rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki

Wybierz z dostępnych produktów

Polska 101 ciekawostek

M. Malicka

książka (twarda)

18,64 zł taniej -25%

Polska

C. Parma

książka (twarda)

35,68 zł taniej -27%

Polska Historia przyroda kultura

P. ZBIOROWA

książka (twarda)

64,81 zł taniej -35%

Polska Niepodległa międzywojenna

P. ZBIOROWA

książka (twarda)

64,81 zł taniej -35%

Polska 1918

P. Skibiński

książka (twarda)

48,94 zł taniej -16%

Polska wersja hiszpańska

B. Parma

R. Grun...

książka (twarda)

35,20 zł taniej -28%

Polska wersja angielska

B. Parma

R. Grun...

książka (twarda)

43,50 zł taniej -11%

Polska 1944 Perspektywa sojuszników i ...

M. Grądziej-Rej...

książka (twarda)

30,86 zł taniej -38%

Polska 1945-2015 Historia polityczna

A. Piasecki

książka (miękka)

66,99 zł

Polska

E. Rylski

W. Pan...

książka (twarda)

53,70 zł taniej -23%

Polska Historia. Kultura. Przyroda

K. Żywczak

książka (twarda)

43,06 zł taniej -28%

Polska, głupcze!
ocena: 6, głosów: 5
 

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
Polska, głupcze!

WSTĘP
Gdy polityka - jak w Polsce - jest marnej jakości, a politycy są mierni, niedojrzali i
nadpobudliwi, bardzo cierpią nie tylko ludzie. Cierpią także słowa. Bo niedostatek myśli
kompensowany jest nadmiarem słów. Bo brak czynów jest zagadywany. Bo nieporadność w
zmienianiu rzeczywistości wymaga jej zaklinania. Albo zakłamywania. A najczęściej jednego
i drugiego.
Słowa dostają strasznie w kość za sprawą naszych polityków. Bo większość z nich ma
potworne kompleksy, więc nie ma szacunku dla siebie. Ponieważ nie szanują siebie, nie
szanują też wyborców. Ponieważ nie szanują wyborców, mówią, co im przyjdzie do głowy. A
ponieważ zwykle nie przychodzi im nic nadzwyczajnego, mamy psucie polityki, któremu
towarzyszy psucie języka.
Na pomysł napisania tej książki wpadłem, gdy nastała u nas nowa władza, czyli, jak chcą
niektórzy, u zarania IV RP Dlaczego wtedy? Bo od 1989 roku w żadnym momencie nie
zaprzęgnięto języka do realizacji celów czysto politycznych. Bo w żadnym momencie w III
RP nie posługiwano się nim tak cynicznie do redefiniowania znanych pojęć, do piętnowania
wrogów, do odwracania kota ogonem. W żadnym momencie też nie kłamano z taką energią i
systematycznością. A wszystko zaczęło się, gdy politycy, z którymi większość Polaków
wiązała duże nadzieje, nadali szyderczy wydźwięk słowu "popis" (PO-PiS, dokładniej). To
było nieświadome i niezamierzone, spowodowane genetyczną niezdolnością do zawierania
kompromisów. Ale potem doszło już do metodycznej akcji korumpowania języka. Pojawił się
"układ", pojawiły się "łże-elity", pojawił się "imposybilizm", pojawiły się "cieniasy".
Brutalizacja języka zaczęła się dużo wcześniej, a patronem akcji "mistrz niszczenia mowy
polskiej" był późniejszy wicemarszałek sejmu i wicepremier. Ale w jego wykonaniu miało to
charakter spontaniczny. Od roku natomiast ma charakter przemyślany. Język służy
definiowaniu przeciwnika ("łże-elity" właśnie). Służy też ukrywaniu prawdy o swych
zamiarach ("imposybilizm"). Czasem niszczeniu języka towarzyszy próba zawłaszczenia
określonych słów - "patriotyzm" ma być związany z określonymi siłami politycznymi, które
mają mieć monopol na jego jedynie słuszną interpretację. Epitetami stają się słowa, wcześniej
mające zupełnie inny wydźwięk. Przykłady -"salon" czy "autorytety".
Słowa, jak w PRL-u, stały się więc narzędziem ideologii. I spoważniały. Kiedyś miały więcej
wdzięku, nawet takie jak "oszołomy" czy "popaprańcy". Dziś są cięższe, siekierą ciosane -
"łże", "tchórz", "zwarty ordynek", mamy bowiem czas "wzmożenia moralnego" i
"rewolucyjnej czujności". Słowa poszły w kamasze.
Warto prześledzić, co się w ostatnich kilkunastu latach stało z naszym językiem politycznym,
jak zmieniały się słowa, jak zmieniał się ich sens. Czasem, obserwując ten proces, można się
uśmiechnąć, więcej jest jednak, niestety, powodów do smutku. Kolejna stracona szansa,
kolejna grupa zbawicieli, uważających, że oni tu są na wieki wieków amen. Znowu tracimy
czas, drepcząc w miejscu i patrząc, jak władza, zamiast być narzędziem wielkiej modernizacji
Polski, staje się lekiem na kompleksy i obsesje.
Skąd tytuł tej książki? I do kogo jest adresowany? Do nas wszystkich. Kolejne POPIS-y,
kolejne pokazy buty, kolejne akty błazenady budzą w nas często radość, a pogarda dla
polityków znajduje codzienną pożywkę. Jest tylko jeden, maleńki problem. To nie jest reality
show. To jest nasz kraj, który dostał największą szansę w historii. Jeśli jej teraz koncertowo
nie marnujemy, to na pewno robimy bardzo wiele, by jej nie wykorzystać. Jest tak, jak
chcieliśmy jeszcze całkiem niedawno? O czymś takim marzyliśmy? O takiej władzy? Więc
mówię do siebie, do nas, do władzy - "Polska, głupcze!". Clinton i jego ludzie, mówiąc:
"Gospodarka, głupcze", nikogo nie obrażali. Przypominali sobie, wypisując to hasło na
ścianie, o tym, co najważniejsze, by w chaosie nie zgubił się cel. I drogowskaz. Lepiej o nim
pamiętać, zanim na drodze pojawi się inny: "Ślepa ulica".
Tomasz Lis
***
MOHEROWE BERETY
Zapewne najbardziej polityczne nakrycie głowy na świecie. Chyba niesłusznie autorstwo tego
określenia przypisuje się internautom. Zanim moher zaczął krążyć w sieci, słyszałem, że to
Roman Giertych nazywa moherowymi beretami własny elektorat, na pewno chcąc w ten
sposób podkreślić
swój dla tego elektoratu szacunek, bo przecież nie - jak sugerują niektórzy - pogardę. Moher
(ang. mohair) to wełna z kóz angorskich, a słowo to pochodzi od arabskiego muchajjar, co z
kolei oznacza doborowy, wyborny. I to by się mniej więcej zgadzało. Moher charakteryzuje
się długim włóknem, dużą lekkością i puszystością oraz połyskiem. Łatwo się farbuje na
różne kolory. Jego wadą jest łatwe mechacenie się.
Oczywiście moher to w Polsce więcej niż włókno i więcej niż nakrycie głowy. Według
jednych, to symbol przynależności nawet nie do grupy wiekowej (to też), ale do grona
sympatyków Radia Maryja i ojca dyrektora. Według innych, to nie nakrycie głowy, ale stan
umysłu. Moherowe berety charakteryzują się pasją i twardością poglądów, zajadłością i
nieustępliwością wobec wszelkich prawdziwych, a szczególnie wydumanych wrogów.
Religijne panie spod znaku moheru dzielnie walczyły przeciw wyświetlaniu w kinach filmów
Ksiądz i Skandalista Larry Flint, energicznie wspierały na wszelkich rozprawach księdza
Henryka Jankowskiego i równie energicznie występowały przeciw amoralnym ekscesom,
pożal się Boże, artystów typu pani Nieznalska. Nie wszystkie starsze, religijne osoby w
Polsce, które noszą moherowe berety, należą do fanklubu ojca Rydzyka, członków tego
ostatniego łatwo jednak poznać. Nawet nie po konserwatywnych, narodowych, katolickich i
radykalnych poglądach, ale po poczuciu wyobcowania ze świata, postrzeganego jako odległy,
niezrozumiały, często agresywny i wrogi. Takie uczucia wywołują niechęć do tego, co
zewnętrzne i stanowiące zagrożenie. Powodują też pełne utożsamianie się z tym, co znane,
swojskie i bliskie. Ojcu Rydzykowi trzeba oddać, że tę mentalność wyczuł znakomicie. I
osobom z taką mentalnością dał to, czego potrzebowały - poczucie wspólnoty. Dał im też
obietnicę obrony przed zagrożeniami. Fakt, że zagrożenia były wyimaginowane, nie miał
znaczenia. Ktoś nam grozi, kochani, zjednoczmy się, musimy być razem. Znaleziono wroga,
nazwano go i potępiono - tak, przynajmniej w sektach, tworzy się poczucie wspólnoty. Dzieło
ojca Rydzyka było o tyle łatwiejsze, że jego elektorat przez lata był ignorowany - tak przez
polityków, "bo ci ludzie tacy nie na czasie", jak i przez reklamodawców, "bo to nie grupa
docelowa". Radio Maryja do tych ludzi mówiło i z nimi było. Było więc ich i dla nich.
Moherowe berety odniosły w 2005 roku wielki sukces. Pewna bliska im wizja świata nagle
weszła na salony władzy, została zalegalizowana przez wyborców, a przede wszystkim
wyszła z getta. "To my jesteśmy większością", mogły sobie powiedzieć moherowe berety.
Donald Tusk, liberalna twarz polskiej polityki, doszedł jednak zapewne do przekonania, że
wspólnota moheru jest wciąż za słaba, i postanowił ją wzmocnić. "Polska nie jest skazana na
moherową koalicję", powiedział w debacie nad rządowym expose. Abstrahując od tego, że na
razie jest, Tusk popełnił polityczny błąd i zwykły nietakt. Nie należy mobilizować
przeciwnika, nie należy używać słów, które odbierane są jako epitety, nie należy pozwolić, by
polityczny przeciwnik mógł wystąpić w roli obrońcy ludu. Bo wystąpił. "Jeśli ktoś mówi o
moherowej koalicji, wynika to z poczucia wyższości, a nawet pogardy dla prostych ludzi",
powiedział Kazimierz Marcinkiewicz. "Moherowe berety wygrały z koalicją aksamitnych
kapeluszy", dorzucił, nawiązując do kapelusza Jana Rokity, Andrzej Lepper. "Moherowe
berety to bardzo porządni ludzie", wyjaśnił ojciec Rydzyk. Gdy na czternastolecie Radia
Maryja zjechało do Torunia 10 tysięcy słuchaczy plus wielu, bardzo wielu polityków PiS-u,
Samoobrony i LPR-u, ojciec dyrektor wołał entuzjastycznie: "Niech żyje moherowa koalicja!
Widzę moherowe berety! Brawo! Kto ma moherowy beret, ręce do góry!". Odpowiedzią był
las wzniesionych do góry rąk. Tak to Donald Tusk wszystkim, którzy nie lubili jego i
Platformy Obywatelskiej, dał sztandar, emblemat i dowód, że mają rację ci, którzy uważają,
iż PO, jak kiedyś Unia Wolności, gardzi ludźmi, wynosi się ponad biednych. Takie
charakterystyki partii i ludzi mają to do siebie, że lubią się do nich przylepiać. A Tusk i
Platforma, zamiast o serca studentów, które prawdopodobnie już zdobyli, powinni walczyć
właśnie o serca moherowych pań. A przede wszystkim - polityczny alfabet, lekcja numer 1 -
nie powinni mówić nic, co zniechęciłoby do nich choć jednego wyborcę.
Gdy lider Platformy odwiedził kilka dni później Olsztyn, zastąpiła mu drogę starsza pani.
"Proszę nas przeprosić za moherowe berety, bo obraził pan mnie i inne starsze panie",
powiedziała Tuskowi emerytka Julitta Kon. "Mnie słowo przepraszam zawsze przechodzi
przez usta. Jeżeli panią dotknąłem, uraziłem, to bardzo serdecznie przepraszam",
odpowiedział. Zawsze coś, chociaż - było nie gadać, nie trzeba by przepraszać.
MULAT
Mulat to wymyślone przez Roberta Mazurka i Igora Zalewskiego z "Wprost" określenie
Andrzeja Leppera, nawiązujące do pochodzącej z solarium opalenizny lidera Samoobrony.
Warto zwrócić uwagę, że słowo to pochodzi od hiszpańskiego mulato, czyli muł. Nazwanie
Leppera mulatem jest oczywiście trafione i dowcipne. Inna sprawa, że wprowadza ono
przewodniczącego w obieg kultury masowej, czyni go kimś sympatycznym, swojskim i
obłaskawionym. Nawet fajnie, że taki mulat jest wśród polityków. Zabawny on, taki grubo
ciosany naturszczyk, ale można na niego liczyć, bo temu i owemu przywali, a to zrobi minę, a
to będzie okupował sejmową mównicę, a to powie, że mógł dziennikarza strzelić w papę, ale
nie strzelił. I sound bite będzie dobry, i obrazek ciekawy. I gdzieś po drodze zapominamy, że
funkcjonowanie kogoś takiego jak Andrzej Lepper w sposób, w jaki funkcjonuje w 38-
milionowym kraju, powinno trochę dziwić. Tym bardziej że to już nie watażka, awanturnik i
demagog, ale były wicemarszałek sejmu, a teraz to i wicepremier, mąż stanu niemal. Jak to
się stało?
Jasne, Lepper rzeczywiście się zmienił, jest już mniej nieokrzesany, niż był, niektórzy
zarzucają mu nawet, że jest bezbarwny. A jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że w
Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Ameryce czy we Francji kogoś takiego na salonach
władzy by nie było, że do kogoś takiego "panie premierze", "panie marszałku" albo "Mr.
speaker" nie trzeba by było z grzeczności dla urzędu mówić, bo ktoś taki takiego urzędu by
nie sprawował.
"Partia protestu i sfrustrowanych", mówią o Samoobronie. W istocie, miliony Polaków nie
załapały się na wielkie przemiany, nie uczestniczą w nich, ale często są ich ofiarami, mają też
prawo do frustracji, bo politycy ich ignorują albo wyborczo wykorzystują. A jednak
zaskakujące jest, że na swego rzecznika protestujący i sfrustrowani wybrali właśnie Leppera.
Czy, skoro są niezadowoleni z tych, którzy są i którzy byli, chcieliby, aby zastąpił ich właśnie
przewodniczący? Czy Lepper to ich kandydat na zbawcę, czy też to ich krzyk - nie ma zgody
na wszystko nie ma zgody na nic? Czy lepperszczyzna to takie liberum veto na wszelki
wypadek i w każdej sytuacji? Czy jego zwolennikom nie przeszkadza, że nie ma on nic do
zaproponowania? Czy nie czują, że to oni dostaliby najbardziej w kość, gdyby
przewodniczący mógł wcielić w czyn to, co na razie chodzi mu po głowie?
Mam wrażenie, że kariera Andrzeja Leppera legalizuje to, co w mentalności wielu z nas
najgorsze. Po co myśleć konstruktywnie, po co szanować reguły gry, po co dostosowywać się
do standardów, po co się uczyć, po co się wspinać po szczeblach społecznej drabiny, skoro
można w zabłoconych buciorach wejść na salony, wyrżnąć pięścią w stół, pogrozić palcem i
wrzasnąć, że ja was wszystkich stąd pogonię. I ludziskom to się podoba. Oto bowiem
chamstwo nie musi być w defensywie. Przeciwnie - ono stawia warunki, triumfuje, dyktuje,
straszy. My barbarzyńcy? A tak, barbarzyńcy, i pokażemy wam, inteligencikom, gdzie wasze
miejsce. Cóż to, że w naszych szeregach niemal sami niedokształceni, że jak coś powiedzą, to
wstyd, cóż, że się z nas śmieją? Że wielu z nas jest na bakier z prawem? My nie tylko się nie
wstydzimy, prokuratorowi i sędziemu w oczy się roześmiejemy, immunitetem się zasłonimy,
o zemstę polityczną domniemanych wrogów oskarżymy.
Triumf bylejakości i prostactwa to pokłosie wpajanego nam przez dziesięciolecia PRL-u
egalitaryzmu i efekt obowiązującego w III RP emocjonalnego populizmu. Po co stawiać
wymagania ludziom, po cóż ich wzywać do obywatelskiej postawy, obiecywać im krew, pot i
łzy, skoro można im obiecać gruszki na wierzbie. Za powiedzianą wyborcom prawdę
wyborcy u nas prawdomównego karzą. Trzeba więc nam schlebiać, odwoływać się do naszej
złości, do naszej frustracji. Trzeba nam obniżyć poprzeczkę bardziej niż inni i obiecać więcej
niż inni. Ci, którzy wypełniają żywą treścią pojęcie TKM, fundują więc nam jednocześnie
festiwal samobiczowania, obiecują rezygnację z diet, przywilejów, samochodów służbowych,
klinik itp., itd. Zamiast dobrej władzy mamy jej substytut w postaci władzy udającej skromną.
Taki nasz między wyborcami a politykami układzik. Oni składają przed wyborami
samokrytykę, stwarzając nam tym samym pozory komfortu, że nie głosujemy na bandę
nicponi. My więc na nich głosujemy, oni sobie jakoś radzą, interes się kręci.
W bylejakiej polityce, w której nie obowiązują porządne reguły gry, świetnie mogą
funkcjonować bylejacy politycy, których wkład w nasze życie polega wyłącznie na ułomnym
słowotwórstwie. Po co nam wykształcony ustawodawca, jeśli możemy mieć śmichy-chichy z
kurwików i z Anana Kofana? Dostajemy w kość, ale możemy się pośmiać. Fajny ten mulat i
śmieszny. A skoro nikogo już nie linczuje, zboża nie wysypuje, sejmowej trybuny nie
okupuje, to znaczy, że się ucywilizował. Cóż, to kwestia potrzeb i oczekiwań w ramach
określonej "cywilizacji".
MY RAZEM Z BRATEM
Takiego politycznego partnerstwa jak w przypadku braci Kaczyńskich świat jeszcze nie znał.
Polska oczywiście też nie, choć Polska nie powinna być zaskoczona, bo przecież już jako
Jacek i Placek otwarcie zapowiadali: "my jesteśmy tacy dwaj, tacy dwaj na cały kraj".
Owszem, byli bracia Kennedy, ale gdyby odnieść ich funkcje do polskiej rzeczywistości, to
jeden z nich był prezydentem Kaczyńskim, a drugi ministrem Ziobrą, nie był to więc duet aż
tak wszechwładny jak nasz. Poza tym, bracia braćmi, a bliźniacy bliźniakami - to najwyższy
stopień bliskości i jedności. A wiadomo, że w polityce braterstwa, poza wspólnotą krwi, nie
ma. Duetowi Kaczyńskich nie dorasta więc do pięt ani duet Blair - Brown, ani amerykańskie
duety Clinton - Gore czy Bush - Cheney. Blair gra z Brownem w jednej drużynie, ale jakby
Brown mógł, to Blair by już w niej nie grał. I wzajemnie. Clinton z Gore'em stworzyli
sprawny tandem, ale wcale się nie kochali. Clinton Gore'a szanował, ale uważał za kiepskiego
polityka. Gore Clintona podziwiał, ale nie szanował. Cheney na Busha wpływa, ale wielkiego
szacunku dla niego nie ma. Bush z pomocy Cheneya korzysta, ale komfort w ich wzajemnych
relacjach wynika głównie z faktu, że prezydent wie, iż "wice" nie chce zająć jego miejsca.
Krótko mówiąc, w żadnym z politycznych duetów nie mamy choćby cienia zaufania, oddania
i wzajemnego poświęcenia, jakie mamy w przypadku braci Kaczyńskich, dwóch podobnych
do siebie ludzi albo, jak mówi Lech Wałęsa, jednego człowieka o dwóch głowach.
Wynikająca z więzów krwi, podobieństwa i bliskości narodzin wspólnota braci Kaczyńskich
ma swe odniesienie werbalne. Obaj bezwiednie używają bowiem zwrotów "ja z bratem", "my
z bratem", "ja razem z bratem". Wiadomo, że oni razem i że z bratem, ale zawsze jeszcze to
podkreślają.
Szczególnie często czyni to Lech Kaczyński, który panu prezesowi Kaczyńskiemu
"zameldował wykonanie zadania", choć musiał, a w każdym razie powinien wiedzieć, że te
słowa to niezręczność i polityczny błąd.
Przykłady, że "razem z bratem"? Najpierw cytaty z Lecha Kaczyńskiego:
"To myśmy się z bratem narazili na opinię pierwszego i drugiego oszołoma w Polsce".
"Razem z bratem zmuszono nas do trzech kosztownych procesów". (Tu chęć użycia zwrotu
"razem z bratem" była tak silna, że powstał twór, z którego może wynikać, że to brat zmuszał,
a nie brata zmuszano).
"Byliśmy z bratem ofiarami różnych zarzutów, które nie miały żadnego związku z
rzeczywistością".
"W czasach PRL-u razem z bratem nie wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy żyć w kraju, w
którym jest opozycja, i do niej nie należeć". (Jak widać, Lech Kaczyński nie tylko robił
rzeczy razem z bratem, ale i nie wyobrażał sobie, też razem z bratem).
"Ja jestem teraz w takiej fazie, że popieram inicjatywę mojego brata i utożsamiam się z nią".
(Braterstwo, a dokładniej bliźniactwo, wymaga nie tylko popierania - każe się z popieranym
bratem utożsamiać).
"Być może jestem, razem z bratem oczywiście, liderem tych komitetów w sensie
przenośnym". (Nie wiadomo, czy "w sensie przenośnym" odnosi się do "liderem", czy do
"komitetów". Wiadomo, że nie odnosi się do "razem z bratem").
Polityczny związek braci Kaczyńskich jest całkowicie pozbawiony elementów egoizmu.
Wystarczy przypomnieć, że do poważnej kłótni między nimi doszło nie dlatego, że każdy z
nich chciał czegoś dla siebie, ale dlatego, że Jarosław Kaczyński tak bardzo chciał
prezydentury dla Lecha, że zrezygnował z funkcji premiera, a Lech Kaczyński tak bardzo
chciał premiera Jarosława Kaczyńskiego, że tę rezygnację miał mu za złe, choć wiadomo, że
w gruncie rzeczy był mu za nią głęboko wdzięczny. Złość na to, że ktoś nam daje, co ma
najcenniejszego, zamiast zachować to dla siebie. To więcej niż partnerstwo. To, bez cienia
ironii, miłość. Po kilku miesiącach premierostwa Kazimierza Marcinkiewicza, nazywanego
tylko przez złośliwych Marionetkowiczem albo Obiecankowiczem, stało się zresztą to, co
prędzej czy później stać się musiało. Premierem został Jarosław Kaczyński. Tuż po wyborach
parlamentarnych, wyciągając z cylindra Kazimierza Marcinkiewicza, mówił wprawdzie, że
Polacy będą mieli trudności z zaakceptowaniem bliźniaków na dwóch najważniejszych
stanowiskach w państwie, ale nie przesadzajmy z tymi Polakami. Przyzwyczaili się do
wicepremiera Giertycha i wicepremiera Leppera, to przyzwyczają się i do premiera
Kaczyńskiego. Poza tym skończyła się gra pozorów. Z sondaży wynikało przecież, że mniej
wykształceni Polacy całkiem poważnie twierdzą, że najbardziej wpływową w Polsce osobą
był Kazimierz Marcinkiewicz. "Ciemny lud to kupił"? Należało więc lud z błędu
wyprowadzić. I wyprowadzono.

Polska, głupcze! (miękka)

książka

Wydawnictwo: Świat Książki

Oprawa: miękka

Ilość stron: 256

Dostępność: niedostępny

Nasza cena: 31,75

Cena detaliczna: 34,15

U nas taniej o 7%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń

Przy zakupie 5 egz.
Cena hurtowa:

27,32

Powrót Darmowa wysyłka dla zamówień od 99zł. SPRAWDŹ!
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (0)

Polska, głupcze! - opis produktu:

Błyskotliwa diagnoza wspólczesnej Polski. Czy jest grubą przesadą, żeby oddzielić scenę polityczną od sceny kabaretowej? Czy Daniec, Drozda i kabaret Mumio nie zaspokajają naszej potrzeby kontaktu z satyrą? - pyta autor, błyskotliwie opisując m.in. nasze najważniejsze afery, sukcesy, problemy, postaci i powiedzonka od 1989 roku. Wśród alfabetycznie ułożonych haseł: Balcerowicz musi odejść i kurwiki w oczach, oszołom i becikowe, Ojciec Dyrektor i prawdziwy mężczyzna, noc teczek i spieprzaj, dziadu - zgrabny bon mot zdradzający bon ton nadchodzącej IV RP. Pełna zjadliwego humoru i ironii książka pokazuje całą złożoność polskiej sytuacji, zależną od konkretnych ludzi i ich postaw. Mimo wszystko Lis jest optymistą, bo - jak pisze - wiele rzeczy można Polakom zarzucić, ale nie skłonności samobójcze.

Polska, głupcze! - szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa:miękka
Okładka:miękka
Wymiary:125x210
Ilość stron:256
ISBN:83-247-0457-4
Wprowadzono: 10.10.2006
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Polska, głupcze! - recenzje klientów


Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.
10.00

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i ...

G. Rzeczkowski

książka (miękka)

25,85 zł taniej -35%

Nietoperz i suszone cytryny

M. Meller

książka (miękka)

27,89 zł taniej -30%

Odbiorę ci wszystko

R. Lillegraven

książka (miękka)

25,79 zł taniej -35%

Dziewczyna o czterech palcach

M. Krajewski

książka (miękka)

25,79 zł taniej -35%

Tomasz Lis - przeczytaj też

Historia prywatna

T. Lis

książka (miękka)

26,02 zł taniej -42%

PiS-neyland

T. Lis

książka

31,32 zł

Umrzeć za Gdańsk 12 rozmów o Pawle ...

T. Lis

książka (twarda)

28,95 zł taniej -34%

Ciekawe pomysły Gandalfa

książka

18.64 zł

taniej -25%

Polska 101 ciekawostek

Czy wiesz, kto był pierwszym królem Polski? Które miasto jest stolicą pierników? Co to są dudki? Polska jest pełna ciekawostek! Odkryj je na kartach tej bogato ilustrowanej książki i dowiedz się, kim są szarytki, gdzie w Polsce może cię zwieść fatamorgana oraz która z liter najczęściej się pojawia w polskich wyrazach. Nowa seria "101...

książka

35.68 zł

taniej -27%

Polska

Album jest praktycznym fotograficznym przewodnikiem dla dociekliwego podróżnika, chcącego poznawać nasz kraj, jak również pamiątką dla turysty, przypominającą miłe chwile spędzone w Polsce. 16 rozdziałów, odpowiadających podziałowi na województwa, kolorowe registry oraz mapka pozwalają na szybkie odnalezienie konkretnego miejsca.

książka

10.48 zł

taniej -0%

Polska co dziecko powinno wiedzieć o swojej...

Książka "Polska. Co dziecko wiedzieć powinno o swojej ojczyźnie..." zachęca do zdobywania wiedzy i poznawania naszego kraju. W środku dzieci znajdą odpowiednie wyjaśnienia, ciekawostki oraz zdjęcia z różnych zakątków Polski. Tematy omawiane w książce to: - święta i symbole narodowe - hymn, flaga, godło, - nasza tradycja i zwyczaje, -...

książka

64.81 zł

taniej -35%

Polska Historia przyroda kultura

Album przedstawia historię naszego kraju, a także bogactwo natury oraz najpiękniejsze zakątki Polski - od nadmorskich wydm i klifów przez mazowieckie równiny po wysokogórski świat Tatr. Znajdziemy w nim również najważniejsze informacje dotyczące środowiska przyrodniczego i parków narodowych oraz opis najpiękniejszych polskich miast. t.

książka

43.39 zł

taniej -33%

Polska 1939

"Bądźcie bez litości, bądźcie brutalni, nasza przewaga daje nam wszystkie prawa". - ostatnie przemówienie Hitlera przed atakiem na Polskę "Stanęliśmy tedy nie po raz pierwszy w naszych dziejach w obliczu nawałnicy, zalewającej nasz kraj z zachodu i wschodu. (…) Na każdego z was spada dzisiaj obowiązek czuwania nad honorem...

książka

43.39 zł

taniej -33%

Polska 1939

`Bądźcie bez litości, bądźcie brutalni, nasza przewaga daje nam wszystkie prawa`. - ostatnie przemówienie Hitlera przed atakiem na Polskę `Stanęliśmy tedy nie po raz pierwszy w naszych dziejach w obliczu nawałnicy, zalewającej nasz kraj z zachodu i wschodu. (...) Na każdego z was spada dzisiaj obowiązek czuwania nad honorem Naszego Narodu w...

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku

2.99

14.99

2.99

1.98

8.99

Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność › przejdź do koszyka
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: