rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki

Wybierz z dostępnych produktów

Złota kolekcja. Bananowy Song

Wykonawca:

Vox

muzyka cd

EMI

23,31 zł

Złota Kolekcja - Bananowy song / Ten ...

Wykonawca:

Ryszard Rynkowski

muzyka cd

Polskie Radio S.A.

25,92 zł taniej -12%

Bananowy czubek

Reżyseria:

W. Allen

film dvd

30,63 zł taniej -12%

Song Song Song

Wykonawca:

Baptiste Trotignon

muzyka cd

Universal Music Polska

45,35 zł taniej -23%

Baroque Song

Wykonawca:

Thierry Escaich

muzyka cd

Sony Music Entertainment

76,48 zł taniej -15%

Song to Song

Reżyseria:

T. Malick

film dvd + książeczka

29,99 zł taniej -10%

Farewell Song

Wykonawca:

Janis Joplin

muzyka cd

Sony Music Entertainment

25,10 zł taniej -7%

My Song

Wykonawca:

Keith Jarrett

muzyka cd

Universal Music Polska

60,37 zł taniej -18%

Night Song

Wykonawca:

Ketil Bjornstad

muzyka cd

Universal Music Polska

60,37 zł taniej -18%

All Aboard! Eurovision Song Contest. ...

Wykonawca:

Różni Wykonawcy

muzyka cd

Universal Music Polska

54,93 zł taniej -15%

A Song for my Lady

Wykonawca:

Lee Santana

The ...

muzyka cd

Sony Music Entertainment

58,95 zł taniej -9%

Waiting On A Song

Wykonawca:

Dan Auerbach

muzyka cd

Warner Music Poland

68,06 zł taniej -20%

Bananowy song
ocena: 6, głosów: 11
 
powiększenie

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
Bananowy song

HARCERSKA SŁUŻBA POLSCE SOCJALISTYCZNEJ - Azymut prowadzi do huty, tak w
1979 roku zatytułowałem reportaż w "Sztandarze Młodych", patetyczną opowieść o
harcerskim wkładzie w powstawanie inwestycji stulecia - Huty Katowice. O harcerstwie nie
miałem pojęcia, ominęły mnie jakoś zbiórki, obozy, nigdy nie nosiłem mundurka, nawet
zuchem nie byłem. Pewnie dlatego przydzielono mi w redakcji dziennikarską obsługę działań
tej trzymilionowej (!) wtedy organizacji młodzieżowej.
Czas dla Związku Harcerstwa Polskiego był jak najgorszy. W 1974 roku na fali przeobrażeń
w ruchu młodzieżowym powołano Harcerską Służbę Polsce Socjalistycznej. Był to zabieg
tyleż debilny, ile makiaweliczny. Harcerstwo z samej swojej natury jest elitarne, toteż na
przekór z dnia na dzień uczyniono je masowym. Komsomolskie wzory były aż nadto
widoczne. Spokój dano tylko najmłodszym, pozostawiając system zuchowy w spokoju, ale
już starszych harcerzy przyodziano w piaskowe koszule i czerwone krajki wiązane tak jak
krawaty. Bardziej taki HSPS-owiec przypominał dawnego zetempowca niż harcerza. A
harcerzami stali się nawet ci, którzy o tym nie wiedzieli. Po prostu każda klasa szkolna
automatycznie stawała się drużyną HSPS, a szkoła - szczepem. Drużynowym zazwyczaj był
wychowawca klasowy, a szczepowym dyrektor szkoły. śeby było śmieszniej, harcerskie
formy pracy z młodzieżą były źle widziane.
Na plenach Rady Naczelnej ZHP, którym się z redakcyjnego obowiązku przysłuchiwałem,
dyskutowano głównie o tym, jak wykorzenić ze Związku "niedotrzymujące kroku
współczesności" tradycje, jak uczynić szkolenie idelogiczne bardziej atrakcyjnym, no i
najważniejsze - co zrobić, by zwiększyć liczbę członków ZHP rekomendowanych do Partii.
Głównym ideologiem HSPS-owskiego harcerstwa był przyszły naczelny "Trybuny Ludu"
Jerzy Majka. Na organizacyjnych nasiadówkach rozprawiał się z widmami Andrzeja i Olgi
Małkowskich, nie zapominał też o unoszącym się w gmachu dawnej YMCA duchu Jacka
Kuronia, ale największą pianę toczył, polemizując z poglądami Kazimierza Koźniewskiego
(zaocznie) i młodego wówczas Włodzimierza Paszyńskiego.
Obsługa prasowa takich nasiadówek była katorgą. Młodzieżowi aparatczycy powielali
zachowania z Białego Domu rodem i domagali się traktowania przez "ich" "Sztandar
Młodych" równego dopieszczania sekretarzy KC PZPR przez "Trybunę". Głównie
interesowała ich długość relacji, miejsce na stronie gazety i jakość fotografii, która przy
tamtych możliwościach poligraficznych zawsze była fatalna. Poldek Dzikowski, legendarny
fotoreporter "Sztandaru", utrzymywał zresztą, że dobrego zdjęcia naczelnikowi ZHP, a był
nim niejaki Jerzy Wojciechowski, zrobić się nie da, gdyż człowieka przypomina mało.
"Młodzieżowcy" z ulicy Konopnickiej mieli kompleksy i z innych powodów, gdyż twierdzili,
że w ramach Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży ich organizacja, choć
największa, traktowana jest w porównaniu z ZSMP czy SZSP po macoszemu. Było w tym
trochę prawdy; z siedziby na Smolnej bliżej było na drugą stronę Alej Jerozolimskich i
urzędujący tam "federaści" mogli liczyć na szybszy awans w strukturach partyjnych niż ich
poprzebierani za harcerzy koledzy uważani za mało poważnych.
O języku gierkowskiej propagandy wzorowanym na wojskowej nowomowie mądre książki
pisał Michał Głowiński. Język ten zadomowił się w harcerstwie lat 70. i stąd po operacji
"Frombork" przyszedł czas na operację "Bieszczady-40", a chyba z rozpędu i na "Azymut -
Hutę Katowice". Miało to być sztandarowe przedsięwzięcie Akcji Letniej, choć rozsądni
ludzie - a takich w ZHP wbrew składowi Rady Naczelnej nie brakowało - pukali się w czoło,
pytając, czy te letnie obozy organizowane będą w cieniu wielkiego pieca, bo jeśli tak, to może
dzieci się przegrzeją. Bieszczadzka "operacja" mimo niepokojących sygnałów o konfliktach z
miejscową ludnością, której młodzież miała pomagać, a bywało, że przeszkadzała, niosła ze
sobą powiew romantyki, no i, co najważniejsze, gwarantowała kontakt z naturą. Ale o jakiej
naturze można mówić w kombinacie hutniczym!
Pełen najgorszych przeczuć wsiadłem do pociągu jadącego do Zawiercia. W biurowcu huty
odnalazłem pokój "bratniej" organizacji - ZSMP, której pracownik zaprowadził mnie do
gabinetu sekretarza organizacji zakładowej odpowiedzialnego za propagandę. - Taka jest
procedura - wyjaśnił, nie zważając na to, co mamroczę, a prosiłem jedynie o poświadczenie
delegacji i wskazanie mi miejsca, w którym znajdę harcerzy.
- Dobra, dobra, na wszystko przyjdzie czas - usłyszałem i już podawałem rękę
sympatycznemu czterdziestolatkowi.
- Prosto z dworca - zatroszczył się sekretarz. - To idźcie do stołówki, a ja zamówię samochód
za godzinę. Dobrze będzie?
Przytaknąłem. W stołówce zwrócił moją uwagę tatar, który - sądząc po talerzach na stołach -
miał największe powodzenie. Po pierwsze, kucharki nabierały go chochlami prosto z miednic,
a po drugie, był szlachetnej barwy sinoszarej. Wypiłem herbatę, zjadłem kawałek chleba z
masłem.
- Jak śniadanko? - z kolejnym pytaniem pospieszył mój hutniczy cicerone. - U nas mięsa nie
brakuje, nie ma prawa. Lufę? - znów zapytał.
- Tak rano? - obłudnie wyraziłem zdziwienie.
- Jakie rano, jakie rano, już miałem dwie wizyty, twoja jest trzecia. Wczoraj było dwunastu
dziennikarzy, wszyscy chcą wiedzieć, czym żyje huta. A co was interesuje, redaktorze?
- Harcerze.
Nawet okiem nie mrugnął:
- Pomagają, pracują, wypoczywają. Świetna młodzież.
Pod papierosa wypiliśmy pół butelki Słonecznego Brzegu, po czym sekretarz wręczył mi
bajecznie kolorowy album Huta Katowice i bieżnik z takim samym napisem. Chciał mi
jeszcze dać czapeczkę, ale podziękowałem.
- No pewnie - skrzywił się, a może uśmiechnął. - Lubię młodzieżowców, sam byłem w
organizacji harcerskiej - wyraźnie się rozmarzył - nie będę wam żałował.
I przekazał mi pół litra z kłosem. Też nie mrugnąłem okiem.
Samochodem terenowym zawieziono mnie do obozu. Pół litra dałem komendantowi, który w
rewanżu zaprosił mnie na kolację. Nie poszedłem tam, spędzając wieczór z harcerzami przy
ognisku. Komendant nie nalegał specjalnie, zdaje się, że miał swoje sprawy, gdzieś późnym
wieczorem, a właściwie już nocą, wyjeżdżał. Młodzież - sekretarz miał rację - rzeczywiście
była świetna. Na pracę nikt nie narzekał, nie było jej zresztą wiele. Ze szkoleń śmiano się,
kpiąc otwarcie. Harcerze namioty rozbili w lesie, zalew był niedaleko, kończyły się wakacje i
żal im było wracać do szkoły. "A tu takie grzyby" - entuzjazmowali się nie bez powodu;
nigdy w życiu nie jadłem tak wielkich i smacznych kań.
Po powrocie napisałem tekst kończący się lirycznym zapewnieniem, że po wakacjach ci
młodzi ludzie będą już mieli do Huty Katowice inny stosunek, bo "w jakimś stopniu jest to
już ich huta". Reportaż został pochwalony, ba, dostałem do niego jakąś redakcyjną docenę. Po
Sierpniu 80 o "Azymucie - Huta Katowice" nikt się już nawet nie zająknął. I słusznie -
myślałem, wstydząc się - co tu dużo mówić - tamtego tekstu.
Parę lat temu poznałem Leszka Biernackiego, dziś szefa agencji reklamowej, wtedy
nauczyciela na Śląsku i harcerskiego instruktora. Kiedy opowiedziałem mu tę historyjkę,
spojrzał na mnie jak na idiotę:
- Czy ty masz pojęcie, że dla wielu z tych dzieciaków to była jedyna możliwość fajnego
spędzenia wakacji?
Na moje wątpliwości natury ekologicznej tylko machnął ręką, a polityczne skwitował
następująco: - Partyjni bossowie wymyślili sobie, że wychowają młodzież po komsomolsku. I
tak dobrze, że nie przenieśli żywcem do Polski systemu pionierskiego. A miało być tak:
HSPS w szkole, ZSMP w pracy, SZSP na studiach, a na końcu tej drogi do organizacyjnej
szczęśliwości - PZPR. Sęk w tym, że już nikt nie traktował serio takich pomysłów i wszyscy
mieli w dupie huty i azymuty. Ale jeśli było im wtedy, pod tymi namiotami, dobrze, to
zachowają w pamięci tamto lato.
Może i tak, w końcu smak smażonych na ognisku grzybów wciąż mam na języku.
HIPISI - 19 lutego 1972 roku "Sztandar Młodych" wydrukował pierwszy odcinek,
zasługującej na miano kultowej sensacyjnej powieści Anny Kłodzińskiej Wrak. A zaczynała
się ona tak: "Hipy obsiadły skwer, ich ulubione miejsce oprócz letniej herbaciarni. Siedzieli
rządkiem na ławkach, wszystko długowłose, przeważnie brodate, cicho o czymś rozmawiali.
Dziewczyny były tylko dwie -Słowianka i Ta Pierwsza, o której mówiono, że dawniej
chodziła z Prorokiem, teraz ją jakoś zaniedbał. Hipy porozpinały brudne koszule; ślady po
żyletkach i paznokciach odznaczały się ostro na skórze".
Na skwerku przy pomniku Adama Mickiewicza na warszawskim Krakowskim Przedmieściu,
bo to o ten skwerek chodziło niezrównanej autorce powieści milicyjnych, bywało gorąco.
Dosłownie i w
przenośni. Gdy ludowe słoneczko przygrzewało, można się było opalać. Hipisi eksponowali
swoje upierzenie, rozprawiali o wyższości "pasty" nad "fermą" (środków uważanych za
odurzające) lub odwrotnie, przekazywali sobie wymiętoszone kartki z drukowanymi na
maszynie, odbijanymi na spirytusowym powielaczu, a najczęściej przepisywanymi ręcznie -
niczym przez średniowiecznych skrybów - egzemplarzami Skowytu Allena Ginsberga,
wymieniali płyty, czasem wdawali się w leniwe pogawędki z bywalcami pobliskiej winiarni
U Hopfera (mieściła się po przeciwnej stronie ulicy niż dzisiejszy lokal o tej samej nazwie,
niemający jednak nic wspólnego z przybytkiem prowadzonym przez niezapomnianą Panią
Stasię).
Sielski nastrój burzyła Milicja Obywatelska, urządzając naloty na skwerek. Zazwyczaj
rutynowo sprawdzała dokumenty i przeganiała towarzystwo - które przemieszczało się wtedy
na Stare Miasto - a czasem zabierała hipów na dołek w celach - najogólniej mówiąc -
dydaktyczno-wychowawczych. Dramatycznie źle bywało, gdy na skwerek zapuszczali się
garownicy, bijąc hipów, którzy - ze względu na głoszony pacyfizm - nie odpłacali się
pięknym za nadobne, lecz cierpliwie znosili upokorzenia, czekając, aż podziarganym
protoplastom dzisiejszych ogolonych na łyso chłopców bejsbolowców przejdzie ochota
"czyszczenia miasta z brudasów". W takich chwilach można było liczyć co najwyżej na
charakter w nogach lub interwencję przypadkowych przechodniów. Ciekawe, że najbardziej
skłonni do pomocy byli popijający winko bywalcy Hopfera wyraźnie solidaryzujący się z
malowniczą gromadą ze skweru traktowaną jako trwały element krajobrazu na równi z
zakonnicami z pobliskiego klasztoru.
Niestety, zdecydowanie większa część społeczeństwa, a to znaczy - i przechodniów z
Krakowskiego Przedmieścia - miała o hipisach jak najgorsze zdanie, często więc widząc
bitych długowłosych, wyrażała aplauz w rodzaju "Dobrze im, zwyrodnialcom", niż potępiała
agresywnych osiłków w obowiązkowych ortalionowych kurtkach zwanych Szwedkami. A jak
ubrany był polski hippie? Dość dowolnie, przywiązywał natomiast wagę do atrybutów:
wisiorka z pacyfem (później nazwa tego znaku przeciwników wojny zmieniła rodzaj z
męskiego na żeński, zostając pacyfą), chlebaka ("wszystko co mam, mieści się w tym
chlebaczku") czy dzierganej torebki w różnokolorowe pasy, a w późniejszych latach -
koralików, z których robiono bransoletki. Dobrze widziany był też dużej wielkości krzyż na
piersi.
Chłopcy chodzili w możliwie jak najbardziej rozszerzanych spodniach (nogawka od 35
centymetrów wzwyż), najczęściej z dewetyny, uznaniem cieszyły się koszule wzorowane na
rosyjskich rubaszkach, na grzbiet nakładano kurtki: kangurki (z kieszenią z przodu) lub
żołnierskie panterki. Dziewczyny nosiły barwne, "bananowe" spódnice, bufiaste, haftowane
bluzki, kapelusiki, na nogach sandały. Pożądany był w tym uniformie jakiś rys zaniedbania.
Jeśli hipis bez względu na płeć nie rozpuszczał włosów, wiązał je w kucyk lub częściej
przewiązywał opaską.
O żadnym wplataniu kwiatów w owłosienie nie było mowy. Na kwieciste elementy stroju też
trzeba było uważać, o ile bowiem nie budziły emocji drobne kwiatki, tak zwane łączki, o tyle
satynowe koszule w duŜe kwiaty zarezerwowane były dla gitów. Starszemu pokoleniu trudno
się było w tym połapać.
Ale wracam na warszawską starówkę. Hipy miały tam kilka chętnie nawiedzanych miejsc, a
to herbaciarnię U Pana Michała i pięterko kawiarni Krokodyl, gdzie przy jednej herbacie
dziesięć osób potrafiło przesiedzieć nawet parę godzin. Obsługa traktowała hipisów jako
dopust boży, z rezygnacją ponawiając co jakiś czas próby wyegzekwowania większego
zamówienia. Bez skutku. Trzeba było natomiast korzystać z szatni, co spotykało się z
protestami. Względna idylla skończyła się, kiedy gary urządziły ekspedycję karną na
Krokodyla i od tamtej pory, jeśli pojawiało się w kawiarni razem więcej niż dwóch
długowłosych, wypraszano ich stamtąd. No, wyrzucano na kopach.
Moje kontakty towarzyskie z hipami były serdeczne, acz okazjonalne. Kończyłem szkołę i
mogłem jedynie zazdrościć takiemu Karemu długości włosów, a te sięgały mu za siedzenie.
Zaprzyjaźniłem się z nim w szpitalu na Nowowiejskiej, gdzie przy pomocy psychiatrów
próbowaliśmy ominąć pułapki, jakie zastawiała na nas rzeczywistość. Karemu na przykład
zafundowała właśnie bilet do jednostki wojskowej, przeszkadzając w realizacji jego
życiowych planów. Te zresztą nie były skomplikowane. Kary, który zapuszczał włosy bodaj
trzy lata, chciał je jeszcze podhodować, by urosły jeszcze przynajmniej pół metra, marzył o
wyjeździe do Ameryki (jak wszyscy), a na razie - szło lato - wybierał się w Bieszczady.
W Bieszczady jeździliśmy wszyscy. Hipy zakładały tam swoje hipchaty, systematycznie
niszczone przez milicjantów, którym wystarczał do tego kanister z benzyną. To nie były
Bieszczady z filmu Wilcze echa ani z piosenki Wojciecha Młynarskiego. Już tyle o ile
ucywilizowane, już z zaporą na Solinie, ale z włóczącymi się po Komańczy facetami z
nadrukami "ZK" na waciakach, pracującymi tam przy wyrębie lasu, z nielicznymi
Ukraińcami, po wódce otwierającymi się, ale i wówczas niebezpiecznymi, z całą tą
pograniczną dzikością przyrody i ludzkich serc.
Gdy w 1972 roku przyjechałem do Rzepedzi z Ryśkiem Pędzińskim i jego kolegą
Władeczkiem, w ślad za dziewczynami, które tam wraz z mamą jednej z nich wynajęły
kwaterę. Rozbiliśmy namiot na pustej polanie w pobliżu torów kolejowych. Następnego dnia
rano przyjechał na rowerze gajowy i ostrzegł, że niedawno w tym samym miejscu
zamordowano dziewczynę i chłopaka. Myśleliśmy, że jaja sobie z nas robi, ale w knajpie
tubylcy potwierdzili tę wiadomość.
O hipisowskim życiu w Peerelu świetną książkę "Mistycy i narkomani" napisał po latach
Wojciech Michalewski. Należał on do najwytrwalszych hipów, nieomal ojców założycieli
ruchu, który w istocie zawsze był nieliczny, a jedynie pączkował hipami niedzielnymi,
wakacyjnymi, sympatykami, którzy aktywizowali się latem i przy okazji zlotów: tych
pierwszych - w Kazimierzu, Sopocie i przede wszystkim w Częstochowie.
Nieszczęściem były narkotyki. Cóż z tego, że wielu hipisów po eksperymentach odstawiało
prochy i morfinę - bywało, że na zawsze, skoro wkrótce, właśnie w latach 70., pojawił się
"kompot" i ta brudna heroina zaczęła zabijać często bardzo młodych akolitów ruchu.
Niebawem trudno się było zorientować, kto jest kim, kto jest tylko hipisem, kto tylko
narkomanem, a kto jednym i drugim.
Ze starszych warszawskich hipów pamiętam Sułka i Dzieciaka, a potem całą barwną grupę
przesiadującą w kawiarni Ulubiona, od ksywy jednego z nich "Filipami" zwaną. Ale i taką
Magdę Adamiak, która była, była i nagle nie było jej już nigdy i nigdzie. Podobnie jak jej
nieodłącznej przyjaciółki Baśki Michalskiej. Ale to już działo się w makowych czasach.
Z narkotykowego zagrożenia długo nie zdawano sobie sprawy. Problem lekceważono,
marginalizowano, ośmieszano, robiąc ludziom wodę w mózgach. W "Polityce" z marca 1971
roku, w rubryce "Coś z życia" ukazującej absurdy naszej rzeczywistości, przeczytać można
było następującą notę: "Uniwersał - klej, który klei skórę i wszystko, produkcji ZG Inco.
zaopatrzony jest w wydrukowane na etykiecie ostrzeżenie: Szkodliwy w wypadku spożycia.
Czyżby doszło już do tego, że nasz brat-człowiek nawąchawszy się Tri, ugasiwszy pragnienie
wodą brzozową, zaczął sobie strzelać na kaca klej uniwersalny?". Tego nie ma nawet jak
skomentować: ręce opadają.
Interesujące, że dzisiaj eksponowane bywa polityczne oblicze ruchu wymierzone ponoć w
komunę. Coś było na rzeczy, ale w przesadę popadać nie należy, podobnie jak z hipisowską
religijnością. W tej pierwszej fali hipów, z którą się zetknąłem, nie było jeszcze księdza
Andrzeja Szpaka, a Kriszna nie przeszkadzał Jezusowi - i wzajemnie. Tyle że ten pierwszy -
po sławnym utworze George'a Harrisona - wydawał się bardzo światowy. Po co się oszukiwać
- w rodzimym hipisowaniu najbardziej chodziło o to, by wyróżnić się z szarego tłumu,
zbulwersować "mieszczan" i myśleć, że jesteśmy tacy sami jak nasi rówieśnicy z wolnego
świata. A małpowaliśmy ich bez opamiętania. Chodziło też o muzykę, taką, jaką grano tam, a
nie grano tu. I trzeba było pocieszać się erzacem.
W poszukiwaniu takiej namiastki zawędrowałem któregoś dnia na występ zespołu Blues Trio,
stanowczo niedocenionego, niestety, nieżyjącego już, rockandrollowca Wojciecha
Skowrońskiego. Koncert miał miejsce w namiocie cyrkowym ustawionym koło budującego
się (jeszcze go nie było!) Dworca Centralnego. Zabawa była przednia, a to głównie dlatego,
że po każdym zagranym numerze Skowroński wołał: "Hej!", robiąc palcami znak "victorii" w
stronę długowłosej czeredy stojącej po lewej stronie estrady, czym do furii doprowadzał
garowników zgrupowanych po stronie przeciwnej. "Solidarność" nikomu się nie śniła, a
proszę, popularny "zajączek" budził w łysych łbach te same złe emocje co ćwierć wieku
później w ZOMO.
Trzeba było dopiero 1989 roku i Tadeusza Mazowieckiego, by ten czasowo przejęty przez
hipisów znak "V" podnieść, z trybuny sejmowej, do rangi bez mała państwowej. Inna sprawa,
że premier o mało się przy tym nie obalił.
JAJA - Jajcem holenderskim blues ściśle środowiskową, limitowaną przez cenzurę
popularność zdobył sobie Salon NiezaleŜnych, pupil - o czym się nie pamięta -
Toeplitzowych "Szpilek" z
początku lat 70. Ludność bardziej interesowała się jednak innymi jajami. A te były w trzech
rodzajach: świeżym, chłodniczym i wapnowanym. 19 stycznia 1971 roku nastąpiła sezonowa
obniżka ich cen, jakże mila kieszeni klienta, o czym z satysfakcją nie omieszkała
poinformować prasa, radio i telewizja. Otóż w związku z dobrym przebiegiem skupu o pięć
tygodni wcześniej niż w roku poprzednim obniżono o 0,30 gr cenę jaj świeżych. Odtąd
płaciliśmy 2,70 zł za jajo duże, 2,40 za średnie, a 2,10 za małe. Równocześnie o 0,20 gr
obniżono ceny - znacznie mniej popularnych, czy mówiąc wprost, będących w pogardzie - jaj
chłodniczych i wapniaków. Te ostatnie były - zdaniem urzędników od handlu jajami -
"znosami kurzymi przechowywanymi w wapnie". Capiły jak siarkowodór. A wszystkie jaja w
tamtych niezapomnianych czasach stemplowano trójkątnymi znaczkami: na czerwono
(rzekomo świeże), granatowo (chłodnicze) i czarno (wapienne). Były jeszcze jaja w proszku i
- jedyne nadające się do spożycia - "jaja od baby". "Baba" - w przypadku mojej rodziny pani
Aniela przyjeżdżająca z jajami, serem (niekiedy śmietaną!) i cielęciną z Prostyni koło Małkini
- witana była w progach miejskich domostw niczym najdostojniejszy gość, obecność jej
zwiastowała bowiem nadejście dni tłustych, co przekładało się na przykład na jajecznicę, po
której zjedzeniu człowiek nie dostawał drgawek.
A jeśli chodzi o tamtą obniżkę cen jaj "uspołecznionych" ze stycznia 1971 roku, to już sam
naród musiał rozstrzygnąć we własnym sumieniu, czy i na ile na dobry przebieg skupu z
początku "dekady dobrobytu" osobisty wpływ wywarł pierwszy sekretarz KC PZPR,
towarzysz Edward Gierek. Poprzedniemu skupowi patronował jeszcze Władysław Gomułka.

Bananowy song

książka

Wydawnictwo: Świat Książki

Oprawa: twarda

Ilość stron: 208

Dostępność: niedostępny

Nasza cena: 8,83

Cena detaliczna: 11,17

U nas taniej o 21%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń
Powrót GRATIS! Do każdego zamówienia zakładka mola książkowego!
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (0)

Bananowy song - opis produktu:

Znany dziennikarz dziennika Rzeczpospolita wpadł na pomysł tej książki, jak mówił rozeźlony gloryfikacją gierkowskiej dekady dokonywaną już nagminnie i to bardziej z przyczyn biologicznych niż ideowych. A jak było naprawdę? Jasne, że wszyscy byliśmy kiedyś młodsi i piękniejsi, ale jeśli żyło się oborze i taptało w gnojówce, to nie opowiadajmy teraz bajek o barwach, smakach i zapachach tamtych lat. Portret dekady - pasjonujący i subiektywny.

Bananowy song - szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa:twarda
Wymiary:145x205
Ilość stron:208
ISBN:83-247-0267-9
Wprowadzono: 08.05.2006
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Bananowy song - recenzje klientów


Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.
10.00

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Nie ma

M. Szczygieł

książka (twarda)

33,45 zł taniej -27%

Ogień i krew

G. Martin

książka (twarda)

39,45 zł taniej -33%

Brakująca połowa dziejów Krótka ...

A. Kowalczyk

książka (miękka)

26,69 zł taniej -33%

Magiczne Drzewo. Opowieść X. Czas ...

A. Maleszka

książka (twarda)

25,80 zł taniej -35%

Krzysztof Masłoń - przeczytaj też

Od glorii do infamii Sylwetki ...

K. Masłoń

książka (twarda)

38,13 zł taniej -22%

Puklerz Mohorta Lektury kresowe

K. Masłoń

książka (twarda)

41,81 zł taniej -16%

W pisarskim czyśćcu Sylwetki ...

K. Masłoń

książka (twarda)

38,13 zł taniej -22%

Ciekawe pomysły Gandalfa

film

30.63 zł

taniej -12%

Bananowy czubek

Poznajcie Fieldinga Mellisha, mężczyznę jakich mało. Jego życie dotychczas toczyło się bardzo równomiernie. Praca w charakterze testera żywnościowego łączyła się z kwitnącą miłością pomiędzy nim a Nancy. Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy kobieta postanowiła zakończyć znajomość i rzucić Fieldinga. By przetrawić rozstanie, udaje się on do republiki San...

muzyka

35.99 zł

taniej -55%

Christmas Songs (vinyl)

`Christmas Songs` to album Diany Krall i zarazem sygnał zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Znajdziemy tutaj dwanaście świątecznych piosenek, a wśród nich między innymi nowe interpretacje takich utworów jak `Jingle Bella`, `Let It Snow`, `Santa Claus Is Coming To Town`, czy `White Christmas`. W nagraniach artystce towarzyszą: basiści John Clayton i...

muzyka

824.49 zł

taniej -28%

The Song Remains The Same (Remastered) (Box)...

Reedycja `The Song Remains The Same` z ponownym masteringiem nadzorowanym przez Jimmy`ego Page`a! Jimmy Page dba o to, aby fani jednej z największych legend rocka, grupy Led Zeppelin, mieli co jakiś czas powody do radości. Legendarny gitarzysta od paru lat odświeża wydawnictwa zespołu sprzed lat, w końcu przyszedł czas na ostatnie z nich: `The Song...

muzyka

419.98 zł

taniej -25%

The Song Remains The Same (Remastered) (vinyl)

Reedycja `The Song Remains The Same` z ponownym masteringiem nadzorowanym przez Jimmy`ego Page`a! Jimmy Page dba o to, aby fani jednej z największych legend rocka, grupy Led Zeppelin, mieli co jakiś czas powody do radości. Legendarny gitarzysta od paru lat odświeża wydawnictwa zespołu sprzed lat, w końcu przyszedł czas na ostatnie z nich: `The Song...

muzyka

23.31 zł

taniej -5%

Złota kolekcja. Bananowy Song

Męski kwartet wokalny utworzony jesienią 1978 roku w składzie: Andrzej Kozioł, Witold Paszt, Jerzy Słota i Ryszard Rynkowski. Jego członkowie występowali wcześniej w amatorskich i pó łzawodowych zespołach, m.in. Victoria Singers, Rh- i Sektor A. Zanim pojawił się na estradzie przez kilka miesięcy pracował z choreografem, kostiumologiem, lektorem języka...

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku

4.99

14.99

14.99

2.60

2.84

4.96

2.99

2.99

8.99

1.99

Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność › przejdź do koszyka
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: