rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki
Wieczorny wiatr
ocena: 6, głosów: 3
 
powiększenie

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
Wieczorny wiatr

1.

Świat i jego historia zataczają koło; to Javier Romero przywiózł
mi pewnego wiosennego wieczoru do San Miniato
wiadomość o śmierci Pandory. Był przepiękny dzień. Od samego
rana, ledwie uchylono okiennice, przestrzeń i czas wypełniła
swoista przejrzystość. Za sprawą jednego z tych mechanizmów
oczywistych, a zagadkowych bezchmurne niebo
niosło obietnicę szczęścia. Nie zdążył zapaść zmrok, a cały
szmat mojego życia legł w gruzach. Zjawił się Javier, postawił
bagaże, położył mi dłoń na ramieniu i powiedział: „Pandora
nie żyje”. Świat się zakołysał. Zerwał się wieczorny wiatr.
Javier przyjechał z Londynu. Siedem czy osiem godzin
wcześniej brał udział w pogrzebie. Obecne na nim
były oczywiście Atalanta i Vanessa, Javier razem z braćmi
i wszyscy, których zdołano w porę zawiadomić, ponieważ
mieszkali w Londynie. Reszta, tak jak ja, dowiedziała się
o jej odejściu dużo później. Na widok tylu różnych osób,
często nawet się nieznających, powiązanych ze sobą jedynie
osobą zmarłej, będącej już tylko wspomnieniem, Javierowi
wydało się, że czuje mroczną rojność świata, którego
ogniskiem i epicentrum może stać się kolejno każdy. Dla
wielu z nas sprawy takie jak przyjemność, wesołość, nadzieja,
pewna szczególna klarowność dni – a często nocy
– wiązały się z Pandorą. I wiele rzeczy wraz z nią umierało.
Za pośrednictwem Javiera przysłuchiwałem się modłom
za zmarłych w londyńskim kościele, o którym nie
wiedziałem nic, nawet tego, pod jakim jest wezwaniem.
I poprzez twarze i łzy tych, co ją wspominali, odsłaniała
się przeszłość, która dla mnie oraz paru innych była niemal
wszystkim, a z której nie zostało prawie nic.
Tego wieczoru długo siedzieliśmy z Javierem na tarasie
wielkiego domu, rozmawiając o Pandorze. Rozmawialiśmy?
Sam nie wiem. Chyba raczej milczeliśmy. Była
bezksiężycowa noc. Nad naszymi głowami jasno świeciły
i migotały gwiazdy. Obaj pogrążeni byliśmy we własnych
wspomnieniach, równoległych i bliźniaczych. Od czasu
do czasu kilka krótkich słów przerzucało między nami pomost.
I tak chaotycznie i w nierównym tempie przedzieraliśmy
się poprzez gęste pokłady przeszłości. Nasze żywoty
na nowo wskrzeszone przecinały się, rozchodziły, znienacka
wplatały się w historię świata. Kiedy zapadła głęboka
noc, a może już się nawet kończyła, i Javier poszedł spać,
przyniosłem kuferek pełen starych listów, fotografii, map
postrzępionych od częstego używania, przewodników po
Grecji, Meksyku czy Indiach, pełnych notatek, z powtykanymi
między stronice luźnymi kartkami. Na chybił trafił,
jak skąpiec sięgający po klejnoty, złote monety czy drogocenne
kamienie, wyjąłem plik zdjęć i pakiet listów. Potem
poszedłem do sypialni i rzuciłem się na łóżko.
Domieszka rosyjskiej krwi jeszcze nikomu nie wyszła
na złe. Jedno z odgałęzień historii, która właśnie dobiegła
końca, wiązało się z osobą jeszcze młodego mężczyzny
z kruczoczarną brodą, w długim, wciętym w talii płaszczu
i futrzanej czapie, opierającego się w nonszalanckiej
pozie o piękne francuskie biurko z połowy lub końca
XVIII wieku: nazywał się on Piotr Wasiliewicz Wroński
i właśnie na niego patrzyłem. Jak przystało na wielkiego
magnata, liberała rzuconego w wiry rosyjskiego absolutyzmu,
miał w swojej rodzinie wszystkich: dziadka ambasadora
w Teheranie i Londynie, wuja zabitego przez
Francuzów pod Borodino, ojca dekabrystę zesłanego na
Syberię, ekscentryczną matkę, o której się bez przerwy
mówiło, brata żyjącego z dala od Rosji na zesłaniu politycznym,
połączonym z kolejnymi kuracjami w niemieckich
uzdrowiskach oraz burzliwymi romansami w cieniu
kasyn, gdzie trwoniono fortuny, z anglosaskimi awanturnicami
i śpiewaczkami operowymi. Jeszcze w sto lat po
jego śmierci w sklepach i archiwach Karlowych Warów,
wtedy jeszcze nazywanych Carlsbadem, oraz w Baden-
Baden natknąć się można było na ślady – ja również je
odnalazłem – jego pobytu i amorów.
Ludzkie marzenia i wspomnienia nigdy się nie kończą.
Można było cofnąć się o wiele głębiej w niezmierzoną
przeszłość Wrońskiego. Poszukując przodków Piotra
Wasiliewicza w moich sporadycznych badaniach historyka
amatora i świadka cudzych żywotów, odbywałem podróże
wstecz przez historię. Podczas tych wypraw spotykałem
cały świat. W gruncie rzeczy uważałem, że niezależnie
od punktu wyjścia, choćby nie wiem jak niejasnego, jak
skromnego, jak złudnego, u kresu drogi ujrzę przed sobą
te same niezmierzone perspektywy. Niekiedy dla zabawy
brałem, powiedzmy strażnika z florenckiego muzeum,
górnika z zagłębia Ruhry, prowincjonalną szwaczkę czy
bejsbolistę z Los Angeles i wyobrażałem sobie ich losy
w czasie i przestrzeni; dość szybko dochodziło się wtedy
do wojny trzydziestoletniej, do wypraw krzyżowych, do
wielkich kompanii handlowych, do książąt Świętego Cesarstwa,
do towarzyszy Krzysztofa Kolumba. Piotr Wasiliewicz
stanowił przypadek uprzywilejowany. Wraz z nim
pojawiali się zaraz Orłowowie, Naryszkinowie, Wołkońscy,
Dołgorucy. Zdawać by się mogło, że w kierunku odwrotnym,
zgodnie z biegiem czasu cała historia świętej
Rosji i trzeciego Rzymu – czyli Moskwy sprzed Sankt
Petersburga – do niego prowadzi. Trwonił ją na przyjęciach,
na podróżach do Wenecji i Nicei, na utopijnym
spiskowaniu w obronie wolności prasy, na szlachetne
i niedorzeczne mrzonki, niczego absolutnie niezmieniające.
Ze swoją czarną brodą i aksamitnym spojrzeniem Piotr
Wasiliewicz był zapóźnionym zagorzałym romantykiem,
dość nawet ujmującym, i zupełnie bezproduktywnym.
Gdzieś w połowie stulecia między Weroną a Mediolanem
Wroński spotkał swoje bożyszcze: był nim Verdi.
Autor Traviaty uosabiał to wszystko, czego biedny Piotr
tak bardzo pragnął dla siebie. Odgrywał ogromną rolę
w historii swoich czasów, oklaskiwały go tłumy, lgnęły
do niego wszystkie serca i był genialny. Tego dnia, kiedy
Wroński ujrzał ze swojej podróżnej berlinki wypisane na
murach barwy ochry któregoś z wielkich miast włoskich
oraz na drewnianej bramie pałacu w Weronie czy Vicenzie
pięć liter składających się na nazwisko przyjaciela: VERDI,
poczuł lekki zawrót głowy od sławy i dumy, jaka za pośrednictwem
tamtego i jemu się udzieliła. Nie wiedział
jeszcze, że liberałowie i nacjonaliści wykorzystywali litery
nazwiska kompozytora do gry słów: Viva Emmanuele Re
d’Iitalia! Wziął ów napis za to, czym w istocie też i był,
choć tłem jego była polityczna propaganda: za hołd złożony
sztuce, sławie i geniuszowi.
„Jestem przyjacielem wielkiego człowieka”, pomyślał
Wroński w swoim powozie. I już wtedy był zdecydowany
niczego nie odmawiać jedynemu geniuszowi, jakiego
w życiu spotkał.
Tej nocy kiepsko spałem. Po mojej głowie harcowali
w zapamiętałej sarabandzie Wroński, Pandora, Atalanta,
Jessica, Vanessa i czterej bracia Romerowie. Ścigali się
przez epoki, pląsali do upadłego wokół planety. Śladem
ich kroków, ich ustami i rękami dokonywały się wojny,
krachy, rewolucje, epidemie, przemiany w obyczajach
i w modzie. Nazajutrz w Toskanii i Umbrii nadal panowała
piękna pogoda. Od czasu do czasu w oddali po niebie
przemykały maleńkie obłoki. Przywodziły mi na myśl
Wrońskiego i Pandorę pośród oceanu czasu. Javier jeszcze
spał. Z butelką szampana poszedłem go obudzić.
– Spodobałoby się to Vanessie – powiedział, otwierając
zaspane oczy.
– Za zdrowie Vanessy – rzekłem – jej sióstr i ich kochanków.
Słońce stało już wysoko na niebie, co tak lubiliśmy na
Korfu, w Amorgos, w Puerto Vallarta, w Angra dos Reis,
w Santa Barbara, w Ravello, na Simi. I wypiliśmy za swoje
zdrowie oraz zdrowie wielu innych.
Kilka lat później w Wiedniu Franciszka Józefa i cesarzowej
Sissi, niedawno przybyłej ze swej rodzinnej Bawarii,
Piotr Wasiliewicz stał się bohaterem przygody, co
do której rodzina oraz znajomi nie bardzo wiedzieli, jak
się ustosunkować: oburzać się czy cieszyć. U schyłku panowania
Napoleona III do sławnej rodziny Naryszkinów
z Sankt Petersburga przyjechała w charakterze lektorki
i nauczycielki francuskiego pewna młoda Francuzka, córka
zrujnowanego szlachetki z Charentes oraz siostrzenicy
arcybiskupa, bohaterki przygód, o których może kiedyś
wam opowiem. Nazywała się Marie de Cossigny. Była młodziutką,
pełną nieco płochliwego uroku blondynką o zielonych
oczach, ciemniejących pod wpływem emocji. Po
upływie kilku miesięcy we francuskiej lektorce zakochali
się na zabój przedstawiciele dwóch kolejnych pokoleń Naryszkinów,
wuj i siostrzeniec. Wuj nie zajmował się niczym.
Siostrzeniec był porucznikiem w Prieobrażenskim
Pułku. I nastąpiło to, do czego, jak stara Europa długa
i szeroka, dochodziło zwykle w owych czasach w rodzinach
z tego środowiska: stłumione pogłoski, plotki, skryte
poruszenie, zbiorowe emocje, nagły alarm i narada rodzinna.
W początkach naszego stulecia Marie, siwowłosa
dama w jedwabnych rękawiczkach i z wąską czarną aksamitką
na szyi, niekiedy w chwilach wylewności wspominała
z uśmiechem i bliska łez – jeszcze i ja miałem okazję
być powiernikiem tych szeptem czynionych wyznań – scenę,
która w owym czasie musiała wyglądać dość niewesoło
dla młodej bohaterki w roli oskarżonej.
– Mademoiselle – mierząc z oburzeniem palcem w kierunku
dziewczyny, mówiła babka, z domu Orłow, leciwa
dama, sucha, a zarazem krągła, urodzona za Katarzyny II,
promowana do godnej pozazdroszczenia roli prokuratora
generalnego – jak mogła pani pozwolić sprowadzić się
z prostej drogi własnym instynktom i tak zaniedbać swoje
powinności, pani, którą z ufnością przyjęła nasza solidarna
niegdyś rodzina?
– Madame – odpowiadała Marie, obrzucając zalęknionym
spojrzeniem czerwone obicia ścian obwieszonych
obrazami w wielkim salonie Naryszkinów, który nigdy
jeszcze nie wydawał jej się równie olbrzymi i majestatyczny
– nigdy nie pozwoliłam sprowadzić się z prostej
drogi żadnej osobie z pani dostojnego rodu. Nie wiem,
jak się mają do mnie instynkty i powinności licznych jego
członków. Osobiście nie mam sobie nic do zarzucenia
– dodawała dumnie, a zarazem z kokieterią z miejsca zaskarbiając
cichą aprobatę wszystkich obecnych mężczyzn.
– Jestem, jaka jestem, i sumienie mam czyste.
– Mademoiselle – podejmowała babka – jest pani niebezpieczna
dla tej rodziny.
– Madame – odpowiadała na to Marie – a może to ta
rodzina jest niebezpieczna dla mnie?
Sprawy zwykle okazują się prostsze, niżby się mogło
zdawać, a zarazem bardziej skomplikowane. Korzenie
i konsekwencje nawet najbłahszej z nich mogą sięgać
nieraz bardzo głęboko. Ale wystarczy znaleźć właściwy
klucz, by wszystkie zamki stanęły otworem. Jeśli Marie
de Cossigny, lektorka francuskiego w Sankt Petersburgu,
rzeczywiście pozostała nieczuła na podwójną presję
aż dwóch generacji Naryszkinów, to dlatego że bez reszty
zaprzątała ją inna miłość. I to ona właśnie, skrywana,
lecz łatwa do odgadnięcia, sekretna, lecz przez to jeszcze
bardziej drażniąca, wystarczyła, by rozniecić namiętność
wuja i siostrzeńca.
Kim był mężczyzna, który zwycięsko stawił czoło
świetności nazwiska i fortuny Naryszkinów? Ogrodnikiem.
Nie bardzo wiadomo, jaką właściwie pozycję
zajmował ówże ogrodnik. W końcu Le Nôtre i Russell
Page, i niezrównani Vilmorinowie też na swój sposób
byli ogrodnikami. Czy ten od Marie de Cossigny był kimś
w rodzaju zarządcy, architekta pejzażu, artysty czy też
zwykłym wyrobnikiem? Tak czy inaczej, był mężczyzną
przystojnym i hardego ducha. Ciekawiło mnie, co zgotowała
mu przyszłość. Socjalista i konspirator – skończył
na Syberii jako gruźlik lub skazaniec. Czy Marie
de Cossigny, zostawszy Marie Wrońską, dowiedziała się
kiedykolwiek o tragicznym losie swojego pierwszego kochanka?
Tego też nie wiem; nie miałem śmiałości jej o to
zapytać. O historii świata, nawet o historii tych, których
znałem, nie wiem prawie nic.
Przypuszczam, że w tym miejscu należałoby odtworzyć
bodaj pozór scenerii i opisać Sankt Petersburg z połowy
ubiegłego wieku: jego salony, jego aleje, jego bojarów i mużyków,
jego mieszczaństwo bogacące się na przemyśle
włókienniczym, na handlu cukrem lub zbożem – z którego
wywodzić się będą Szczukinowie i Morozowowie, a ich
sławne kolekcje dadzą początek muzeum w Leningradzie
– jego intelektualistów i artystów, malarzy i pisarzy, jak
Turgieniew czy Gogol. Jeszcze w sześćdziesiąt lat później
Marie de Cossigny pamiętać będzie, że podobnie jak wielu
innych, zwolenników absolutyzmu bądź liberalizmu, słowianofilów
bądź sympatyków Zachodu, spotykała ich na
rautach u Naryszkinów czy gdzie indziej. Ale te skromne
fantazje o wydarzeniach minionych, choć przecież w pewien
zagadkowy sposób wciąż obecnych, bo opowiadam
wam o nich, a wy mnie słuchacie, niewarte są aż takiego
zachodu. Na użytek swój oraz garstki innych wskrzeszam
tylko niektóre cienie.
Był koniec wiosny. Słońce stało wysoko na niebie.
Pośród rozgrzanych kamieni i drzew oliwnych Toskanii
spacerowaliśmy po drodze do Pienzy. Między nas
wślizgnęła się trzecia postać – nasza przeszłość. We
troje prowadziliśmy rozmowę, wspólnie zagłębiając się
w nieistniejące już światy. Podróżowaliśmy do Nowego
Jorku, do Niemiec, do Polski, do Brazylii. Do Republiki
Weimarskiej, w te cudowne czasy, kiedy argentyńskie
peso miało równowartość franka szwajcarskiego, odwiedzaliśmy
czarny tydzień na Wall Street i carską Rosję.
Wyruszaliśmy w podróż do naszej młodości, która tak
dawno już minęła. A za nami ze śmiechem podążały cienie
czterech sióstr.
Na początku drugiej połowy XIX wieku, w czasach,
kiedy panowanie królowej Wiktorii rozciągało się na niemałą
część kuli ziemskiej od Kanady po Indie i Australię,
a w przyszłości obejmie również Afrykę Południową
i Nową Zelandię, pewnym niewielkim, nowo powstałym
w Ameryce Południowej krajem, Paragwajem, rządził
despota będący za sprawą swoiście przewrotnego cudu
spadkobiercą porywających idei Bolivara, Libertadora.
Na czele bandy opryszków, zorganizowanych w policję
i wojsko, terroryzował ludność i systematycznie ją łupił.
W ciągu zaledwie kilku lat zdołał zgromadzić pokaźną
fortunę ulokowaną na kontach bankowych, w nieruchomościach,
ziemi, dzierżawach i kopalniach na terytorium
Paragwaju oraz korzystnie zainwestowaną u paryskich
i londyńskich Rothschildów. Od czasu do czasu, przed
objęciem władzy i po nim, dyktator odwiedzał Europę,
by odetchnąć atmosferą cyganerii, odwiedzić krawców
i burdele, wycałować dłonie światowych dam oraz wygłosić
odczyty w Salamance i Heidelbergu na temat pokoju
i wolności.
Podczas jednej z wypraw do Paryża ów wielki człowiek
o przylizanych włosach, bujnych, podkręconych wąsach,
z ostrym jak brzytwa akcentem, o miedzianej cerze odziedziczonej
po babce Indiance, uprowadzonej na płaskowyżu
przez katalońskiego lichwiarza, zaproszony został
mniej lub bardziej oficjalnie przez służby protokolarne,
dbające o dobre samopoczucie cudzoziemców, do odwiedzenia
Folies-Bergere. Działo się to na dwadzieścia
lub trzydzieści lat przed tym, nim Bel-Ami Maupassanta
w przerwie między absyntem i grenadyną, między szybkim
uściskiem z Clotilde de Marelle i interesowną wizytą
u pani Forestier, spotka tam na dziedzińcu Rachel. Paragwajczyk
poznał dziewkę z Maubeuge, jasną blondynkę
lekko przy kości, piękność w stylu flamandzkim lub, jeśli
wolicie, weneckim. Miała na imię Madeleine. Wołano na
nią Mado. On przechrzcił ją na Asunción. Spodobali się
sobie. I przez Miami, Hawanę i Limę zawiózł ją ze sobą
do Paragwaju.
Najpierw umieścił ją w Villarica, później w Encarnación,
gdzie miał wielki dom, piękny i stosunkowo dyskretny,
z dwoma patiami pełnymi wspaniałych roślin. Nudziła
się. Nawiązała kilka miłostek z przyjaciółmi dyktatora,
dość, by rozniecić w nim zazdrość, nie wywołując przy
tym gniewu. Po upływie kilku miesięcy sprowadził ją do
siebie. Triumfowała. Ale tego było jej jeszcze mało. Mierzyła
wyżej. Chciała więcej.
Marie de Cossigny musiała opuścić Sankt Petersburg
zawstydzona i przybita. Z nakazu dostojnej wdowy w prześwietnej
rodzinie Naryszkinów z powrotem samoistnie
zapanował porządek. Przez jakiś czas wuj i siostrzeniec
z tchórzostwem cechującym mężczyzn w sprawach serca
pilnie się unikali, a spotkawszy się, robili wszystko, byle
o niczym nie mówić. Pewnego wieczoru pięć albo sześć
lat później, oparci plecami o kominek czy spacerując po
ogrodzie z kieliszkiem koniaku lub wódki w ręku, odbyli
długą rozmowę o swojej wspólnej miłości.
Uśmiali się przy tym co nie miara, choć nie bez pewnego
wzruszenia. A wychyliwszy osiem lub dziesięć kieliszków
na pamiątkę tych dni strasznych a szczęśliwych,
padli sobie w ramiona, mamrocząc coś bez ładu i składu.
Marie jechała przez Kijów i Budapeszt do Wiednia.
Była to okropna podróż. Historie miłosne nazbyt często
kończą się problemami finansowymi. Nim utopili w alkoholu
i śmiechu swoją rywalizację, czułe wspominki
i wyrzuty sumienia, obaj Naryszkinowie, wuj i siostrzeniec,
na wyścigi nalegali, jeden w tajemnicy przed drugim,
by Marie zechciała przyjąć od nich sumę wystarczającą
na przeżycie kilku najbliższych miesięcy, a nawet
lat. Odmówiła. Z powodu pogardy, jaką darzyła seniorkę
rodu Naryszkinów, lub może na przekór jej, zgodziła się
w końcu przyjąć niewielką sumę, którą ta niemal na siłę
wcisnęła jej do torby podróżnej. Najbardziej bolało ją
upokorzenie. Gdyby nie jej pozycja, było nie było podrzędna,
lektorki francuskiego, perspektywa podwójnego
romansu z wujem i siostrzeńcem przedstawiałaby się nader
barwnie i zgoła inaczej. Nikt by jej za to nie potępiał.
Byłaby to komedyjka w guście ubiegłego wieku, czarująca
i wesoła idylla, zabawna anegdota, którą można by
sobie opowiadać w gronie przyjaciółek, tłumiąc chichoty.
Ponieważ była biedna i obca pośród bezgranicznie bogatych
Rosjan, pełnych poczucia wyższości z racji zajmowanej
pozycji, komedia zamieniła się w dramat. Mniej
więcej w tym samym czasie w ręce Marie wpadła książka,
wtedy jeszcze nie tak sławna jak dzisiaj: Czerwone
i czarne. Przeczytała ją z bijącym sercem, odkrywając
między Julianem Sorelem i sobą niemało powinowactw
serca i umysłu. „Ach, gdybym była mężczyzną…” – myślała.
I oczyma wyobraźni widziała się, jak przeistoczona
w nauczyciela, z pistoletem w kieszeni, lub też w porucznika
kozaków czy gwardii, z peleryną na ramionach
i szpadą u boku, w trakcie niezliczonych przygód pośród
rosyjskich śniegów niepostrzeżenie zmieniających się
w scenerię Paryża lub Verrieres, stawia czoło starej księżnej
z domu Orłow i obu Naryszkinom, dziwnym trafem
wyposażonym jeden w rysy dojrzałej, choć wciąż jeszcze
atrakcyjnej kobiety, drugi – młodej trzpiotki, odgrywającej
rolę siostrzenicy.
W Wiedniu panna de Cossigny spotkała przyjaciół rodziny.
Pamiętacie, jak przez długie stulecia, po sam koniec
XIX wieku, funkcjonował świat tej grupy ludzi, dla
których pieniądze nie były wszystkim: tworzył go system
cichych, niebywale skomplikowanych i subtelnych powiązań,
a przede wszystkim pokrewieństw. Rodzinę Marie
i rodzinę Herbignaców z Charentes, od piętnastu lat
osiadłych w Wiedniu, łączyła rozgałęziona sieć koneksji
familijnych i sąsiedzkich. Powitali ją jak własną córkę.
Zatrzymała się w ich domu. Zastępowali jej rodzinę. Po
tylu przejściach na nowo odkrywała jeśli nie szczęście, to
w każdym razie komfort. Wygnanka luksusu z Rosji za
panowania Aleksandra II, emigrantka mimo woli w podwójnej
monarchii, nadal zdominowanej wspomnieniem
po Metternichu, zraniona przez życie i tajone namiętności
– Marie de Cossigny naprawdę potrzebowała nieco spokoju
i zbytku, ponieważ oczekiwała dziecka.
Jakże ja nienawidziłem kiedyś tego Javiera Romery!
Widok jego wysokiej, lekko pochylonej pod wpływem
wieku postaci, kroczącej obok mnie wieczorną porą po
białej drodze z Pienzy do Montepulciano, znów ożywiał
we mnie wspomnienie ataków tamtej wściekłości, której
już nie czułem. Wszystko, co podobało mi się w nim teraz,
jego wygląd, jego poczucie humoru uważałem kiedyś
za odrażające. Im bardziej był czarujący, tym mocniej go
nienawidziłem. Wspominałem te długie noce w Nowym
Jorku czy Buenos Aires, kiedy życzyłem mu śmierci,
a niekiedy wręcz główkowałem, jak do niej doprowadzić.
Odwrotnie niż mówi przysłowie, zemstę należy wymierzać,
póki jest gorąca, a jeszcze lepiej paląca; zbyt długo
z nią zwlekając, ryzykuje się, że utraci smak. Nie pojmowałem,
jak i dlaczego tak namiętnie pragnąłem kiedyś
jego ruiny, nieszczęścia, wypadku samochodowego,
nieodwołalnego końca. Moja nienawiść umarła; pamiętałem
o niej jeszcze, ale już jej nie czułem. Darzyłem
go serdecznością tak wielką, że obejmowała ona nawet
wspomnienie tej antypatii, której odwrotność cechował
urok i spokój. Z rozbawieniem i niedowierzaniem zastanawiałem
się nad powodami bez mała zbrodniczego
wzburzenia, które przed dwudziestu pięciu laty w Ameryce
przyprawiało mnie rankami o bezdenną rozpacz,
o dreszcz odrazy, zniecierpliwienia i gniewu.
Znów widziałem, jak stoję przed nim pobladły, z zaciśniętymi
szczękami i rozbitą butelką w dłoni, a potem jak
sczepieni w uścisku niemal miłosnym, pośród krzyków
przestraszonych par tarzamy się po opustoszałym nagle
parkiecie, na którym jeszcze przed chwilą tańczyli kryminaliści,
bankierzy, pseudodyplomaci, wesołe panienki
i światowe damy. Ach, oczywiście, jak zawsze to samo: pieniądze,
władza, seks… W przypadku nas obu, uwięzionych
w okowach własnych sprzeczności, otoczonych trupami
naszych wielkich nadziei i bateriami butelek whisky, chodziło
o seks. Ale my określaliśmy to inaczej. Nazywaliśmy
to miłością.
Do czasów pierwszej wojny światowej, może nawet do
drugiej, Ameryka leżała jeszcze bardzo daleko od jedynego
centrum świata, Europy. Ze swoimi imperiami i fetami, ze
swoimi potężnymi armiami rwącymi się do konfrontacji,
z tradycjami sięgającymi znacznie poza narodziny przemysłu,
którym zawdzięczała drugi czy trzeci przypływ
natchnienia i nową młodość, Europa chętnie wyobrażała
sobie, że obecny stan rzeczy trwać będzie wiecznie. Od
czasu do czasu wstrząsały nią rozruchy o zasięgu ogólnym
bądź lokalnym i wtedy całe grupy ludności – protestanci,
Żydzi, Irlandczycy, Polacy, Węgrzy – wkraczały na drogę
rewolty, a niekiedy emigracji.
Gdzieś około połowy XIX wieku, mniej więcej w tym
samym czasie, kiedy Wroński w Weronie czy Mediolanie
przeżywał taką fascynację Verdim, Żydzi z okolic
Lublina wiedli niełatwy żywot. Wprawdzie pogromy nie
osiągnęły wtedy jeszcze tego stopnia perfekcji, co w sto
lat później, ale prześladowania, choć dopiero raczkujące,
ciągłe szykany ze strony władz, lekceważenie okazywane
przez niemałą część ludności skazywały Żydów na życie
w izolacji, którą chcąc nie chcąc spożytkowywali na
kultywowanie w nienaruszonej formie swoich zwyczajów,
tradycji, stylu życia oraz religii. W liczącym kilkuset
mieszkańców miasteczku, sztetlu aszkenazyjczyków,
leżącym jakieś sześćdziesiąt czy osiemdziesiąt wiorst od
Lublina, rabin Finkelstein cieszył się opinią uczonego
męża i odgrywał rolę patriarchy. Wielki wielbiciel rabbiego
Loewa, który w przyszłości zainspiruje Jorge Luisa
Borgesa, fanatyczny zwolennik rabbiego Israela ben Eliezera
oraz chasydyzmu, od dwóch stuleci rozprzestrzeniającego
się na całą Europę Środkową, Izaak Finkelstein
w swojej koszuli bez kołnierzyka, jak zwykle białej i jak
zwykle brudnej, w jedynym, jaki posiadał, czarnym chałacie,
z pejsami człowieka pobożnego i w nieśmiertelnym,
okrągłym, zda się przyrośniętym mu na zawsze do
głowy kapeluszu, był uosobieniem dumy i pokory. Nikt
tak jak on, z takim sercem, nie recytował kadiszu w starej
synagodze. Ślepo posłuszny naukom Tory i Miszny,
lektor i wytrawny komentator Talmudu, rabin, którego
domu strzegła tradycyjna mezuza oraz złota moneta
przymocowana do pierwszego stopnia schodów, uważał
się za człowieka sprawiedliwego i czystego oraz za
sługę bożego. Jego dewizą mogłyby być słowa pewnego
hiszpańskiego kardynała z końca XV wieku: „Względem
skromności nikt mi nie dorówna”. Rabin Finkelstein, żyjący
w świecie tłumnie zapełnionym aniołami i duchami,
ożywionym przez sefiroty, czerpiący niezawodne oparcie
u Najwyższego, którego niewysłowione imię przenikało
cały wszechświat, był kimś w rodzaju czystego i uczonego
czarodzieja, na którym z takim powodzeniem wzorował
się Izaak Bashevis Singer w swoich co najmniej
dwóch opowiadaniach, między innymi w Koronie z piór.
Rabin Finkelstein posiadał niezwykle liczną rodzinę,
przysparzającą mu wielu strapień: miał cztery córki i sześciu
synów, nie licząc tych dzieci, które pomarły przedwcześnie
bądź nie zdołały sforsować niebezpiecznego
progu narodzin. Stół w kuchni Finkelsteinów na rubieżach
Polski w połowie XIX wieku stanowił swego rodzaju
paradygmat nieśmiertelnej rodziny. Jeszcze w pięćdziesiąt
czy sześćdziesiąt lat później, w przededniu lub nazajutrz
po pierwszej wojnie światowej Jeremiasz Finkelstein
z rozczuleniem powracał myślą do tego wielkiego drewnianego
stołu, nakrytego obrusem, ze świeczkami zapalonymi
z okazji świąt Purim, Jom Kippur czy Rosz Haszana,
przy którym rabin Finkelstein odmawiał modlitwy za
zmarłych i z zamkniętymi oczami śpiewał psalmy. Stół
ten był odbiciem i symbolem wszystkich rodzin świata,
od uczt Salomona i królowej Saby poczynając, przez gody
w Kanie, wielkie pijaństwa wikingów wypływających na
Sycylię lub do Anglii, na Labrador i Grenlandię, na asados
gauczów, którzy na argentyńskich pampach piekli
nad ogniskiem barany i jagnięta, kończąc. Ja sam nieraz
myślałem o posiłku Finkelsteinów spod Lublina, opisując
sceny z rodzinno-książęcego życia starego Sosteniusza de
Plessis-Vaudreuila w My, z łaski Boga. Obu patriarchów
związanych z potomkami – jeden z potomkami proroków
Starego Testamentu, drugi parów monarchii – dzielił
margines tak niewielki, że trzeba było dopiero wszystkich
antysemickich fobii, by zamienić go w przepaść, która pochłonie
tyle ofiar.
Czwarty syn rabina Finkelsteina miał na imię Jeremiasz.
Podobnie jak ojciec, choć w inny sposób, był marzycielem.
Zdarzało mu się wejść na wzgórze czy przysiąść
w lesie po to tylko, żeby uciąć sobie drzemkę. Ale
w snach zwidywały mu się dalekie, obce kraje, niezwykłe
i niepojęte przygody, bogactwa, walki, namiętności oraz
tłumy mężczyzn i kobiet, jakich nigdy nie widziało się
w okolicach Lublina ani nawet w samym tym wielkim,
pełnym niespodzianek i cudowności mieście.
Przez cały dzień w słońcu, przez całą noc bez Pandory,
której nie było już wśród nas, rozmyślałem o przeszłości.
Gdzież ona była, ta przeszłość na zawsze miniona, której
strzępy daremnie próbowałem ocalić, docierająca do mnie
niemal wyłącznie za pośrednictwem książek, opowieści
i cudzych wspomnień? Nie spotkałem nigdy Verdiego ani
Wrońskiego, ani rodziców Marie de Cossigny, ani obojga
Herbignaców, ani Naryszkinów, ani Izaaka Finkelsteina,
ani Metternicha, ani Ludwika Filipa, ani paragwajskiego
dyktatora. Nie dałbym głowy, że rzeczywiście istnieli. Żyli
we mnie takim samym życiem jak Ulisses, Desdemona,
Manon Lescaut czy Cyd – życiem wyobrażonym, ja zaś
nie wiedziałem o nich nic, znałem tylko krążące o nich
legendy. Nawet ci, z którymi się zetknąłem, byli już starcami,
kiedy ich poznałem. Ale o ich młodości opowiadano
mi z tyloma szczegółami i tak barwnie, z takim zaangażowaniem
wyobrażałem sobie ich życie, że wydawało mi
się, iż rozpoznałbym ich, gdyby cudem jakimś nagle się
przede mną pojawili. Marie jeszcze jako panna, zielonooka,
z jasnymi, grzecznie upiętymi włosami, o wypukłym
czole i drobnych stopach; Wroński, niezależnie od
wieku zawsze w swojej nieśmiertelnej futrzanej pelisie,
z czupryną kędzierzawych włosów, z białymi, szczupłymi
dłońmi; dwunasto- czy czternastoletni Jeremiasz Finkelstein
o naiwnym spojrzeniu, z rozwichrzonymi włosami,
o krótkich, nieskoordynowanych ruchach – nie spotkałem
ich nigdy, ale wydawało mi się, że widzę ich niemal równie
wyraźnie, jak Javiera kroczącego obok mnie drogą z Pienzy
czy żywo i z humorem rozmawiającego ze mną na tarasie
w San Miniato.
Cała ta przeszłość, znana czy nieznana, bezsprzecznie
istniała. Zastanawianie się nad rzeczywistym istnieniem
Metternicha czy Wrońskiego to szkolne ćwiczenie,
w pełni usprawiedliwione – tyle że nikt nie uwierzy
w jego użyteczność. Świat istnieje i ludzie istnieją, a to,
że są nieobecni i że już ich nie widzimy, to za mało, by
przestali istnieć. Współcześni Piotrowi Wasiliewiczowi
Wiktor Hugo i Karol Marks podążali każdy swoją drogą
i fakt, że się nie znali, nie przeszkadzał żadnemu z tej
trójki wieść własnego niezależnego życia. Sprawy zaczynają
się komplikować dopiero z chwilą śmierci – dokąd
trafił Hugo? Dokąd trafił Wroński? – a jeszcze bardziej
w przypadku zdumiewającej większości zmarłych anonimowo,
o których historia nie pamięta; a już najbardziej,
gdy w grę wchodzą sekrety i tajemnice, których nikt nigdy
nie poznał. Co stało się z nieznanym sprawcą niewykrytej
zbrodni? Co stało się z bezimiennym bohaterem przygód
już wyjściowo utajonych i sekretnych? Jeśli nie we wspomnieniu,
to gdzieś w przeszłości drzemią ukryte skarby,
których całość składa się na naszą historię.
Piotr Wasiliewicz, Marie, Jeremiasz, Pandora i jej siostry
żyli nadal – tym szczególnym życiem, jakie kreują wspomnienie
i wyobraźnia. O Piotrze Wasiliewiczu, Jeremiaszu
w Polsce, młodości Marie wiedziałem tylko tyle, ile opowiedziały
mi cztery siostry, Marie, już wtedy sędziwa, oraz
paru innych świadków tej zamierzchłej epoki. Teraz, kiedy
Pandora odeszła, a inni są nieobecni lub zabrała ich śmierć,
nie zostało już prawie nic z tych opowieści podejmowanych
wciąż na nowo i nigdy niekończonych. Odtworzeni na podstawie
wspomnień po wspomnieniach, podpierani i uzupełniani
wysiłkiem wyobraźni Wrońscy i Finkelsteinowie
majaczą gdzieś na odległych horyzontach; a ja, który nie
wiem o nich prawie nic, wspominam, by mogli żyć dalej.
Sto lat temu, może dwieście, w każdym razie nie więcej
niż trzysta, krótko mówiąc w pewnym bliżej nieokreślonym
momencie swojej nieznanej historii przodkowie Florindy
przybyli, wiadomo, z Afryki. Wystarczyło cofnąć się
o pięć czy sześć pokoleń, no, najdalej o siedem czy osiem,
a można było mieć pewność, że niemal wszędzie napotka
się mężczyzn i kobiety urodzonych i mieszkających kiedyś
w Afryce. Ale trudniej już ustalić, czym się tam zajmowali.
Czy byli wojownikami, szamanami, myśliwymi, kupcami,
rolnikami, może wodzami, a nawet władcami? Horyzont
czasu zasnuwała gęsta mgła. Szwajcarskim wieśniakom,
drobnej szlachcie francuskiej, angielskim marynarzom,
niemieckim bankierom, Żydom z Portugalii i Egiptu
zdarza się niekiedy wiedzieć co nieco o swoich pradziadkach
i prapradziadkach. Brazylijscy Murzyni nie są aż tak
oświeceni. Jedyne, co wiedzą na pewno, to to, że w okresie
między XVI i XVIII wiekiem przebyli Atlantyk w ładowniach
statków z nogami skutymi łańcuchami. Tym sposobem
cofają się w przeszłość – o której nie wiedzą zupełnie
nic, z wyjątkiem tego, że na pewno była koszmarna – dalej
niż wielu europejskich mieszczan.
Florinda posiadała własny tytuł do dumy: była czarnoskórą
kobietą z Bahii, z Bahii de Todos os Santos, zwanej
także Salvadorem. Nie chciałbym, żebyście pomyśleli, że
zabawiam się w tych wspomnieniach w jakieś literackie
referencje, ale tak się już składa – i cóż na to poradzę?
– że tak jak rabin Finkelstein potrafił zainteresować sobą
Singera, tak i krewni Florindy, ona sama oraz jej otoczenie
dostarczyły inspiracji pisarzowi Jorge Amadzie, tak zawsze
ciekawemu scenerii i ludzi z Bahii, oraz socjologowi
Gilbertowi Freyre’owi, autorowi Panów i niewolników oraz
Ziemi cukru. Nietrudno ich zrozumieć. Florinda była bowiem
w rzeczy samej zadziwiającym stworzeniem, a w jej
osobie w pełni dochodził do głosu wesoły i leniwy duch
jej rasy.
Matka Florindy była niewolnicą i Florinda również urodziła
się w niewoli. Widziała, w każdym razie w najbliższym
otoczeniu, nędzę, tortury, straszliwy ścisk slumsów
i sławetne pelourinho, do którego panowie przywiązywali
zbuntowanych niewolników. Jeszcze przed ustawą z 1888
roku znoszącą w Brazylii niewolnictwo jej pan, wielki posiadacz
ziemski z Nordeste, zaprzyjaźniony z cesarzem,
niespodziewanie ją uwolnił – być może wypełniając śluby
złożone na wojnie z Paragwajem, gdzie został ciężko
ranny. Miała trzydzieści, trzydzieści pięć lat; nikt dobrze
nie pamiętał, w którym roku się urodziła. Na co dzień nie
odczuła jakoś specjalnie zmiany swojego statusu. Nadal
pracowała dla tej samej rodziny, tyle że teraz w zamian za
kilka monet wypłacanych jej bardzo nieregularnie. Później,
kiedy z uwagi na nieopisane potworności niewolnictwo
zostanie zniesione, przytaczać się będzie liczne przykłady
gwałtownych zmian, jakie nowy ustrój spowodował
w życiu bardziej panów niż niewolników, niejednokrotnie
kończących się ruiną, a w każdym razie buntem przeciwko
monarchii. Bogaci często znacznie oporniej akceptują
utratę przywilejów niż biedni fakt istnienia tychże. Florindzie
nie przyszłoby do głowy opuścić ludzi, którzy przez
długie lata okazywali jej – na miarę swoich możliwości
– tyle dobroci i do których tak się przywiązała, że stanąwszy
wobec przyszłości raptem otwierającej przed nią
wachlarz zda się nieograniczonych możliwości i wyborów,
poczuła niemal lęk przed wolnością. W Bahii opowiadano,
że przerażona tą nową kondycją Florinda zaproponowała
swojej pani dalszą służbę bez żadnego wynagrodzenia. Do
walki klas było jeszcze daleko: musiała to być urocza tropikalna
scenka w stylu Greuze’a z domieszką Chaty wuja
Toma i przyprawiona sosem a la Paweł i Wirginia. Tak zaczęła
się legenda Florindy.
W sercu podwójnej monarchii cesarstwa austro-węgierskiego
– k und k, jak mówiono: kaiserlich und königlich,
cesarsko-królewskiej – Marie de Cossigny z mieszanymi
uczuciami lęku i spokoju zastanawiała się nad przyszłością.
Nadal bywała z Paulem i Hortense Herbignacami, towarzyszyła
im do opery i na pokazy Spanische Reitschule,
gdzie od dwustu czy trzystu lat jeźdźcy w brązowych
mundurach demonstrowali piruety na swoich sławnych
lipizanach, piła z przyjaciółmi czekoladę z bitą śmietaną
w modnych herbaciarniach, poprzedniczkach słynnego
Sachera, niekiedy nawet brała udział w dworskich balach
w Hofburgu, na których podejmowała cudzoziemców cesarzowa
Elżbieta, sławna Sissi z bawarskiej krainy jezior
i lasów, na kilka lat przed wielkimi katastrofami i swoją
śmiercią z ręki włoskiego anarchisty nad Jeziorem
Genewskim.
Ówczesna Austria przypominała portret, jaki naszkicował
jej Musil w Człowieku bez właściwości i Joseph Roth
w Marszu Radetzky’ego. Wciąż jeszcze opierała się siłom
przyszłości, które przeobrażając ją, spowodują jej rozpad.
W Pradze Franz Kafka, Austriak, ale też Czech i Żyd,
a z imienia również Niemiec, ubogi, wyniszczony gruźlik
i geniusz, schwyta i załamie ostatnie promienie gasnącej
gwiazdy. W Wiedniu doktor Freud, ostatnie ucieleśnienie
wielkich mitów Zachodu, nowoczesna wersja
doktora Fausta, zdobywającego praktykę na Don Juanie,
wypełni grą światłocieni stoczony przez robactwo przybytek
równowagi i milczenia. Następcy kompozytorów
i malarzy dworskich: Schönberg i Alban Berg w muzyce,
Klimt i Kokoschka w malarstwie obwieszczą narodziny
nowego świata w najstarszym ze światów. Austro-Węgry
z końca ubiegłego wieku tworzą system zasadzający się
na namiętnościach. Maskujący, zamykający usta, zachowawczy.
Język niemiecki pokrywa werniksem jedności
języki węgierski, czeski, serbski, chorwacki, częściowo
rumuński, polski i włoski, spełniając tę samą funkcję,
co angielski na obszarach od płaskowyżów Assamu
po Rzekę Świętego Wawrzyńca, od Kenii po Tasmanię.
Białogóra, wąwozy Macedonii, Dolomity to Przełęcze
Chajberskie monarchii dwugłowego orła. Podobnie jak
imperializm rosyjski, a później radziecki, arystokracja
austriacka ma swoje kolonie pod ręką, tak jak angielska
– za morzami. W Wiedniu rządy sprawuje armia, którą
uosabia cesarz; w Londynie prym wiedzie Navy, uosabiana
przez królową. W pałacach pełnych białych mundurów
trwają tańce na przyszłych rewoltach, o których pewne pojęcie
i których przedsmak dał już rok 1848. Pogłoski o nich
próbuje się zagłuszyć walcami Straussa, ukryć pod piórami
dwurożnych kapeluszy, kasków i wachlarzy. Dunaj,
główny filar i symbol pozornej jedności, przecinający Europę
od niemieckich wyżyn po ujście do Morza Czarnego,
unosi w swoim nurcie po trochu wszystko: niemiecką
nostalgię, madziarskie horyzonty, słowiańskie rozterki,
łacińskie aspiracje. Cesarski Wiedeń jest jednym z centrów
Europy, która leży w epicentrum świata.
Marie mówiła sobie, że mogłaby ewentualnie żyć pośród
tej układanki, z dzieckiem czy bez. Z dala od rodzinnych
stron Charentes mogłaby być Rosjanką. Wyobrażała
sobie siebie jako Niemkę, Węgierkę, Włoszkę, może nawet
Serbkę. Właściwie czemu nie? Wyjechałaby do jednego
z tych zakątków, które wciąż jeszcze były Austrią, choć
przestały już nią być – może do Tyrolu lub któregoś z tych
kurortów, gdzie czas raz na zawsze stanął w miejscu? Od
Hortense Herbignac, zwanej przez przyjaciół Hachache,
jednej z tych kobiet, których główną racją istnienia jest
oddawanie przysług innym i zajmowanie się nimi, dopóki
swoimi radami i dobrocią kompletnie nie zatrują im życia,
zdobyła adres Cyganki, z pomocy której korzystali zabójczo
sentymentalni oficerowie w białych mundurach, kiedy
trzeba było ratować z opresji kochanki.
– Ale po co ci ten adres? – pytała Hortense, która o niczym
nie wiedziała.
– Zawsze może się przydać – odpowiadała Marie, śmiejąc
się trochę zbyt głośno nad filiżanką czekolady z wielką
ilością bitej śmietany.
– Tobie? – chciała wiedzieć Hortense.
– Niewykluczone, że mnie. Albo innym.
– Ejże! Przecież nikogo tu nie znasz.
– Gdybym nikogo nie znała, nie byłby mi potrzebny.
– Ale, ale… powiedz mi tylko… – zaczęła Hortense
z dziwnym uśmieszkiem.
– Nie wiem – wyszeptała Marie. – Nie wiem…
– Marie, moje ty biedactwo… – zawołała Hortense, ujmując
ją za rękę, a wtedy ona, u kresu sił, wybuchnęła
płaczem.
Kiedy tylko Marie – słynąca z apetytu, który nie opuszczał
jej nawet w najczarniejszych chwilach – dopiła czekoladę,
Hortense przejęła w swoje ręce los nowej przyjaciółki,
której odtąd jedynym zadaniem było żyć. Z dzieckiem
czy bez, wciąż nie wiedziała. Zresztą nie miało to żadnego
znaczenia: była przy niej Hortense, Hortense się wszystkim
zajęła.
Asunción dość szybko udało się ponawiązywać znajomości
z ministrami, członkami trybunału sprawiedliwości,
obszarnikami, bankierami, wielkimi hurtownikami.
Dobywając z własnej, skądinąd całkiem zasobnej sakiewki
kilkaset pesos, pozyskała sobie księży i zakonnice. Uchodziła
za hojną i litościwą dla ubogich. Przyzwyczajono
się do jej obecności w pałacu rządowym na kolacjach
w wąskim gronie, na uroczystościach z udziałem pań
z towarzystwa, na dobroczynnych wentach na rzecz ofiar
katastrof naturalnych, służących za parawan i alibi w obliczu
katastrof społecznych. W niedzielę u boku kochanka
uczestniczyła we mszy w katedrze. Nieraz widywano, jak
osłonięta szalem obserwuje zza żaluzji publiczne egzekucje.
W tym pylistym mieście, gdzie palące słońce przeplatało
się z ulewnymi deszczami, szeptano, że to ona decyduje
o karze śmierci lub ułaskawieniu. Krążyły słuchy,
że Generalísimo, zbawca ojczyzny i dożywotni prezydent,
dzieli się z nią władzą.
Kolejnym etapem było ściślejsze włączenie się Asunción
z Maubeuge w działania rządu. Zachowując milczenie,
wzięła udział w kilku posiedzeniach rady ministrów
oraz reprezentowała dyktatora na imprezach ludowych.
Wszystko szło jak z płatka. Nauczyła się hiszpańskiego,
zasmakowała we władzy, a Paragwajczycy byli zachwyceni,
że jest blondynką. I została już tylko jedna rzecz, zakłócająca
harmonię całości obrazu: cudzoziemcy, a w szczególności
dyplomaci akredytowani w Paragwaju, którzy,
świadomi własnego znaczenia, nie pozwalali sobą manipulować
tak łatwo jak notable, ministrowie, sędziowie czy
obszarnicy. Mówiło się, że konsulowie i sekretarze ambasad
otwarcie podkpiwają sobie z Mado z Villarica, dziewki
z Maubeuge, która dostąpiła takiego Wniebowzięcia. Podczas
kolacyjek w męskim gronie konsul francuski chętnie
przytaczał anegdotę, jak to podczas swojego ostatniego
urlopu spotkał się w Paryżu z pewnym kapitanem dragonów,
bywalcem Folies-Bergere. Panowie szybko przeszli
do wspominków i rozmowa zeszła na Mado z Maubeuge.
– A niech mnie! Z tego, co pamiętam… Ta Mado to dopiero
był numer!
– Nie zna pan przypadkiem też i dyktatora Paragwaju?
– zadał ostrożne pytanie konsul.
– Osobiście nie, ale to kompan z pułku.
– Kompan z pułku? – powtórzył konsul z niejakim zdziwieniem,
bo pierwsze słyszał, żeby prezydent służył kiedykolwiek
w armii francuskiej.
– A tak, byliśmy w jednym korpusie.
Te oraz inne dykteryjki, o których donosili rządowi
szpicle, dotarły w końcu do uszu prezydenckiej pary. Nie
wywarły korzystnego wrażenia. Dyktator musiał stawić
czoło scenie urządzonej przez Asunción, która skarżyła
się, że różni dowcipnisie mieszają ją z błotem, a tymczasem
jej własny kochanek, jak się okazuje, nie potrafi sobie
z nimi poradzić. Zagroziła, że wyjedzie z Paragwaju
i wróci do Paryża, gdzie, jak twierdziła, mężczyźni tylko
czekają, by udowodnić jej swoją odwagę i przychylność.
Nieprzytomny z wściekłości i upokorzenia prezydent postanowił
pójść na całego. Pułkownikowi, który był szefem
protokołu oraz mistrzem ceremonii, polecił zwołać dyplomatów
akredytowanych u Ojca Ojczyzny i powiadomić ich
o jego decyzjach.
To chyba właśnie tego wieczoru po śmierci Pandory,
wróciwszy z przechadzki po pokrytych kurzem drogach
Toskanii w towarzystwie widm i Javiera Romery, wpadłem
na pomysł, by napisać coś o czterech siostrach O’Shaughnessy.
Od kilku lat nic nowego nie wydałem. I nie bez
powodu. Przeogromna masa nowych książek napełniała
mnie zniechęceniem, na które jedynym lekarstwem było
milczenie. Zmierzamy ku czasom, mówiłem sobie, kiedy
pisarzy będzie więcej niż czytelników i kiedy, pośród całej
tej powodzi memuarów sportowców i biznesmenów, sporządzanych
pod publikę dossiers, zręcznie preparowanych
książek kucharskich z przeznaczeniem na jesienne weekendy
lub pikniki na plaży jedynie kilka niepospolitych
umysłów upojonych literaturą oprze się chęci nazywania
się pisarzami. Powodowany słabością pozwoliłem sobie na
napisanie około setki stron o zmyślonych żywotach, jakie
mógłbym prowadzić. I nawet nie musiałem ich niszczyć,
jak to robią dobrzy autorzy. Po prostu gdzieś je zapodziałem.
Poniewierają się pewnie teraz w szufladzie jakiejś
komody lub w starej walizce. Przeciwności losu i kłopoty
oddaliły mnie od ojczyzny. Włochy i Toskania mimo nacjonalizmu
gospodarczego i kontroli wymiany walutowej
raz jeszcze stały mi się pociechą i azylem. Od czasu do
czasu posyłałem do Paryża jakiś artykuł, poza tym jednak
wiodłem życie wypełnione lekturą, w którym przeszłość
zajmowała więcej miejsca niż przyszłość.
Z dala od zgiełku wielkich miast mój dom w San Miniato,
między Montepulciano i Pienzą, był prosty i piękny.
Wielkie domostwo barwy ochry, z zielonymi okiennicami,
starą bramą pośrodku, do której wiodło kilka stopni,
i dwiema przysadzistymi wieżami po obu bokach. Nie
było tu morza ani rozległego ogrodu, posągów ani fontann.
Ale obok tarasu, na którym spędzałem – pisząc, czyli
nie robiąc nic – najpiękniejsze chwile, rosły dwa cyprysy
i trochę winorośli. Nie zamierzam opisywać San Miniato
ani Pienzy, ani Montepulciano, ani umbryjskiej i toskańskiej
prowincji, które były dla mnie przeżywanym wciąż
od nowa szczęściem. Jak będziecie mieli ochotę, jedźcie
i sami zobaczcie. Do czego gorąco was namawiam. Opisy
mnie nudzą. Często je przeskakuję. W książkach interesują
mnie przecie wszystkim ludzkie losy oraz ta – jakby to
powiedzieć? – ta pewna jakość czasu, której nie są w stanie
oddać sami tylko historycy.
Została mi garść wspomnień z własnego życia oraz
strzępki opowieści o cudownych czasach, w których żyliśmy.
Niekiedy w zimowe wieczory przepowiadałem je
sobie, oddając się marzeniom przy kominku lub spacerując
po dworze wśród drzew oliwnych. Owe wspomnienia
i opowieści, rozproszone i przypadkowe, wyłaniając się
raptem spod pokładów przeszłości, tworzyły coś na kształt
pełnego luk i kraterów krajobrazu, przenoszącego mnie
na chybił trafił na różne kontynenty i w minione lata. Pojawiały
się przede mną obrazy z Brazylii i Nowego Jorku,
z Włoch Mussoliniego i hitlerowskiej Bawarii, Hongkongu
zawieszonego między dwoma światami, Szkocji zastygłej
w bezruchu i Irlandii jak zawsze w ogniu; łączyła
je ze sobą sekretna więź mojej wyobraźni. Minął ledwie
wiek, może nawet mniej, i oto żyjemy w świecie, w którym
nie ma żadnych „gdzie indziej”. Za pośrednictwem nas
samych, za pośrednictwem tych, których znamy, za pośrednictwem
gazet i obrazów, jednym słowem, za pośrednictwem
historii, przeszłość każdego z nas – i nasza przyszłość
– wykracza daleko poza miejsce naszego urodzenia
i zamieszkania. Na co dzień równie dobrze możemy żyć
w Libanie, w Kongu, w Chinach, na płaskowyżach Boliwii,
równinach nad Mekongiem, jak i w Plessis-lez-Vaudreuil
czy Saint-Chély-d’Apcher. Magiczny i posępny kalejdoskop
pamięci i wyobraźni rekonstruuje okruchy nas samych,
i przestrzeń, i czas.
Plessis-Vaudreuilowie, moja rodzina, o której wspominałem
tu i ówdzie, odgrywali w moim życiu znaczną, a bywało,
że i przytłaczającą rolę. Utrzymywane na dystans
przez wszelkie możliwe bastiony tradycji świat i jego historia
tylko czekały, by wymierzyć zemstę i dopaść mnie
ze wszystkich stron. Docierały do mnie fragmentami,
chaotycznie, pod różnymi pretekstami i przy różnych okazjach,
aż wreszcie nieoczekiwane nieszczęście powiązało
między sobą owe błędne obrazy. Nagle ułożyły się w jedną
całość jak na tych dziecinnych obrazkach, na których dostrzega
się znienacka ukrytego wśród liści kota lub królika.
Śmierć Pandory stawiała w centrum świata – takiego
w każdym razie, za jaki ja go uważałem, tego, w którym
żyłem – promienny obraz czterech sióstr O’Shaughnessy.
Hortense, rozsądna Hortense, skrywała tajemnicę. Jej
mąż, Gustave Herbignac, urodzony w Niort za panowania
Ludwika XVIII, już w bardzo młodym wieku wzbogacił
się na handlu koniakiem. Interesy zawiodły go do Lizbony,
gdzie od Portugalczyków nauczył się, jak sprzedawać
porto, i do Londynu, gdzie od Anglików nauczył się, jak
je pić. Przez trzydzieści czy czterdzieści lat żył tylko jedną
myślą, ale to ona zadecydowała o całym jego życiu: dlaczego
katoliccy rycerze imperium austriackiego nie mieliby
polubić tego, co od stu lat, a konkretnie od traktatu
Methuena, dostarczało takich rozkoszy protestanckim marynarzom
imperium brytyjskiego? Za porto poszła whisky,
szampan, koniak. Znaczna część tego, co z namaszczeniem
i niezamierzoną żartobliwością nazywał handlem
spirytualiami, w podwójnej monarchii austro-węgierskiej
przechodziła przez jego ręce. Osiadły w Wiedniu u schyłku
monarchii lipcowej czy też w początkach Drugiego Cesarstwa
Gustave Herbignac był jednym z tych zażywnych
mieszczan, wielbicieli Nędzników i zagorzałych wrogów
Komuny Paryskiej, którzy w późniejszych latach, kierując
się przekonaniami oraz troską o interesy, opowiedzieli się
za konserwatywną Republiką i zwykle rzadko opuszczali
granice kraju ojczystego. On sam uważał, że porywa się
na awanturnicze, graniczące wręcz z lekkomyślnością życie,
gdy postanowił osiedlić się w Wiedniu, gdzie w odległości
dwudziestu minut drogi karetą od centrum i od
Hofburga zajmował wielki, wygodny dom – gemütlich, jak
sam mówił – w którym zatrudniał węgierskich stangretów
i francuskie pokojówki. Interesy sprawiały, że utrzymywał
kontakty z całą arystokracją austriacką i węgierską, która
– nieco hochnäsig, co było innym powiedzonkiem Gustave’a
– z rozbawieniem i poczuciem pobłażliwej wyższości
uważała go za skrzyżowanie właściciela jakiegoś ogromnego
bistrot z nowoczesnym wydaniem mieszczanina-dżentelmena.
Ze swoim monoklem, czarną, starannie przystrzyżoną
bródką, noszącą czasem ślady po wytwornych
kolacjach, na których podejmowano go bardziej z powodu
urody i wdzięku żony niż jego własnych zasług, w czarnym
surducie nie najprzedniejszego kroju, opinającym
tęgą sylwetkę, Gustave Herbignac zapraszany był jakby
dla podkreślenia kontrastu między nim a jego klientami,
szczupłymi, aroganckimi, gładko wygolonymi oficerami
w białych obcisłych mundurach. On sam, powodowany
snobizmem, idącym u niego w parze z nosem do interesów,
nieraz odczuwał pokusę, by upiększyć partykułą swoje
nazwisko, które się wprost o to prosiło. Od czasu do czasu,
przy wtórze śmiechu żony, w rozkosznych marzeniach
widział się jako barona lub wicehrabiego d’Herbignac.
Wśród klienteli Gustave’a Herbignaca obok wielmożów
austriackich i węgierskich byli też przemysłowcy, dziennikarze,
profesorowie, przybysze z Serbii i Polski. Pewnego dnia
w drodze z Niemiec do Rosji, lub na odwrót,
zjawił się hrabia Wroński. Za następnego pobytu po kilku
odegranych z uczuciem polonezach, kilku wieczornych
spacerach po ogrodach cesarskiego Wiednia Piotr Wasiliewicz
– łzy, zdarta woalka, drobnomieszczańskie skrupuły
damy, ciasteczka w herbaciarniach, słowiańskie zaklęcia
nad Dunajem – został kochankiem Hortense.
Zamek Glangowness w Szkocji ma w sobie coś komicznego.
Położony wśród wzgórz porosłych wspaniałymi
drzewami reprezentuje gotyk w wydaniu z roku 1830.
Zniszczony co najmniej dwukrotnie i odbudowywany niemal
kamień po kamieniu, w posiadaniu tej samej rodziny
w kolejnych jej wcieleniach od pięciuset czy sześciuset lat,
był dziedziczony niemal wyłącznie w linii żeńskiej. Na zaproszenie
jego właścicieli, dalekich krewnych Plessis-Vaudreuilów,
wielokrotnie w nim gościłem: dwa razy z dziadkiem,
który chętnie tu przyjeżdżał zapolować na lisa lub
cietrzewie, ale częściej sam lub z braćmi Romero przed
drugą wojną światową i po niej. W czasach, kiedy Wroński
spotykał się z Hortense Herbignac w wiedeńskich
Weinstuben, a Jeremiasz Finkelstein oddawał się marzeniom
nie wiedzieć o czym w starych stodołach i młynach
w okolicach Lublina, w przepastnych komnatach zamku
Glangowness lord i lady Landsdownowie wiedli w najwyższym
stopniu konwencjonalne i odcięte od świata
życie. Tutejsza egzystencja pod wieloma względami przypominała
– w wydaniu może nieco sztywniejszym i bardziej
dostatnim – tę, którą znałem z najwcześniejszych
lat mojego dzieciństwa w Plessis-lez-Vaudreuil. Podobnie
jak Żydzi, jezuici, skrzypkowie i zawodowi rewolucjoniści
międzynarodówka starej, zrzędliwej i wyniosłej arystokracji
funkcjonowała bezbłędnie. Warto byłoby zatrzymać się
nieco dłużej przy tym temacie i poświęcić owemu zjawisku
mikrosocjologiczne studium, w którym zamiast podążać
ścieżkami czasu, zestawiłoby się w przestrzeni styl
życia starych rodów w krajach, w których rozkwitły, by następnie
zmarnieć. Mogłoby się wtedy okazać, że z powodów
natury geograficznej, historycznej, psychologicznej,
a niewykluczone, że i moralnej, Landsdownowie – którzy
zgodnie z obyczajem brytyjskim, z przyczyn niejasnych
i kompletnie niezrozumiałych, a typowych dla angielskiej
arystokracji, nazywali się także oraz przede wszystkim
McNeill – byli bardziej od Plessis-Vaudreuilów otwarci
na świat. Matka lorda Landsdowna w latach pięćdziesiątych
czy sześćdziesiątych, oczywiście ubiegłego wieku,
była wzbudzającą lęk awanturnicą, w której żyłach płynęła
krew maharadżów i braminów. Ślady krwi brytyjskiej
można było odkryć jedynie na jej rękach; wielu mniej lub
bardziej otwarcie oskarżało ją o zgładzenie z pomocą wiernych
sikhów pierwszej żony generała brytyjskiego, którego
następnie poślubiła. How ghastly! How frightful! Revolting!
Appaling! – wykrzykiwała w sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt
lat później miss Evangeline Prism, stara nanny Pandory,
wtajemniczana z beztroskim chichotem w te rodzinne
sensacje. Plessis-Vaudreuilowie przenigdy w świecie nie
mogliby się pochwalić podobnymi przodkami – ani się
takowych powstydzić. We wczesnych wiekach średnich,
nie powiem, nawet jeszcze w czasach Odrodzenia… Ale
żeby w XIX wieku! Jak zarazy unikaliśmy awanturnic
i cudzoziemek. Żeniliśmy się z kuzynkami, z bratanicami,
z siostrami szwagrów. Z poślubianiem Żydówek, Niemek
czy rozwódek musieliśmy czekać aż do końca wieku.
Tymczasem jeszcze przed wstąpieniem na tron królowej
Wiktorii zdarzali się Brytyjczycy, którzy brali sobie za żony
Hinduski.
Przy czym tak się złożyło, że ta Hinduska była bajecznie
bogata. Szmaragdy, ziemie, sługi, pałace oraz mnóstwo
funtów szterlingów w starym banku w City. To właśnie
owe szmaragdy pochodzące ze zbrodni umożliwiły
lordowi Landsdownowi, starszemu synowi byłego generała
wojsk indyjskich, renowację i utrzymywanie zamku
w Glangowness, wniesionego mu w posagu przez młodą
Szkotkę, niezbyt urodziwą i biedną jak mysz kościelna, za
to znakomicie urodzoną.
Innej różnicy między Plessis-Vaudreuilami i Landsdownami
upatrywać można było w milczeniu. My mówiliśmy
rzeczy błahe, nieścisłe, często niemądre. Ale mimo
upodobania do długich chwil ciszy, kiedy to mogliśmy nie
myśleć o niczym, jednak rozmawialiśmy. Landsdownowie
– nie tak jak mój dziadek, chętnie od czasu do czasu
wspominający ancien régime, wojsko czy polowania
z naganką – milczeli. Prześwietna ta rodzina, używająca
raz nazwiska Landsdown, raz McNeill – nie mówiąc już
o rozlicznych innych tytułach używanych w sytuacjach
ściśle określonych, a zarazem, dla nas przynajmniej,
całkowicie niezrozumiałych – zdawała się dysponować
skromniejszym zasobem słów potocznych na potrzeby
codziennej pogawędki niż nazw własnych na określenie
samych siebie. Opowiadano, że pod koniec życia emerytowany
generał i zbrodnicza Hinduska, niedowidzący
i niemal głusi, zasiadając sztywno i w całkowitym milczeniu
na krzesłach z wysokim oparciem po dwóch przeciwległych
krańcach olbrzymiego stołu, sprawiali wrażenie
istot z zaświatów, przybyłych, by dać temu światu lekcję
poprawnych manier.
Sędziwą parę otaczało zewsząd mnóstwo ludzi. W kuchniach
i stajniach zamku Glangowness można było spotkać
licznych przedstawicieli dickensowskiej galerii postaci.
Niekiedy nawet człowiek wybiegał myślą do Agathy Christie
i jej przyszłych bohaterów. Szef służby z siwymi bokobrodami,
francuskie pokojówki, stangreci sprowadzani
z Bengalu, blisko dwumetrowi lokaje, stajenni, najczęściej
Irlandczycy, miejscowe kuchciki – wszyscy oni tworzyli
dwór, będący zarazem rodziną; Plessis-Vaudreuilowie nie
mieli ich odpowiedników. W pomieszczeniach służby królowała
niemal taka sama wyniosłość, co w wielkich salonach
i jadalni obwieszonej gobelinami i obrazami, które
przedstawiały wydające ostatnie tchnienie dziki, zwisające
za łapy bażanty oraz dzikie gęsi. W dziwny jednak sposób
szła ona w parze ze swoistą prostotą. Wszystko razem
składało się na wielkopańskość, której my, w Plessis-lez-
Vaudreuil, stanowiliśmy jedynie prowincjalną, katolicką
i zubożałą wersję.
Cechą charakterystyczną milczenia Landsdownów –
a w pewnej mierze całej angielskiej arystokracji i w gruncie
rzeczy większości Anglików – było pochrząkiwanie.
Landsdownowie pomrukiwali, pochrapywali, postękiwali,
poświstywali i pojękiwali, niemal w milczeniu dobywając
z siebie onomatopeje i odgłosy, których znaczenie zrozumiałe
było jedynie dla wtajemniczonych. Etnologiczne
studia nad arystokracją brytyjską, do których wniosło już
swój cenny wkład tylu badaczy i pisarzy, zwłaszcza w dziedzinie
ekspresji językowej – by wspomnieć tu słynny podział
na U i non-U – powinny ustalić, czy ów specyficzny
kod i owe sygnały dźwiękowe z pogranicza mowy artykułowanej
były wspólne dla całej arystokracji brytyjskiej, często
uprawiającej tego typu ćwiczenia, czy też zarezerwowane
wyłącznie dla gatunku McNeillów i Landsdownów.
Ja sam zetknąłem się w okresie międzywojennym czy to
bezpośrednio, czy pośrednio z paroma próbkami tych
nieprawdopodobnych odgłosów i skłonny jestem uważać,
że nikt w świecie z wyjątkiem samych Landsdownów –
nawet profesor Higgins o twarzy Rexa Harrisona, który
w Pygmalionie, inaczej My Fair Lady, wtajemnicza w subtelności
fleksji i pułapki języka angielskiego pannę Audrey
Hepburn z domu Doolittle – nie byłby w stanie zrozumieć
owych niewysłowionych poszczekiwań czy tego z rzadka
przerywanego milczenia. Nie było rzeczy stosowniejszej,
elegantszej, poprawniejszej niż ta nieokreślona granica
między językiem a jego nieobecnością, w jakiej – chwiejni,
sztywni, utykający i nieporuszeni – trwali w stanie uporczywej
i niepewnej równowagi Landsdownowie.
Za dziesięć dni przypadało święto narodowe Paragwaju.
Szef protokołu z niejakim zakłopotaniem powiadomił Ich
Ekscelencje, że zostaną z tej okazji podjęci przez prezydenta,
któremu towarzyszyć będzie mademoiselle Asunción,
wyniesiona do godnej pozazdroszczenia pozycji jego
oficjalnej kochanki. Celem uświetnienia owego wywyższenia
ustanowiony zostaje specjalny protokół; usilnie uprasza
się Ich Ekscelencje, by się do niego zastosowali: prezydent
i jego towarzyszka zasiadać będą na ustawionych na
podwyższeniu, pokrytych czerwonym pluszem tronach;
przed jednym i drugim tronem kolejno przedefilują dyplomaci
i konsulowie; zgodnie z tradycyjnym protokołem
oddadzą pokłon przed głową państwa oraz złożą mu życzenia
chwały dla kraju i pomyślności osobistej; następnie
przejdą przed tron, na którym zasiadać będzie pierwsza
dama kraju, i na znak hołdu ucałują jej stopę.
Oświadczenie szefa protokołu powitało pełne konsternacji
milczenie. Trwało kilka sekund, dziesięć, może
dwadzieścia: wydały się wiecznością. Po czym nagle podniosła
się gwałtowna wrzawa pomruków, okrzyków i zapytań.
Toż to rzecz niesłychana, nie do przyjęcia, ultimatum,
szantaż, niedopuszczalna prowokacja, bezprecedensowe
upokorzenie, wypowiedzenie wojny cywilizowanym narodom.
– Panowie! – powtarzał szef protokołu. – Panowie!…
– Unbearable! – zawodził poseł Stanów Zjednoczonych,
którego ojciec walczył u boku Washingtona. – To zamach
na prawa człowieka i demokrację…
– Niedopuszczalne! – wtórował mu konsul francuski. –
Nigdy jeszcze od 1789 roku i proklamacji nieśmiertelnych
zasad…
– Um Gottes Willen! – czkało się konsulowi pruskiemu.
– Unerträglich… Unbeschämt…
– Per la Madonna! – nie posiadał się z oburzenia Włoch.
– Panowie… – powtarzał szef protokołu. – Panowie! Bardzo proszę…
Pierwszym odruchem całego korpusu dyplomatycznego
było odwołać się a to do Foreign Office, a to do Staatskanzlei,
a to do Departamentu itp. Ale jak zdobyć na czas
niezbędne instrukcje? Podróż tam i z powrotem zajmowała
dwa miesiące, tymczasem zostało już tylko dziesięć dni!
Poseł hiszpański, magnat zesłany do Ameryki Południowej
z niewiadomych powodów, a może po prostu z powodu
swojej głupoty i przeciętności, jako pierwszy zdecydował
się poświęcić honor na ołtarzu Hispanidad. Owszem,
pójdzie, ale łańcuch Złotego Runa, któremu zawdzięczał
godność granda i przynależność do jednego z najstarszych
rodów Starej Kastylii, zostawi w domu w wyściełanym satyną
puzderku.
– To, że u stóp kurwy – a los pies de la puta, oznajmił –
mnie tam obojętne, ale mój baranek by tego nie zdzierżył.
Konsul francuski przeprowadził szybką kalkulację pod
kątem swojej gaży, swojej kariery i swojej rodziny – w tej
właśnie kolejności. Pan Duchaussoy de Charmeilles zyskał
sobie niemal sławę z powodu depeszy, jaką wysłał
do swojego ministra w okresie, kiedy był wicekonsulem
w Czarnogórze. Syn jego, młodzieniec podówczas niespełna
dwudziestoletni, zadurzył się namiętnie w pewnej
francuskiej aktorce odbywającej tournée po Bałkanach. By
zdobyć środki na sprowadzenie jej do Raguzy i zapewnienie
utrzymania chociaż przez kilka dni, sprzedał tureckiemu
kupcowi za marne grosze obraz, który był powodem
do dumy – właściwie jedynym – francuskiego konsulatu
w Cetinje, a przedstawiający wkroczenie marszałka Marmonta
do Raguzy, dziś zwanej Dubrownikiem. Zamianie
portretu marszałka Francji w wyimaginowanej Raguzie na
pobyt z istotą z krwi i kości w prawdziwym mieście, którego
fortyfikacje opadały stromo w morze, nie brakowało pikanterii
oraz pewnej dozy zdrowego rozsądku. Innego był
jednak zdania inspektor wizytujący konsulaty, który, pech
chciał, akurat w tym właśnie czasie odwiedził Czarnogórę.
Zdenerwowany pan Duchaussoy de Charmeilles zmuszony
był wysłać do swojego ministra ową sławetną depeszę,
która wywołała wielkie rozweselenie w Departamencie,
a zaczynała się tymi słowy: „Jego Ekscelencja samej będąc
ojcem zrozumie lepiej niż ktokolwiek…”.
W obliczu tego nowego dopustu – teraz już nie syn romansował
z gwiazdą kabaretu, ale on sam miał całować
nóżki damy z półświatka – pan Duchaussoy de Charmeilles,
przez wszystkich swych drogich kolegów zwany „Samej
będąc ojcem”, musiał podjąć szybką decyzję. Uznał,
że najlepsze będzie rozwiązanie, które narobi jak najmniej
szumu. Mając nadzieję, że w Pałacu Burbońskim,
w Closerie des Lilas, gdzie czasami bywał, w małym miasteczku
w departamencie Cher, gdzie spędzał wakacje,
i już zwłaszcza wśród mieszkającej w Wandei rodziny
żony nikt o niczym się nie dowie, postanowił pocałować
nogę Mado z Maubeuge, która, było nie było, też przecież
na swój sposób przyczyniała się do ekspansji cywilizacji
francuskiej.
Włoch, śmiejąc się gromko, nie wahał się długo. Zamierzał
uczynić nawet więcej niż to, czego od niego oczekiwano
i, muskając stopę przystrzyżonym wąsem, popieścić
przy okazji całą nóżkę. Zdradzając swój plan, puszczał oko
i nie krył nadziei, że doświadczenie z tym niecodziennym
pocałunkiem zdoła przekształcić w namiętny romans.

Wieczorny wiatr (miękka)

książka

Wydawnictwo: Marginesy

Oprawa: miękka

Ilość stron: 400

Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy

Nasza cena: 18,91

Cena detaliczna: 37,82

U nas taniej o 50%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń Dodaj do koszyka
Powrót GRATIS! Do każdego zamówienia zakładka mola książkowego!
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (0)

  • Inne wydania

Wieczorny wiatr - opis produktu:

Pierwszy tom słynnej trylogii Jeana d'Ormessona, w której losy bohaterów przeplatają się z wielką historią XIX i XX w., a toczą m.in. w Brazylii, Rosji, Indiach, RPA, Szkocji, Austrii... Narrator opisuje postaci z wielką pobłażliwością, ukazując ich różne słabości, ze świadomością, że i tak czas - jak wiatr - zatrze wkrótce wszelkie ich ślady...

"Najbardziej nieprawdopodobną ze wszystkich powieści przygodowych jest i zawsze będzie samo życie" pisze Jean d'Ormesson. "Samo życie", które coraz trudniej opisywać, bo pędzi wciąż szybciej
i szybciej, i zmienia się jak w kalejdoskopie.

Na tarasie swojego domu w San Miniato w Toskanii narrator wspomina historię swoich przyjaciół, czterech sióstr O'Shaughnessy i czterech braci Romero, których losy przez całe dziesięciolecia nierozerwalnie splatały się z jego własnym życiem. Wywodzące się z kręgów brytyjskiej arystokracji siostry O'Shaughnessy oraz potomkowie argentyńskich magnatów przemysłowych bracia Romero byli świadkami lub aktywnymi uczestnikami niemal wszystkich najważniejszych zawirowań politycznych i przemian obyczajowych pierwszej połowy XX wieku. Rewolucja meksykańska, wojna domowa w Hiszpanii, dojście do władzy Hitlera, czasy stalinowskie w Rosji, obrona Anglii... Byli wszędzie, podróżowali po całym świecie, znali najsławniejszych ludzi swoich czasów, obracali się w najróżniejszych kręgach, od dworskich po mafijne.

Życie osobiste grupki tych kosmopolitów i wybrańców losu, ich wybory ideologiczne i uczuciowe nieraz balansujące na krawędzi awanturnictwa, nieskrępowane żadnymi obyczajowymi tabu wzbudzało w im współczesnych skrajne emocje, fascynowało lub gorszyło. Bezsprzecznie żyli pełnią życia. Czy byli szczęśliwi? Cóż, z tym szczęściem różnie bywało. Na pewno byli panami własnego losu.

Ale czas, główny bohater tej trylogii, robi swoje. To, co jeszcze niedawno zakrawało na niesłychaną śmiałość, wręcz prowokację, powoli staje się czymś zwykłym i normalnym. Na scenę wkraczają następne pokolenia...

To powieść o zespoleniu kultur oraz stopniowym ujednolicaniu się świata opowiedziana przez pryzmat osobistych doświadczeń. Narrator jest uosobieniem pobłażliwości i tolerancji dla ludzkich - politycznych i uczuciowych - słabości i wyskoków. Nic, co ludzkie, nie jest w stanie go zaskoczyć, niczym nie jest on w stanie się zgorszyć. A że życie każdego człowieka toczy się z Wielką Historią w tle, więc z poczuciem humoru niczym z Monty Pythona, d'Ormesson pokazuje to tło, podkreślając, że "zamierzeniem Wieczornego wiatru jest nie tyle pouczyć, ile zabawić. Zabawić wojną w Hiszpanii, zabawić Hitlerem, zabawić Stalinem?...". "W tym wyzwanie" - dodaje przewrotnie.

Jean d'Ormesson przedstawia w swojej trylogii świat z pogranicza fikcji i prawdy. Na tle prawdziwych wydarzeń historycznych kreuje bohaterów, których pierwowzorami niejednokrotnie są autentyczne postaci, ludzie, o których swego czasu było głośno, którzy odcisnęli piętno na epoce swoimi niekonwencjonalnymi wyborami lub barwnym życiem.

Błyskotliwa, dowcipna, przenikliwa saga na miarę XXI wieku!

Wieczorny wiatr - szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: literatura piękna, saga rodzinna

Wydawnictwo: Marginesy
Oprawa:miękka
Okładka:miękka
Wymiary:135x210
Ilość stron:400
ISBN:9788365282231
Wprowadzono: 20.01.2016
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Wieczorny wiatr - recenzje klientów


Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Nie ma jak u mamy

M. Witkiewicz

książka (miękka)

25,76 zł taniej -30%

Pocieszki

K. Grochola

książka (twarda)

29,09 zł taniej -35%

Ścigany

K. Michalak

książka (miękka)

27,87 zł taniej -30%

Puchar miłości Dziedzictwo rodu ...

W. Graham

książka (miękka)

24,39 zł taniej -30%

Jean D`Ormesson - przeczytaj też

Mężczyźni za nią szaleją

J. D`Ormesson

książka (miękka)

18,53 zł taniej -51%

Szczęście w San Miniato

J. D`Ormesson

książka (miękka)

27,98 zł taniej -26%

Zobacz również

Posłuszna żona

K. Fisher

książka (miękka)

29,85 zł taniej -25%

365 dni

B. Lipińska

książka (miękka)

25,49 zł taniej -36%

Apartament w Paryżu

G. Musso

książka (miękka)

26,15 zł taniej -27%

Siedem sióstr Cykl: Siedem sióstr, Tom 4

L. Riley

książka (miękka)

27,99 zł taniej -26%

Ciekawe pomysły Gandalfa

książka

29.85 zł

taniej -25%

Wiatraki

Sympatyczny duet krakowskich policjantów tym razem działa na Pomorzu. Podkomisarz Lucek Bałyś, wysłany na pozornie niewinną konferencję, zostaje beznadziejnie wmieszany w porachunki miejscowej gangsterki. Z początku uznaje to za szczęśliwy traf - po kłopotach w małżeństwie porządna dawka adrenaliny na pewno dobrze mu zrobi. Po chwili jednak zdarzenia...

książka

25.44 zł

taniej -25%

Mroczny Dwór. Narzeczona wiatru

`Co okaże się silniejsze: pragnienie krwi czy głód miłości? Ziemie polskie, lata trzydzieste XIX wieku. Wiszące nad rodziną Orszańskich widmo bankructwa sprawia, że młoda Anna musi się przeprowadzić do posiadłości o niepokojącej nazwie Mroczny Dwór. Wkrótce okaże się, że to dziwne miejsce kryje w sobie mnóstwo tajemnic - jedną z nich jest jego...

książka

35.41 zł

taniej -9%

Elektroenergetyczna automatyka zabezpieczeniowa...

W gospodarkach rozwiniętych wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną jest zbliżony do 1 % rocznie. W Polsce w ostatnich latach wyniósł 2 %. Zwiększenie mocy systemu elektroenergetycznego uzyskuje sie m.in. przez wprowadzenie do pracy odnawialnych źródeł energii, w tym elektrowni wiatrowych, które w najbliżyszym czasie mogą przynieść największy przyrost...

ebook

14.65 zł

taniej -38%

Fabryka wiatru - mobi, epub

Jak zobaczyć to, co niewidoczne? Tajemnica znikającego budynku przy porcie w Kołobrzegu. To miała być formalność. Idę we wskazane miejsce, spisuję adres i wysyłam maila. Takie z pozoru proste zadanie dostałam od mojego przyjaciela Rajmunda, który pokazał mi na swoich zdjęciach pewien obiekt i poprosił o jego zlokalizowanie. Ta misja zmieniła jednak...

ebook

20.83 zł

taniej -15%

Wieczorny seans - mobi, epub

Współczesna Warszawa. W jednej z korporacyjnych firm zostaje zastrzelony dyrektor-despota. Sprawą zajmuje się komisarz Konstanty Podbiał, oficer stołecznej dochodzeniówki. To dość nietypowy gliniarz. Dla jednych nadaje się tylko do telewizyjnych wystąpień, prezentowania nowego typu munduru i brylowania u boku żony - popularnej aktorki, ale są i tacy, którzy...

gry / zabawki

129.59 zł

taniej -20%

Ciężarówka z naczepą i wiatrakiem

W skład zestawu wchodzi ciężarówka z lawetą - bez dodatkowych pojazdów.

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku

17.48

14.99

14.99

2.84

4.96

2.99

3.59

2.99

8.99

1.99

Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność › przejdź do koszyka
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: