rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki
PiS-neyland
ocena: 5, głosów: 6
 

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
PiS-neyland

WSTĘP
Najpierw o tytule. PiS-neyland to nie w okolicach Orlando, rzecz jasna. To tu, pod bokiem, na wyciągnięcie ręki,
u nas. Też jest wesoło, prawda? No, smutno czasem też bywa, zgoda, ale wesoło jest jak diabli.
W PiS-neylandzie nie tylko o PiS idzie, choć jest to land przez PiS zarządzany. PiS-neyland to cała nasza
coraz bardziej zdegenerowana polityka. Prym w niej wiedzie PiS – partia narodowa, patriotyczna, partia prawych
i sprawiedliwych. Partia prywatna, trzeba też dodać, do jednego człowieka należąca. No, może, do dwóch. Nie
mówią oni: po nas choćby PO. Mówią raczej: po nas choćby POTOP. Premier, wtedy jeszcze prezes, wymachując
paluszkiem, powiedział przecież do swych oponentów z Platformy, że władzy to oni nie zdobędą nigdy. Może
i nie. PiS-neyland więc to land PiS-u, ale nie należy nie doceniać innych ważnych postaci z tego parku rozrywki.
Nie poświęcałem im w ostatnich dwudziestu miesiącach tyle czasu i miejsca co rządzącym, ale cóż, uprawiam ten
typ dziennikarstwa, które woli zajmować się władzą niż władzy służyć. O innych postaciach jednak nie
zapomniałem. Oj, nie.
A miało być tak fajnie
Liczyłem na PO-PiS. Nie żebym umierał na myśl, że PO-PiS-u nie będzie, co to, to nie. Ale myślałem, że dwie
opozycyjne dotąd partie będą wiedziały, co zrobić ze zdobytą władzą. Nie idealizowałem ich ani ich liderów.
Byłem po prostu przekonany, że zdają sobie sprawę, iż jest to ich czas, ich randka z historią. I że w związku z tym
uczynią Polskę lepszą. Może nie uczynią jej krajem bez korupcji, ale z mniejszą korupcją, może nie z rządami
fachowców, ale też nie z rządami ignorantów, może z kadrowymi pomyłkami, ale nie z totalnym TKM-em, może
nie z mediami absolutnie publicznymi, ale nie z całkowicie partyjnymi, może nie z szacunkiem dla obywateli, ale
nie z pogardą dla nich, może nie powstrzymają odpływu z Polski najlepszej krwi, ale tego odpływu nie
przyspieszą. Może nie stworzą kraju z całkowicie wyrównanymi szansami edukacyjnymi, ale za to bez szans
całkowicie nierównych, może będzie bez polityki na poziomie światowym, ale i bez polityki boleśnie
prowincjonalnej, może bez rzucania się na wszelkie niezbędne reformy, ale bez całkowitego reform zaniedbania,
może bez miłości do politycznych oponentów, ale bez ich poniewierania, może nie staniemy się krajem, w którym
język politycznej dyskusji przypomina oksfordzką debatę, ale i nie takim, w którym owa debata przypomina
mordobicie. Krótko mówiąc, nie o idealnej Polsce myślałem, ale o Polsce lepszej, fajniejszej, bardziej
uśmiechniętej i bardziej zadowolonej z siebie. I jest dziś w Polsce, ślepiec by tego nie zauważył, wielu ludzi,
którzy także, a może nawet właśnie dzięki PiS-owi, czują się w naszym kraju lepiej. To fakt. Tylko co z całą
resztą?
Gdy wskakuje się na bardzo wysokiego konia, można daleko pogalopować albo boleśnie się potłuc. Nowa
władza zaczęła od wysokiego C. Rządzącym braciom nie szło o jakąś drobną korektę. O rewolucję im szło.
Instytucjonalną i mentalną, czy – jak mówili – moralną. Z rewolucją instytucjonalną, z budową owej mitycznej IV
RP od początku było krucho. Bo przecież nowy budynek potrzebuje nowego fundamentu, a fundamentem pod
nową republikę musi być nowa konstytucja. Nowej konstytucji, z racji braku odpowiedniej liczby głosów, być nie
mogło. Ale nowy, pardon, układ władzy udało się jednak stworzyć. Chyba pierwszy raz w nowożytnej historii
władzę w całkiem sporym państwie objęli bracia bliźniacy. Jeden z nich został prezydentem, drugi premierem.
A ponieważ jeden z nich, ten o 45 minut starszy, całkowicie dominuje nad drugim, mamy sytuację, w której jeden
człowiek jest de facto i premierem, i prezydentem. I to, po latach równowagi w ramach władzy wykonawczej,
stanowi już pewien fenomen oraz fundament nowego porządku. Tak wielkiej władzy w nowej, demokratycznej
Polsce żaden człowiek jeszcze nie miał. Mamy więc coś na kształt absolutyzmu demokratycznego. Oczywiście
w ramach demokracji, na mocy decyzji wyborców, może on być jeszcze bardziej demokratyczny i jeszcze
bardziej absolutny. A gdyby tak udało się dodatkowo przeforsować nową konstytucję… Cóż, dziś wydaje się to
mało prawdopodobne, ale czy na naszych oczach nie doszło w ostatnim czasie do wielu rzeczy
nieprawdopodobnych?
Z założenia o wiele gorzej niż z całkiem udaną próbą zawłaszczenia instytucji państwa i instytucji
publicznych, w tym telewizji publicznej, było z rewolucją zwaną moralną. Bo gdy na sztandarach wiesza się
zasady moralne, trzeba się samemu do najwyższych standardów moralnych stosować. A tu niemal na dzień dobry
zawiązano sojusz z populistami i z nacjonalistami. Wiadomo, Realpolitik, trzeba mieć większość, a w imię
większości niekiedy trzeba zamknąć oczy i zatkać nos. Zrozumiałe, tylko ciężko w takim towarzystwie robić
rewolucję moralną. Zresztą szybko okazało się, że nawet nie Samoobrona i nie LPR stanowiły największą
przeszkodę na drodze do owej moralnej rewolucji. Stanowiła ją sama partia najbardziej rządząca. Partia, która
szybko przekształciła się w wierny wodzowi oddział żołnierzy. Prawą marsz, prawą. Kto gubił rytm, kto zerkał na
boki, kto mówił, że ma wątpliwości albo sprawiał wrażenie, że je ma, wypadał z gry. I wypadali – Kazimierz
Marcinkiewicz, Marek Jurek, Radosław Sikorski. Paweł Zalewski, co to wyraził wątpliwości odnośnie minister
Fotygi, też prawie wyleciał. Ale upiekło mu się. Znajomość z nim prezydent uznał za zakończoną, ale Zalewski
przeżył. Politycznie. Też coś. W każdym razie była w tym wszystkim pewna logika. Skoro jest rewolucja, to nie
ma miejsca na wątpliwości. Mają je słabeusze i niedojdy, tacy, co spowalniają marsz, a może i go sabotują.
Jedno – pewnie w sumie nie jedno, ale to jedno, z całą pewnością – Jarosławowi Kaczyńskiemu się udało.
I jest to, bez cienia ironii, wielki polityczny sukces. Nie o nadzwyczajne, jak na partię rządzącą, wyniki sondaży
idzie, bo one są raczej skutkiem owego sukcesu. Otóż znalazł lider PiS-u klucz do dusz milionów Polaków.
I znalazł język, który pozwolił mu do nich dotrzeć. I znalazł lekarstwo na często całkiem realny ból. I znalazł
wroga. Bo w ramach rewolucji lud trzeba mobilizować, co Jarosław Kaczyński, czytający podobno wiele
o rewolucji bolszewickiej, wie doskonale. Ponieważ wielu ludziom w Polsce jest źle, należało znaleźć winnego.
Nie było tu miejsca na subtelne rozważania o stopniu winy – sąd był kapturowy, wyrok ogłaszany natychmiast,
koniecznie w świetle kamer. Wrogiem mógł być Balcerowicz, mogły nim być – w zależności od potrzeb – PO,
SLD albo Samoobrona i LPR. Mogły być nim media, lekarze, adwokaci, wszyscy, których lud podejrzewa, że
mają więcej i jest im lepiej. Wrogiem, najlepszym wrogiem, byli też oligarchowie. Źli, bogaci, koniecznie
z cygarami i szklaneczką whiskey w dłoni, żeby pasowali do stereotypu kapitalisty z bolszewickich karykatur.
Wszyscy oni mieli tworzyć UKŁAD. Układ mógł być wszędzie, i zapewne był wszędzie. Układ przeszkadzał,
robił wbrew, wkładał kij w szprychy. Jeśli coś nie szło, wiadomo – układ, tak jak kiedyś, ponad pół wieku temu,
sabotażyści.
Ponieważ układ był pojemny, mógł się w nim znaleźć każdy; ponieważ trudno było go rozbić, okazywał się
głęboko zakonspirowany; ponieważ nie było jego śladu, stawał się wszechmocny. Układ nadawał się do
propagandy jak niejaki Goldsmith, z powodu którego u Orwella odbywały się seanse nienawiści. Układ nie mógł
być rozbity, bo musiał trwać w imię interesów władzy, bo władza musiała demonstrować ludowi, że jest
nieugięta, że rzuca wrogowi wyzwanie, że wobec wroga jest nieubłagana.
Władza nie walczyła przecież z wrogami dla swojego widzimisię. Walczyła z układem dla ludu, z ludem,
w imię ludu. Jasne, czasem coś może przejaskrawiła, ale czego się nie robi dla dobra zwykłych ludzi, gdy ma się
do czynienia z politykierami, którzy działają w imieniu salonów. Wszystko to było grubymi nićmi szyte. Ale też
nie o subtelności szło – trwała rewolucja. Autostrad zbudować się nie udało, mieszkań zbudować się nie udało,
zreformować służby zdrowia się nie udało, zreformować KRUS-u się nie udało, zreformować finansów państwa
się nie udało, zmniejszyć podatków się nie udało. Ale któż będzie się przejmował drobiazgami, skoro trzeba
dopaść wroga, bez pokonania którego nic nie może się udać.
W świecie polityki funkcjonują dwie sfery. Jedna to polityka partyjna: kto kogo, jak uderzyć we wroga, jak go
zmarginalizować, jak obniżyć jego wyborcze szanse. I druga sfera polityki, w której motywem jest realizacja
konkretnych celów, tych, które są najważniejsze z punktu widzenia obywateli. W normalnie funkcjonujących
demokracjach te dwie sfery jakoś ze sobą współistnieją – władza musi walczyć na dwóch frontach – z wrogiem
i o osiągnięcie pewnych celów. U nas jednak nastąpił totalny rozjazd tych dwóch sfer. I doszedł do tego paradoks.
Szefem rządu i szefem partii rządzącej był człowiek, który w pierwszej sferze radził sobie wspaniale, rozgrywał
wszystkich jak chciał, narzucał tematy, dominował, zapędzał oponentów w kozi róg. Ale jednocześnie w sferze
drugiej był groteskowo bezradny. A może do tej polityki, która wiąże się z realnymi celami, nie miał po prostu
głowy? Bo przecież już kilkanaście lat temu mówił otwarcie, że jego największym marzeniem jest stworzenie
wielkiej centroprawicowej partii. I wiele wskazuje na to, że cel osiągnął, a być może osiągnie go jeszcze na
nieporównanie większą skalę. Tyle że skutkiem perfekcji w jednej sferze i bezradności w drugiej jest
utrzymywanie władzy, ale nie rządzenie, budowanie silnej partii kosztem państwa, które staje się wprawdzie
coraz silniejsze, ale nie dla obywateli, lecz kosztem obywateli. Kategoria “obywatele” przestaje być zresztą
istotna, bo przecież Jarosław Kaczyński wyraźnie powiedział, że społeczeństwo obywatelskie wymyślono po to,
by osłabić państwo. Cóż, wolni, powiązani ze sobą w sieci tysięcy organizacji obywatele osłabiają może państwo,
ale tylko takie państwo, w którym w praktyce mamy do czynienia z kierowniczą rolą partii pod światłym
przywództwem polityka, którego opinii kwestionować nie można.
Jak na ironię wszystko to zaczęło się dziać w momencie, gdy Polska – w sensie nie tylko instytucjonalnym, ale
także cywilizacyjnym – znalazła się w Europie, gdy Polacy tak często i tak gęsto jak nigdy wcześniej w naszej
historii ruszyli w świat: oglądać, zwiedzać, uczyć się i zarabiać pieniądze. Swego czasu premier Marcinkiewicz
zapewniał w wywiadzie dla “Le Monde”, że jeśli tylko Europa otworzy okna, poczuje powiew świeżego
powietrza z Polski. Dziś, obserwując sytuację w Polsce z Wielkiej Brytanii, były premier pewnie dziesięć razy by
się zastanowił, zanim powiedziałby coś takiego, a najpewniej czegoś takiego w ogóle by nie powiedział. Sam
w końcu przyznaje, że nie rozumie tego, co dzieje się w polskiej polityce. Nie dlatego, podejrzewam, że to takie
skomplikowane, ale dlatego, że to tak fantastycznie nieprzystające do tego, jak wygląda polityka i jak robi się
politykę w krajach zachodnich, choćby w tym, w którym akurat przyszło mu mieszkać.
Nie warto oczywiście idealizować Unii Europejskiej i relacji, jakie istnieją między większością jej członków.
Ale też zupełnie niezwykła, jak na standardy Unii Europejskiej, jest sytuacja, w której politykę zagraniczną aż
w takim stopniu zaprzęga się do rydwanu własnej działalności partyjnej. W sytuacji, gdy w Berlinie rządzi
wyjątkowo rozumiejąca nas i wyjątkowo życzliwa nam pani kanclerz, w naszej polityce krajowej stale gra się na
nucie antyniemieckiej. Wyciąganie przed szczytem Unii Europejskiej liczby obywateli, jaką miałaby Polska,
gdyby nie wojna, jest kuriozalne. Napuszczanie opinii publicznej przeciw głównej partii opozycyjnej
i sugerowanie, że tak naprawdę służy ona interesom niemieckim, jest niegodziwe. Nic dobrego dla Polski z tego
nie wynika. Bo przecież nie jest prezentem dla nas coraz bardziej wyczuwalna izolacja naszych władz, coraz
bardziej kategoryczne oceny ich poczynań, pojawiające się coraz częściej szyderstwa, już nie tylko z rządu, nie
tylko z prezydenta i nie tylko z premiera, ale także z nas samych. Przy czym ci, którzy okładają kłonicą kogo się
da, sami mają wyjątkowo cienką skórę. Więc, kiedy ktoś ich porówna do kartofli, to obraza na cały kraj,
oburzenie wielkie, instytucje państwowe reagują, bo nam braci obrażono, a do tego ich mamę.
Polska, która miała ogromną szansę, by stać się europejskim liderem, wychodzącym z własnymi
propozycjami, będącym wśród najważniejszych ogniw europejskiej wspólnoty, znalazła się na europejskim
marginesie, w kącie, przestępując z nogi na nogę z zażenowania, jak prezydent w czasie szczytów
i międzynarodowych spotkań. Tylko jak tu znaleźć wspólny język, gdy języków się nie zna, świata się nie zna i za
bardzo nie chce się go poznać. Wielkie kompleksy zamieniają się w wielką arogancję, że my twardo,
nieustępliwie, nie popuścimy ani guzika. Manifestacje niby-dumy wywołują ironiczne uśmiechy albo kpiny. Tak
to wielki naród z ponadtysiącletnią historią, żyjący w środku Europy, stał się zakładnikiem kompleksów, urazów
i fobii dwóch ludzi.
Nie idealizuję polityki ani społeczeństwa, śmieszył mnie zaśpiew “bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”; czas
Frontu Jedności Narodu, dzięki Bogu, mamy za sobą. Wierzę w demokrację – jakiż to banał – która pozwala
artykułować wszelkie poglądy, która wspiera wolny rynek idei i pomysłów. Spieramy się – i świetnie, żaden
problem. Czy w najmniejszym stopniu osłabia to wspólnotę, którą stanowimy i którą musimy stanowić, jeśli
mamy pójść do przodu, by wykorzystać fantastyczną polityczno-gospodarczą (mowa o Polsce w UE)
koniunkturę? Nie. Ale właśnie tej wspólnocie, mimo języka afirmującego tę wspólnotę, bracia Kaczyńscy zadali
wielki cios. I chyba o to mam do nich największe pretensje.
Polaryzowanie elektoratu, definiowanie przeciwnika, malowanie często grubą kreską linii podziałów jest
w polityce rzeczą normalną. Ale Kaczyńscy poszli nieskończenie dalej. W praktyce podzielili Polaków na
lepszych i gorszych, bardziej i mniej patriotycznych, rozumiejących sens polskiej tradycji i w ogóle jej
nierozumiejących. Posługując się często językiem ojca dyrektora, dzielili zamiast łączyć, podkreślali często
fikcyjne różnice, zamiast szukać tego, co wspólne. Robili to z absolutnym cynizmem, wyłącznie w jednym celu –
by “utwardzić” swój elektorat. Żadna demokratyczna władza w żadnym demokratycznym państwie nie obrażała
całych grup społecznych z taką częstotliwością i z taką lubością, jak czynił to PiS. Czasem miało to wymiar
kabaretowy – gdy wicepremier, a potem marszałek Sejmu perorował, że inteligencja humanistyczna z założenia
jest lewoskrętna, więc PiS-u nie lubi, ale na inteligencję techniczną to władza może liczyć.
W istocie kreowano nie podział na Polskę liberalną i solidarną, ale na Polskę lepszą i gorszą. Lepsza była ta,
która PiS rozumiała i popierała, gorsza ta, która PiS-u nie lubiła i miała czelność popierać innych. Lepsza była ta,
która lubi Kaczyńskich, gorsza ta, która ich nie lubi albo, co zupełnie niewybaczalne, z nich kpi. Lepsza była ta,
która słucha Radia Maryja, gorsza ta, która ogląda “Szkło kontaktowe” (co według wicepremiera Dorna robią
“wykształciuchy”). W ten sposób dzielono już nie tylko scenę polityczną, ale także polskie rodziny, bo większość
z nas ma wśród krewnych zarówno słuchaczy toruńskiej rozgłośni, jak i fanów “Szkła”. W społecznej
rzeczywistości w praktyce szczuto więc jednych na drugich. I problem nie polega na tym, że to takie nieładne.
Polega na tym, że jednym z największych problemów współczesnej Polski jest niezwykle niski tzw. kapitał
społecznego zaufania. Mówiąc po ludzku, my w Polsce sobie nie ufamy, patrzymy na siebie podejrzliwym
wzrokiem, często przypisujemy sobie jak najgorsze intencje. I jest to problem absolutnie realny, mający też
absolutnie realne skutki.
Czy można sobie wyobrazić drużynę piłkarską, w której zawodnicy się nie lubią i grają przeciwko sobie? Nikt
nie każe im się wzajemnie kochać, ale bez poczucia, że gramy do jednej bramki, że cel jest wspólny, że Iksowi,
Igrekowi i Zetowi tak jak mnie zależy na zwycięstwie i że razem ze mną, nie wbrew albo mimo mnie, chcą je
osiągnąć, porażka jest murowana. Podobnie jest w życiu społecznym. Jeśli mamy być nie tylko wspaniałym
narodem, który jak żaden inny sprawdza się w momentach najtrudniejszych prób, ale także społeczeństwem, które
potrafi ciągnąć nasz wózek w jedną stronę, nawet jeśli, czyniąc to, jeden na drugiego czasem pokrzykuje, to
musimy być prawdziwą drużyną.
Bracia Kaczyńscy uznali, że najważniejszą wspólnotą są oni dwaj i ich zwolennicy, konsekwentnie zabijali
więc w nas coś, co Amerykanie nazywają “team spirit”, dobrego, pozytywnego ducha drużyny. Na wielkich
kibiców nie wyglądają, ale czasem, ze względów PR-owskich, pokazują się na meczach. Powinni się trochę
przyjrzeć grze. Szybko by zobaczyli, kiedy naszym idzie, a kiedy gra się nie klei. Bo miliony prawdziwych
kibiców dostrzegają takie rzeczy z łatwością.
Nasze życie publiczne w ostatnich dwóch latach spsiało. Naszą publiczną debatę zbrutalizowano ponad
wszelkie dopuszczalne normy. O debacie mówiono głównie w formie “debata sejmowa”, bo żadnej prawdziwej
debaty nie było, wymiany poglądów nie było – była seria monologów z próbą oplucia przeciwnika i odsądzenia
go od czci i wiary. Z naszego języka zginęło słowo “konsensus”, wyparowało słowo “kompromis”. Po drugiej
stronie był nie oponent, ale wróg, nie partner, ale przeciwnik, którego należało zniszczyć. Owszem, nie bracia
Kaczyńscy i nie PiS weszli na tę drogę pierwsi. Ale to oni poszli szlakiem wytyczonym przez przewodniczącego
Leppera. Zapożyczyli jego styl i twórczo go rozwinęli. Żadnych pośrednich barw, żadnych odcieni, tylko dwa
kolory, biel i zarezerwowana dla wrogów czerń. Żadnych cienkich kresek. Wszystko malowane grubym pędzlem.
“My jesteśmy tu, gdzie byliśmy wtedy, oni są tam, gdzie stało ZOMO”. Jeśli oni wygrają, to będzie powtórka
z 13 grudnia, bo oni uosabiają zło, wspierają korupcję, są adwokatami patologii, słuchają tylko salonu, lekceważą
zwykłych ludzi, są egoistyczni. Nie było w tym szacunku ani dla oponentów, ani dla zwolenników innych
ugrupowań, ani dla rozumu. Fakt, opozycja często stosowała podobny język, fakt, dała go sobie narzucić, fakt,
i ona ponosi odpowiedzialność za brutalizację języka. Ale wielkimi promotorami używania słowa jako kija
baseballowego byli rządzący bracia. Żadnych zahamowań. Jeśli wrogiem mają być lekarze, to trzeba ich straszyć
wysłaniem “w kamasze” albo zatrzymać jednego z nich w kajdankach i zasugerować, że to zabójca i ucieleśnienie
zła. Jeśli ktoś owego lekarza broni, trzeba go nazwać “adwokatem korupcji”. Jeśli chce się przywalić wrogowi,
można go oskarżyć o finansowe nadużycia, a jeśli nie ma dowodów nadużyć, należy zaprezentować niszczarkę
i zasugerować, że dowody winy zniszczono. Jeśli Trybunał Konstytucyjny ma czelność wydawać orzeczenia
sprzeczne z życzeniami władzy, należy powiedzieć, że jest on częścią “układu”, i zasugerować, że na każdego
sędziego trybunału można coś znaleźć. Jeśli sędzia wydaje wyroki niezgodne z oczekiwaniami władzy, można
zasugerować, że czyni to, bo jest genetycznym wrogiem o określonej przeszłości. I powtarzać to do znudzenia, na
pewno coś przylgnie. Bo przecież o prawdę idzie. I o moralność.
27.09.2007

PiS-neyland

książka

Wydawnictwo: Świat Książki

Oprawa: miękka

Ilość stron: 272

Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy

Nasza cena: 31,32

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń Dodaj do koszyka

Przy zakupie 5 egz.
Cena hurtowa:

25,06

Powrót Darmowa wysyłka dla zamówień od 99zł. SPRAWDŹ!
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (2)

PiS-neyland - opis produktu:

PiS-neyland to tytuł najnowszej książki Tomasza Lisa, której na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi. To zbiór felietonów, publikowanych w latach 2005-2007 w Gazecie Wyborczej, Polskapresse i Dzienniku Łódzkim. PIS-neyland, to nie w okolicach Orlando, rzecz jasna. To tu, pod bokiem, na wyciągnięcie ręki, u nas. Też jest wesoło, prawda? No smutno czasem też bywa, zgoda, ale wesoło jest jak diabli - pisze we wstepie autor. PIS-neyland więc, to land PIS-u, ale nie należy nie doceniać innych ważnych postaci z tego parku rozrywki. Nie poświęcałem im w ostatnich 20-tu miesiącach tyle czasu i miejsca co rządzącym, ale cóż, uprawiam ten typ dziennikarstwa, które woli zajmować się władzą, niż władzy służyć. O innych postaciach jednak nie zapomniałem. Oj, nie
żródło: Biblioteka Analiz, 2007-10-09.

PiS-neyland - wybrana recenzja:

klakier 9/12/2014
recenzja dotyczy produktu: Książki

cekamy na książkę o 7 latach rządów PO, równie obiektywną panie Lis

Sprawdź wszystkie recenzje

PiS-neyland - szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: eseje, felietony i publicystyka literacka, nauki społeczne, polityka

Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa:miękka
Wymiary:125x200
Ilość stron:272
ISBN:978-83-247-1021-8
Wprowadzono: 19.05.2008
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

PiS-neyland - recenzje klientów

9/12/2014
recenzja dotyczy produktu: Książka

cekamy na książkę o 7 latach rządów PO, równie obiektywną panie Lis

fenek6665(at)gamil.com 11/01/2009
recenzja dotyczy produktu: Książka

Ta książka to w zasadzie kompletna bibliografia okresu zwanego "IV rzeczpospolitą". Nie jest to książka wybitna, a jej treść to w sumie przegląd wad i skandali rządów PiS, Samoobrony i LPR. I tyle. Felietony Lisa wprawiają w przygnębiający nastrój. Ta książka jest główne dla anty-fanów PiS.

10.00

Tomasz Lis - przeczytaj też

Historia prywatna

T. Lis

książka (miękka)

26,02 zł taniej -42%

Umrzeć za Gdańsk 12 rozmów o Pawle ...

T. Lis

książka (twarda)

28,95 zł taniej -34%

Zobacz również

Nie tylko klaun i tygrys Szkice o ...

M. Leyko

Z. Snel...

książka (twarda)

33,60 zł taniej -25%

Islamska Republika Iranu na arenie ...

R. Czulda

książka (twarda)

44,81 zł taniej -25%

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku

2.99

14.99

14.99

2.99

1.98

8.99

Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność › przejdź do koszyka
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: