Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
- Do kogo idziemy? - Zwlekam się z łóżka. - Do Bolka i Beaty?
Jezu, w tym kraju najzwyklejsze imiona brzmią jak pseudonimy tajnych agentów. Dobrze, że nie mamy dziecka i nie musimy go nazwać. Wybierać między serialowymi Oliyierami albo ksywami kryminalistów.
Właściwie jest mi obojętne, do kogo idziemy. Znajomi Alicji z uniwersytetu są jedną kastą. Powinienem im współczuć. Ubodzy akademiccy krewni z Trzeciego Świata. Narzekający, opluwający się nawzajem: Ten „dupodajec”, tamten „ma parcie na szkło”. Za inteligentni, żebym ich usprawiedliwiał. Narzekają na poziom uczelni, a sami go obniżają chałturą na trzech, czterech etatach. Dopóki się nie upiją, wibrują agresywnym napięciem w szyderczej kanonadzie złośliwości. Potem uchodzi z nich energia. Jakby
była skumulowana w złości i już nie starczało na zwykłą sympatię. Przypominają mi szwedzkie nauczycielki, z którymi pracowałem. Potulne, dobre kobiety od rana nie wiadomo dlaczego zirytowane i wściekłe. Wytłumaczyła mi to jedna z nich, Lena:
„Inaczej bym nie wyszła z domu. Złość mnie motywuje. Później jakoś idzie. Sanki przymarznięte do śniegu - kopnięte mocno - już dalej się ślizgają”.
Po przyjęciu wracamy nocą pieszo pustymi ulicami. Tramwaje pędzą do zajezdni, podzwaniając niby ksiądz spieszący z wiatykiem dla zamierającego miasta. Chodnikami spływa deszcz. Alicji nie udaje się przeskoczyć kałuży. Mogła to przewidzieć i podciągnąć spodnie. Jest jedyną znaną mi osobą, która ochlapywaniem się czci pamięć swojej babci.
Staruszka, przesiedlona z dworkowych Kresów do studziennej kamienicy, uczyła małą Alę: - Nie po to się człowiek ubiera, żeby przy ludziach zadzierać kieckę. Lepszy brud niż plama na honorze. - Alicja zna wiele podobnych przykazań. Pańskich gestów przykurczonych do manier wywłaszczonych z rodowej historii.
- Wiem, głupie. - Ogląda spodnie obrębione zaciekami błota. - Im jestem starsza, tym częściej wracam do głupot z dzieciństwa.
- To szacunek, nie dziecinada. - Sprawdzam, czy przy zaciąganiu się powietrzem nadal mam nerwicowe kłucie serca. - Chcemy, żeby nas też szanowano na starość, nasze dziwactwa.
- I naszego alzheimera?
Zmarszczki jej oczu łączą się z tymi wokół ust, naciągając twarz siateczką powiązań.
Delikatną siecią, w której błyszczą oczy koloru morza. Jej złocisty, łagodny profil powtarzał linię brzegu wyrzeźbioną wracającymi falami przeszłości. Historią rodziny i genów odnajdujących w niej szukaną od pokoleń, doskonałą przystań. Ewa nie odziedziczyła urody po Alicji. Jest za chuda, tyczkowata, ze zbyt długą szczęką i haczykowatym nosem Januszka.
- Nie będziesz potrzebowała szacunku za robienie pod siebie? - klepię Alicję w pośladki.
- Proszę, przestań.
- Przecież lubisz się śmiać. Zaśmiewałaś się z żartów Wojtka.
- Zazdrosny?
- O nich? - Nie brałem udziału w towarzyskiej licytacji. - Porozmawiałaś kiedykolwiek z Wojtkiem na serio? Albo z tym drugim, łysym?
Od początku przysiadł się do niej przemądrzały facet w drucianych okularach. Rzadkie kępki włosów sterczały mu jak elektrody. Miał jeszcze wokół nich czerwone placki, po porażeniu w tropikach.
- Henryk jest szefem fundacji charytatywnej, nie ma prawa żartować? - Alicja go też nie lubiła, broniła, żeby mnie sprowokować. Zmusić do mówienia. Podczas sztywnej imprezy milczałem. Teraz silę się na sarkazm.
- Charytatywnej? Nie dziwię się, potrzebuje współczucia. Gdzie Henio, Henryk, Henryczek był? W Turcji? Nie na „Bliskim Wschodzie”. I nie w Wietnamie, bo to zalatuje taniochą, on był w Indochinach, przepraszam w Indochach. Trzyma się ten jajcarski dystansik?
- Nie musisz chodzić do moich znajomych.
Nie wydaje się urażona. To wyjście miało mnie wyrwać z otępienia. Na pustej ulicy, nocą, prawie wykrzykuję:
- Alicja, nie o twoich znajomych chodzi, nie zrozum mnie źle. Widziałaś w Polsce poważnych facetów, nie smutnych, ale poważnych, mówiących serio o lęku przed życiem? Sami dowcipnisie albo bełkoczący alkoholicy. Jedni i drudzy tchórze, jajcarstwem i wódą oganiają się przed depresją.
- Wiesz, po drugiej stronie, na antypodach - tupie obcasem w płytę chodnika - też żyją, chodzą ludzie i nie zapraszają się nawzajem, żeby zwierzać się ze swoich problemów.
- Alicja...
- No co, myślę o innych, jak ty...
- Nie kpij, wiem, co się ze mną dzieje. Uważasz, że mam depresję? - Przyciągam ją do siebie.
- Ty jesteś psychologiem. - Spojrzenie, bez mrugnięcia, jest wyzwaniem.
- Więc ci mówię: nie mam. Jeden alkoholik w rodzinie wystarczy - myślę o moim ojcu.
Sądzi, że Januszem odwzajemniam się za jej niewinne przytyki.
- Rozesłałeś już swoje CV?
Prosiła mnie o to bezskutecznie. Lepszą pracę znajduje się przez znajomości. Jeśli w ogóle gdzieś jest, w kryzysie. Wpisałbym do CV datę swoich urodzin, nazwy szkół i dla kogo? Kto potrzebuje moich namiarów sprzed lat. Kosmici? Zlokalizują mnie w czasoprzestrzeni, dorwą, gdy chodziłem w harcerskim mundurku do liceum numer pięć?
Rozsyłając CV, skażę się prawdopodobnie na rozmowy kwalifikacyjne z nieznaną mi, prostacką formą życia. Niekoniecznie inteligencji potrzebującej mojego ciała do siedzenia w biurze, trefnych interesów, noszenia paczek, cholera wie jakich eksperymentów poniżających człowieczeństwo.
- Kochanie, obiecuję, zarobię nie tylko na siebie, ale i na nas dwoje - mówię z przekonaniem.
Poproszę Adka o pożyczkę, sprzedam wóz. Słyszę lęk Alicji, gdy mnie pociesza:
- Ułoży się, nie musisz napadać na bank.
- Który? Otworzę każdy sejf. - Po naszej stronie ulicy są same banki. - Nie wierzysz?
- Wierzę.
Naprawdę. Mam cholerne wyczucie do zamków. Nauczyłem się tego w wieku czterech, pięciu lat. Najlepsi złodzieje są przyuczani od dziecka. Wiesz, ile można się dowiedzieć ze sposobu, w jaki pijany ojciec otwiera drzwi? Wkłada klucz pewnie, do oporu czy z poprawką? Przekręci go w zamku powoli czy mocno?
Zgrzyt zwykłego klucza yale był szyfrem mojego dzieciństwa. Prędkość jego
odczytania dawała mi przewagę: ukryć się pod kołdrą i słuchać wrzasków czy wyjść.
Negocjować rozejm między matką i ojcem, albo nawet dostać drobne na cukierki.
Nabawiłem się słuchu absolutnego, sejf przy tym to pestka. Nie wierzysz? - tania zagrywka pod Alicję, trochę litości dla skrzywdzonego dziecka. Jestem pieprzonym DDA, Dorosłym Dzieckiem Alkoholika. Nie wierzę w siebie za grosz. Ona to wyczuwa instynktownie, od momentu naszego spotkania. Tego się boi, może bardziej ode mnie. I to ją przyciąga.
Dzieciństwo Alicji było normalne. Teraz jej rodzice, koleją rzeczy, starzeją się, obumierają, wpadając w demencję. Mój ojciec nie dożył swojej śmierci, nie doczekał starości. Zapił się samotnie, z dala od matki, ode mnie - prawdziwego syna, którego się też nie doczekał. Od kiedy pamiętam, byłem nie taki: za płaczliwy, za pyskaty.
Interesowałem się sztuką, psychologią - według niego niczym.
On, księgowy spółdzielni ogrodniczej, przerabiał abstrakcyjne cyfry na konkretne pieniądze. Był w tym podobny do Adka. Obaj mieli specyficzny dar widzenia świata. Nie tak daleki od prawdy o nim. To, co widzimy, światło wpadające do oka, jest podzielone na paczki energii - fotony. Ojciec i Adek oceniali wszystko w paczkach pieniędzy możliwych do zarobienia. Ich spojrzenie było czytnikiem cen wrośniętym w mózg. Adek miał szansę rozwinąć swoje wrodzone zdolności. Mojego ojca ograniczał realny socjalizm.
W pracy tępił kanciarzy i dostawał szału, odkrywając niegospodarność. Za niespotykaną uczciwość awansował, został głównym księgowym. Uczciwość w komunie, gdzie wszyscy kradli, to była samotność. Zaczął pić. Nie miał już sił na swoją lepszą stronę. Stracił do siebie resztki szacunku. Został mu wygląd korodujący wolniej od przepitego wnętrza.
Matka wysyłała go w stroju paradnym - garniturze z angielskiej wełny i krawacie - na zakupy. Zabójczo przystojny ze świeżo wypastowanymi butami i wyżelowanymi włosami, robił wrażenie u rzeźnika. Sklepowe zahipnotyzowane jego urokiem wyciągały spod lady najlepszą polędwicę.
- Dla naszego pana Stasia. - Zawsze się coś znalazło.
Taka była oficjalna strona mojego ojca. Cenionego gracza brydżowych turniejów w kraju i w Budapeszcie. Potem był już tylko pijakiem i hazardzistą przesiadującym w lepsiejszych melinach. Zasłonięte dzień i noc okna, papierosowy dym, alkohol w karafkach, by ukryć markę taniego wina. Kawa, woda kolońska wklepana w zapadnięte policzki, obrośnięte szczeciną po kilku dniach niewstawania od pokerowego stolika.
Prawdziwa męskość, gra o stawkę. Przepocone koszule, stopiony petami plastik krzykliwie kolorowych jak na tamte czasy popielniczek, reklamujących ferrari, marlboro.
I ta swoboda zwycięzców. Mężczyźni są zwycięzcami. Zwłaszcza mój ojciec chciał nim być. Zanim się stoczył, zabierał mnie ze sobą. Obserwowałem jego nonszalanckie bujanie się na krześle przy kiepskiej karcie. Marzyłem o zaglądaniu mu przez ramię, byciu wspólnikiem blefu i triumfu. W dusznych, przyciemnionych pokojach śledziłem najdrobniejsze ruchy graczy. Przygodnych frajerów, półzawodowców w stylu mojego ojca. Wczytywałem się w ich twarze, marząc o tym, że odgaduję, który z nich kłamie, który ma streeta. 10-, 12-letni wyrostek, nie wiedziałem, czym jest psychologia.
Zafascynowałem się nią dzięki ojcu. Przewidywałem, kto zgarnie pulę. Koniecznie chciałem mu o tym powiedzieć. Tak bardzo pragnąłem zasłużyć na uznanie, ten wymarzony moment męskiej sztamy. On, zirytowany moim napięciem, odsyłał mnie najdalej od siebie, na przeciwległy koniec stołu, żebym nie przeszkadzał. Nie przynosiłem mu szczęścia. Rodzina w ogóle nie przyniosła szczęścia mojemu ojcu. Uciekał od niej w pijackie ciągi. Matka zawodziła:
- Staś, Staś! - Co zlewało się w: Taś, taś!
Zupełnie jakby nawoływała - taś, taś! - króliki w gospodarstwie swoich rodziców.
Zagroda, piaszczyste pole i przymilne szaraki jedzące jej z ręki. Ojciec może i jadł na początku. Potem pożarł matce rękę, serce, rozum. Po jego śmierci nie wiedziała, czy jest wdową, rozwódką, kim w ogóle jest. Stąd jej pragnienie powtarzania cudzych tekstów z telenowel, łatwość odgrywania różnych póz. Od kiedy pamiętałem, rozwodzili się, schodzili, wyrzucali sobie wzajemnie walizki na schody. Kto kogo przytrzyma za drzwiami i nie wpuści. W naszym bloku pijackie burdy były normą. Wojną domową, do której wciągano dzieci, sąsiadów, ale nigdy milicję. Większość moich kumpli ze szkoły i podwórka było dziećmi alkoholików. Stratowane psychicznie pokolenie dzisiejszych 50- latków.
Ojciec umarł sam, zawał w wynajętej kawalerce. Sytuacja matki się wyjaśniła:
nieślubna wdowa. - Staś! Taś, taś! - moi młodzi rodzice - seks, pieprzenie się króliczków, uznali za miłość.
Poszli poświęcić w kościele swoje narządy płciowe, przyrzekając w ich imieniu wierność.
Po wygaśnięciu namiętności byliby nadal małżeństwem, gdyby mieli czas się dogadać i polubić. Niestety, urodziłem się ja: „Dziecko to Stalingrad małżeństwa” - powtarzał w chwilach pijackiej szczerości sąsiad Małecki, ojciec mojej koleżanki z klasy. Uczył w liceum historii, wiedział, co mówi. Przekonałem się o tym, gdy pojawiły się moje dzieci:
amok nieprzespanych nocy, ataki złości, bombardowanie pretensjami. W rezultacie Stalingrad: nie wiadomo, kto na dłuższą metę wygrał wojnę po decydującej bitwie.
- Poczekaj, ja wypłacę - odsuwam Alicję od bankomatu.
Miłość po polsku
Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa: twarda w obwolucie
Ilość stron: 270
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 31,69
Cena detaliczna: 34,82
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, powieść psychologiczna, powieść społeczno-obyczajowa |
| Wydawnictwo: | Świat Książki |
| Oprawa: | twarda w obwolucie |
| Wymiary: | 140x220 |
| Ilość stron: | 270 |
| ISBN: | 978-83-247-1957-0 |
| EAN: | 9788324719570 |
| Wprowadzono: | 14.05.2010 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęEwelina Dyda evelka_d(at)interia.pl 16 marzec 2011
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Pragnąc scharakteryzować określone zjawisko można pokusić się o zestawienie go z innym o analogicznym rysie. Wówczas cechy interesującego nas zjawiska klarują się łatwiej oraz pogłębione są o analizę porównawczą. Manuela Gretkowska w swojej najnowszej powieści przygląda się emocjom i relacji najściślej łączącej dwoje bliskich sobie osób, czyli miłości. Określając ją mianem miłości po polsku nie tylko zawęża pole znaczeniowe zjawiska, ale też wpisuje je w określony kontekst kulturowy, na który składają się obyczaje, mentalność oraz zespół norm je regulujących. Kontekstem porównawczym w powieści jest natomiast, używając frazy Gretkowskiej, miłość po szwedzku. Najbardziej kontekst ten uwidacznia się w początkowych partiach powieści. Główny bohater, Miłosz Kencki, w Szwecji poznaje Karin, rodowitą Szwedkę, która po okresie miłosnego zauroczenia, zostaje jego żoną. Mają wspólnie dwójkę dzieci – Eryka i Marysię. Taki jest schemat, natomiast przyglądając się bliżej temu małżeństwu okazuje się, że jest ono totalną katastrofą. Brak porozumienia obu stron prowadzi do rozwodu. Można poprzestać na stwierdzeniu, że rozwody się zdarzają i Miłosz i Karin nie są tutaj żadnym wyjątkiem. Jednak geneza porażki związku Polaka i Szwedki ma głębsze podłoże. Winę ponosi właśnie kontekst kulturowy – mezalians konserwatywnej mentalności polskiej z wyewoluowaną obyczajowo szwedzką kulturą zachowań społecznych, to nie mogło się udać. Ułomna jest mentalność i obyczajowość Polaka. Gretkowska jednak nie poprzestaje na zarysowaniu cech miłości po polsku. Szuka ich przyczyn. Okazuje się, że Polak swoje fobie, frustracje, bezradność dziedziczy z pokolenia na pokolenia, wraz z całym ekwipażem materiału genetycznego. To one stają się jego cechą narodową i nie dają racjonalnie funkcjonować w społeczeństwie, w którym fobie jednostki transponują się w ogół społeczeństwa, które z kolei obdarza nimi kolejne jednostki i kółko się zamyka. Z takiego stanu rzeczy można wysnuć pytanie: co więc wymaga wyleczenia, jednostka czy społeczeństwo? Dalej, czy zmiana norm obyczajowych i społecznych, czy zmiana jednostki? Gretkowska nie daje odpowiedzi na tak postawione pytania, jednakże wnikliwe sięgnięcie w tekst takie właśnie problemy ewokuje. Autorka zwraca uwagę na szereg zjawisk zaściankowych w mentalności Polaka: fanatyzm, węszenie wszędzie spisku, układu, hipokryzję. Tę ostatnią cechę najcelniej charakteryzują następujące cytaty: „Minister oświaty i profesor filozofii zabrania młodzieży myślenia. Jeden minister zdrowia pali jak smok i umiera, bo się nie leczy, drugi nie uznaje środków przeciwbólowych. Minister sprawiedliwości okazuje się podrzędnym cwaniakiem. Szef partii, homoseksualista, zwalcza gejów. Rzecznik praw obywatelskich pogardza większością obywateli. Rzeczniczka do spraw równości dyskryminuje rozum. Rzeczniczka od spraw dzieci ściga postaci z ich ulubionych bajek. Kobieta namawiająca kobiety do polityki i której naród daje prezydenturę, woli kwasić ogóra dla męża” (s. 114) oraz „Kto jest najsłynniejszą miłosną parą kraju rodzinnych wartości i kultu papieża? Dziewczyna o wyglądzie, manierach gwiazdy soft porno i jej narzeczony satanista rozrywający publicznie Biblię” (s. 139). Cechą mentalności Polaka jest także życie złudzeniami i marzeniami. Miłosz przekonuje się o tym boleśnie, kiedy rozwiewa się jego iluzja szczęścia z Alicją. Kobieta-ideał oraz nieformalny związek, który właśnie dzięki braku formalności wydawał się tak cudowny, ulegają zburzeniu jak domek z kart, kiedy okazuje się, że Alicja zdradziła Miłosza. Mężczyzna w rozpaczy i szaleństwie ucieka w kierunku Szwecji. Z nadmiaru przeżyć i wrażeń dostaje zawału i nikt nie jest mu w stanie pomóc. Tak kończy się miłość po polsku. Tytuł powieści jednakże należy traktować metaforycznie. Pod jego nazwą znajduje się zespół cech mentalnych Polaka, cała polskość, która ze swymi konserwatywnymi, fobicznymi naleciałościami nie pozwala normalnie żyć, skrajnie prowadzi do depresji: „Sam już nie wiem, co jest prawdą, co chorym urojeniem? Co napędza tę paranoję? Moja depresja, a może Polska. Jej gromadzony od pokoleń lęk, nieufność i wrogość. Sączone w człowieka dzień za dniem, zatruwają umysł. Niszczą to czego chciałem, najskromniej, najzwyczajniej: zwykłej urody harmonijnego bycia. Jestem napromieniowany polskością. Nie ma na nią lekarstwa” (s. 269). Gretkowska stawia smutną diagnozę Polaka chorego na polskość. Jak widać diagnozy stawiane już kiedyś przez Gombrowicza są jak najbardziej trafne, a w obliczu obecnej rzeczywistości również aktualne. Gretkowska o tym przypomina i to w dość interesujący sposób.
Zobacz również
