rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki
Czarny mercedes
ocena: 6, głosów: 11
 
powiększenie

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
Czarny mercedes

1.

Początek października 1941 roku. Rozpoczął się trzeci rok
niemieckiej okupacji Warszawy. Z solidnej bramy jednej
z kamienic przy Marszałkowskiej wyszedł zaaferowany
mężczyzna z naręczem skoroszytów i tekturowych teczek.
Pośpiesznym krokiem skierował się do czekającej na niego
rikszy. Jakiś wyrostek, który ścigał ruszający z pobliskiego
przystanku tramwaj, potrącił go, mężczyzna zachwiał się,
piramida skoroszytów runęła na chodnik. Chłopakowi udało
się wskoczyć do tramwaju. Nawet nie zauważył, co się stało.
Mężczyzna przykucnął i zaczął zbierać papiery. Przechodzący
obok elegancki oficer SS pochylił się, aby mu pomóc. Mężczyzna
spojrzał na niego zdumiony.
– Aber doch...
– O?! Sind Sie Deutscher?
– Nein. Ich bin Pole. Jestem Polakiem.
– Z tak dobrym niemieckim?
– Cóż, zdarza się... Ale dziękuję, dam sobie radę...
Rikszarz, młody bystry chłopak, podskoczył i zaczął
sprawnie zbierać skoroszyty. Oficer SS się uśmiechnął.
– Nie dziwię się reakcji pana, też byłbym zaskoczony, co
więcej: jestem zaskoczony swoim odruchem. Okazuje się, że
odruchy są nie do opanowania!
– Słusznie. Wszelkie odruchy: dobre i złe.
– To kwestia wychowania. I charakteru. Mój dziadek odruchowo
zawsze zwracał się do służby bardzo uprzejmie i chyba
również odruchowo do mojej babki zawsze z poirytowaniem.
– Pan jednak otrzymał staranne wychowanie i kierował
się odruchem wpojonym w dzieciństwie, chociaż zapewne
wbrew regulaminowi... – odpowiedział mężczyzna uprzejmie,
ale z lekką nutką ironii.
Oficer roześmiał się.
– Ma pan rację. Mój szofer, który tam czeka, na pewno
jest zgorszony. Regulaminowo! – Wskazał gestem na stojące
przy krawężniku auto: czarny kabriolet marki Mercedes,
duma niemieckiego przemysłu samochodowego.
– Tym bardziej panu dziękuję.
– Doprawdy nie ma za co! Ale, wybaczy pan, naprawdę
jestem zaintrygowany pańskim akcentem. Mówi pan jak
wiedeńczyk!
– Moja niania była wiedenką, ale naprawdę jestem Polakiem,
chociaż nazywam się Holzer. Jestem adwokatem, tu
mam kancelarię... – Spojrzał na mosiężną tablicę przy bramie:
„Kancelaria adwokacka – Karol Holzer”.
Oficer skłonił się i dotknął daszka w nieformalnym, ale
wytwornym salucie.
– Maximilian Graf von Fleckenstein – przedstawił się.
– Miło mi pana poznać! A teraz jeszcze słyszę w pańskim
świetnym niemieckim także saksońskie nuty...
– Widzę, że jest pan lingwistą albo ma pan słuch muzyczny:
faktycznie, mój prapradziadek Theodor Christian
Holzer był drezdeńczykiem.
– A więc jednak jest pan Niemcem!
– Nie, panie hrabio, od pięciu pokoleń jestem Polakiem.


2.

Stał w sieni i przez szybkę w kutej bramie wpatrywał się
w przeciwległy chodnik i skaczące po nim bąble majowego
deszczu, które już po chwili zamieniały się w brudne,
mętne kałuże, bo woda obmywała pień lipy i zabierała jej
trochę ziemi spod zdeptanej trawy. Pet ze złotym paskiem
po papierosie Salem Gold wpływał właśnie do kałuży jak
do portu, z dumą i arogancją krążownika Kriegsmarine
otoczonego gromadą kutrów i holowników – petami pospolitych
marek: Haudegen i Juno. Niemiecka kultura!
Salem Gold! Kto pali tak drogie papierosy?! Niemieccy
oficerowie. I niemiecki oficer rzuca peta na chodnik?!
A może to właśnie ON go rzucił? Może więc jest już u niej
i moje czyhanie jest bez sensu? Jeżeli już tam siedzi
(leży!), to nie wyjdzie przed godziną policyjną. Zresztą,
jak deszcz ustanie i tak będę musiał stąd wyjść, bo zaraz
mnie ktoś zauważy... Palce w kieszeni trencza nerwowo
rozginały zawleczkę granatu, aż musiał je przywołać do
porządku, bo w końcu ją złamią i będzie kłopot, jeśli go dziś nie użyje.
Poczuł, że strużka potu spływa mu po skroni i trafia do kącika
oka, które zaczyna piec. Przetarł je szybko grzbietem kciuka
i pomyślał, że poczeka jeszcze kwadrans i wycofa się. Wtedy
właśnie podjechało czarne auto (jego ulubiona marka: Mercedes
320) – błysnęło wspomnienie naklejania na dyktę i wycinania
laubzegą fotografii z prospektu reklamowego nowego modelu,
przeboju 1938 roku) i zatrzymało się pod bramą naprzeciw. Kierowca
wyskoczył, rozpostarł parasol i okrążył auto, aby usłużnie
otworzyć drzwiczki wysokiemu, uderzająco przystojnemu oficerowi
SS, który bez pośpiechu wysiadał. Miał na sobie czarny
skórzany płaszcz z epoletami, siodłowato wygiętą czapkę i nieskazitelnie
błyszczące oficerki. Lewe oko przesłaniała czarna
przepaska, która jeszcze dodawała mu stylu, sugerując, że jest
pamiątką z frontu. Niósł elegancką czarną teczkę.
Podchorąży „Sęp” wyjął z kieszeni granat i wyszarpnął
zawleczkę, upadła cicho na mozaikową posadzkę sieni. Zrobił
krok na zewnątrz, aby zamachnąć się i rzucić, ale w tym
momencie z bramy naprzeciw wybiegł kudłaty piesek, a zaraz
za nim dziewczynka usiłująca go złapać. Podchorąży „Sęp”
zawahał się, jego ręka zatrzymała się i opadła, szofer wyminął
zręcznie dziewczynkę, cały czas trzymając parasol nad
głową esesmana, i odprowadził go do bramy, która wchłonęła
mężczyznę w swą ciemną czeluść. W tej samej chwili deszcz
przestał padać, szofer z niedowierzaniem spojrzał w niebo
i złożył parasol, otrzepał go jednym mocnym wstrząśnięciem,
wsiadł do auta i odkręcił szybkę. Oparł się wygodnie i zapalił
papierosa – widocznie kazano mu czekać.
Podchorąży „Sęp” cofnął się do bramy i zaczął szukać na
podłodze zawleczki granatu, przykucnął i rozglądał się nerwowo
po żółto-czarnej szachownicy płytek, ale tylko zakręciło
mu się w głowie i niczego już nie widział.
– Szuka pan czegoś? – usłyszał nad sobą nieprzyjazny
głos. Odwrócił głowę: zmrużone oczy grubej kobiety świdrowały
go podejrzliwie.
– Upuściłem zapałkę – podniósł z podłogi zwęgloną
resztkę – a tu tak czysto, u pani... – powiedział przymilnie,
odgadując w niej dozorczynię kamienicy.
– No pewnie, a jak ma być! – prychnęła pogardliwie
i wzruszyła ramionami kariatydy, cały czas nieufna i wroga,
ale on już wychodził na ulicę. Ostentacyjnie niosąc spaloną
zapałkę w uniesionej lewej ręce, prawą ściskał kurczowo
w kieszeni granat, aby łyżka nie odskoczyła: toby dopiero
było, grubaska musiałaby go zeskrobywać z czarno–żółtych
kafelków na klęczkach, chyba żeby i ją szlag trafił!
Doniósł zapałkę do narożnika, upuścił ją, celując
w kratkę kanału, ruszył szybkim krokiem w stronę Marszałkowskiej,
ale zaraz zawrócił i Wilczą dotarł do Mokotowskiej,
kierując się do placu Trzech Krzyży, gdzie miał szansę
złapać rikszę. Musiał się dostać do Stefana, na Żoliborz, on
ma w piwnicy ich arsenał, a tam, w pudełku po cygarach, są
zawleczki. Przełożył szybko granat do lewej ręki, bo paradowanie
z prawą w kieszeni mogło sprowokować jakiegoś policjanta
lub gestapowca do zatrzymania go i wylegitymowania,
a to by była katastrofa. Teraz nie mógł spojrzeć na zegarek,
ale wiedział, że do godziny policyjnej zostały może trzy kwadranse
– zaraz zresztą zobaczy zegar na gmachu Instytutu
Głuchoniemych. Wyszedł zza rogu Mokotowskiej i spojrzał
na zegar: 20.16! A więc tramwaje zjeżdżają już do zajezdni,
a piechotą na plac Inwalidów przed dwudziestą pierwszą nie
zdąży, jedyny ratunek w rikszy. Przeszedł na drugą stronę
i rozejrzał się nerwowo, przejechała jedna, ale z pasażerem.
Przeszedł szybko chodnikiem aż do rogu Książęcej, cały czas
odwracając głowę, by sprawdzić, czy nie najeżdża coś od strony
Alej Ujazdowskich; granat w kieszeni coraz bardziej mu
ciążył i uwierał, jakby pęczniał. Wydawało mu się, że palce
zaczynają drętwieć i nie będzie już w stanie zaciskać ich na
tej cholernej gruszce, na ananasku, jak go czule nazywał
Stefan, ale przecież musi. Stanął nad kratką kanalizacyjną:
gdyby miał jakiś łom, podważyłby kratę i wrzuciłby granat do
kanału, gdyby tam eksplodował, wytłukłby najwyżej trochę
szczurów, bo przecież nie wysadziłby bruku w powietrze, ale
przecież nie miał żadnego łomu, gdyby miał, obie ręce byłyby
zajęte, jeszcze tego brakowało! Spocił się cały i co chwilę
ocierał czoło, bo pot zalewał mu oczy. Jakaś kobieta minęła
go i obrzuciła zaniepokojonym spojrzeniem. Domyśliła się
czegoś?! Raczej wzięła go za chorego, a może za pijanego?
Ku swemu zdumieniu nawet zatoczył się jak na zamówienie.
Czyżby miał gorączkę?
Nagle, niemal w ostatniej chwili zobaczył rikszę skręcającą
z Nowego Światu w Książęcą, jadącą prosto na niego,
pustą! Minęła go i już zaczęła rozpędzać się po stromiźnie
ulicy, ale krzyknął:
– Stój!
Rikszarz, piegowaty wyrostek, zahamował, aż go zarzuciło.
„Sęp” podbiegł do niego i zapytał:
– Pojedziesz na Żoliborz?
– Teraz?! Nie zdążę wrócić przed szperą.
– A gdzie jedziesz?
– Na Powiśle, na Solec.
– Dobra, jadę z tobą!
Wgramolił się na siedzenie jak inwalida – ta ręka w kieszeni
utrudniała ruchy, a może bardziej paraliżowała umysł
i wtrącała w nieoczekiwaną nieporadność; aż go to zdziwiło.
Gdzie podziała się zimna krew, spokój, opanowanie, wojskowe
wyszkolenie i dyscyplina? Zdumiony wytrzeszczył oczy
z przerażenia, ale natychmiast otrząsnął się i zrugał w duchu od mięczaków.
Rikszarz nacisnął na pedały i pomknęli w dół, nabierając niebezpiecznej szybkości.
– Nie za szybko? – rzucił przez ramię, wyobrażając sobie,
że gdyby się przewrócili, nie zdołałby utrzymać granatu.
– Spokojnie – odparł flegmatycznie piegus – codziennie
tędy jeżdżę – ale jednak zwolnił trochę. – To gdzie zawieźć? – zapytał.
– Jedź, dopóki nie powiem: czyś ty oszalał! – odpowiedział
wisielczym dowcipem, ale rikszarz go nie chwycił, wzruszył
tylko ramionami i przyśpieszył. „Sęp” zaczął gorączkowo
obmyślać plan dotarcia do domu albo jakiegoś innego bezpiecznego
miejsca, gdzie mógłby zabezpieczyć granat. Przede
wszystkim zdecydował się przełożyć go do drugiej ręki, bo ta
ścierpła mu już zupełnie, aż nie był pewien, czy jeszcze trzyma.
Nakrył połą trencza lewą kieszeń i ostrożnie wyjął rękę,
przełożył pod płaszczem granat do prawej ręki i wsunął ją
szybko do prawej kieszeni, jednocześnie wyprostował w górę
lewą rękę i powiedział do chłopca:
– Widzisz zegarek?
– Widzę.
– Która jest godzina?
– Za pięć pół do dziewiątej.
– Słuchaj, mam propozycję: mieszkasz na Solcu, tak?
– Tak.
– Podjedźmy pod twój dom i zobaczmy, która będzie
godzina. Powiedzmy pół do dziewiątej. Pojedziemy w stronę
Żoliborza piętnaście minut i wtedy wysiądę, jakoś dotrę piechotą,
a ty będziesz miał drugie piętnaście minut, aby wrócić
do domu przed szperą.
Piegus skrzywił się.
– Nie mogę.
– Dlaczego? Dobrze ci zapłacę.
– Nie mogę, wiozę chleb dla matki, nie jadła nic od rana,
leży chora...
– Pół godziny jej nie zbawi, a przywieziesz do domu
dużo szmalu...
Chłopak nagle zahamował i zatrzymał się przy krawężniku.
– Dobra, ale pięć dych i jadę od tej chwili dziesięć minut
w pańską stronę, wtedy pan wysiada.
– Zgoda, ale jedź szybko.
Chłopak skinął głową i nacisnął mocno pedały, skręcił
w lewo i pomknął w stronę Tamki. „Sęp” tymczasem pośpiesznie
kalkulował, dokąd mogą w tym tempie dotrzeć. Jeśli dowiezie
go do Cytadeli, ukryje się w krzakach i w nocy może
uda mu się przekraść na drugą stronę. Ale tam są wartownicy,
mogą go zauważyć. Wtedy zaryzykuje i rzuci w nich granatem.
Nie, za to by miał dyscyplinarkę, to by była samowolna akcja
o nieprzewidzianych skutkach, Niemcy w odwecie rozstrzelaliby
kolejnych zakładników, to nie wchodzi w rachubę. A może
kazać chłopcu wjechać na most i na środku wrzucić granat do
wody? Od razu zobaczył ławicę ogłuszonych ryb, która wypłynęłaby
na powierzchnię, i gromadę dzieci, która rzuca się, by
je złowić. Dzieci? W nocy po godzinie policyjnej? Bzdura, nie
tylko ze względu na konsekwencje, ale co dalej? Na środku
mostu byliby jak zając pędzący wprost na tyralierę myśliwych.
Przecięli Tamkę i pędzili ulicą Topiel w stronę mostu
Kierbedzia, kiedy „Sępa” olśniło.
– Zatrzymaj się!
Piegus zahamował przy krawężniku.
– Zmiana planów, podjedź pod szóstkę.
Rikszarz posłusznie zawrócił i pojechał kilkanaście metrów,
po czym zatrzymał się pod bramą z numerem 6.
– Tu wysiadam. To w takim razie: ile?
– Jak było umówione...
„Sęp” popatrzył na piegusa spode łba, lewą ręką wyciągnął
portmonetkę z kieszeni spodni i podał ją chłopcu.
– Weź, ile chcesz.
Musiał tak zrobić, bo nie wyciągnąłby jedną ręką banknotu
z ciasnej przegródki, ale wyglądało to tak, jakby wystawiał
chłopca na próbę uczciwości; ten jednak wcale się tym nie
przejął, spokojnie wyjął banknoty, wyłuskał szaroniebieski,
pięćdziesięciozłotowy i oddał portmonetkę klientowi. „Sęp”
wysiadł, już trochę sprawniej, skinął głową chłopcu i wszedł
do bramy, a potem na ciasne podwórze ze wszystkich stron
obudowane oficynami. Kamienica szumiała jak ul, a może
raczej jak gniazdo os, bo słyszało się głównie podenerwowane
głosy kobiet i wrzaski dzieci, po wieczornej ulewie wszędzie
pootwierano okna.
– Pan do kogo? – Jakiś facet wychylił się przez okno
suteryny.
– Szukam Dziadka. To znaczy pana Dziadkiewicza.
Mieszka tu jeszcze?
– Niestety, mieszka. Tamta klatka – pokazał ruchem głowy
– na parterze.
„Sęp” poszedł we wskazanym kierunku.
– Po prawej stronie! – krzyknął za nim facet.
„Sęp” wszedł na ciemne schody i pokonał trzy czy cztery,
żeby znaleźć się na podeście. Namacał przycisk dzwonka na
framudze drzwi i nacisnął: coś zachrobotało cicho, nacisnął
drugi raz i przytrzymał dłużej: dzwonek zacharczał i zadławił
się, w środku panowała cisza. Zapukał kilka razy lekko
i niemrawo, bo lewa ręka wciąż była odrętwiała, ale nie dało
to rezultatu. Zrezygnowany wyszedł na podwórze, facet z suteryny
wychynął zza firanki i krzyknął:
– Panie, tam trzeba walić! Pewnie się spili!
Zawrócił, przełożył granat do lewej ręki i załomotał prawą
pięścią, potężnie.
– Dziadek, otwieraj! – krzyknął rozzłoszczony.
Usłyszał człapiące kroki i drzwi uchyliły się. W świetle
ledwo mżącej żarówki zobaczył wysokiego, chudego jak szkielet
mężczyznę w kalesonach i brudnym podkoszulku. Patrzył
na niego przez druciane okulary, grube jak denka kieliszków.
– Pan do mnie? – odezwał się.
– Tak, do ciebie! Dziadek, nie poznajesz mnie?
– Nie. Pan mnie zna?
– Pracowałeś w banku, u mojego ojca, dyrektora Sawickiego,
przychodziłeś do nas, do domu, jak się coś zepsuło.
Raz rower mi naprawiłeś, nie pamiętasz, na Lisa-Kuli?
– A, panicz Jędrek, teraz poznaję. Tu ciemno i pan tak
wyrósł... Proszę wejść...
Młody mężczyzna przestał w tej chwili być podchorążym
„Sępem” i odzyskał swoje imię, którym ochrzczono go dziewiętnaście
lat temu w kościele pokamedulskim na Bielanach.
Odzyskał też jednocześnie węch, bo dopiero teraz poczuł silny
zapach przetrawionego alkoholu, który wydobywał się z ust
gospodarza
z każdym wymówionym przez niego słowem:
– Czym mogę panu służyć, paniczu? Zepsuło się coś?
– Nie nazywaj mnie paniczem, mów mi Jędrek. Czy możemy
porozmawiać na osobności?
Dziadkiewicz popatrzył zaniepokojony, ale otworzył szerzej
drzwi i wpuścił gościa do środka. Przybysz rozejrzał się
i zawahał.
– Jest jeszcze ktoś w domu?
– Śpią. Trochę żeśmy się napili. A co?
– Popatrz! – Jędrek wyciągnął granat i podniósł go na
wysokość oczu Dziadkiewicza.
– Matko Boska! – wyszeptał stary. – Co chcesz z tym
zrobić, Jędruś?
– Zgubiłem zawleczkę, nie mogę wypuścić go z ręki.
Dziadkiewicz uspokoił się, ruszył w stronę otwartych
drzwi kuchni i zapalił w niej światło. Odsunął krzesło od
stołu.
– Siadaj, spokojnie.
Jędrek usiadł, Dziadkiewicz wysunął szufladę stołu
i pogrzebał w szpargałach, znalazł tam kłębek drutu. Odciął
cążkami mały kawałek, odłożył na stół i wytarł dłonie o podkoszulek.
– Daj.
Jędrek popatrzył na niego z niepokojem, zauważył, że
trzęsą mu się ręce.
– Nie. Ja będę trzymał, a ty włóż drut w uszka.
– Tak się nie da. Widziałeś kiedy, żeby dwie osoby nawlekały
igłę? Nie da rady, nie bój, daj.
Jędrek podał mu granat, Dziadkiewicz ujął go lewą dłonią
i opasał długimi, chudymi palcami jak szponami drapieżnego
ptaka, prawą sięgnął po drut i jednym ruchem umieścił
go w uszkach łyżki. Zagiął drut jak zawleczkę, po czym spokojnie
wykręcił zapalnik z „gruszki”. Wystarczyło kilkanaście
sekund i sprawa została załatwiona.
– Byłeś w wojsku? – zapytał Jędrek z podziwem.
– W wojsku? – Dziadkiewicz parsknął śmiechem.
– Czy ja wyglądam na frajera? Zresztą, kiedy byłem w wieku
poborowym, nie było polskiego wojska, byli kozacy, była
lejbgwardia, byli carscy kadeci. Miałem być kadetem? Może
kozakiem? Były lepsze zajęcia na bezkresnych obszarach carskiego
imperium. Przecież wiesz, czym się trudniłem przez
kilkanaście lat?
– Ojciec mówił, że jesteś konserwatorem kas.
Dziadkiewicz uśmiechnął się.
– Faktycznie, byłem. Byłem dzięki twemu ojcu. Zaufał
mi i dał mi tę posadę. Bo twój ojciec i ja byliśmy jak bracia
syjamscy, robiliśmy to samo, zabieraliśmy Ruskim dzieńgi.
Tylko on z Piłsudskim, na przykład w Bezdanach, na siłę, a ja
moimi delikatnymi rączkami wyciągałem je z kas banków
w Petersburgu, Moskwie, Taganrogu, w Kijowie i Odessie,
tak, nawet w Odessie żydowski bank Silbermana obrobiłem
na pół miliona rubli.
– Pół miliona rubli?! I tak mieszkasz? Coś ty z nimi
zrobił?
– Przeszastałem, przepiłem, przegrałem. Żyłem. Daj
spokój, to było dawno...
Dziadkiewicz wzdrygnął się jakby pod podmuchem
chłodu.
– Poczekaj, włożę coś na siebie.
– Nie, muszę lecieć, szpera!
– Jak ty chcesz zdążyć na Żoliborz przed szperą? Masz
auto?
– Skąd. Chevroleta nam zabrali Ruscy w Zaleszczykach,
ojciec zwlekał, Niemcy byli jeszcze daleko, nikt nie przewidział,
że Sowieci wbiją nam nóż w plecy...
– Poczekaj. Widział cię ktoś, jak do mnie szedłeś?
– Tak, jakiś facet z suteryny. Pokazał mi, gdzie mieszkasz,
i kazał walić mocno w drzwi.
– Skurwysyn! To niedobrze, to kapuś. Musisz wyjść ode
mnie. Narób hałasu, żeby cię zobaczył, ale wyjdź na ulicę,
wejdź do sąsiedniej kamienicy i poczekaj w bramie, przyjdę
tam po ciebie. Tylko niech zobaczy, że wychodzisz...
– Może upuszczę granat? – Jędrek uśmiechnął się szyderczo
i wyszedł z mieszkania.
Facet już czekał w oknie.
– Dostukałeś się pan?
– Tak, otworzył. Dałem mu noże do naostrzenia. Od maszynki. Do mięsa.
Facet zmierzył go zdumionym spojrzeniem.
– To takie pilne? Za chwilę szpera.
– Mieszkam na Tamce, drugi dom od rogu.
– A, to co innego... – Facet stracił zainteresowanie.
– Do widzenia, dzięki! – Jędrek nonszalanckim krokiem
ruszył na pustą już ulicę i bez wahania wszedł do sąsiedniej
bramy. Było cicho, jakby kamienica już spała – inaczej niż
w sąsiedztwie. Pewnie mieszkają tu lepsze sfery – wytłumaczył
sobie Jędrek – sam wygląd klatki schodowej o tym świadczył:
marmury, lśniące klamki, winda. Właśnie szczęknęła
i oświetlona mahoniowa kabina z kryształowymi szybami
ruszyła w górę, opuszczając swoją błyszczącą mosiądzem
klatkę. Jędrek usunął się za załom muru, w cień, i czekał
na rozwój wypadków. Winda zatrzymała się, zadźwięczała
odsuwana krata, ktoś wsiadł i ruszył w dół. Jędrek najpierw
zobaczył buty, piechocińskie saperki, potem spodnie ze stalowego
sukna, pas i mundurową kurtkę Wehrmachtu, a na
końcu furażerkę na ryżej głowie. Młody, przysadzisty żołnierz
wyszedł z windy, zatrzasnął za sobą kute drzwi klatki i stanął.
Jędrek wstrzymał oddech i zmrużył oczy. Pomyślał, że jego
gałki oczne mogą odbić jakieś światło, rozjarzyć się w ciemnościach
jak oczy wilka zaczajonego w lesie; rozważał, jakim
chwytem obezwładnić Niemca, jeśli ten go odkryje. Żołnierz
stał chwilę nieruchomo, zamyślony, jakby nieobecny, potem
westchnął, pokręcił głową ze zmartwienia, poprawił furażerkę
i tupiąc głośno podkutymi żelazem butami, ruszył do wyjścia.
Zatrzasnęła się brama i w tej samej chwili, jakby na to
czekał, Dziadkiewicz otworzył drzwi piwnicy.
– Jesteś? – zawołał szeptem.
Jędrek zobaczył, że stoi na szczycie kilkunastu schodów
prowadzących w dół, do podziemia, teraz oświetlonych
słabym światłem padającym z głębi piwnicznego korytarza.
Zbiegł po nich szybko, wszedł do środka. Dziadkiewicz cicho
zamknął za nim drzwi, przekręcił i wyjął klucz z zamka.
– Ten kapuś widział, że wychodzisz?
– Tak, rozmawialiśmy...
– Pytał, po co przyszedłeś?
– Powiedziałem, że przyniosłem noże od maszynki do
naostrzenia. Dziwił się, że tuż przed szperą. Powiedziałem,
że mieszkam tuż-tuż, na Tamce.
– Uwierzył?
– Chyba tak.
– Dziwne. Ja bym nie uwierzył. Tu wszyscy się znają... Z widzenia.
Jędrek wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Wyglądało tak, jakby mi uwierzył...
Doszli do końca wąskiego korytarza, minąwszy rząd komórek
zamkniętych drewnianymi ażurowymi drzwiami, za
którymi widać było składowane przedmioty: rowery, wózki
dziecinne, jakieś beczki, hałdy węgla i ziemniaków. Suche,
pełne kurzu powietrze kręciło w nosie. Weszli do ostatniej
komórki: w ścianie wybity był otwór wielkości wąskich drzwi
prowadzący do sąsiedniego domu.
– Wybiliśmy to w czasie oblężenia w trzydziestym dziewiątym.
Chcieliśmy już to zamurować, ale nie ma cementu,
murarza... Tymczasem jak widać jeszcze się przydaje...
– Co teraz? – zapytał Jędrek.
– Przenocujesz u mnie, a rano wrócisz do domu. Tędy,
żeby ten skurwysyn cię nie zobaczył.
– Moja matka oszaleje z niepokoju.
– Trudno.

Czarny mercedes (miękka)

książka

Wydawnictwo: Marginesy

Oprawa: miękka

Ilość stron: 368

Wysyłamy w: 2 - 3 dni + czas dostawy

Nasza cena: 23,45

Cena detaliczna: 37,82

U nas taniej o 38%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń Dodaj do koszyka
Powrót Darmowa wysyłka dla zamówień od 99zł. SPRAWDŹ!
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (0)

  • Inne wydania

Czarny mercedes - opis produktu:

Rok 1939. Wybucha wojna. Mecenas Karol Holzer, spolonizowany Saksończyk, prowadzi sprawy notarialne, z których dochód idzie na getto. Pewnego dnia w kancelarii pojawia się jego była studentka, Żydówka. Karol chce jej pomóc, oddając dokumenty żony, lecz Aneta zostaje zamordowana. W tle pełnej napięcia historii - portrety okupowanego Lwowa i Warszawy.

Janusz Majewski - mistrz stylu - w prawdziwie akuninowskiej opowieści o nadkomisarzu Rafale Królu, który ma rozwikłać tajemnicę śmierci pięknej młodej kobiety w okupowanej Warszawie. Nie jest ona Krystyną Holzer, jak świadczyć by mogła jej kenkarta, lecz Żydówką ukrywaną przez Polaka - spolonizowanego Saksończyka - mecenasa Karola Holzera. Przed wybuchem wojny dziewczyna była jego studentką, a zarazem obiektem niespełnionej miłości.

W sprawę zostaje zaangażowany nadkomisarz Rafał Król, funkcjonariusz Policji tzw. Granatowej, współpracującej z Niemcami, ale także zaprzysiężony żołnierz polskiego podziemia, wykonujący jego rozkazy. "Jak cała policja wziął czynny udział w obronie Warszawy w 1939 roku, a po kapitulacji miasta najpierw ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem, a po zawiązaniu się pierwszych struktur podziemnego państwa, na rozkaz konspiracyjnych władz, ujawnił się i zgłosił się na apel okupanta, aby powrócić do służby w ramach tzw. granatowej policji, formalnie pełniąc te same obowiązki co przed wojną, a faktycznie (...) będąc jedną z polskich 'wtyczek' w niemiecki aparat bezpieczeństwa".

Zbrodnie, namiętność, tłumione instynkty, zakazane związki. Nielegalny handel nieruchomościami na rzecz głodującego getta, rozgrywki w niemieckich służbach, polskie podziemie. Tajemnica goni tajemnicę, w tle Warszawa i Lwów - i ich zaskakujące wojenne oblicza. Getto z drogą restauracją, markowym szampanem i śpiewającą Wierą Gran... "Te dzieci umierające na chodnikach, ci starcy o twarzach proroków, konający po bramach, a tu szampan i kawior, luksusy!" - tak komentuje sytuację jeden z bohaterów.

Tą historią autor wraca do ukochanego Lwowa z czasów dzieciństwa. W jednym z wywiadów (dla PAP) opowiadał: "W mojej pamięci wciąż żywe są obrazy właśnie z lat najmłodszych. To za tamtym Lwowem tęsknię. Kiedy tu jestem, wspomnienia jeszcze żywiej powracają". Zestawia to miasto z Warszawą czasów wojennych: "W Warszawie wyczuwało się opór, bunt, krnąbrność wobec represji okupanta, demonstrowanie na każdym kroku wrogości wobec Niemców, chodzenie z podniesioną głową; Lwów jakby lekceważył najeźdźcę, jakby go ignorował i traktował jak powietrze, jakby wzruszał ramionami i mówił: nie takie rzeczy tu widzieliśmy i trzeba było przetrwać, nie takie języki tu słyszeliśmy i mówiliśmy nimi: polskim, ruskim, żydowskim, węgierskim, ormiańskim, rumuńskim i chociażby waszym, niemieckim".

Janusz Majewski pracuje już nad kontynuacją opowieści o nadkomisarzu Rafale Królu, który powróci w kolejnych tomach serii. Planuje także przeniesienie powieści na duży ekran.

Czarny mercedes - szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: sensacja, kryminał, historyczny

Wydawnictwo: Marginesy
Oprawa:miękka
Okładka:miękka
Wymiary:135x210
Ilość stron:368
ISBN:978-83-65282-20-0
Wprowadzono: 12.01.2016
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Czarny mercedes - recenzje klientów


Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.
10.00

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Odwet

V. Severski

książka (miękka)

29,15 zł taniej -35%

Cari Mora

T. Harris

książka (miękka)

25,89 zł taniej -35%

Nóż Harry Hole, Tom 12

J. Nesbo

książka (miękka)

25,69 zł taniej -40%

Listy zza grobu

R. Mróz

książka (miękka)

23,89 zł taniej -40%

Janusz Majewski - przeczytaj też

Ekshibicjonista. Opowiadania nie tylko ...

J. Majewski

książka (twarda)

24,68 zł taniej -38%

Glacier Express 9.15

J. Majewski

książka (twarda)

12,34 zł taniej -69%

Kresy w starej fotografii

J. Majewski

książka (twarda)

25,05 zł taniej -16%

Mała matura

J. Majewski

książka (twarda)

43,81 zł taniej -12%

Ryk kamiennego lwa

J. Majewski

książka (miękka)

23,07 zł taniej -39%

Zima w Siedlisku

J. Majewski

książka (miękka)

21,59 zł taniej -38%

Zobacz również

Odbiorę ci wszystko

R. Lillegraven

książka (miękka)

25,79 zł taniej -35%

Dziewczyna o czterech palcach

M. Krajewski

książka (miękka)

25,79 zł taniej -35%

Zranić marionetkę

K. Grochola

książka (miękka)

29,96 zł taniej -30%

Kółko się pani urwało

J. Galiński

książka (miękka)

23,99 zł taniej -35%

Ciekawe pomysły Gandalfa

książka

28.37 zł

taniej -25%

Czarny Wdowiec

`Czarny wdowiec` jest kontynuacją `Paragrafu 148` Główna bohaterka, Zuzanna Lewandowska to charakterna pani mecenas, prawniczka jak i płocczanka z dziada pradziada pochodząca z rodziny bardzo zasłużonej dla kraju, jak i regionu. Mieszka wraz z wredną papugą Zgagą i wielkim włochatym kundlem o imieniu Borys w starej przedwojennej kamienicy w samym...

książka

26.45 zł

taniej -32%

Czarny lód

Pewnej bożonarodzeniowej nocy w obskurnym motelu w Hollywood zostaje znalezione ciało inspektora Calexico Moorea, speca od zwalczania handlu narkotykami. Pierwsze poszlaki nie pozwalają śledczym jednoznacznie rozstrzygnąć, jaka była przyczyna śmierci policjanta - samobójstwo czy morderstwo. Do sprawy włącza się Harry Bosch, którego Moore był dawnym...

książka

24.68 zł

taniej -38%

Czarny szlak

Starszy sierżant Kreuthner zobowiązał się rozsypać prochy swego zmarłego wuja na szczycie góry Wallberg. Po ceremonii, wraz z poznaną młodą narciarką decyduje się na wspólny zjazd okrytym złą sławą czarnym szlakiem, który rzekomo zna jak własną kieszeń. Ich wycieczka kończy się jednak katastrofą. Błądząc w ciemnościach, natykają się na zamarznięte zwłoki...

książka

34.41 zł

taniej -31%

Czarny młot Tom 1: Tajna geneza

Pierwszy tom serii o nietypowej grupie superbohaterów. W trakcie walki z wrogiem zagrażającym całemu światu najwięksi bohaterowie Spiral City zostali przeniesieni do równoległej rzeczywistości, w której nikt nie słyszał o ich dokonaniach. Co gorsza, zostali uwięzieni w ciałach nie do końca odpowiadających ich osobowościom. Herosi czują się zapomniani i...

książka

33.94 zł

taniej -19%

Czarny huzar

Czarny huzar to wielowątkowa opowieść o wyprawie do Polski i jej dalszych konsekwencjach - luterańskich misjonarzy z Institutum Judaicum et Muhammedicum w Halle, mającej na celu nawrócenie na protestantyzm głośnego żydowskiego mistyka i herezjarchy z Podola, Jakuba Lejbowicza Franka. Akcja powieści, opartej w dużej mierze na faktach historycznych, obejmuje...

muzyka

29.16 zł

taniej -35%

Czarny motyl

Piąty album zespołu Jamal zatytułowana `Czarny Motyl` światło dzienne, nakładem Wydawnictwa Agora. Fani Jamala kojarzą artystę z takimi gatunkami jak dancehall, hip-hop czy R&B i wygląda na to, że nadchodzący album będzie dla wszystkich starych fanów dużym rozczarowaniem... Oczywiście pozytywnym! Jamal zaprosił do współpracy Macieja Wasio, czyli...

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku

2.99

14.99

2.99

1.98

8.99

Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność › przejdź do koszyka
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: