zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:

Newsletter

Bądź na bieżąco z promocjami i nowościami w Gandalfie.

Ostatnio oglądane

Dzidzia - Sylwia Chutnik

Dzidzia

Sylwia Chutnik

cena: 27,14

Dwulatek - PRACA ZBIOROWA .

Dwulatek Akademia przedszkolaka

PRACA ZBIOROWA .

cena: 14,94 12,70

Dwanaście prac Herkulesa - Agatha Christie

Dwanaście prac Herkulesa seria: Klasyka ...

Agatha Christie

cena: 22,61

DURER - PRACA ZBIOROWA .

DURER (Scala)

PRACA ZBIOROWA .

cena: 53,05

Duch króla Leopolda - Adam Hochschild

Duch króla Leopolda Opowieść o ...

Adam Hochschild

cena: 40,75

Dubler książka audio MP3 - David Nicholls

Dubler książka audio MP3 Czyta: Jacek ...

David Nicholls

cena: 27,14

Dubler - David Nicholls

Dubler

David Nicholls

cena: 32,67

Droga życia - Marian Scholland

Droga życia

Marian Scholland

cena: 31,92 27,13

Drób - PRACA ZBIOROWA .

Drób Domowe przepisy

PRACA ZBIOROWA .

cena: 7,06

Dzidzia przeczytaj fragment książki
Dzidzia

Dzidzia jako trup
Pora, w którym jeszcze nie ma dnia, ale z pewnością skończyła się noc,
jest idealna na rozmyślania, co też zaplanuje się do zrobienia w
najbliższym czasie. Czy zje się na śniadanie croissanta, czy też może
jajeczniczkę. Rzuci zgubny nałóg kawy czy po raz ostatni zanurzy usta w
mlecznej piance. Wszystko jest nowe, gotowe do zmian, nowego makijażu
i nowych zasad. Biała kartka czeka tylko na nasze notatki, na przyjęcie
nowych reguł gry.
Podobnie Danuta, leżąc na parującej, porannej trawie, zastanawiała się,
w jaki sposób powinna zachować się w nowych okolicznościach losu
swego. Dzień wcześniej, tak się składa, zabrali jej jedyną córkę i teraz
należało odnieść się jakoś do nowej sytuacji życiowej. Nadmiar
scenariuszy powodował przyjemny zawrót głowy. Kobieta wypluła resztki
piachu, który gryzła z rozpaczą w nocy, i spróbowała powoli wstać.
Przytrzymała się chwiejnego parkanu, ale ten z hukiem spadł na chodnik.
Już na prostych nogach zaczęła otrzepywać pomięte i nieświeże ubranie.
Przygładziła włosy. Ekhm, tak, tymczasem należałoby wziąć sprawy w
swoje ręce i pokazać światu, jak rycząca czterdziecha walczy o swoje.
W głowie się jeszcze kołotało, jakiś dziwny ból przy skroni nie dawał o
sobie zapomnieć, ale to nic, to już zaraz minie. Wystarczy mocno potrzeć
się po twarzy i przełknąć poranną ślinę, a myśli zaczynają natychmiast
płynąć swoim rytmem.
Mimowolnie spojrzała w stronę rabatek w ogródku. W stronę
zakopanego męża, może on coś z zaświatów podpowie. E tam, podpowie,
mruknęła do siebie Danuta. Zawsze wszystko na mojej głowie było, tak i
teraz sama sobie poradzę.
Małżeństwo było szczęśliwe, gospodarstwo wzorowe. Nagle choroba.
Nowotwór włosów. Po łacinie neoplasma, jak jakiś nowoczesny telewizor.
W niespełna rok zabił Stefana rak. Zaatakował korę mózgową, przeszedł
do twarzy i jej części. W końcu znalazł się na fryzurze. Mąż leżał w łóżku
przed śmiercią i głaskał się po łysej czaszce. Żona dolewała wywaru
kostnego i wmasowywała go w głowę. Na nic kuracja, na nic chemia z
fizyką, radioterapia z lodówkologią, hipertermia miejscowa z cudowną
maścią brata Bożydara. Rano się małżeństwo obudziło, a tu już jedno z
nich trup. Płaczki z okolicznych wsi zaciskały paluchy na mokrych
chusteczkach, zawodząc. A czemuż to azaliż.
Bo temu. Bo choroba nie wybiera, bo abyśmy to jacy tacy zdrowi byli,
zdrowie najważniejsze. I człowiek zapina się na mrozie, soki z jeżyn pije i
używki ogranicza. A zły rak już zaciera swoje szczypce, mrucząc z
zadowoleniem. W nocy przedziera się przez piżamę, ciepłe skarpetki,
termofor na splocie słonecznym i huzia - już buszuje po organach. Tu
uszczypnie, będzie znak, bo amputują, a tu coś wyżre, to wtedy będzie
śmierć.
Żona zakopała męża przy grządkach z marchewką i przy owej jabłonce.
Niech sobie biedak poskubie od wewnątrz. Ostatnio apetytu nie miał, bo i
z ubezpieczenia leczenia nie było. W szpitalu ręce rozłożyli, panie, leki się
skończyły dwa miesiące temu. Pan sobie na słońcu leży, to będzie zamiast
naświetlania. Pan sobie aspirynę kupi, to będzie zamiast morfiny. Woziło
się szkielet człowieka do zielarzy. Do cudotwórcy, co miał w Domu Kultury
występy.
Patrzcie mi w oczy, 120 złotych z VAT, niech wasze myśli przebiegają
swobodnie po całym ciele, mamy tu w promocji zestaw książka i płyta
DVD. Ja leczę, eids i nowotwór, i prostatę. Dodatkowo w sprzedaży
magiczne bransolety przeciw promieniowaniu z komina elektrociepłowni.
Obrazki uzdrowią. Krzyż poświęcony i te zioła odegnają śmierć. Niestety,
tak dobrze to nie jest.
Nie pomagało. Nie było nadziei. W ostatnich chwilach życia swego mąż
nie miał już siły pilotem kanałów zmieniać. W jednym pokoju córka - 24
na dobę z opieką, w drugim pokoju stary - jęczący z bólu, konający.
Niezła frajda dla słabej, drobniutkiej kobitki.
Wtedy to stała się ostatecznie staruszką. Jej ciało się zgarbiło, włosy
skleiły się od utrapienia, od roli Męczennicy Rodzinnej. Jej ubrania jakże
różniły się od ubrań kobiet w gazetach czy telewizorze. Tamte to chyba
inna rasa jakaś była, bo na pewno nie ta, co z niej pochodziły wieśniary z
przedpokoju metropolii.
I samo to, że męża pochowała przed domem, wrogów jej wielu narobiło.
Bo jak to tak, pogańsko.
Tutaj, na skraju dużego miasta, nikt jeszcze nie polubił cmentarza.
Ludzi prostych, ludzi skromnych, chowa się w ogródku, na polu czy na
łące. Jak stał i umarł, tak się grajdołek wykopuje, księdza sprowadza i
sadzi kwiatki. Psy to potem trochę rozgrzebują, truchłem się bawią, ale to
się psy goni, a resztki zbiera na opał.
Oczywiście, jest obok kościoła elegancki kawałek czarnoziemu do
chowania kogo tam trzeba. Ale ci, co mają trochę rozumu w głowie za nic
w świecie nie kładą tam nikogo. Po pierwsze primo: ksiądz za dużo bierze
od pogrzebu. Po drugie primo: kradną wiązanki jak jasna cholera i ledwo
człowiek odejdzie od grobu, już hieny cmentarne czają się w krzakach i
tylko myk fik pod kurtkę zielsko i z powrotem handlować.
Tak że lepiej pochować rodzinę blisko siebie, bo to i nie trzeba łazić pół
miasteczka w odwiedziny, tylko się firankę zazdrostkę uchyli i pomacha z
samego rana.
Problem tylko z deszczami, z ulewami przemieszczającymi krewnych w
różne strony.
W niejednym gospodarstwie rozegrała się prawdziwa tragedia, bo
niedzielny obiad opalany był kośćmi jakiegoś pradziadka, którego
pochowano w sadzie. Spadł deszcz, zwłoki podmyło i przeniosło w inne
miejsce. Potem się to wykopało, napaliło, a kwiatki położyło już na
zupełnie innym grobie. Znany w przyrodzie recycling objawiał się często w
dość drastycznych formach.
Tak i ojciec Dzidzi na podmokłym terenie zaległ. Kiedyś to leżał obok
jabłoni, ulubionej - sam pradziad sadził za zaborów.
Długo przed wojną były tu folwarki i stawy rybne. W późniejszym czasie
Gołąbki zamieszkiwali głównie urzędnicy miejscy, wojskowi i pracownicy
kolei. Nawet premier i prezydent mieli tu swoje rezydencje. Nie dziwota,
że w latach siedemdziesiątych Gołąbki dołączono do Warszawy. Przedtem
to wiocha Srokosze, jak Kalosze, Srajkosze, co to za uwłaczająca nazwa,
sobie wypraszamy. Obecnie my w stolicy, dołączeni do Ursusa z
niedźwiadkami w herbie. Elegancka metropolia. Nieco na skraju, bo taka
skromniuchna sobie wzdłuż kolei mazowieckich przysiadła.
No, w każdym razie męża Danusi to już poniosło i do Kalinowa choćby.
On to zawsze taki powsinoga był, tak latał po wsi tu i tam, a głównie pod
sklep monopolowy.
I te zabite warszawianki też pewnie już popłynęły nie wiadomo gdzie.
Może na tą swoją Olesińską.
Danuta zadumała się niemiło, z takiego roztrząsania wiele dobrego nie
będzie. W końcu należało powziąć kroki. Tak, kroki, ale dziś jakoś nic jej
nie szło, a i myślenie zawodziło. Wieszała się na jakimś szczególe, potem
przerzucała na następny, ale nie było w tym nic, co naprowadzałoby ją na
rozwiązanie całej sytuacji. Jakiekolwiek rozwiązanie.
Nie ma rady, trzeba się ruszyć do miasta. Może nastał właśnie czas,
kiedy swobodnie - bo już nie ma kuli u nogi w postaci dziewczynki bez
nogi - należy wyruszyć do Warszawy i złożyć zażalenie w Sądzie
Najwyższym.
Teraz, po tym ohydnym złodziejstwie dziecka, odszkodowanie
murowane. Już ona zgłosi gdzie trzeba te dwie pindzie z opieki społecznej.
Udowodni, kto ma rację - kochająca matka czy obce lafiryndy. Wujostwo
mówiło coś wcześniej o jakimś przekazie do wypełnienia, aby złożyć pismo
do sądu. Jezusmaria, trzeba się ruszyć, iść na pocztę, a potem prosto do
miasta, na miasto pojechać. Aleja Solidarności, wielki gmach, a w nim
mieszka pani sprawiedliwość, koleżanka solidarności. Pomoże, teraz to już
na pewno mi pomoże.
Danuta weszła do domu i z pudełka na kakao wydłubała jakieś monety,
będzie na przekaz i na podróż. Ubrała się w zielony płaszcz, bo to już
chłodno było, a droga daleka. Szła, powłócząc nogami, z mocnym
postanowieniem odzyskania swojej utraconej dumy, swojego utraconego
dziecka i utraconego życia. Stary, wyleniały lis gryzł ją pod szyją, a jego
futerko wchodziło co chwila w usta. Musiała pluć na boki, tfu, aby pozbyć
się łaskoczącego włosia. Ludzie, którzy wychodzili z domów do pracy lub
na pole, przystawali zdziwieni i patrzyli na dziwną kobietę. Już wiedzieli,
co stało się poprzedniej nocy. Takie informacje rozchodzą się szybciej niż
te dobre lub neutralne. Zresztą, część z tych osób brała udział w
zlinczowaniu Karolinki, tak więc mieli świadomość całej sytuacji. Chowali
się płochliwie przed spojrzeniami bliskiej wariacji matki, bo to nie
wiadomo, co człowiek może zrobić w takim szoku po stracie dzieciaka.
Rzuci się z pazurami, napluje na krasnale ogrodowe, no, różnie to bywa.
A jak się czego domyśli, że to my Dzidzię władowaliśmy na tory?
Chowajcie się, dzieciaki, z powrotem do domu, lepiej nie patrzajcie w
tamtą stronę, bo baba czar rzuci i po nas.
Ale babie nie to było w głowie. Ogłuszona podjętą decyzją, cała w niej
na wskroś, znalazła nieoczekiwanie sens życia i podążała do niego z
zawziętością. Nagłą, pierwszą w życiu, być może, potrzebą płynącą
głęboko z serca - rozpieprzyć to wszystko w drobny mak. Jakie to dziwne,
że ogłuszone ciało tak szybko przeistacza się w lecącą kulę pełną gniewu.
Szok, powiedzą niektórzy. Napięcie przedmiesiączkowe, dodadzą. A
prawda była taka, że to prosta kobiecina się zdenerwowała, a z tego nic
dobrego nie wyniknie. Przynajmniej dla ludzi, bo dla niej jest jeszcze
szansa.
Na poczcie był luz blus, tłok od rana do wieczora. Dziś jedyna w
miesiącu dyżurująca niedziela.
Ksiądz za karę nie chciał pobłogosławić urzędu na Trzech Króli, bo jak to
tak, w dzień święty pracować. No, ale co robić, jak kapitalizm i ludziska
zapracowane w tygodniu, to nawet nie mają kiedy do urzędu wpaść na
niezobowiązujące trzy godzinki czekania.
Jak otwierają o ósmej, to bądź pewna - o siódmej trzydzieści ustawia
się już pod drzwiami pękata kolejka. Ludzie traktują chyba te ogonki
honorowo, może uważają, że tak wypada, tak jest dobre, bo polskie.
Swoista flaga narodowa powiewająca przed każdym urzędem, każdą
pocztą. Przy okienkach stosy druczków parodiują karty do
demokratycznego głosowania. Tylko ich nie pomyl, bo będziesz
przepisywać dane od początku.
No nie, co mi tu pani, przecież to jest niebieski druczek, na zagraniczne
przesyłki. Ma tu pani, widzi przecież, leży żółte do krajowych. Wypełnić,
mocno wpisać, bo się odbić musi z tyłu. Podejść, jak będzie gotowe, ale
wziąć na nowo numerek, bo kolejka jest.
I co jakiś czas pada retoryczne pytanie z tyłu kolejki:
- No ale dlaczego taka pani zła na nas, proszem paniom, tak nieładnie.
- A zła jestem, bo od rana nic nie jadłam. Nic w dziobie nie miałam, a
do przerwy jeszcze ho, ho i ile czasu. - Ale czy my tego winni, ludzie w
kolejce.
- Winni, winni, tylko patrzycie, łypiecie sprytnie na boczki, co by tu
załatwić i spokój mnie zakłócić.
W powykręcanych palcach międlą się rachunki do zapłacenia, jakieś
abonamenty, co to można je było opłacić raz a dobrze, ale nie - co miesiąc
prukwy będą przyłazić, żeby se postać, postękać. Kolejka na minutę przed
otworzeniem okratowanych drzwi faluje, jakby czekała na bilety przed
koncertem rockowym. No, Jezus Maria, ekscytacja, a co to dzisiaj będzie,
a ile zapłacę, a która pani będzie obsługiwała w pierwszym okienku, a czy
będzie pani kierowniczka. Hura, sama pani kierowniczka dziś jest, no,
przyszła na audiencję tu do nas, co za dzień! Otwiera nam bramy niebios
w naszych skromnych Gołąbkach i my tylko - wziut do środeczka - jak
mortadelki. Tyle nam zostało z tego życia, co się tylko w sztucznych
kolejkach poocierać o inne ludzkie ciała w jesionkach.
- A pani to chyba nietutejsza, bo nie kojarzę?
- Ano nie, ja z Ursusa, tylko do matki przyjechałam, a ona po operacji
biodra ledwo łazi i mi napisała upoważnienie.
- To w Otwocku matka była?
- Jeszcze jest, po operacji odpoczywa, ale tu pocztę ma. A ja
przyjeżdżam i kwiatki podlewam. U doktora operowana była, ale to do
niego to nawet ze Słupska przyjeżdżają, kwiaty potem przez tego kuriera
wysyłają. Swoją drogą to by się postarali, bo wiązanki jakieś jak na
pogrzeb robią i mu chyba źle życzą, a szkoda, bo doktor porządny - czy
prywatnie przyjmuje, czy w poliklinice, to zawsze słucha.
- Aha, no, teraz to rzadkość ludzka.
Włącza się pan chudy przed tą babą od matki. Słuchał wcześniej, ale
najwyraźniej czekał na odpowiedni moment do włączenia się w rozmowę. I
teraz, niemal na bezdechu:
- Oni to wszyscy powinni być wybierani jak do Sejmu. Bo może i on
specjalista, ale z ludźmi pracuje, a nie z worem kartofli, to musi być
życzliwy. Taki otwarty.
To by wybory robić, głosowania w szpitalach na lekarzy i zaraz by się
odsiało tych gburów, chamów.
Ale baby patrzą z niezrozumieniem na nowatorstwa, krzywią się.
- Pan nam tu z głosowaniami nie wyjeżdża, bo lekarz to nie polityk,
jeszcze czego.
I do siebie już na boku:
- Żylasty jakiś on.
Facet usłyszał i do tej poszeptującej:
- A pani to znowu przysadzista, za gruba.
- Ja gruba, bo ja muszę być gruba. Jakbym teraz schudła, tobym się
zabiła. Pan jakby nawet bardzo chciał i dużo jadł, to nie będzie taki przy
kości, boś pan żylasty. Z natury. Ale to też niezdrowe, bo za mało
tłuszczu. Ja bym w grobie leżała, a pan by jeszcze jadł, jadł i taki jak ja
nie był. Mimo starań.
Zaraz jednak kwestie zdrowotne odchodzą w niepamięć, bo się okazuje,
że uprawnienie od matki z biodrem nieważne, bo niewyraźne.
- Pani, tu nie apteka, żebym ja musiała rozszyfrować, co tam na kartce
napisane. Poprosić trzeba matkę, żeby jeszcze raz napisała.
- Ale to gdzie ja będę musiała do Otwocka jechać specjalnie po pismo?
- No to pani matki w szpitalu nie odwiedza? Pani przy okazji weźmie.
Chyba że to emerytura do odebrania, a pani tylko od matki papierek chce,
żeby jej pieniądze dla siebie wziąć. Ale to się tak w życiu rodzinie nie robi.
Ja znam takie dzieci, co tylko czekają na matki świadczenia i
ubezpieczenie pogrzebowe. Oho!
I już dyskusja, a co to za awizo, czy to przekaz, czy to z enefzetu
dokumenty. I czy do matki się chodzi codziennie.
Czyli o moralności także.

Dzidzia

Wydawnictwo: Świat Książki

Oprawa: twarda w obwolucie

Ilość stron: 174

Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawypomoc

 

Nasza cena: 27,14

Cena detaliczna: 29,83

U nas taniej o 9%

dodaj do przechowalni Dodaj do koszyka
Powrót
Jest rok 1944. W podwarszawskich Gołąbkach Stefania Mutter denuncjuje Niemcom dwie Polki, skazując je na śmierć. Pół wieku później wnuczka Stefanii, Danuta, rodzi Dzidzię: zdeformowaną fizycznie i upośledzoną dziewczynkę. Dzidzia jest? zemstą Historii i utrapieniem. Może zostanie świętą w miejscowym kościele? Wstrząsająca, kontrowersyjna opowieść o naszym narodowym charakterze, kompleksach i głupocie. Klimat makabrycznego snu.

Książka laureatki Paszportu Polityki.

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: literatura piękna, powieść społeczno-obyczajowa

Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa: twarda w obwolucie
Wymiary: 135x220
Ilość stron: 174
ISBN: 978-83-247-1889-4
EAN: 9788324718894
Wprowadzono: 06.02.2010

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję
Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.

Zobacz również

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.