rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki

Wybierz z dostępnych produktów

Kochanie czy klikanie Terapia dla ...

M. Lew-Starowic...

książka (miękka)

23,49 zł taniej -41%

Kochanie, wojny nie będzie

M. Babik

M. Babi...

książka (miękka)

16,70 zł taniej -44%

Kochanie, chyba cię zabiłem

Reżyseria:

K. Nieścierow

film dvd + książeczka

10,52 zł

Kochanie, zabiłam nasze koty

D. Masłowska

książka (twarda)

24,01 zł taniej -17%

Kochanie czy klikanie - mobi, epub ...

M. Lew-Starowic...

ebook, multiformat: mobi, epub

29,19 zł taniej -15%

Uważaj, kochanie

Reżyseria:

C. Peckover

film dvd

21,22 zł

Zrób to kochanie

K. Miller

książka (miękka)

20,61 zł taniej -44%

Śpij kochanie

A. Dobies

książka (miękka)

25,65 zł taniej -14%

Zwolnij kochanie...

A. Rybkowska

książka (miękka)

25,47 zł taniej -20%

Dobranoc, kochanie

I. Frimansson

książka (miękka)

26,23 zł

Przyjaźń czy kochanie - mobi, epub

A. Laurence

ebook, multiformat: mobi, epub

7,53 zł taniej -15%

Zrób to kochanie - mobi, epub

K. Miller

ebook, multiformat: mobi, epub

25,02 zł taniej -15%

KOCHANIE
ocena: 6, głosów: 4
 

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
KOCHANIE

Na początku 1979 roku - chyba w kwietniu, bo zbliżały się deszcze - prezydent Tolbert wprowadził dziesięcioprocentowy podatek od sprzedaży ryżu, podwyższając już i tak rozdętą cenę. Zbiory tej zimy były gorsze niż zwykle, dostawy ryżu spadły do niebezpiecznego poziomu. Ryż stanowił podstawę wyżywienia całego kraju, a bez niego ludziom, zwłaszcza biednym, groził głód. Magazyny i sklepy opustoszały, handlarze
sprzedający po cenach czamorynkowych ryż z Gwinei i Wybrzeża Kości Słoniowej bogacili się, ale na takie ceny mogli sobie pozwolić tylko ludzie zamożni.
- Dlaczego potrzebujesz tyle pieniędzy na mały funtowy woreczek ryżu, Jeannine?
- Bo jest teraz bardzo drogi. Nie ma już ryżu w Dot-Dot ani na Kongo Square. Teraz można go kupić tylko od Araba, a on sprzedaje po bardzo wysokich cenach.
W zatoce czekał na rozładowanie transportowiec pod banderą Kostaryki z ładunkiem ryżu z Luizjany, przeznaczonym pierwotnie dla Haiti i oznaczonym POMOC USA - NIE NA SPRZEDAŻ. Jak na razie, na rozkaz prezydenta, celnicy nie udzielili zgody na rozładunek, a kapitan i załoga nie zeszli nawet na ląd. Od kilku dni pracownicy portowi, dokerzy, sklepikarze, tłumy pełnych nadziei handlarzy z jutowymi workami, kobiet i dziewczyn z
okolicznych wsi z wiaderkami i plastikowymi kubełkami koczowali w porcie w oczekiwaniu na rozładunek. Czekając w deszczu dzień po dniu, ludzie świętowali. W porcie trwał nieprzerwany, spontaniczny karnawał, ludzie tańczyli i śpiewali, pili wino palmowe, piekli podwędzone orzeszki ziemne na węglu drzewnym, zabijając czas, nie tracąc optymizmu.
Codziennie, w drodze do laboratorium, widziałam przez okna mercedesa, że tłum się powiększa. Ludzie zdawali się mówić do siebie: „Teraz jesteśmy głodni, ale to już długo nie potrwa”. Wszyscy w to wierzyli.
Pewnego ranka z radia popłynął głos samego prezydenta Tolberta, który ogłosił wprowadzenie nowego podatku od ryżu, „wkładu narodu”, jak go określono. Prezydent oznajmił, że w ten sposób Liberia może uwolnić się od zadłużenia zagranicznego.
Ponieważ ryż stanowił główne pożywienie wszystkich Liberyjczyków, każdy mężczyzna, kobieta i dziecko mogli przyczynić się do niepodległości kraju. Jeszcze tego dnia wprowadzi się ustawę, statek cumujący w porcie zostanie rozładowany i ludzie dostaną ryż. Prezydent obiecał też, że z zachodu popłyną kolejne statki, z Nigerii, Brazylii i Ameryki. Wkrótce wszyscy będą mieli ryżu w bród: ryżu na jollof, fufu, ryżu z kokosami, fasolą, curry, z zieleniną, kulek ryżowych...
Dziesięcioprocentowy podatek de facto podwoił rynkową cenę ryżu. Nikt, ani bogaci ani biedni, nie miał złudzeń; gdzie trafią te pieniądze. Po wyciągnięciu, ile się dało, od zagranicznych rządów i korporacji, sprzedawszy za grosz większość krajowych zasobów naturalnych, prezydent i jego ludzie zaczęli pożerać swoich, poczynając od najliczniejszych i najbardziej bezbronnych, czyli od biedoty. Na tych kościach brakowało jednak mięsa. Biedacy nie mieli już nic do dania bogatym, nawet dziesięciu procent od
ryżu. Ponieważ nie mieli nic do stracenia, kiedy tylko prezydent przestał przemawiać przez radio, a zatem, jak się zdawało, już ich nie obserwował, ludzie wzniecili zamieszki.
Zamieszki zaczęły się wkrótce po tym, jak pewneg ranka przejechałam obok portu w drodze do laboratorium mieszczącego się w południowej części miasta, w pobliżu szpitala JFK. Zbliżając się do portu, ujrzeliśmy czarne kłęby dymu wzbijające się w szare niebo.
Obok magazynu portowego płonęły opony, wokół ognia tłoczyli się wrzeszczący na siebie ludzie, jakby byli źli na siebie, nie na prezydenta. Mężczyźni i kobiety o twarzach pociemniałych z gniewu wygrażali pięściami.
- Co im się stało? - spytałam Satterthwaite'a, bardziej zaciekawiona niż przestraszona.
- To przez podatek - odparł Satterthwaite, nieco obracając głowę.
- Jaki podatek? - spytałam.
- Dziesięć procent od ryżu. Prezydent Tolbert ogłosił go dziś rano w radiu.
Nagle naszemu mercedesowi zajechała drogę poobijana furgonetka z grupą ludzi wymachujących maczetami. Satterthwaite zahamował i wjechał przez krawężnik na portowy parking. Tuż za nami pojawiła się mała czerwona taksówka, a furgonetka wjechała za nami na parking, skręciła i zatrzymała się, blokując mercedesa. Z furgonetki wyskoczyli kierowca z jeszcze jednym człowiekiem i ruszyli w naszą stronę.
- Nie wysiadaj, nie otwieraj okna, nic nie mów – polecił mi Satterthwaite i usłyszałam, jak wszystkie nasze drzwiczki zamykają się automatycznie.
Grupa mężczyzn wyrosła jak spod ziemi i otoczyła samochód. Nieznajomi zaczęli kołysać mercedesem, łomotać pięściami o maskę i bagażnik. Większość napastników stanowili nieogoleni mężczyźni bez koszul, o długich, strąkowatych włosach. Wymachując maczetami, usiłowali zajrzeć do samochodu przez przyciemniane szyby, doskonale widziałam ich olbrzymie, czarne, zmoczone deszczem twarze, które rozsadzał gniew.
Dwaj mężczyźni w luźnych spodniach, najwyraźniej przywódcy, zastukali w szybę Satterthwaite'a. Na ich twarzach malował się wyraz ludzi pragnących negocjować Satterthwaite opuścił nieco szybę i szybko powiedział coś do nich w pidgin.
W odpowiedzi dwaj mężczyźni zaczęli krzyczeć na Satterthwaite'a, równie wściekli, jak pozostali, najwyraźniej zdezorientowani lub z niedowierzaniem, on jednak mówił dalej cicho i spokojnie, aż w końcu tamci zamilkli, wysłuchali go i kazali grupie się cofnąć. Satterthwaite odwrócił się i wyjaśnił.
- Oni myśleli, że przyjechaliśmy powiedzieć tym ludziom ze statku, żeby dali ryż rządowi. Wzięli nas za poborców podatkowych, ale kiedy dowiedzieli się, że to pani Sundiata i jej szofer, pozwolili nam jechać.
- Dziękuję - odparłam.
W samochodzie nagle znowu zapadła cisza, a furgonetka oddaliła się, odblokowując nam drogę. Satterthwaite ruszył i z wdzięcznością pomachał do tamtych, którzy grzecznie, niemal przepraszająco odwzajemnili pozdrowienie.
W tym momencie, zupełnie jakby czekały, aż odjedziemy, dwie ciężarówki wojskowe z żołnierzami w hełmach podjechały ze zgrzytem silników i zagrodziły drogę wszystkim trzem pojazdom: furgonetce, taksówce i mercedesowi. Obok naszego samochodu zatrzymały się dwa gaziki, z ciężarówek i gazików wyskoczyło kilkudziesięciu żołnierzy, którzy wywlekli kierowców z taksówki i furgonetki: tłukąc ich po głowach kolbami, żałośnie wyglądające maczety poleciały na chodnik, a żołnierze kopniakami odsuwali
tamtych od mercedesa jak kłody drewna. Krew tryskała z nosów, uszu, zmiażdżonych ust, dobiegały mnie przytłumione jęki, przerywane trzaskiem łamanych i gruchotanych kości. Szaleni ludzie z maczetami, którzy jeszcze przed chwilą napełnili mnie takim przerażeniem, ze straszliwą skutecznością zostali zamienieni w bezwładne worki i wrzuceni na ciężarówki.
- Zabierz nas stąd, na miłość boską! - zawołałam do Satterthwaite'a.
Jeden z żołnierzy dał nam znak ręką, żebyśmy jechali. Satterthwaite dodał gazu, po chwili znaleźliśmy się z po wrotem na bulwarze Gamba i ruszyliśmy na południe, z dala od miasta. Wyglądałam przez okno na skąpane w deszczu prawie puste ulice i zaułki.
Nagle, w połowie drogi do laboratorium, kazałam Satterthwaite'owi zawrócić i zawieźć mnie do domu.
- Jedź opłotkami, trzymaj się z dala od miasta - poleciłam.
W ten sposób wróciłam do swej szklanej kuli. Kiedy wjechaliśmy na podwórze, Woodrow czekał w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Psy warowały u jego boku jak wartownicy. Kiedy tylko dowiedział się, co wydarzyło się w porcie, a teraz rozlewało się na całe miasto, wrócił z ministerstwa do domu.
Zza wysokiego muru okalającego nasz dom przy Dupont Road obserwowaliśmy i słuchaliśmy zamieszek ryżowych, jak zaczęto je nazywać. Zamieszki rozniosły się od nabrzeża na wzgórza, kiedy zwykli ludzie uciekli przed żołnierzami i szybko zamienili się w gniewną tłuszczę, zachęcaną i podburzaną przez bandy chłopców i młodych mężczyzn oszołomionych winem palmowym, marihuaną i Bóg wie czym jeszcze. Ludzie ruszyli
długą granią do centrum miasta, tłukli okna, palili śmieci, plądrowali sklepy, wdziewali skradzione ubrania i jak trofea ciągnęli telewizory, radioodbiorniki, magnetofony, wentylatory i miksery. Tłum przewracał samochody, gromadził się na placach i skrzyżowaniach, rosnąc w siłę i wzniecając coraz większy hałas. Ludzie uderzali w skradzione wiadra i rondle, dęli w gwizdki, skandowali, tańczyli. Bezgłowa bestia miotała
się w bólu i pomieszaniu.
Woodrow, chłopcy, ja, Satterthwaite, Jeannine i Kuyo patrzyliśmy przez okratowane okna na dym wznoszący się w niebo przez deszcz, najpierw z jednej dzielnicy, potem z innej, dalszej, aż z ulgą stwierdziliśmy, że zamieszki przenoszą się na południe i zachód, z dala od naszej ulicy, w stronę budynków rządowych i ambasad, ku ślepemu, porośniętemu palmami bulwarowi Gamba, gdzie wznosił się biały pałac Executive
Mansion, jak gdyby bestia instynktownie, po omacku pełzła do źródła bólu.
Nie było jednak jasne, co wielotysięczny tłum zamierza zrobić po dotarciu do pałacu.
Czy ludzie zamierzali stać z pięściami uniesionymi w gniewie i frustracji? Spróbować opowiedzieć o swoim smutku, bólu, głodzie i lęku przed patrzeniem, jak ich dzieci umierają? Opowiedzieć cudzoziemcom o swym losie, opowiedzieć światu, o ile to możliwe, ale przede wszystkim opowiedzieć prezydentowi, temu zwalistemu, zmarszczonemu mężczyźnie w niebieskim garniturze w prążki z Savile Row z nienagannym włoskim krawatem, który z okna gabinetu patrzył ponad zielonymi trawnikami i ogrodami na trzymetrowe ogrodzenie z żelaznych sztab, chroniące tereny
pałacowe od ulicy, gdzie jego podwładni krzyczeli, chwytali kurczowo za pręty, walili w nie kijami, maczetami i pięściami. Opowiedzieć prezydentowi, który przyjrzawszy się z namysłem rosnącemu tłumowi, jego furii i samobójczej desperacji - samobójczej, ponieważ przybyli pod Executive Mansion, najlepiej strzeżony budynek w kraju, gdzie sami uwięzili się pod żelaznym ogrodzeniem - spokojnie przeszedł od okna do biurka,
sięgnął po telefon i zadzwonił do ministra bezpieczeństwa.
Wkrótce potem pojawiły się trzy czołgi, dzwoniąc i sapiąc jak mechaniczne byki. Z chrzęstem przejechały bulwarem obok ambasad europejskich, amerykańskiej i Izraelskiej, z bramami zamkniętymi od środka, z mostami uniesionymi nad fosy, a w ślad za czołgami maszerował batalion żołnierzy z prezydenckich sił bezpieczeństwa. Ci posępni ludzie nie byli zwykłymi poborowymi. W hełmach i pełnym rynsztunku bojowym, uzbrojeni w karabiny maszynowe AK-47 i M-16, nie przypominali policjantów
rozpędzających zamieszki, jak ci, z którymi walczyliśmy w Chicago w 1968 i 1969 roku.
To nie byli członkowie Gwardii Narodowej, źle wyszkoleni, nieoczekiwanie powołani rezerwiści borykający się z nieznaną bronią, jak przestraszeni chłopcy, którzy strzelali do studentów na uniwersytecie stanowym Kentu. Nie, ci ludzie zostali wyszkoleni, uzbrojeni i przywiezieni dzisiaj z koszar tylko w jednym celu: zastrzelić tak wielu ludzi, jak rozkażą oficerowie, nawet jeśli mieliby strzelać z bliska do ludzi z własnego plemienia, zabijać
przyjaciół i sąsiadów, może wręcz krewnych, nieuzbrojonych mężczyzn, kobiety i dzieci, bezbronnych wobec czołgów i karabinów.
Radio BBC powtórzyło za oficjalną Liberyjską Agencją Informacyjną, że zginęło siedmiu cywilów i trzech żołnierzy oraz że żołnierze strzelali wyłącznie w obronie własnej. My jednak dowiedzieliśmy się później - nie z gazet czy radia, ale przyciszonych rozmów z przyjaciółmi i służbą - że tego dnia zastrzelono setki, zdaniem niektórym aż sześciuset biednych, głodnych, całkowicie bezbronnych Liberyjczyków. Jeannine mówiła, że szpitale pękają w szwach i zaczęto odprawiać z kwitkiem każdego, kto nie mógł wejść o własnych siłach i po opatrzeniu wyjść. Setki ludzi zastrzelono z bliska, innych rozjechano czołgami: dzieci na rękach matek, same matki, nastolatków i nastolatki, którzy zaplątali się w zamieszki tylko dlatego, że znaleźli się tego dnia na ulicy, gdyż znudziło im się siedzenie w klasie, ludzi mających nadzieję, że zamieszki przerodzą się w zamach stanu, ale nie knuli go, tylko żywili nadzieję, że nastąpi; wreszcie oportunistycznych, pijanych złodziei, dla których spełniało się materialistyczne marzenie. Mówiono, że dziesiątki młodych ludzi wywieziono czołgami i rozstrzelano z zimną krwią, a porąbane ciała rozpuszczono w kadziach z kwasem solnym lub potajemnie spalono i zakopano w buszu. Mówiono, że nieopodal brzegu kotwiczył amerykański niszczyciel, a inny, pełen piechoty morskiej, płynął z Freetown. Usłyszeliśmy, że z lotniska Robertsfield wystartowały helikoptery
mające w razie potrzeby zabrać personel ambasady i obywateli amerykańskich, którzy uznają, że grozi im niebezpieczeństwo.
Ja oczywiście nie zaliczałam się do tej kategorii. Dopóki prezydent Tolbert, szef mojego męża, panował nad sytuacją, dopóty moim dzieciom i mnie nic nie groziło. A Tolbert nad sytuacją panował. Wieczorem nerwowy, lękliwy spokój spowił miasto, a w zasadzie cały kraj, nazajutrz zaś z radia zagrzmiał donośny głos prezydenta, który oznajmił, że dzięki dyscyplinie i odwadze liberyjskich sił zbrojnych udaremniono próbę zamachu stanu,
ukręcono kark rebelii i oddalono groźbę komunistycznej rewolucji. Dzielni, miłujący wolność mężczyźni i kobiety, którzy pozostali lojalni wobec prezydenckiej partii wigów, po raz kolejny ocalili Republikę Liberii. Pragnąc nagrodzić ludzi za wierność wobec niego i partii, prezydent znosił okrutny podatek od ryżu, wprowadzony przez Kongres, który znalazł się pod wpływem zdradzieckich, nielojalnych elementów opozycyjnych. Niech żyje
partia wigów.
- Hip, hip, hura! - zaintonował prezydent. On jest pijany, pomyślałam.
- Cóż, to załatwia sprawę - powiedział Woodrow. – Nie możemy pozwolić, by rządził nami motłoch.
Jak przystało na dobrą żonę, zgodziłam się. Satterthwaite mądrze pokiwał głową. Tak jest, szefie. Jeannine popędziła kupić ryż.
Partia wigów rządziła Liberią niemal od jej powstania w dziewiętnastym wieku, kiedy kraj, który oficjalnie przestał być przyrodnim dzieckiem Ameryki, ogłoszono republiką.
Nie znaliśmy nikogo, kto by przeciwstawiał się prezydentowi albo należał do partii innej niż jego własna. Pomimo zakulisowej roli mego męża w tych zajściach - ostatecznie należał do prezydenckiej administracji - oraz mimo że moi synowie, podobnie jak ich ojciec, byli obywatelami Republiki Liberii, mój związek z tymi wydarzeniami pozostawał marginalny. Przypominałam asteroidę przelatującą przez najdalsze orbity układu planetarnego Liberii, poruszającą się po długim torze eliptycznym, wyznaczonym przed
wiekami w innym układzie słonecznym. Wpływ mojej orbity na orbitę mojej rodziny ledwo dawał się zmierzyć. Nadal wierzyłam, że tak długo jak moje dzieci, mąż i ja żyliśmy bezpiecznie i względnie wygodnie, ten kraj i ja praktycznie nic dla siebie nie znaczyliśmy.
Aż pewnej deszczowej nocy w listopadzie 1979 roku, siedem miesięcy po zamieszkach ryżowych, obudziły mnie przyciszone męskie głosy. Niespokojne, zaaferowane pomruki powoli nasilały się, a potem cichły, jakby rozmówcy przypominali sobie, że lepiej, by ich nikt nie podsłuchiwał. W ciemności wyślizgnęłam się z łóżka, poszłam korytarzem do salonu, a stając w drzwiach, zobaczyłam, jak potężnie zbudowany, barczysty mężczyzna opuszcza nasz dom. Drzwi wejściowe zatrzasnęły się, a Woodrow usiadł przy biurku, westchnął i zapalił papierosa.
- Czy to był Charles?
- Nie - odparł Woodrow, nie patrząc na mnie, ale po chwili dodał:
- Właściwie tak.
Pozdrawia cię, ale musiał już iść.
- Dlaczego Charles odwiedził cię tak późno? Coś się stało?
- Nie. Interesy.
- Naprawdę? Interesy? Jest prawie trzecia, Woodrow.
- Interesy.
- Aha.
Mój mąż ponownie westchnął i na chwilę zamilkł, jakby kłamanie kosztowało go zbyt wiele wysiłku.
- Tak, w dodatku niebezpieczne interesy. Charles założył partię polityczną, opozycyjną wobec prezydenta. – Woodrow znów zamilkł. - To fatalny pomysł. Zwłaszcza teraz, niedługo po zamieszkach.
- Powiedziałeś mu to.
- Owszem, powiedziałem. - Woodrow wyjaśnił, że Charles przekonywał go do
wstąpienia do jego nowej partii, którą nazwał Postępową Partią Ludową, żeby pomógł mu zorganizować referendum w sprawie skrócenia ośmioletniej kadencji Tolberta o dwa lata. W razie pozytywnego wyniku referendum jesienią rozpisano by nowe wybory. Charles zamierzał ubiegać się o urząd prezydenta. - On chce, żebym wystąpił przeciwko kandydatowi wigów i startował do Senatu z okręgu Gibo, gdzie leży Fuama. To mój okręg ojczysty.
- To śmieszny pomysł, prawda? Odcinać się od prezydenta i partii? Przeciwstawiać się im?
- Och,oczywiście. To śmieszny, beznadziejny pomysł. Ale Charles jest ambitnym i lekkomyślnym człowiekiem.
- A ty nie?
- Jestem ambitny, lecz nie lekkomyślny.
Oboje milczeliśmy dłuższą chwilę. Woodrow nalał sobie drinka z otwartej butelki na biurku i wypił. Potem spojrzał na mnie, nieco zdziwiony, że wciąż stoję w drzwiach w koszuli nocnej.
- Idź do łóżka, kochana Hannah.
- Czy jesteś bezpieczny, Woodrow?
- Naturalnie. Stanowczo mu odmówiłem. Idź spać.
- Ale czy w ten sposób nie stałeś się przeciwnikiem Charlesa?
- Nie. Tak naprawdę to nie. Może w tej chwili nie patrzy na to w ten sposób, ale w końcu do tego dojdzie.
- A co z nim? Czy Charles jest bezpieczny?
- Nic mu nie będzie, pod warunkiem że referendum nie dojdzie do skutku.
Prezydent nigdy do tego nie dopuści. Bez referendum nie będzie wcześniejszych wyborów. Dobranoc, kochanie. Muszę jeszcze popracować. - To powiedziawszy, odwrócił się do rozłożonych na biurku dokumentów. Szczęki zaciskały mu się i rozwierały jak nerwowa pięść. - Proszę cię, Hannah - powtórzył, nie podnosząc wzroku.
- Idź spać.
On jest śmiertelnie przerażony, pomyślałam. Udaje, że pracuje, żeby odsunąć obraz własnego uwięzienia i egzekucji. Egzekucji nas wszystkich. Nagle przyszło mi na myśl, że Woodrow robi to od wielu miesięcy. Może nawet lat. Doskonale wiedział, że jego życie, a zatem także moje i moich synów, wisi na włosku. Jakaż byłam głupia! Zbyt zaabsorbowana sobą, zbyt pochłonięta własnymi wspomnieniami, marzeniami, przemyśleniami, żeby dostrzec grożące nam niebezpieczeństwo. Wtedy, po raz pierwszy zdjął mnie strach.

KOCHANIE (miękka)

książka

Wydawnictwo: Świat Książki

Oprawa: miękka

Ilość stron: 416

Dostępność: niedostępny

Nasza cena: 27,51

Cena detaliczna: 34,82

U nas taniej o 21%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń
Powrót GRATIS! Do każdego zamówienia zakładka mola książkowego!
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (1)

KOCHANIE - opis produktu:

Niezwykłe połączenie fikcji i literatury faktu. Hannah, sześćdziesięcioletnia Amerykanka, powraca po latach do Afryki, gdzie przeżyła najpiękniejsze i najstraszniejsze dni swego życia. W Liberii miała szczęśliwą rodzinę. Gdy wybuchła upiorna wojna domowa, straciła czarnoskórego męża. Co się tam wydarzyło, że opuściła trzech nastoletnich synów? Gdzie teraz są? Czy żyją? Egzotyczna historia miłosna na poruszającym tle obyczajowym, społecznym i politycznym, pełna dramatycznych zdarzeń oraz refleksji o sensie naszego życia.

KOCHANIE - wybrana recenzja:

Izabell 20/02/2013
recenzja dotyczy produktu: Książki

Powieść "Kochanie" Russella Banksa opowiada o życiu Hannah Musgrave. Akcja powieści toczy się od 1975 do 1991 roku w Stanach Zjednoczonych i Liberii. Liberia jest małym krajem położonym w Afryce Zachodniej. Hannah Musgrave amerykanka, kobieta wyznająca ideały wolnościowe, ukrywająca się... (czytaj dalej)

KOCHANIE - szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa:miękka
Okładka:miękka
Wymiary:125x200
Ilość stron:416
ISBN:978-83-247-1530-5
Wprowadzono: 30.04.2010
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

KOCHANIE - recenzje klientów

20/02/2013
recenzja dotyczy produktu: Książka

Powieść "Kochanie" Russella Banksa opowiada o życiu Hannah Musgrave. Akcja powieści toczy się od 1975 do 1991 roku w Stanach Zjednoczonych i Liberii. Liberia jest małym krajem położonym w Afryce Zachodniej. Hannah Musgrave amerykanka, kobieta wyznająca ideały wolnościowe, ukrywająca się pod innym imieniem i nazwiskiem- Dawn Carrington. Wojowniczka o wolność, działająca w podziemiu. Zmuszona uciekać do Afryki, w przeciwnym razie groziłoby jej więzienie lub utrata życia. Najpierw trafia do Ghany potem do małego kraju o nazwie Liberia w Afryce Zachodniej. Tam poznaje swojego męża, ma z nim trójkę dzieci, chłopców, piękny dom, służącą i wiedzie w miarę szczęśliwe życie. Całe życie Hannah, czy Dawn, później Pani Sundiaty nigdy nie było nudne, wiele w życiu doświadczyła i przeszła, na jej i oczach jej synów żołnierze zabili maczetą męża. Mimo tego, od początku główna bohaterka nie spodobała mi się, nie mogłam ją polubić, wzbudzała we mnie sprzeczne uczucia. Podczas czytania powieści wielokrotnie odkładałam książkę na dzień, dwa i znowu do niej wracałam. Może dlatego tak nisko oceniłam książkę. "Kochanie" jest to egzotyczna, wielowątkowa powieść, napisana w formie narracji głównej bohaterki. Najbardziej w książce podobał mi się wątek o szympansach, "marzycielach" jak nazywała je Hannah. Najpierw opiekowała się nimi w laboratorium, w którym pracowała, następnie założyła i prowadziła schronisko dla szympansów. Aż, serce mi się ściskało kiedy czytałam jaki los spotyka te biedne zwierzęta, gdy trafiają do niewoli, przeznaczone do badań medycznych. W wielu zakątkach dzikiej Afryki szympansy są postrzegane wyłącznie jako mięso do jedzenia i to smaczne mięso:( A przecież są takie podobne do człowieka. Plusem książki jest również ciekawe tło historyczne Afryki. Banks świetnie przedstawił prawdziwą rzeczywistość ubogiego życia czarnych Afrykanów i prawdziwe realia wojny. Natomiast jeżeli chodzi o minusy, to autor zawarł w książce za dużo rzeczowych informacji, które sprawiały, że opowiadanie dłużyło się i było miejscami nużące. Nie podobał mi się styl książki i to jak została skonstruowana, teraźniejszość poplątana z przeszłością bliższą i dalsza. Chociaż po przeczytaniu książki, stwierdziłam, że sama historia jest ciekawa i interesująca, godna polecenia:)

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Ogień i krew. Część 1 Historia ...

G. Martin

książka (twarda)

39,45 zł taniej -33%

SEXEDPL. Rozmowy Anji Rubik o ...

A. Rubik

książka (miękka)

14,98 zł taniej -25%

Nie ma

M. Szczygieł

książka (twarda)

33,45 zł taniej -27%

Queen Królewska historia

M. Blake

książka (miękka)

29,91 zł taniej -25%

Ciekawe pomysły Gandalfa

książka

16.70 zł

taniej -44%

Kochanie, wojny nie będzie

Wszystko zaczyna się od rozmowy Wspólna małżeńska podróż może być piękna, ale z pewnością nie jest beztroską sielanką. Kryzysy, nieporozumienia, sprzeczki, ciche dni oraz inne nieprzyjemne wydarzenia to naturalne etapy tej drogi. Gorzej, gdy wycofanie i brak reakcji na trudności doprowadza w końcu do katastrofy. Dlatego podejdźmy do tego...

książka

23.49 zł

taniej -41%

Kochanie czy klikanie Terapia dla zagubionych...

JAK SIĘ KOCHAĆ? Nie wszystkie odpowiedzi na to pytanie znajdziesz w podręczniku Michaliny Wisłockiej. Dziś reguły relacji damsko-męskich stały się niezrozumiałe, a status związków najlepiej określa informacja z Facebooka: to skomplikowane. Michał Lew-Starowicz, seksuolog w drugim pokoleniu, mierzy się z nowymi zjawiskami seksualnymi i obyczajowymi,...

książka

24.01 zł

taniej -17%

Kochanie, zabiłam nasze koty

W swoich poprzednich książkach bardzo wnikliwie, ale też świeżo, z młodzieńczą beztroską, przyglądała się ona temu, co widziała za oknem, na ulicy... naszej polskiej codzienności. Robiła to dowcipnie i celnie, a powodzenie jej książek zarówno u czytelników jak i u krytyków dowiodło, że takiego głosu w naszej litreaturze współczesnej bardzo brakowało. W...

ebook

29.19 zł

taniej -15%

Kochanie czy klikanie - mobi, epub Terapia dla...

JAK SIĘ KOCHAĆ? Nie wszystkie odpowiedzi na to pytanie znajdziesz w podręczniku Michaliny Wisłockiej. Dziś reguły relacji damsko-męskich stały się niezrozumiałe, a status związków najlepiej określa informacja z Facebooka: to skomplikowane. Michał Lew-Starowicz, seksuolog w drugim pokoleniu, mierzy się z nowymi zjawiskami seksualnymi i obyczajowymi, które...

film

21.22 zł

taniej -1%

Uważaj, kochanie

`Uważaj Kochanie` to obłędnie zabawna komedia grozy, którą krytycy nazywają `niebezpieczną, mocno zakręconą i piekielnie cwaną`. Na spokojnej i cichej ulicy na przedmieściach, w okresie świąt, opiekunka musi stanąć w obronie dwunastolatka przed obcymi, którzy włamują się do domu, aby za chwilę odkryć, że nie jest to `zwykłe` najście. Nakręcone w...

film

10.52 zł

taniej -0%

Kochanie, chyba cię zabiłem

Komedia sensacyjna o zbrodni z przypadku i śledztwie wbrew wszelkim procedurom, w której Zbigniew Zamachowski odkrywa przed widzami swoje nowe, zabójczo zabawne wcielenie. W duet policyjnych asów na tropie z brawurą wcieliły się gwiazdy `Drogówki` i `Jacka Stronga` - Arkadiusz Jakubik i Ireneusz Czop, którym na planie najnowszego filmu producentów...

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku

4.99

14.99

14.99

2.60

2.84

4.96

2.99

2.99

8.99

1.99

Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność › przejdź do koszyka
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: