. Był szczupły i elegancki, z rudoszarymi włosami ściągniętymi w koński ogon i czarnymi oczami o twardym spojrzeniu. Książka w jego dłoni i te na półkach zdawały się całkowicie naturalnym przedłużeniem kryjącego się za ich czernią prężnego umysłu.
Gospodarz dotknął ramienia żony ze swobodą, która w moim obecnym stanie sprawiła, że zachciało mi się płakać.
– To znów ta kobieta – odezwała się pani Bancroft. – Porucznik.
Bancroft skinął głową.
– Nie przejmuj się tym, Miriam. Po prostu tu węszą. Ostrzegłem ich, że zamierzam to zrobić, ale mnie zignorowali. Cóż, teraz pan Kovacs jest z nami i wreszcie traktują mnie poważnie.
Odwrócił się do mnie.
– Policja nie była w tej sprawie zbyt pomocna.
– No tak. Najwyraźniej dlatego właśnie tu jestem.
Mierzyliśmy się wzrokiem, a ja usiłowałem zdecydować, czy jestem zły na tego człowieka. Ciągnął mnie przez pół zamieszkałego kosmosu, wrzucił w nowe ciało i zaoferował interes o takiej wadze, że nie mogłem odmówić. Bogacze robią takie rzeczy. Mają władzę i nie widzą powodu, żeby z niej nie korzystać. Mężczyźni i kobiety stanowią dla nich po prostu towar, jak wszystko inne. Zapisać, przesłać, przelać. Proszę podpisać na dole.
Z drugiej strony, nikt jeszcze w Suntouch House nie zniekształcił mojego nazwiska, i tak naprawdę nie miałem wyboru. No i pieniądze. Sto tysięcy dolarów NZ to mniej więcej sześć razy tyle, ile spodziewaliśmy się zarobić z Sarą na kradzieży części organicznych w Millsport. Dolary Narodów Zjednoczonych, najtwardsza istniejąca waluta, wymienialna na każdej planecie w Protektoracie.
Warto było trzymać nerwy na wodzy.
Bancroft jeszcze raz dotknął żony, tym razem w talii, odpychając ją lekko.
– Miriam, czy mogłabyś nas zostawić samych? Jestem pewien, że pan Kovacs będzie miał mnóstwo nudnych dla ciebie pytań.
– Właściwie będę miał również trochę pytań do pani Bancroft.
Już wychodziła, ale moje słowa zatrzymały ją w pół kroku. Obróciła głowę i spojrzała najpierw na mnie, potem na Bancrofta i znów na mnie. Jej mąż wykonał jakiś gest. Nie tego chciał.
– Może mógłbym porozmawiać z panią później – poprawiłem się. – Na osobności.
– Tak, oczywiście. – Jej spojrzenie skupiło się na moich oczach, potem odpłynęło. – Laurens, będę w sali map. Wyślij do mnie pana Kovacsa, kiedy skończycie.
Obaj przyglądaliśmy się, jak wychodzi, a kiedy zamknęły się za nią drzwi, Bancroft zaprosił mnie gestem do jednego z krzeseł na balkonie. Za nimi, zbierając kurz, stał antyczny teleskop astronomiczny, skierowany na horyzont. Patrząc w dół na panele pod stopami, zauważyłem, że były mocno zużyte. Niczym peleryna otoczyła mnie świadomość upływu lat i opuściłem się na krzesło z dreszczem niepokoju.
– Proszę nie uważać mnie za szowinistę, panie Kovacs. Po prawie dwustu pięćdziesięciu latach małżeństwa mój związek z Miriam bardziej opiera się na uprzejmości niż czymkolwiek innym. Naprawdę będzie lepiej, jeśli porozmawia pan z nią na osobności.
– Rozumiem. – Nieco naciągałem prawdę, ale to musiało wystarczyć.
– Ma pan ochotę na coś do picia? Jakiś alkohol?
– Nie, dziękuję. Tylko sok, jeśli można. – Zaczynało się we mnie panoszyć roztrzęsienie związane z transferem, a na dodatek odczuwałem nieprzyjemne swędzenie w stopach i palcach, które jak przypuszczałem, wiązało się z uzależnieniem od nikotyny. Jeśli nie brać pod uwagę dziwnych papierosów rzuconych mi przez Ortegę, skończyłem z paleniem dwie powłoki temu i nie miałem ochoty znów przełamywać nałogu. Dodanie do tego alkoholu całkiem by mnie rozłożyło.
Bancroft złożył dłonie na podołku.
– Oczywiście. Zaraz coś przyniosą. No dobrze, od czego chciałby pan zacząć?
– Może powinniśmy zacząć od pańskich oczekiwań. Nie wiem, co powiedziała panu Reileen Kawahara, albo jakie opinie o Korpusie Emisariuszy krążą na Ziemi, ale proszę nie oczekiwać ode mnie cudów. Nie jestem czarodziejem.
– Jestem tego świadom. Uważnie przestudiowałem literaturę na temat Korpusu. A wszystko, co powiedziała mi Reileen Kawahara, to że można na panu polegać, pomimo że jest pan odrobinę wybredny.
Pamiętałem metody Kawahary i swoją na nie reakcję. Wybredny. Jasne.
I tak sprzedałem mu standardową gadkę. Czułem się zabawnie, nawijając klientowi, z którym i tak już ubiłem interes, wyliczając mu, co mogę zrobić. Światek przestępczy nie docenia skromności, i jeśli chcesz być poważnie traktowany, maksymalnie wyolbrzymiasz swoją reputację. Przypominało to trochę powrót do Korpusu. Długi, błyszczący stół konferencyjny i Virginia Viadura wyliczająca umiejętności jej zespołu.
– Szkolenie Emisariuszy zaprojektowano dla jednostek komandosów NZ. Co nie oznacza, że...
Nie oznacza, że każdy Emisariusz jest komandosem. Nie, niezupełnie, ale właściwie, kim jest żołnierz? Ile ze szkolenia sił specjalnych odciska się na ciele, a ile w umyśle? I co się stanie, jeśli się je rozdzieli?
Żeby użyć frazesu – kosmos jest wielki. Najbliższy z Zamieszkałych Światów znajduje się pięćdziesiąt lat świetlnych od Ziemi. Najdalszy – cztery razy dalej, a niektóre z transportowców kolonizacyjnych wciąż jeszcze lecą. Jeśli jakiś maniak zacznie potrząsać ładunkami taktycznymi albo innymi zabawkami zagrażającymi biosferze, to co wtedy? Informację można przesyłać przez strunową transmisję nadprzestrzenną tak blisko natychmiastowości, że naukowcy wciąż spierają się o terminologię, ale to, by zacytować Quellcristę Falconer, nie przenosi żadnych cholernych dywizji. Nawet gdyby wystrzelić transportowiec z wojskiem, gdy tylko zacznie się bałagan, oddziały ekspedycyjne doleciałyby na miejsce akurat na czas, by pobawić się z wnukami zwycięzców.
To nie jest metoda na rządzenie Protektoratem.
Dobra, można zdigitalizować i przesłać umysły solidnej grupy bojowej. Dawno już minęły czasy, gdy w wojnie decydowała liczebność, a większość zwycięstw ostatniej połowy tysiąclecia została osiągnięta przez małe, ruchliwe siły partyzanckie. Można nawet przelać p.m.c. żołnierzy wprost w powłoki z uwarunkowaniem bojowym, podrasowanym systemem nerwowym i ciałami napakowanymi hormonami. I co dalej?
Znajdą się w ciałach, których nie znają, w nieznanym świecie, walcząc z bandą nieznajomych przeciwko innym obcym za sprawę, o której prawdopodobnie nigdy nawet nie słyszeli, a już z pewnością nie rozumieją. Klimat jest inny, tak samo jak język, kultura, zwierzęta, roślinność i atmosfera. Szlag, nawet grawitacja się różni. O niczym nie mają pojęcia, a nawet jeśli przetransferuje się ich z zaimplantowaną wiedzą o lokalnych warunkach, dostaną potężną dawkę informacji, które powinni zasymilować, kiedy najprawdopodobniej już kilka godzin po upowłokowieniu będą musieli walczyć na śmierć i życie.
I tu właśnie wkracza Korpus Emisariuszy.
Wspomaganie neurochemiczne, interfejsy elektroniczne, mechanika – to wszystko jest fizyczne. Większość nawet nie dotyka samego umysłu, a to właśnie umysł zostaje przesłany. Stąd wziął się Korpus. Zaczęli od technik psychoduchowych od tysiącleci rozwijanych na Ziemi przez kultury orientalne i wydestylowali je w system szkoleniowy tak złożony, że jego absolwenci na większości planet mają prawny zakaz sprawowania jakichkolwiek stanowisk wojskowych lub politycznych.
Nie żołnierze. Niezupełnie.
– Pracuję przez absorbcję – zakończyłem. – Bez względu na to, z czym się zetknę, wchłaniam to i wykorzystuję, by iść dalej.
Bancroft poprawił się na swoim krześle. Nie był przyzwyczajony do wysłuchiwania wykładów. Najwyższa pora zaczynać.
– Kto znalazł pańskie ciało?
– Moja córka, Naomi.
Przerwał na dźwięk otwieranych drzwi. Po chwili schodami na galeryjkę weszła ta sama służąca, która wcześniej odebrała od Miriam Bancroft rakietę, tym razem niosąc tacę z dzbankiem wyraźnie schłodzonego soku i dwiema wysokimi szklankami. Wyglądało na to, że podobnie jak wszyscy inni w Suntouch House, Bancroft miał wbudowany mikrofon. Służąca odstawiła tacę, w mechanicznej ciszy nalała sok do szklanek i wycofała się po krótkim skinięciu ze strony Bancrofta. Przez chwilę patrzył, jak wychodzi.
Zmartwychwstanie. To nie żart.
– Naomi – przypomniałem mu delikatnie.
Zamrugał.
– Ach, tak. Wpakowała się tutaj, bo czegoś ode mnie chciała. Prawdopodobnie kluczyków do jednej z limuzyn. Obawiam się, że jestem zbyt pobłażliwym ojcem, a Naomi jest moim najmłodszym dzieckiem.
– Ile ma lat?
– Dwadzieścia trzy.
– Ma pan wiele dzieci?
– Tak, bardzo wiele. – Bancroft uśmiechnął się nieznacznie. – Kiedy ma się czas i pieniądze, wychowywanie dzieci to czysta przyjemność. Mam dwudziestu siedmiu synów i trzydzieści cztery córki.
– Mieszkają z panem?
– Naomi przez większość czasu. Inne przyjeżdżają i odchodzą. Większość ma już własne rodziny.
– Jak się ma Naomi? – Złagodziłem trochę ton. Znalezienie własnego ojca bez głowy nie jest najlepszym początkiem dnia.
– Jest na psychochirurgii – lakonicznie odpowiedział Bancroft. – Ale przejdzie przez to. Chce pan z nią rozmawiać?
– W tej chwili nie. – Wstałem z krzesła i podszedłem do drzwi balkonowych. – Powiedział pan, że wpakowała się tutaj. To tu do tego doszło?
– Tak – Bancroft dołączył do mnie przy drzwiach. – Ktoś dostał się do środka i wypalił mi głowę blasterem cząsteczkowym. Może pan zobaczyć ślad po strzale na ścianie na dole. Przy biurku.
Wszedłem do środka i zszedłem po schodach. Potężne biurko wykonano z drzewa lustrzanego – musieli przesłać kod genetyczny ze Świata Harlana i wyhodować je tutaj. Uderzyło mnie to jako prawie równie ekstrawaganckie jak śpiewodrzew w korytarzu, choć w bardziej wątpliwym guście. Na Świecie drzewo lustrzane rośnie w lasach na trzech kontynentach i praktycznie każda mordownia w Millsport ma blat barowy z czegoś takiego. Przeszedłem za nie, by przyjrzeć się ścianie ze sztukaterią. Biała powierzchnia była rozdarta i osmalona charakterystycznym śladem broni energetycznej. Wypalona blizna zaczynała się na wysokości głowy i opadała krótkim łukiem.
Bancroft pozostał na balkonie. Spojrzałem w górę na zarys jego twarzy.
– To jedyny ślad strzałów w pokoju?
– Tak.
– Nic innego nie zostało uszkodzone, zniszczone czy choćby przesunięte?
– Nie, nic. – Widać było, że ma ochotę powiedzieć coś więcej, ale powstrzymywał się do czasu, aż skończę.
– A policja znalazła broń obok pana?
– Tak.
– Posiada pan broń, z której można by to zrobić?
– Tak. Jest moja. Trzymam ją w otwieranym odciskiem dłoni sejfie pod biurkiem. Znaleźli otwarty sejf, nic innego nie zginęło. Chce pan zajrzeć do środka?
– Nie w tej chwili, dziękuję. – Z doświadczenia wiedziałem, jak trudno jest przesunąć meble z drzewa lustrzanego. Uniosłem róg tkanego wełnianego dywanu na podłodze pod biurkiem. Pod spodem dostrzegłem ledwie widoczną szparę. – Czyje odciski to otwierają?
– Miriam i moje.
Zapadła znacząca cisza. Bancroft westchnął dostatecznie głośno, bym go usłyszał.
– No dalej, Kovacs, powiedz to. Wszyscy inni już to zrobili. Albo popełniłem samobójstwo, albo zamordowała mnie żona. Nie ma innego rozsądnego wytłumaczenia. Słyszę to, od kiedy wyciągnęli mnie w Alcatraz ze zbiornika.
Zanim popatrzyłem mu w oczy, wolno rozejrzałem się po pokoju.
– Cóż, przyzna pan, że ułatwia to pracę policji – stwierdziłem. – Czyste i eleganckie.
Prychnął drwiąco. Stwierdziłem, że wbrew sobie zaczynam lubić tego człowieka. Wszedłem z powrotem na górę, wyszedłem na balkon i przechyliłem się nad barierką. Na zewnątrz po trawniku przechadzała się ubrana na czarno postać z bronią w ręku. W oddali migotał płot energetyczny. Przez chwilę patrzyłem w tamtym kierunku.
– Trzeba sporo dobrej woli, by uwierzyć, że ktoś dostał się tu, omijając ochronę, włamał się do sejfu, do którego dostęp miał tylko pan i pańska żona, i zamordował pana, nie niszcząc niczego innego. Jest pan inteligentnym człowiekiem, musi pan mieć jakieś powody, żeby w to wierzyć.
– Och, mam. Kilka.
– Ale policja postanowiła je zignorować.
– Tak.
Odwróciłem się do niego.
– A więc wysłuchajmy ich.
– Patrzy pan na nie, panie Kovacs. – Stał przede mną. – Jestem tu. Wróciłem. Nie można mnie zabić, zwyczajnie niszcząc mój stos korowy.
– Oczywiście ma pan zdalną kopię, bo inaczej by tu pana nie było. Jak często jest aktualizowana?
Bancroft się uśmiechnął.
– Co czterdzieści osiem godzin. – Poklepał się po karku. – Bezpośredni przekaz strunowy stąd do ekranowanej przechowalni w instalacjach PsychaSecu w Alcatraz. Nawet nie muszę o tym myśleć.
– I trzymają tam też w lodzie pańskie klony.
– Tak. Kilka kopii.
Gwarantowana nieśmiertelność. Siedziałem, zastanawiając się przez chwilę, zadumany, jak by mi się to podobało. Czy by mi się to podobało.
– To musi być drogie – stwierdziłem w końcu.
– Nie bardzo. Jestem właścicielem PsychaSecu.
– Och.
– Rozumie pan, Kovacs, że ani ja, ani moja żona nie mogliśmy pociągnąć za spust. Oboje wiemy, że to nie wystarczy, by mnie zabić. Niezależnie od tego, jak mało prawdopodobne się to wydaje, musiał to być ktoś obcy. Ktoś, kto nie wiedział o kopii.
Skinąłem głową.
– W porządku. A kto jeszcze o tym wiedział? Zawęźmy pole.
– Poza moją rodziną? – Bancroft wzruszył ramionami. – Mój prawnik, Oumou Prescott. Kilku jej pomocników. Dyrektor PsychaSecu. I już.
– Oczywiście – rzuciłem – samobójstwo rzadko stanowi akt racjonalny.
– Tak, to właśnie powiedziała policja. I tak wyjaśniła wszystkie drobne niespójności swojej teorii.
– To znaczy?
To właśnie Bancroft miał ochotę powiedzieć już wcześniej. Mówił bardzo szybko.
– To znaczy, że postanowiłem przejść ostatnie dwa kilometry do domu pieszo, a potem przed zabiciem się najwyraźniej ustawiałem zegar wewnętrzny.
Zamrugałem.
– Nie rozumiem.
– Policja znalazła ślady lądowania pojazdu dwa kilometry od Suntouch House, co przypadkiem oznacza, że odbyło się akurat poza zasięgiem monitorów systemu bezpieczeństwa domu. Równie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, właśnie o tej porze nie było w górze żadnego satelity monitorującego.
– Sprawdzili rejestry taksówek?
Bancroft kiwnął głową.
– Na ile to coś warte, tak. Prawo Zachodniego Wybrzeża nie zmusza firm taksówkowych do przechowywania rejestrów tras ich pojazdów. Część z bardziej znaczących oczywiście i tak to robi, ale inne nie. Niektóre nawet opierają na tym swoje reklamy. Poufność danych klienta, te sprawy. – Przez twarz Bancrofta przemknął dziwnie drapieżny uśmieszek. – Dla części klientów w niektórych sytuacjach to poważny plus.
– Czy korzystał pan w przeszłości z usług takich firm?
– Czasami.
W powietrzu między nami zawisło kolejne logiczne pytanie. Nie zadałem go i czekałem. Jeśli Bancroft nie zamierzał podzielić się ze mną informacją, dlaczego korzystał z poufnych środków transportu, nie zamierzałem go naciskać do czasu, aż wykluczę kilka innych opcji.
Bancroft odchrząknął.
– W każdym razie istnieją pewne dowody sugerujące, że wzmiankowany pojazd mógł nie być taksówką. Policja twierdzi, że chodzi o rozkład pola. Wzór odpowiada większemu pojazdowi.
– To zależy od tego, jak ostro wylądował.
– Wiem. W każdym razie moje ślady prowadzą od miejsca lądowania i najwyraźniej stan moich butów odpowiadał dwukilometrowemu marszowi przez pole. I jest jeszcze telefon, jaki stąd wykonałem krótko po trzeciej nad ranem w nocy, kiedy mnie zabito. Kontrola czasu. Na linii nie słychać głosu, tylko oddech.
– Policja wie również o tym?
– Oczywiście, że tak.
– Jak to tłumaczą?
Bancroft uśmiechnął się lekko.
– Nie tłumaczą. Według nich samotny spacer w deszczu pasuje do samobójstwa i najwyraźniej nie widzą żadnej niekonsekwencji w tym, że człowiek chce sprawdzić wewnętrzny chronochip, zanim odstrzeli sobie głowę. Jak sam pan powiedział, samobójstwo nie stanowi aktu racjonalnego. Najwyraźniej świat pełen jest nieudaczników, którzy się zabijają, by następnego dnia obudzić się w nowej powłoce. Już mi to wyjaśniano. Zapominają, że mają stos, albo nie wydaje im się to istotne w chwili, kiedy podejmują decyzję. Nasz ukochany system opieki zdrowotnej sprowadza ich z powrotem, pomimo ich samobójstwa, nic sobie nie robiąc z ich życzeń. Interesujące naruszenie praw, nie sądzi pan? Czy na Świecie Harlana obowiązuje ten sam system?
Wzruszyłem ramionami.
– Mniej więcej. Jeśli żądanie jest poświadczone prawnie, muszą dać spokój. W innym przypadku nieożywienie stanowi naruszenie prawa.
– To chyba rozsądny środek ostrożności.
– Tak. Nie pozwala mordercom pozorować samobójstw.
Bancroft oparł się o barierkę i spojrzał mi w oczy.
– Panie Kovacs, mam trzysta pięćdziesiąt siedem lat. Przeżyłem wojny korporacyjne, upadek mojego imperium przemysłowego i handlowego, prawdziwe śmierci dwojga moich dzieci, przynajmniej trzy poważne kryzysy ekonomiczne i wciąż tu jestem. Nie należę do ludzi, którzy targają się na własne życie, a nawet gdyby, nie spartaczyłbym tego w taki sposób. Gdybym chciał się zabić, nie rozmawiałby pan teraz ze mną. Czy to jasne?
Patrzyłem prosto w jego czarne oczy.
– Tak, całkowicie jasne.
– To dobrze. – Odwrócił wzrok. – Możemy kontynuować?
– Tak. Policja. Niezbyt pana lubią, prawda?
Bancroft uśmiechnął się smutno.
– Mamy z policją problem perspektywy.
– Perspektywy?
– Tak jest. – Przesunął się wzdłuż balkonu. – Proszę podejść, pokażę panu, co mam na myśli.
Ruszyłem wzdłuż barierki, zahaczając po drodze łokciem o rurę teleskopu i przesuwając go. Silniczek pozycyjny urządzenia zawył cicho i przywrócił mu pierwotne nachylenie. Na antycznym wyświetlaczu pamięci pojawiły się parametry ustawień kąta i ostrości. Zatrzymałem się, by obejrzeć pozycjonowanie. W kurzu pokrywającym klawiaturę odciśnięte były ślady palców.
Bancroft albo nie zauważył mojej niezręczności, albo był zbyt uprzejmy, by ją skomentować.
– Pański? – zapytałem, wskazując kciukiem na teleskop. Zerknął na niego nieobecnym wzrokiem.
– Kiedyś. Pasjonował mnie w czasach, gdy jeszcze warto było wpatrywać się w gwiazdy. Nie może pan pamiętać tego uczucia. – Powiedział to bez świadomej arogancji, prawie od niechcenia. Jego głos stracił część mocy, jak gasnąca transmisja. – Ostatni raz patrzyłem przez te soczewki prawie dwa wieki temu. Wiele ze statków kolonizacyjnych wciąż jeszcze kontynuowało swoją podróż. Czekaliśmy, by się przekonać, czy im się uda. Czekaliśmy na wiązki superstrunowe. Jak światła latarni.
Zapominał o mnie. Sprowadziłem go z powrotem do rzeczywis­tości.
– Perspektywa? – przypomniałem łagodnie.
– Perspektywa. – Kiwnął głową i przesunął ręką, wskazując na swoją posiadłość. – Widzi pan to drzewo? Zaraz za kortem tenisowym.
Trudno było go nie zauważyć. Powykrzywiany stary potwór wyższy od domu, ocieniający obszar wielkości kortu. Skinąłem głową.
– To drzewo ma ponad siedemset lat. Kiedy kupiłem tę posiadłość, wynająłem projektanta, a on chciał je ściąć. Planował wybudować dom wyżej na zboczu i drzewo psuło mu widok na morze. Wyrzuciłem go.
Odwrócił się, żeby sprawdzić, czy dociera do mnie to, co chce przekazać.
– Widzi pan, panie Kovacs, ten architekt miał trochę ponad trzydzieści lat, i drzewo po prostu utrudniało mu pracę. Przeszkadzało mu. Nie robił na nim wrażenia fakt, że było częścią świata ponad dwadzieścia razy dłużej, niż trwało jego życie. Nie miał szacunku dla takich spraw.
– A więc jest pan drzewem.
– Po prostu. – Bancroft zgodził się łagodnie. – Jestem drzewem. Policja chciałaby mnie wyciąć, tak jak ten inżynier. Jestem dla nich niewygodny i nie żywią wobec mnie szacunku.
Wróciłem do swojego krzesła, żeby się nad tym zastanowić. Zaczynałem wreszcie przynajmniej częściowo rozumieć podejście Kristin Ortegi. Jeśli Bancroft uważał, że stoi poza zwykłymi normami obowiązującymi porządnego obywatela, mało prawdopodobne, by miał wielu przyjaciół w mundurach. Nie miało sensu tłumaczyć mu, że dla Ortegi istniało jeszcze jedno drzewo nazywające się Prawo, i że według niej profanował je, wbijając w nie gwoździe. Znałem oba te poglądy. Nie było na nie innego sposobu niż ten, który wybrali moi przodkowie. Jeśli nie podoba ci się jakieś prawo, szukaj miejsca, gdzie nie obowiązuje.
I ustanawiaj własne.
Bancroft został przy poręczy. Może łączył się z drzewem. Zdecydowałem się na jakiś czas odłożyć na półkę ten wątek śledztwa.
– Jaką ostatnią rzecz pan pamięta?
– Wtorek, czternastego sierpnia – odpowiedział natychmiast. – Poszedłem do łóżka około północy.
– Ostatnia aktualizacja kopii.
– Tak, przekaz strunowy powinien był odbyć się około czwartej rano, ale najwyraźniej wtedy spałem.
– Czyli prawie pełne czterdzieści osiem godzin przed śmiercią.
– Obawiam się, że tak.
Fatalnie. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin może się wydarzyć prawie wszystko. Przez ten czas Bancroft zdołałby polecieć na księżyc i wrócić. Znów potarłem bliznę pod okiem, zastanawiając się przy okazji, skąd się tam wzięła.
– A wcześniej nie wydarzyło się nic, co mogłoby sugerować, czemu ktoś chciał pana zabić.
Bancroft wciąż wychylał się za barierkę, ale dostrzegłem, że się uśmiecha.
– Powiedziałem coś zabawnego?
Usiadł na krześle.
– Nie, panie Kovacs. W tej sytuacji nie ma nic zabawnego. Ktoś chce mnie zabić i nie jest to zbyt komfortowe uczucie. Ale musi pan zrozumieć, że dla kogoś o mojej pozycji wrogość, a nawet groźby śmierci są częścią codziennego życia. Ludzie mi zazdroszczą i przez to mnie nienawidzą. Taka jest cena sukcesu.
To była dla mnie nowość. Proszę, byłem znienawidzony na co najmniej tuzinie różnych planet, a nigdy nie uważałem się za człowieka sukcesu.
– Pojawiły się ostatnio jakieś interesujące pogróżki?
Wzruszył ramionami.
– Być może. Zazwyczaj ich nie oglądam. Zajmuje się tym pani Prescott.
– Nie uważa pan gróźb śmierci za warte uwagi?
– Panie Kovacs, jestem przedsiębiorcą. Pojawiają się nowe możliwości, narasta kryzys, a ja sobie z nim radzę. Życie toczy się dalej. Zatrudniam pracowników, którzy się tym zajmują.
– Bardzo wygodne. Ale biorąc pod uwagę okoliczności, trudno mi uwierzyć, że ani pan, ani policja nie sprawdziliście plików pani Prescott.
Bancroft machnął ręką.
– Oczywiście, policja przeprowadziła swoje zwyczajowe śledztwo. Oumou Prescott powiedziała im dokładnie to, co sam od niej usłyszałem, a mianowicie, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy nie przyszło nic niezwykłego. Ufam jej wystarczająco, by nie drążyć dalej tego tematu. Choć pan pewnie będzie chciał sam rzucić okiem na te pliki.
Myśl o przedzieraniu się przez setki metrów niespójnych zjadliwości od przegranych tego antycznego świata wystarczyła, by na nowo przywołać moje zmęczenie. Poczułem totalny brak zainteresowania problemami Bancrofta. Opanowałem go z wysiłkiem godnym pochwały Virginii Viadury.
– Cóż, w każdym razie będę musiał porozmawiać z Oumou Prescott.
– Natychmiast to zorganizuję. – Oczy Bancrofta przybrały nieobecny wyraz kogoś porozumiewającego się przez wbudowany sprzęt. – Która godzina będzie panu odpowiadać?
Uniosłem dłoń.
– Może lepiej będzie, jeśli sam się tym zajmę. Proszę jej po prostu przekazać, że będę się z nią kontaktował. I będę chciał zobaczyć instalację do upowłokowiania w PsychaSecu.
– Tak jest. Właściwie, poproszę Prescott, żeby tam pana zabrała. Zna dyrektora. Coś jeszcze?
– Linia kredytowa.
– Oczywiście. Mój bank założył już panu konto kodowane DNA. O ile wiem, na Świecie Harlana mają ten sam system.
Liznąłem kciuk i wystawiłem go w górę. Bancroft kiwnął głową.
– Tak samo tutaj. Przekona się pan, że istnieją rejony Bay City, gdzie akceptuje się wyłącznie gotówkę. Mam nadzieję, że nie będzie pan musiał zbyt wiele wydawać w tych okolicach, ale jeśli tak, może pan wyciągnąć pieniądze z każdego bankomatu. Będzie pan potrzebował broni?
– Nie, w tej chwili nie. – Jedna z podstawowych zasad Virginii Viadury brzmiała: Zanim wybierzesz narzędzia, przekonaj się, co cię czeka. Pojedyncza smuga od miotacza na sztukaterii wyglądała zbyt elegancko na festiwal strzelecki.
– Cóż. – Bancroft wyglądał na rozczarowanego. Zaczął już sięgać do kieszeni, i teraz niezręcznie dokończył gest. Wyciągnął w moim kierunku zapisaną kartkę.
– To moi rusznikarze. Uprzedziłem, żeby się pana spodziewali.
Wziąłem kartkę i spojrzałem na nią. Wyszukanymi literami napisano na niej: Larkin i Green – Zbrojmistrze od 2003. Oryginalne. Poniżej umieszczono pojedynczy ciąg cyfr. Schowałem kartę do kieszeni.
– Może się to przydać trochę później – przyznałem. – Ale w tej chwili chciałbym miękko wylądować. Przysiąść i odczekać, aż opadnie kurz. Myślę, że zrozumie pan potrzebę takiego zachowania.
– Tak, oczywiście. Cokolwiek uzna pan za stosowne. Ufam pańskiej ocenie. – Bancroft utkwił spojrzenie w moich oczach. – Jednak proszę pamiętać o warunkach naszego porozumienia. Płacę za usługę. Nie najlepiej znoszę nadużycie zaufania, panie Kovacs.
– Tak, nie spodziewam się tego po panu – powiedziałem zmęczonym głosem. Pamiętałem, jak Reileen Kawahara postąpiła z dwójką niewiernych najemników. Bardzo długo wracały do mnie we śnie zwierzęce dźwięki, jakie z siebie wydobywali. Reileen wyjaśniła swobodnie, obierając przy akompaniamencie wrzasków jabłko, że skoro nikt już naprawdę nie umiera, karać można wyłącznie cierpieniem. Poczułem, jak na to wspomnienie moje nowe ciało chwyta skurcz. – Wszystko, co powiedział panu na mój temat Korpus, to stek bzdur. Moje słowo ma taką samą wartość jak zawsze.
Wstałem.
– Może mi pan zasugerować jakieś miejsce w mieście, gdzie mógłbym się zatrzymać? Coś spokojnego, średniej klasy.
– Tak, najlepiej na Mission Street. Ktoś tam pana zawiezie. Curtis, jeśli wyjdzie do tego czasu z aresztu. – Bancroft również podniósł się z miejsca. – Przypuszczam, że będzie pan teraz chciał porozmawiać z Miriam. Ona naprawdę wie o tych ostatnich czterdziestu ośmiu godzinach więcej niż ja, więc proszę ją szczegółowo wypytać.
Pomyślałem o starych oczach i pneumatycznym ciele nastolatki. Nagle idea rozmowy z Miriam Bancroft stała się odpychająca. Równocześnie zimna dłoń zacisnęła się na moim żołądku, a żołądź penisa gwałtownie wypełniła krew. Pięknie.
– O tak – stwierdziłem bez entuzjazmu. – Chciałbym.

Rozdział czwarty
– Wydaje się pan beztroski, panie Kovacs. To prawda?
Obejrzałem się przez ramię na służącą, która mnie tu doprowadziła, a potem przeniosłem wzrok z powrotem na Miriam Bancroft. Ich ciała były w tym samym wieku.
– Nie – odpowiedziałem bardziej szorstko, niż zamierzałem.
Na chwilę opuściła kąciki ust, po czym zajęła się zwijaniem mapy, którą studiowała, gdy wszedłem. Za moimi plecami służąca zamknęła drzwi pokoju z głośnym stuknięciem. Bancroft nie wyglądał, jakby miał ochotę odprowadzić mnie do żony. Możliwe, że nie pozwalali sobie na więcej niż jedno spotkanie dziennie. Zamiast tego, gdy schodziliśmy schodami z balkonu, w niemal czarodziejski sposób pojawiła się służąca. Bancroft zwrócił na nią mniej więcej tyle samo uwagi, co poprzednio.
Kiedy wychodziłem, stał przy biurku z drzewa lustrzanego, wpatrując się w ślad strzału na ścianie.
Pani Bancroft stanowczo zacisnęła rulon mapy w dłoniach i zaczęła wsuwać ją do długiej tuby.
– Cóż – odezwała się, nie patrząc na mnie. – Proszę więc zadawać swoje pytania.
– Gdzie pani była, kiedy to się stało?
– W łóżku. – Tym razem na mnie spojrzała. – Proszę mnie nie pytać o alibi. Byłam sama.
Pokój map był długi i przestronny, z łukowatym dachem wyłożonym płytkami iluminium. Stojaki na mapy, ustawione w rzędach jak eksponaty w muzeum, sięgały do talii, każdy zakończony był zatopionym w szkle wyświetlaczem. Opuściłem pustą przestrzeń w środku sali, odgradzając się od pani Bancroft jednym ze stojaków.
– Pani Bancroft, zdaje się, że zaszło nieporozumienie. Nie jestem policjantem. Interesują mnie informacje, nie wina.
Wsunęła zwiniętą mapę na swoje miejsce i nachyliła się nad stojakiem, opierając się o niego rękami. Podczas gdy rozmawiałem z jej mężem, pozbyła się świeżego, młodzieńczego potu i stroju tenisowego w jakieś eleganckiej łazience. Teraz miała na sobie nieskazitelne czarne spodnie i jakieś dziwne połączenie marynarki wieczorowej i sukienki. Rękawy swobodnie podciągnęła prawie do łokci, nadgarstków nie zdobiła żadna biżuteria.
– Czy sprawiam wrażenie winnej, panie Kovacs? – zapytała.
– Bardzo gorliwie zapewnia pani obcego człowieka o swojej wierności.
Roześmiała się. Był to przyjemny, gardłowy dźwięk, w rytm którego jej ramiona unosiły się i opadały. Mógłbym go polubić.
– Jakiż pan oględny.
Spojrzałem na mapę zawieszoną na stojaku obok mnie. W lewym górnym rogu nieznanymi mi znakami wypisano datę, cztery stulecia przed rokiem moich urodzin.
– Tam, skąd pochodzę, bezpośredniość nie jest uważana za cnotę, pani Bancroft.
– Nie? A co jest?
Wzruszyłem ramionami.
– Uprzejmość. Samokontrola. Unikanie sytuacji niezręcznych dla obu stron.
– Wygląda nudno. Myślę, że czeka tu pana kilka wstrząsów, panie Kovacs.
– Nie powiedziałem, że byłem w domu dobrym obywatelem, pani Bancroft.
– Och. – Odepchnęła się od stojaka i podeszła w moją stronę. – Tak, Laurens opowiedział mi trochę o panu. Wygląda na to, że na Świecie Harlana uważają pana za niebezpiecznego typa.
Znów wzruszyłem ramionami.
– To rosyjski.
– Słucham?
– Litery. – Obeszła stojak i stanęła obok mnie, patrząc na mapę. – To rosyjska stworzona komputerowo mapa lądowań na księżycu. Bardzo rzadka, zdobyłam ją na aukcji. Podoba się panu?
– Bardzo ładna. O której poszła pani spać w nocy, gdy zastrzelono pani męża?
Wbiła we mnie wzrok.
– Wcześnie. Powiedziałam panu: byłam sama. – Z trudem opanowała głos i znów mówiła prawie lekkim tonem. – Och, panie Kovacs, jeśli myśli pan, że mam poczucie winy, to się pan myli. To rezygnacja i odrobina goryczy.
– Odczuwa pani gorycz wobec swojego męża?
Uśmiechnęła się.
– Wydawało mi się, że mówiłam o rezygnacji.
– I o goryczy..
– Czy chce pan powiedzieć, że uważa mnie za morderczynię własnego męża?
– Jeszcze nie wiem. Ale istnieje taka możliwość.
– Naprawdę?
– Ma pani dostęp do sejfu. Kiedy to się stało, była pani wewnątrz systemów ochrony domu. A teraz wygląda na to, że mogła pani mieć jakiś emocjonalny motyw.
Wciąż się uśmiechając, stwierdziła:
– Budujemy sobie teoryjkę, panie Kovacs?
Spojrzałem na nią.
– Jeśli serce bije, czemu nie.
– Policja przez chwilę miała podobną teorię. Zdecydowali, że serce nie bije. Wolałabym, żeby pan tu nie palił.
Spojrzałem na swoje dłonie i stwierdziłem, że podświadomie wyciągnąłem otrzymane od Kristin Ortegi papierosy. Właśnie wytrząsałem jednego z paczki. Nerwy. Czując się dziwnie zdradzony przez nową powłokę, odłożyłem paczkę na miejsce.
– Przepraszam.
– Nie ma za co. Chodzi o kontrolę klimatu. Wiele z tych map jest bardzo wrażliwa na zanieczyszczenia. Nie mógł pan o tym wiedzieć.
W jakiś sposób udało się jej to powiedzieć tak, że zabrzmiało, jakby tylko kompletny kretyn nie zdawał sobie z tego sprawy. Czułem, jak tracę kontrolę nad rozmową.
– Na jakiej podstawie policja...
– Proszę ich zapytać. – Odwróciła się i odeszła, jakby podejmując decyzję. – Ile pan ma lat, Kovacs?
– Subiektywnie? Czterdzieści jeden. Lata na Świecie Harlana są trochę dłuższe niż tutaj, ale to niewielka różnica.
– A obiektywnie? – zapytała, udając mój ton.
– Spędziłem około stulecia w zbiorniku. Człowiek traci rachubę. – Co było kłamstwem. Z dokładnością co do dnia wiedziałem, ile czasu za każdym razem spędziłem w przechowalni. Doliczyłem się tego którejś nocy, i cyfry zostały ze mną na zawsze. Za każdym razem, gdy odkładali mnie znowu, dodawałem.
– Jakże musi pan być teraz samotny.
Westchnąłem i obróciłem się, by zbadać najbliższy stojak z mapami. Każdy zwinięty arkusz został oznaczony na jednym z końców w notacji archeologicznej. Syrtis Minor, trzecie wykopaliska, wschodnia kwatera. Bradbury, tubylcze ruiny. Zacząłem wyciągać jeden z rulonów.
– Pani Bancroft, nie rozmawiamy teraz o moich uczuciach. Czy mogłaby pani podać mi jakiś powód, dla którego mąż mógłby chcieć się zabić?
Naskoczyła na mnie, jeszcze zanim skończyłem mówić. Twarz wykrzywiał jej gniew.
– Mój mąż się nie zabił – oświadczyła z mocą.
– Wydaje się pani bardzo tego pewna. – Uniosłem wzrok znad mapy i uśmiechnąłem się do niej. – Jak na kogoś, kto spał.
– Proszę to odłożyć – wykrzyknęła, ruszając w moją stronę. – Nie ma pan pojęcia, jak cenne...
Przerwała i stanęła w miejscu, widząc, że wsuwam mapę do stojaka. Przełknęła ślinę i zapanowała nad wypełzającym jej na policzki rumieńcem.
– Próbuje mnie pan zdenerwować, Kovacs?
– Usiłuję tylko skupić na sobie odrobinę uwagi.
Przez kilka sekund mierzyliśmy się wzrokiem. Pani Bancroft spuściła oczy.
– Powiedziałam panu: spałam, kiedy się to wydarzyło. Co jeszcze mogę dodać?
– Gdzie pani mąż był tego wieczora?
Zagryzła wargi.
– Nie jestem pewna. Udał się na spotkanie do Osaki.
– A gdzie jest Osaka?
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Nie jestem stąd – przypomniałem cierpliwie.
– Osaka jest w Japonii. Myślałam...
– Tak, Świat Harlana został zasiedlony przez japońskich kirtetsu przy pomocy siły roboczej z Europy Wschodniej. Dawno temu, kiedy jeszcze nie było mnie na świecie.
– Przepraszam.
– Nie ma za co. Pani prawdopodobnie wie tyle samo o tym, co robili pani przodkowie trzysta lat temu.
Umilkłem. Pani Bancroft popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co powiedziałem. Otępienie po transferze. Będę musiał szybko pójść spać, zanim powiem albo zrobię coś naprawdę głupiego.
– Mam ponad trzysta lat, panie Kovacs. – Kiedy to mówiła, na jej wargach pojawił się delikatny uśmieszek. Natychmiast wykorzystała przewagę. – Wygląd może być mylący. To moje jedenaste ciało.
Powiedziała to w sposób sugerujący, że powinienem się jej przyjrzeć. Przesunąłem spojrzeniem po słowiańskich kościach policzkowych, dekolcie, krzywiźnie bioder i na wpół zakrytych ud, cały czas odczuwając dystans, do którego ani ja, ani moja świeżo pobudzona powłoka nie miała żadnego prawa.
– Bardzo przyjemne. Trochę za młode jak na mój gust, ale jak już wspominałem, nie jestem stąd. Czy moglibyśmy wrócić do pani męża? Był tego dnia w Osace, ale wrócił. Zakładam, że nie udał się tam fizycznie.
– Nie, oczywiście, że nie. Trzyma tam w lodzie przejściowego klona. Miał wrócić koło szóstej po południu, ale...
– Tak?
Zmieniła lekko pozycję i obróciła w moją stronę otwartą dłoń. Odniosłem wrażenie, że świadomie się upozowuje.
– Cóż, wrócił później. Laurens często wraca później po sfinalizowaniu umowy.
– I nikt nie ma żadnego pojęcia, gdzie był tym razem? Na przykład Curtis?
Na jej twarzy nadal widać było napięcie, jak skały pod cienką pokrywą śniegu.
– Nie przysłał po Curtisa. Przypuszczam, że z punktu upowłokowiania wziął taksówkę. Nie jestem jego strażniczką, panie Kovacs.
– To spotkanie w Osace było bardzo ważne?
– Och... Nie, nie wydaje mi się. Rozmawialiśmy o tym. Oczywiście nie pamięta, ale omawialiśmy kontrakty, a ten planował już od dłuższego czasu. Firma rozwoju morskiego, Pacificon, z bazą w Japonii. Odnowienie leasingu, coś w tym stylu. Zazwyczaj zajmujemy się tym tu, w Bay City, ale tym razem konieczne było nadzwyczajne zebranie rzeczoznawców, a tego rodzaju sprawami zawsze lepiej zająć się jak najbliżej źródła.
Mądrze pokiwałem głową, nie mając pojęcia, czym zajmował się rzeczoznawca rozwoju morskiego. Zauważyłem, że napięcie pani Bancroft zaczyna ustępować.
– Czysta rutyna, tak?
– Tak mi się wydaje. – Posłała mi znużony uśmiech. – Panie Kovacs, jestem pewna, że policja dysponuje zapisem tego rodzaju informacji.
– Ja również jestem o tym przekonany, pani Bancroft. Ale nie widzę powodu, dla którego mieliby się nią ze mną podzielić. Nie mam tam nic do powiedzenia.
– Kiedy pan przyleciał, odniosłam wrażenie, że są dość przyjacielscy. – W jej głosie pojawiła się nagła złośliwość. Patrzyłem na nią twardo, aż opuściła wzrok. – W każdym razie jestem przekonana, że Laurens może zdobyć dla pana wszystko, czego będzie pan potrzebował.
Do niczego nas to nie prowadziło. Wycofałem się.
– Może lepiej będzie, jeśli to z nim porozmawiam na ten temat. – Rozejrzałem się po pokoju. – Te wszystkie mapy... Od jak dawna je pani zbiera?
Pani Bancroft musiała wyczuć, że rozmowa zbliża się do końca, bo napięcie odpłynęło z niej jak olej z pękniętej miski.
– Większą część życia – stwierdziła. – Podczas gdy Laurens wbijał wzrok w gwiazdy, niektórzy z nas patrzyli pod nogi.
Z jakiegoś powodu pomyślałem o teleskopie zapomnianym na tarasie Bancrofta. Przed oczami ujrzałem jego kanciastą sylwetkę na tle wieczornego nieba, nieme świadectwo minionych czasów i obsesji. Przypomniał mi się sposób, w jaki powrócił na zadane ustawienie po tym, jak go potrąciłem, wierny programowi mającemu może całe stulecia, obudzony na krótko jak śpiewodrzew dotknięty przez Miriam Bancroft.
Stary.
Nagle opadło to na mnie ze wszystkich stron, dusząc i przygniatając, zaduch unoszący się z kamieni Suntouch House jak wilgoć. Wiek. Dostrzegłem go nawet w młodej i pięknej stojącej przede mną kobiecie, a moje gardło zacisnęło się z niemal słyszalnym stukiem. Coś we mnie chciało uciekać, wydostać się z stąd i odetchnąć świeżym, nowym powietrzem, oddalić się od tych stworzeń sięgających pamięcią poza historię, której uczono mnie w szkole.
– Dobrze się pan czuje, panie Kovacs?
Otępienie potransferowe.
Z wysiłkiem skupiłem wzrok.
– Tak, wszystko w porządku. – Odchrząknąłem i spojrzałem jej w oczy. – Cóż, pani Bancroft, nie będę już pani zatrzymywał. Dziękuję za czas, jaki mi pani poświęciła.
Zbliżyła się do mnie.
– Chciałby pan...
– Nie, wszystko w porządku. Sam trafię do wyjścia.
Zdawało mi się, że zanim wyszedłem z pokoju map, minęła wieczność. Każdy krok odbijał mi się głośnym echem wewnątrz czaszki. Cały czas czułem na sobie wzrok tych starych oczu.
Cholernie potrzebowałem papierosa.

Rozdział piąty
Zanim szofer Bancrofta odwiózł mnie wreszcie z powrotem do miasta, niebo zdążyło nabrać koloru starego srebra, a w Bay City włączano już pierwsze światła. Opadliśmy spiralą od strony morza nad starym wiszącym mostem koloru rdzy, między stłoczone budynki półwyspu, z prędkością zdecydowanie większą niż zalecana. Szofer Curtis wciąż jeszcze cierpiał z powodu aresztowania przez policję. Wyszedł z aresztu ledwie godzinę czy dwie przed tym, jak Bancroft nakazał mu odwieźć mnie z powrotem, i całą drogę siedział ponuro, nie odzywając się. Był muskularnym młodzieńcem, a jego chłopięcy wygląd bardzo pasował do naburmuszonej miny. Przypuszczałem, że pracownicy Laurensa Bancrofta nie byli przyzwyczajeni, by stróże prawa przeszkadzali im wypełniać obowiązki.
Nie narzekałem. Mój nastrój nie odbiegał zbytnio od tego, w jakim pogrążył się szofer. Wciąż dręczyły mnie obrazy śmierci Sary. To było ledwie wczoraj. Subiektywnie.
Wyhamowaliśmy w powietrzu nad szeroką aleją dość ostro, więc ktoś nad nami wyemitował wściekły sygnał alarmu zbliżeniowego w systemy łączności naszej limuzyny. Curtis uciszył sygnał machnięciem dłoni po konsoli i wykrzywił twarz, rzucając groźne spojrzenie przez okno. Opadliśmy w strumień ruchu naziemnego z delikatnym podskokiem i natychmiast skręciliśmy w lewo, w węższą ulicę. Zacząłem interesować się tym, co dzieje się na zewnątrz.
Życie uliczne wszędzie jest takie samo. Na każdym ze światów, jakie odwiedziłem, obowiązują te same wzory, reklama głosem i obrazem, kupno i sprzedaż, jak jakaś przedestylowana esencja wyciekająca u dołu niezależnie od tego, jaka machina polityczna zarządza tym, co dzieje się na górze. Bay City, na Ziemi, najstarszym z cywilizowanych światów, nie stanowiło wyjątku. Od potężnych, niematerialnych holowystaw wzdłuż antycznych budynków, do sprzedawców ulicznych z zestawami emitującymi katalogi umocowanymi na ramionach niczym niezgrabne mechaniczne sokoły albo przerośnięte raki – wszyscy coś sprzedawali. Samochody jeździły do i od krawężnika, gdzie natychmiast nachylały się nad nimi giętkie ciała gotowe negocjować, jak robiły to prawdopodobnie od czasów, gdy tylko powstały samochody, na których można się opierać. Z wózków z jedzeniem unosiły się kłęby pary i dymu. Limuzyna była dźwięko- i emisjoszczelna, ale i tak przez szyby przenikały odgłosy – wysokie zaśpiewy sprzedawców i modulowana muzyka, kryjąca wpływające na klientów przekazy podprogowe.
W Korpusie Emisariuszy odwracają człowieczeństwo. Najpierw widzisz podobieństwa, podskórny rezonans pozwalający ci zorientować się, gdzie jesteś, a potem w szczegółach odnajdujesz różnice.
Na mieszankę etniczną Świata Harlana składają się głównie Słowianie i Japończycy, choć za odpowiednie pieniądze można dostać dowolny wariant ze zbiornika. Tutaj każda twarz miała inne rysy i barwę – widziałem wysokich, kościstych Afrykanów, Mongołów, bladych Nordyków i raz dziewczynę wyglądającą prawie jak Virginia Viadura, ale zgubiłem ją w tłumie. Wszyscy mieszali się jak tubylcy na brzegach rzeki.
Pokraczne.
Jakieś nieuchwytne wrażenie przeskakiwało i tańczyło po moich myślach jak dziewczyna w tłumie. Zmarszczyłem się i udało mi się je pochwycić.
Na Świecie Harlana życie uliczne ma w sobie jakąś elegancję, ergonomię ruchu i gestu, która, jeśli nie jest się do niej przyzwyczajonym, sprawia niemal wrażenie choreografii. Dorastałem tam, więc nie zauważałem tego efektu, dopóki go nie zabrakło.
Tu tego nie widziałem. Wzloty i upadki ludzkiego handlu za szybami limuzyny miały w sobie jakość wzburzonej wody między dwiema łodziami. Ludzie przepychali się na siłę, uskakując gwałtownie, by ominąć gęstsze skupiska przechodniów na drodze, których najwyraźniej nie zauważali, dopóki nie było zbyt późno na manewry. Wybuchały wyraźne spięcia, przygięte karki, napięte mięśnie. Dwukrotnie dostrzegłem rodzące się bójki, jednak oponentów rozdzieliły natychmiast przewalające się tłumy. Wyglądało to tak, jakby całe to miejsce zostało spryskane jakimś podrażniającym feromonem.
– Curtis – zerknąłem w bok na bierny profil. – Mógłbyś na chwilę wyłączyć blokadę emisji?
Spojrzał na mnie, lekko wydymając wargi.
– Jasne.
Ponownie wygodnie rozparłem się w fotelu, kierując wzrok na ulicę.
– Nie jestem turystą, Curtis. Tak zarabiam na życie.
Katalogi sprzedawców ulicznych wdarły się do wnętrza jak rój delirycznych halucynacji, lekko rozmytych z powodu braku przekazu kierunkowego, przechodząc w siebie nawzajem w miarę jak przez nie jechaliśmy, stanowiąc ewidentne przeładowanie według wszelkich harlanickich standardów. Najbardziej oczywiste były reklamy alfonsów: sekwencja aktów oralnych i analnych, poprawionych cyfrowo, by dodać połysku nadmuchanym piersiom i muskulaturze. Imię każdej dziwki podawano mruczącym, gardłowym szeptem, razem z nałożonym portretem; nieśmiałe dziewczynki, typy dominujące, szczeciniaste klacze i kilka z zupełnie obcych mi kultur. Między nimi przewijały się subtelniejsze listy chemikaliów i nierealnych scenariuszy handlarzy prochami i implantami. Po drodze złapałem też kilka przekazów religijnych, obrazy spokoju duchowego, jaki można osiągnąć pośród gór, ale były jak tonący w morzu towaru.
Zaczynałem pojmować panującą tu agresję.
– Co znaczy z Domów? – zapytałem Curtisa, po raz trzeci wyłapując tę frazę w transmisjach.
Curtis uśmiechnął się szyderczo.
– Znak jakości. Domy tworzą kartel wysokiej klasy drogich burdeli wzdłuż wybrzeża. Mówią, że można tam dostać wszystko, na co ma się ochotę. Jeśli dziewczyna jest z Domów, nauczono ją rzeczy, o których większość mężczyzn może tylko marzyć. – Kiwnął głową w stronę ulicy. – Niech się pan nie czaruje, nikt tam nigdy nie pracował dla Domów.
– A Sztywniak?
Wzruszył ramionami.
– Nazwa z ulicy. Betatanatyna. Dzieciaki używają tego do zabawy ze śmiercią kliniczną. Tańsze od samobójstwa.
– Pewnie tak.
– Nie macie tanatyny na Świecie Harlana?
– Nie. – Używałem tego parę razy w Korpusie na innych planetach, ale na Świecie było to zdecydowanie niemodne. – Choć mamy samobójstwa. Możesz włączyć ekranowanie.
Zalew obrazów urwał się gwałtownie, pozostawiając mnie z uczuciem, jakby wnętrze mojej głowy stanowiło surowy, nieumeblowany pokój. Odczekałem, aż wrażenie odejdzie. Jak większość czasowych efektów, zanikło po chwili.
– To Mission Street – oświadczył Curtis. – Przez następnych kilka przecznic ciągną się same hotele. Mam tu pana wysadzić?
– Polecisz mi coś?
– Zależy, czego pan chce.
Wzruszyłem ramionami.
– Światło. Przestrzeń. Obsługa hotelowa.
Zmarszczył się w namyśle.
– Niech pan spróbuje Hendrixa. Mają wieżę, a ich dziwki są czyste. – Limuzyna przyspieszyła i w ciszy przejechaliśmy kilka przecznic. Nie chciało mi się wyjaśniać, że nie taki rodzaj obsługi hotelowej miałem na myśli. Niech Curtis wyciąga wnioski, na jakie ma ochotę. Przez głowę przemknął mi nieproszony obraz zroszonej potem Miriam Bancroft.
Pojazd zatrzymał się przed jasno oświetloną fasadą w nieznanym mi stylu. Wyszedłem na zewnątrz i zagapiłem się na olbrzymi holoobraz czarnego mężczyzny z twarzą wykrzywioną w grymasie zapewne mającym przedstawiać ekstazę wywołaną muzyką, jaką wygrywał lewą ręką na białej gitarze. Widać było odrobinę sztuczne krawędzie przetworzonego obrazu dwuwymiarowego, co znaczyło, że hologram musiał być bardzo stary. Podziękowałem Curtisowi z nadzieją, że reklama oznacza tradycję a nie staroświeckość, zatrzasnąłem drzwiczki i odczekałem, aż limuzyna odjedzie. Niemal natychmiast zaczęła się wznosić i już po chwili zgubiłem ją w gęstym ruchu powietrznym. Odwróciłem się do lustrzanych drzwi, które otwarły się odrobinę nierówno, wpuszczając mnie do środka.
Jeśli sądzić po westybulu, Hendrix z pewnością mógł zaspokoić drugie z moich wymagań. Curtis mógłby tu zaparkować trzy albo cztery limuzyny Bancrofta jedna obok drugiej, a wciąż zostałoby dość miejsca na zmieszczenie między nimi robota sprzątającego. Nie byłem tak przekonany co do pierwszego. Ściany i sufit wyłożono w nieregularnych odstępach płytkami iluminium, które zdecydowanie przekroczyło już okres półtrwania, a ich mizerny blask pogłębiał jedynie mrok w środku pomieszczenia. Z ulicy, z której tu wszedłem, padało znacznie więcej światła.
Westybul był opuszczony, ale z kontuaru przy dalszej ścianie dochodził delikatny błękitny poblask. Ruszyłem w tamtą stronę omijając niskie fotele i drapieżnie zaczajone na golenie stoliki o metalowych krawędziach, odkrywając na miejscu wnękę ze śnieżącym monitorem. W jednym z rogów pulsował napis po angielsku, hiszpańsku i w kanji:
MÓW.
Rozejrzałem się wokół, potem znów popatrzyłem na ekran.
Nikogo.
Odchrząknąłem.
Litery rozmyły się, i przekształciły w: YBIERZ JĘZYK.
– Szukam pokoju – z ciekawości spróbowałem po japońsku.
Ekran ożył tak gwałtownie, że aż cofnąłem się o krok. Z wirujących, wielokolorowych kawałków błyskawicznie wyłoniła się opalona, azjatycka twarz nad ciemnym kołnierzykiem i krawatem. Twarz uśmiechnęła się i przekształciła w odrobinę starszą Azjatkę i już po chwili stałem przed trzydziestoletnią blondynką w dystyngowanym kostiumie. Wygenerowawszy mój ideał w zakresie komunikacji międzyludzkiej, hotel zdecydował również, że wcale jednak nie umiem mówić po japońsku.
– Dzień dobry panu. Witam w hotelu Hendrix, oddanym do użytku w roku 2087 i wciąż aktywnym w branży. Czym mogę służyć?
Powtórzyłem swoje zapytanie, wzorem obsługi przechodząc na amangielski.
– Dziękuję panu. Mamy wiele pokoi, wszystkie w pełni podłączone do sieci informacyjnych i rozrywkowych. Proszę podać preferencje dotyczące piętra i rozmiaru pokoju.
– Chciałbym pokój w wieży, z widokiem na zachód. Największy, jaki macie.
Twarz wycofała się do rogu, a jej miejsce zajął trójwymiarowy schemat struktury pokoi hotelowych. Przesunął się przez nie migający wskaźnik, zatrzymując się w jednym z rogów, po czym wskazany apartament został powiększony na prawie cały ekran, zostawiając tylko wąski pasek, na którym wyświetlono dane pomieszczeń.
– Apartament w strażnicy, trzy pokoje, sypialnia trzynaście przecinek osiem metra na...
– To wystarczy, biorę go.
Trójwymiarowa mapa znikła jak zdmuchnięta, a na jej miejsce wróciła kobieta.
– Jak długo pan z nami zostanie?
– Nie wiem.
– Wymagany jest depozyt – stwierdziła nieśmiało. – Jeśli pobyt będzie trwał ponad czternaście dni, należy w tej chwili zdeponować kwotę sześciuset dolarów Narodów Zjednoczonych. W przypadku opuszczenia hotelu przed upływem wymienionego czasu, stosowna część tej kwoty zostanie zwrócona.
– Świetnie.
– Dziękuję panu. – Sądząc z tonu jej głosu, wypłacalni klienci stanowili w Hendrixie zupełną nowość. – W jaki sposób dokona pan płatności?
– Ślad DNA. Pierwszy Kolonialny Bank Kalifornijski.
Na ekranie przewijały się szczegóły płatności, kiedy u podstawy czaszki poczułem dotyk zimnego kręgu metalu.
– To dokładnie to, co myślisz – zabrzmiał spokojny głos. – Zrobisz jeden zbędny ruch, a gliniarze przez dwa tygodnie będą wyciągać ze ściany kawałki twojego stosu korowego. Mówię o prawdziwej śmierci, przyjacielu. Teraz odsuń dłonie od ciała.
Wypełniłem polecenie, czując nieprzyjemny chłód rozchodzący się od miejsca, którego dotykała lufa broni. Minęło już trochę czasu, od kiedy ostatnio grożono mi prawdziwą śmiercią.
– Bardzo dobrze – usłyszałem ten sam spokojny głos. – Teraz moja koleżanka cię sprawdzi. Pozwól jej to zrobić i nie rób żadnych gwałtownych ruchów.
– Proszę wprowadzić próbkę DNA do czujnika obok ekranu. – Hotel podłączył się do bazy danych Pierwszego Kolonialnego. Stałem w bezruchu, gdy szczupła, ubrana na czarno kobieta w masce narciarskiej podeszła do mnie i od głowy do stóp przesunęła po mnie szary, buczący skaner. Już nie czułem zimna. Moje ciało rozgrzało lufę do nieco bardziej przyjaznej temperatury.
– Jest czysty. – Rzeczowy, profesjonalny głos. – Podstawowa neurochemia, ale nieaktywna. Żadnego sprzętu.
– Naprawdę? Podróżujemy bez bagażu, Kovacs?
Serce wypadło mi z klatki piersiowej i ciężko wylądowało na żołądku. Miałem nadzieję, że to lokalne przestępstwo.
– Nie znam cię – powiedziałem ostrożnie, obracając głowę o kilka milimetrów. Lufa mocniej wbiła się w moją skórę, więc zamarłem.
– To prawda, nie znasz mnie. A teraz wyjdziemy sobie na zewnątrz.
– Dostęp do kredytu zostanie zamknięty za trzydzieści sekund – cierpliwie poinformował hotel. – Proszę wprowadzić kod DNA.
– Pan Kovacs nie będzie potrzebował swojej rezerwacji – oświadczył mężczyzna za moimi plecami, kładąc mi rękę na ramieniu. – Chodź Kovacs, jedziemy na przejażdżkę.
– Bez pobrania opłaty nie mogę podjąć obowiązków gospodarza – stwierdziła kobieta na ekranie.
Coś w tonie jej głosu zatrzymało mnie w pół obrotu. Kierowany nagłym impulsem zmusiłem się, by gwałtownie zakaszleć.
– Co...
Zginając się do przodu pod wpływem kaszlu, uniosłem dłoń do ust i liznąłem kciuk.
– Kovacs, w co ty się, do cholery, bawisz?
Ponownie się wyprostowałem i błyskawicznie przyłożyłem dłoń do klawiatury przy ekranie. Ślady świeżej śliny rozmazały się po matowym czujniku. Ułamek sekundy później utwardzona krawędź dłoni uderzyła w lewy bok mojej czaszki i opadłem na podłogę, lądując na kolanach i łokciach. W twarz wbił mi się but i pokonałem resztę drogi w dół.
– Dziękuję panu. – Przez łomot w mojej czaszce dotarł do mnie głos hotelu. – Pańskie dane podlegają przetwarzaniu.
Spróbowałem się podnieść i dostałem drugiego kopniaka w żebra. Z nosa na dywan zaczęła mi cieknąć krew. Na moim karku znów wylądowała lufa broni.
– To nie było mądre, Kovacs. – Głos tylko odrobinę stracił na spokoju. – Jeśli sądzisz, że gliny wyśledzą nas tam, gdzie się wybierasz, to przechowalnia musiała ci namieszać w głowie. Wstawaj!
Podciągał mnie do góry, kiedy rozległ się grzmot.
Dlaczego ktoś uznał za odpowiednie wyposażyć systemy bezpieczeństwa Hendrixa w dwudziestomilimetrowe działka automatyczne, przerastało moje pojmowanie, ale wykonały swoją pracę z przerażającą skutecznością. Kątem oka dostrzegłem wyjeżdżającą z sufitu wieżyczkę z podwójnym działkiem tuż przed tym, jak wypuściła z siebie trzysekundową serię pocisków wprost w mojego prześladowcę. Dość ognia, by zestrzelić mały samolot. Hałas był ogłuszający.
Zamaskowana kobieta wystartowała w stronę drzwi. Wciąż słysząc w głowie echo grzmotu, zobaczyłem, jak wieżyczka obraca się jej śladem. Udało się jej przebiec jakiś tuzin kroków, gdy na jej plecach pojawiła się czerwona plamka lasera celowniczego i w westybulu rozbrzmiała kolejna seria wystrzałów. Wciąż na kolanach, osłoniłem uszy rękami w chwili, gdy pociski przecinały kobietę na pół. Padła na podłogę niczym szmaciana lalka.
Strzały umilkły.
W zapadłej potem, śmierdzącej kordytem ciszy nic się nie poruszyło. Wieżyczka znieruchomiała z lufami opuszczonymi w dół, ze smużkami dymu unoszącymi się z obu luf. Odsunąłem dłonie od uszu i wstałem, obmacując się po nosie i twarzy, próbując ocenić rozmiar szkód. Wyglądało na to, że krwawienie słabnie i chociaż miałem rozciętą wargę, żaden ząb się nie ruszał. W miejscu gdzie wylądowało drugie kopnięcie napastnika, bolały mnie żebra, ale chyba nie były złamane. Spojrzałem na bliższe z ciał i zaraz tego pożałowałem. Ktoś tu będzie musiał posprzątać.
Po lewej stronie z cichym brzękiem otwarły się drzwi windy.
– Pański pokój jest gotów, sir – oznajmiła głos z monitora.

Modyfikowany węgiel - mobi, epub

ebook
pomoc Raz kupujesz, pobierasz w wielu formatach.
Kupując wybrany plik otrzymujesz możliwość pobrania go w kilku aktualnie dostępnych formatach. Informacja o tym, jakie formaty przyporządkowane są do danego pliku, podana jest za tytułem oraz w ikonce multiformat.

Wydawnictwo: Mag

Rozmiar pliku: 3.61 MB

Zabezpieczenie: Znak wodny

Produkt cyfrowy

Nasza cena: 27,80

Cena detaliczna: 32,71

U nas taniej o 15%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń Dodaj do koszyka
Powrót
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (0)

  • Inne wydania

Modyfikowany węgiel - mobi, epub - opis produktu:

W dwudziestym szóstym wieku ludzkość rozprzestrzeniła się po galaktyce, zabierając ze sobą w zimny kosmos podziały rasowe i religijne. Pomimo napięć i wybuchających tu i ówdzie krwawych wojen, Protektorat NZ trzyma nowe światy żelazną ręką, wykorzystując do tego elitarne oddziały uderzeniowe: Korpus Emisariuszy.
To, czego nie mogła zagwarantować religia, zapewniła technika. Teraz, gdy świadomość można zapisać w stosie korowym i w prosty sposób przenieść do nowego ciała, śmierć stała się zaledwie drobną niedogodnością. O ile tylko stać cię na nowe ciało...
Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs, zna smak umierania, to ryzyko zawodowe. Lecz ostatnia śmierć była szczególnie brutalna. Przetransferowany strunowo na odległość wielu lat świetlnych, upowłokowiony w nowym ciele w San Francisco na Starej Ziemi i rzucony w środek spisku bezwzględnego nawet jak na standardy społeczeństwa, które zapomniało o wartości ludzkiego życia, szybko uświadamia sobie, że pocisk, który wybił dziurę w jego piersi na Świecie Harlana, to dopiero początek problemów.

Modyfikowany węgiel - mobi, epub - szczegółowe informacje:

Dział: e-Książki pdf, epub, mobi, mp3

Kategoria: fantastyka, fantastyka naukowa, space opera, sztuczna inteligencja

Wydawnictwo: Mag
Rok publikacji:2018
ISBN:978-83-7480-942-9
Rozmiar pliku:3.61 MB
Język:polski
Zabezpieczenia i kompatybilność produktu (szczegóły w dziale POMOC): * Produkt jest zabezpieczony przed nielegalnym kopiowaniem (Znak wodny)
Wprowadzono: 19.01.2018
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Modyfikowany węgiel - mobi, epub - recenzje klientów


Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.

eBookowe bestsellery z tych samych kategorii

Początek podróży - mobi, epub Hajmdal. ...

D. Domagalski

ebook, multiformat: mobi, epub

23,54 zł taniej -20%

Wschód Ziemi. Ziemia osamotniona - ...

D. Arenson

ebook, multiformat: mobi, epub

23,60 zł taniej -20%

Łańcuch dowodzenia - mobi, epub ...

M. Kloos

ebook, multiformat: mobi, epub

27,65 zł taniej -20%

Wieża świtu - mobi, epub Tom 5.5 cyklu ...

S. Maas

ebook, multiformat: mobi, epub

27,65 zł taniej -20%

Richard Morgan - przeczytaj też

Modyfikowany węgiel - mp3

R. Morgan

ebook mp3

33,20 zł taniej -20%

Upadłe anioły - mp3

R. Morgan

ebook mp3

30,80 zł taniej -30%

Upadłe anioły - mobi, epub

R. Morgan

ebook, multiformat: mobi, epub

26,38 zł taniej -20%

Zbudzone furie - mobi, epub Cykl ...

R. Morgan

ebook, multiformat: mobi, epub

29,52 zł taniej -20%

Zobacz również

Upadłe anioły - mobi, epub

R. Morgan

ebook, multiformat: mobi, epub

26,38 zł taniej -20%

Powrót - mobi, epub STALKER

M. Gołkowski

ebook, multiformat: mobi, epub

25,13 zł taniej -20%

Wampir z KC - mobi, epub

A. Pilipiuk

ebook, multiformat: mobi, epub

25,13 zł taniej -20%

Otchłań Księga I - mobi, epub

P. Brett

ebook, multiformat: mobi, epub

28,28 zł taniej -20%

Ciekawe pomysły Gandalfa

ebook

33.20 zł

taniej -20%

Modyfikowany węgiel - mp3

"Modyfikowany węgiel", pierwszy tom cyklu o Takeshim Kovacsu, to cyberpunkowy kryminał z najwyższej półki. Na podstawie książki został nakręcony serial, który jeszcze przed premierą został okrzyknięty najlepszą produkcją telewizyjną 2018 roku. To, czego nie mogła zagwarantować religia, zapewniła technika. Teraz, gdy świadomość można zapisać w...

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku

17.48

13.32

13.70

3.58

2.84

4.96

3.97

3.59

7.65

4.11

9.63

Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność › przejdź do koszyka
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: