Recenzje książek
Od kwietnia do kwietnia
W marcu do rąk czytelników trafił wybór tekstów jednego z najbardziej uznanych poetów z kręgu anglojęzycznego. Wydany nakładem Biura Literackiego tom „Od kwietnia do kwietnia” jest prezentacją dorobku Michaela Longleya, twórcy już od bez mała czterdziestu lat zajmującego ciepłą posadkę na wyspiarskim poetyckim panteonie. Prezentacja jego twórczości zebrana w wydany przez wrocławskie biuro tom, jest być może nie obszerna, lecz niezwykle istotna. Bogata twórczość Longleya niewiele miała szans by dotrzeć do polskiego odbiorcy, publikowana była bowiem zaledwie w dwóch książkowych odsłonach, dosyć już zresztą odległych czasowo od współczesności. Pierwsza obszerna prezentacja poezji Longleya miała miejsce w roku 1983, za sprawą antologii przygotowanej i zredagowanej – co nikogo nie powinno zaskoczyć - przez Piotra Sommera. „Antologia nowej poezji brytyjskiej” pewnie dla wielu, a również i dla mnie, była pierwszym zetknięciem się ze współczesną poezją angielską spoza kręgu „przykurzonych” klasyków w rodzaju Yeatsa czy Audena, przybliżała teksty dwudziestu trzech pisarzy, min. Douglasa Dunna, Johna Fullera, Seamusa Heaneya, Dereka Mahona, Briana Pattena czy Michaela Longleya właśnie, w tłumaczeniach Sommera, Bohdana Zadury i Jarosława Andersa. Kolejną odsłoną był liczący jedynie 68 stron tomik „Lodziarz z Lisburn Road”. „Od kwietnia do kwietnia” jest więc najpełniejszą jak dotychczas prezentacją pisarstwa irlandzkiego klasyka i choćby z tego właśnie względu, lekturą obowiązkową dla wszystkich czy to studiujących literaturę angielską, czy po prostu fascynujących się współczesną poezją. Dobrze będzie uzupełnić lekturę tomu historyczno-literackim wstępem pióra Sommera, rozpoczynającym wyżej wspomnianą antologię z 1983 roku. Jest to niezawodny przewodnik na drodze dalszych literackich poszukiwań, zarysowujący nurty dwudziestowiecznej poezji brytyjskiej; przewodnik będący niezastąpionym źródłem odniesienia dla tekstów poety z Belfastu. Longley, jeden ze stałych uczestników legendarnych literackich spotkań Philipa Hobsbauma (wykładającego literaturę angielską na Queen’s Unversity), jednym tchem wymieniany jest obok najważniejszych poetów Ulsteru – Seamusa Heaneya, Dereka Mahona i Jamesa Simmonsa. Właśnie w tym kręgu ukształtowały się najważniejsze poetyckie debiuty lat 60, na które skostniały Londyn oblewany zatęchłymi wodami Tamizy, przez całe lata 60 i 70 łypał zazdrosnym oczkiem. Literackim „elitom” angielskiej stolicy nie pozostało nic więcej niż przyglądanie się prowincji, której wszak wstyd nawet zazdrościć. Longley jak i inni doskonale z owej „prowincjonalności” zdawał sobie sprawę, czerpiąc ze swobodą i radością z dobrodziejstwa lokalnego kolorytu. Odsyłam tutaj do posłowia Sommera, który świetnie obrazuje ową fascynację oraz niemalże natrętną potrzebę niekończącego się wyliczania elementów najbliższej rzeczywistości: przedmiotów, krajobrazu czy też - znajomych ludzi. Poezja Michaela Longleya jest z jednej strony bardzo „swojska”, z drugiej - poprzez użycie bardzo klasycznych form wiersza (pisarz podobno już na studiach znany był z niezwykłej łatwości i swobody posługiwania się licznymi klasycznymi formami), a także czegoś co nazwałabym mitologiczną, epicką wyobraźnią, staje się wielowymiarowa i wbrew swej pozornej prostocie, wbrew językowi nieskomplikowanemu - jest pobudzającym, niepokojącym agregatem ascetycznego rozmachu. Topografia zarysowująca się w tych tekstach może być odczytywana w kategoriach zarówno irlandzkości, od czego Ulsterczycy nigdy się nie odcinali, ale kontekst „irlandzki” bardzo łatwo jest odstawić na plan dalszy, tak jak w przypadku tekstów takich jak „Wyspa”, „Miasto Widmo” czy „Loamshire”. Działa to również doskonale w drugą stronę – tekst o oczywistej konotacji mitologicznej („Kirke”) stać się może w mgnieniu oka opowieścią na wskroś rodzimą, „brzegi mej wyspy” brzegami Irlandii. Wszystko tu jest nienachlane, stonowane, wysmakowane, a nawet takie tematy jak wojna, które w zasadzie powinny zagotować poetycką krew autora pochodzącego z kraju nieustannie wstrząsanego bezsensownymi konfliktami o fanatycznym, sekciarskim podłożu, są obecne w tej poezji bardzo subtelnie, nie czyniąc z niej politycznego narzędzia (co często kierowane było wobec Ulsterczyków w formie zarzutu o nie wystarczające zaangażowanie się w ważkie sprawy polityczne). Longley nie dał się upolitycznić i chwała mu za to. Nie pozostał jednak obojętny, a teksty pokroju „Kindertotenlieder”, winny zaspokoić krwawy głód wszystkich spragnionych politycznych manifestów: Nie może być piosenek dla umarłych dzieci W pobliżu obłąkanego koła eksplozji, Gdzie się rozszczepia styczna rykoszetu, Żadnych piosenek dla dzieci, co zostały Moimi lokatorami bez granic, odciskami palców Na wszystkim, śladami zębów na tym i na tamtym. U Longleya pokojowym manifestem może być zarówno osadzony w mitologicznych realiach wiersz „Zawieszenie broni”, jak i konfesyjny, wydaje się – osobisty liryk „Rany”. Wojna jednak, czy konflikt zbrojny per se, pojawiać się będzie tutaj rzadko, nigdy wulgarnie, nigdy ostentacyjnie, czyli nie tak jakby chcieli tego rewolucjoniści zarówno z jednej jak i z drugiej strony barykady. Poezja pozostaje poezją. „Od kwietnia do kwietnia” powinno znaleźć się na półce każdego czytelnika chcącego poznać bliżej historię współczesnej poezji, niezależnie od kwestii literackich gustów. Tym, których klasycyzująca forma wiersza odstręcza i sprawia, że czytanie staje się niemozliwe oczywiście nie namawiam do stawiania Longleya na siłę obok futurystów czy nowojorczyków. Niemniej zachęcałabym do szybkiej lekturki, mającej na celu pobieżne cele literacko-poznawcze. Szukających tzw. „polskich punktów odniesienia” być może zachęcę, porównując poezję Longleya i ten wszechogarniający, a jednocześnie przesiąknięty lirycznym duchem, racjonalizujący spokój do twórczości Herberta, aczkolwiek ostrzegam, że jest to prawdopodobnie skojarzenie bardzo osobiste – być może mylne. (Dobra okazja by sprawdzić). recenzja pochodzi z portalu papierowemysli.pl autor recenzji: Justyna Banaszczyk
AUGUST III SAS
Biografię Augusta III napisaną przez prof. Jacka Staszewskiego czyta się z wielkim zainteresowaniem. Autor miał odwagę zająć się tym królem polskim, który powszechnie ma opinię jednego z najgorszych władców, jacy kiedykolwiek zasiadali na tronie polskim. Mało tego – wraz z ojcem czyni się go odpowiedzialnym za utrzymywanie się Rzeczypospolitej w wewnętrznym rozkładzie, innymi słowy za stworzenie sytuacji, w której rozbiór Polski był już tylko formalnością. Nie tylko wreszcie – poza szkicami o charakterze popularnonaukowym czy artykułami w Słowniku Biograficznym czy encyklopediach – brakowało gruntowniejszej pracy poświęconej Augustowi III, ale stan wiedzy o jego panowaniu zarówno w Rzeczypospolitej jak i w Saksonii jest bardzo niepełny. Całe okresy i istotne problemy nie stały się dotąd przedmiotem badań. To też zadanie, jakie sobie postawił Jacek Staszewski było wyjątkowo trudne. Otwierało wszakże przed nim szansę bardziej nowoczesnego spojrzenia na osobę Augusta III, wydobycia tych wątków, które dotychczas były lekceważone albo pomijane, lepszego wyważenia, niż czynili to poprzednio historycy, miedzy pozytywnymi a negatywnymi stronami jego osobowości. Jacek Staszewski należy do historyków niepokornych, którzy przede wszystkim krytycznie ustosunkowują się do ocen przyjętych bez gruntowniejszych badań, a utrwalonych w historiografii, i wyżej cenią wyniki gruntownej kwerendy źródłowej niż sądy najznakomitszych poprzedników. Nic więc dziwnego, że znakomicie umiał skorzystać z szansy, jaka się przed nim otwarła, i napisał książkę, która podważy sporo mitów pokutujących w polskiej świadomości historycznej. A w każdym razie powinna podważyć te mity. Autor jest znawcą czasów saskich, przyczem jest oto znajomość oparta nie tylko na gruntownym opanowaniu całej literatury dotyczącej tego okresu (przyznajmy, że jak dotąd niezbyt obfitej, choćby w porównaniu z XVII w. i dobą Oświecenia), ale także na dogłębnym przebadaniu archiwów i zbiorów rękopisów zarówno w Polsce jak i za granicą, szczególnie w Dreźnie. Zaczynał od początków panowania Augusta II, ale w ostatnich latach skoncentrował się właśnie na panowaniu Augusta III, zwłaszcza jego okresie końcowym. Omawiana praca jest wynikiem tych badań, które zresztą znalazły odbicie i w innych rozprawach. Wystarczy zajrzeć do przypisów, a zwłaszcza do zestawienia najważniejszych wykorzystywanych archiwaliów drezdeńskich, by nie mieć pod tym względem żadnych wątpliwości. Autor nie tylko więc przedstawił postać Augusta III w oparciu o dotychczasową literaturę, ale uzupełnił ja własnymi, bardzo istotnymi kwerendami archiwalnymi. Dokonał więc o wiele więcej, niż większość autorów piszących dla takich serii. (…) W sumie należy stwierdzić, że książka Jacka Staszewskiego, dodajmy dobrze napisana, posłuży lepszemu zrozumieniu trudnych czasów saskich i w pełni zasługuje na przeczytanie. autor recenzji: prof. Józef Gierowski
Pokaż więcejPrzystupa
Od ponad dwu stuleci doświadczenie życia na obczyźnie nierozerwalnie zrosło się z polskim losem. Można by je nawet umieścić w pierwszej dziesiątce polskich ulubionych tematów literackich. Często odnosi się wrażenie, że powiedziano już o niej wszystko. Tym większym zaskoczeniem jest więc najnowsza książka Grażyny Plebanek. A to dlatego, że pisarka oparła się na schemacie powieści łotrzykowskiej. Mocno go jednak zreformowała. Perypetie bohaterki, dwudziestolatki ze wsi, na pozór wyglądają dość typowo. Niewykształcona, wychowana w zdegenerowanej rodzinie dziewczyna nie ma praktycznie żadnych szans na społeczny awans. Potrafi jedynie zajmować się domem albo dziećmi – i nie zamierza robić nic więcej. Na ogół zadowala się darmowym utrzymaniem oraz symbolicznym wynagrodzeniem. Kolejne miejsca pracy, do których trafia najpierw w Polsce, a potem w Szwecji, nie oznaczają stopniowej poprawy jej bytu. Lecz jak to wzorcowa „łotrzyca”: Przystupa bierze to, co przyniesie jej los i pragnie jedynie przetrwać. Zgodnie ze schematem nie ingeruje w to, co się dzieje, ale też – już wbrew konwencji – z opresji nie wychodzi dzięki życiowej mądrości. Na swoich państwa działa niczym katalizator sprawiając, że ujawniają swoje kompleksy, dopuszczają się różnych podłości, a w jednym przypadku nawet zbrodni. Poszczególne konfrontacje Przystupy z kolejnymi rodzinami są okazją do przyjrzenia się emigranckiej społeczności w całym jej zróżnicowaniu. Zatem nie dramatyczne przygody głównej bohaterki, lecz perypetie tych, z którymi się styka są sposobem na zademonstrowanie, po co się wyjeżdża, jak się żyje nie u siebie i jak wpływa to na zmianę charakteru. A także tego, czym polska społeczność różni się od szwedzkiej. Czy ta konfrontacja uczy czegoś samą bezimienną bohaterkę? Niekoniecznie, jej podróż zakończona powrotem do Polski nie doprowadza do spektakularnej przemiany wewnętrznej, choć jednej rzeczy bohaterka się uczy – miłości. Nie takiej jednak, która pozwalałaby zakończyć tę historię romantycznym happy endem. Który zabrzmiałby jak dysonans, albowiem cała ta historia została opowiedziana surowo i bez cienia sentymentalizmu. Ostentacyjnie wręcz niekobieco, choć kobiety wysuwają się tu na plan pierwszy. autor recenzji: źródło: Instytut Książki
TO WRÓCI
Julia Hartwig to – obok Wisławy Szymborskiej – druga „wielka dama” polskiej poezji, w ostatnich latach niezwykle aktywna twórczo i wydająca co roku nowe książki z poezją, esejami, dziennikami jej licznych podróży i przekładami. To wróci jest jej ostatnim tomem wierszy, ułożonym starannie i zaopatrzonym w wyraziste przesłanie. O czym więc myśli poetka w wieku, w którym robi się często podsumowanie własnego życia? Najpierw – poszukuje sekretu piękna, ale bardziej może intryguje ją sekret wielkości, poetyckiego, malarskiego czy muzycznego geniuszu. O ten sekret pyta wielu twórców: Keatsa, Iwaszkiewicza, Goethego, Miłosza, Dantego, Norwida, Van Gogha, Celnika Rousseau, Diabellego, Rimbauda, Krystiana Zimmermana, Lutosławskiego, Schuberta, Ravela, a ich odpowiedzi są z reguły proste – i nieskończenie trudne w realizacji, jak ten postulat wiary w realność naszych tworów, która kazała Celnikowi Rousseau bać się namalowanego przez siebie tygrysa. Wiersze Julii Hartwig są często krótkie, wręcz aforystyczne, napisane z wielką prostotą, ale – jak to często bywa z poezją późnego wieku – dotykające tematów zasadniczych dla całości egzystencji jednostki. Więc gra w tej poezji chwila, zapatrzenie, nagłe krótkie spięcie skojarzenia, z każdego zetknięcia z materią życia może nagle wysnuć się refleksja o nieskończoności. Można powiedzieć, że proste zdarzenia i doznania obciąża coraz większe pragnienie, aby coś istotnego znaczyły – przyłożone do niepowrotnie utraconej przeszłości i wciąż nie rozpoznanej, a coraz to dla jednostki szczuplejszej przyszłości. Postrzeganie teraźniejszości w tych dwu kontekstach, w których poszukuje się sensu i które w końcu usuwają w cień i niebyt to, co nam przynosi – zastąpiona marzeniem – obecna chwila, jest może najbardziej charakterystyczne dla późnej, pełnej filozoficznej zadumy poezji Julii Hartwig. autor recenzji: źródło: Instytut Książki
39,9
Tytułowe 39.9 oznacza wiek bohaterki a zarazem narratorki książki Moniki Rakusy. Przez dziewięć miesięcy, które dzielą ją od osiągnięcia wieku średniego chce ona dokonać życiowego bilansu, po to, by wreszcie „dorosnąć” i pogodzić się ze sobą. Zabiera się do tego radykalnie, nie tylko przy pomocy pamiętnika, w jakim opisuje całe swoje życie począwszy od dzieciństwa, ale także przy pomocy specjalistów. To, co przeszła i z czego wciąż nie może się otrząsnąć, wymaga jej zdaniem psychoterapii. Bohaterka decyduje się na ustawienia hellingerowskie, wiedząc, że na jej egzystencji zaciążyła nie tylko toksyczna relacja z matką, ale także żydowscy przodkowie. O ile terapie nie przynoszą spektakularnych efektów, o tyle autowiwisekcja, którą przeprowadza 39-latka, najwyraźniej przynosi oczyszczenie, o jakie chodzi. Bohaterka układa w logiczny ciąg swoje życiowe wybory, dociera do źródeł swoich kompleksów i sprawdza krok po kroku, co ukształtowało jej światopogląd. A wszystko to osadza na tle powojennych dziejów Polski, które w jej przypadku rozpoczynają się od schyłku lat 60. Jest to więc opowieść, w której duża historia, w aspekcie społeczno-obyczajowym, zderza się z małą historią; małą najdosłowniej, bo kluczowe dla tej biografii wydarzenia rozegrały się w dzieciństwie bohaterki. Oprócz sugestywnie przedstawionych realiów na uwagę zasługują tu dwa niezwykłe portrety kobiece: bohaterki i jej matki. Oba nakreślone są z imponującą szczerością, możliwą dzięki dystansowi czasowemu, jaki dzieli narratorkę od traumatycznych wypadków. Dopiero teraz potrafi ona ocenić i siłę, i słabość matki, jej walkę z ograniczeniami narzuconymi przez ułomność, a jednocześnie heroiczne zabiegi o to, by znaleźć partnera. Owe, uwieńczone w końcu sukcesem, poszukiwania w opowieści córki przybierają kształt tragifarsy, w której roi się od naciągaczy i wujków-dewiantów. Dziennik Rakusy nawiązuje do schematu znanego z „Dziennika Bridget Jones”, lecz tylko formalnie. Protagonistka książki Rakusy również walczy z nieposłusznym ciałem albo narzuca sobie postanowienia poprawy. Niemniej czyni to w sposób, który w służącej rozrywce konwencji nie ma racji bytu. Jak się jednak okazuje, skostniały schemat może być naprawdę inspirujący. autor recenzji: źródło: Instytut Książki
Tylko miłość
Hipolit Sicher ,czterodziestoparoletni psychiatra, doskonale ustawiony zawodowo i finansowo, dochodzi pewnego nagle do wniosku, że zmarnował życie, bo przed laty uciekł sprzed ołtarza i już nigdy więcej się nie zakochał. Po dwóch dekadach, jakie minęły od dramatycznych wydarzeń, wciąż nie potrafi sobie wytłumaczyć, dlaczego właściwie zerwał z ukochaną. Ja tymczasem nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak po raz kolejny można brać się za dowodzenie najbanalniejszej z prawd, że najważniejsza w życiu jest miłość. I jak można oszukiwać czytelnika, iż psychiatra nie zna metod autoanalizy i nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, w czym tkwił problem. Cóż, można jak najbardziej. Nie tylko kazać uwierzyć, że bohater potrzebuje cudu, aby się nad sobą zastanowić, ale jeszcze z premedytacją wprowadzać odbiorcę w maliny, ujawniając niemal z miejsca, że za tajemnicą nie kryje się żadna specjalna tajemnica. Choć w pewnym momencie autor tworzy iluzję jak z thrillera science fiction – i na nią nie można się zdać. Banał, nuda i zmyłki, za które rekompensatą nie będzie to, że po swojej niby-wyprawie w przeszłość Hipolit przestaje być wreszcie skrajnym egoistą. A jednak: takich Hipolitów, którzy panicznie boją się być szczęśliwi, są miliony. Nie usprawiedliwia ich ani fizyczna niedoskonałość, ani żadna szczególna trauma, ani wyższy cel, dla jakiego się poświęcają. Nie chce im się kochać – i już. Powieść Philippa Segura ma więc podtekst głęboko ironiczny. Autor podarowuje swojemu bohaterowi i wspaniałą kobietę, i dobrą gwiazdę, i magiczne właściwości,i co najmniej kilka scenariuszy, w których mógłby zagrać ciekawszą postać – ale Hipolit z niczego nie potrafi skorzystać. Samo wyobrażanie sobie, jakie ma możliwości, mu w zupełności wystarcza, lecz trudno uwierzyć, by którąkolwiek z nich chciał wcielić w życie, bo jeśli by mu się udało, to straciłby powody do użalania się nad sobą "Tylko miłość" nie jest więc apologią miłości, lecz próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak wielu ludzi nie chce jej doświadczyć. Co wiąże się z inną kwestią – czy dziś miłość pozostaje wciąż wartością najwyższą, czy może zaliczyć ją należy do czynności niemodną lub do zbioru ekscentrycznych wybryków? Gdyby ograniczyć się do teorii głoszonych przez specjalistów od ludzkiej natury, to trudno wyciągnąć budujące wnioski w tej sprawie. Na szczęście jednak zdecydowana większość homo sapiens woli praktykę. autor recenzji: źródło: www.czytelnia.onet.pl
Greywalker
Harper Blaine jest prywatnym detektywem. I tzw. twardą sztuką. Jednak to nie zawsze jest wystarczającą obroną. Pewnego dnia Harper zostaje pobita i umiera. Na całe dwie minuty. Okazuje się, że ten czas wystarczył, aby otworzyć dla Harper świat Szarości – strefę wspólną między światem żywym a inną rzeczywistością. Miejsce, w którym poruszają się duchy, wampiry i upiory. Teraz Harper jest dla nich tym, czym latarnia morska dla rozbitka. A, jak się okazuje, duchy też potrzebują detektywa. W ten sposób Harper staje przed zadaniem odszukania pewnego coraz bardziej blednącego chłopca, nekromanckich organów dla pewnego mściwego ducha i zrobienia sporego zamieszania w świecie miejscowych wampirów. Wszystko byłoby nieźle i może dałoby się na tym nawet zarobić, ale Harper nie do końca chce przyjąć do wiadomości, że przestała być człowiekiem… "Greywalker" to świetna powieść, łącząca klasyczny kryminał z powieścią fantastyczną. Książka Kat Richardson troszkę przypomina klimaty "Underworld" z jego społecznością współczesnych wampirów, a trochę przypomina świat Innych Siergieja Łukjanienki ( pomijając depresyjny nastrój ). I czerpie też z klasyki kryminału, choć Harper daleko od Marlowe'a czy bardziej nam współczesnego Brudnego Harry'ego. Dla mnie plusem powieści jest to, że bohaterka, to właśnie…bohaterka. I to nie jakaś szemrana blond lala, ale rzeczowa, profesjonalna pani detektyw. Po drugie, podoba mi się to, że jako profesjonalna detektyw Harper nie gania ze spluwą po całym mieście jak ukąszona w zadek, nie ryzykuje niepotrzebnie i mówiąc najogólniej - jest zimną, ostrożną profesjonalistką. Nie przeżywa też duchowych rozterek, nie zalewa robaka ( szklanka whisky w jej ręku pojawia się raz, może dwa razy), a jej stosunek do życia można streścić w jednym zdaniu "Jak się nie uda, to trudno ale zróbmy wszystko, żeby się udało". autor recenzji: źródło: www.czytelnia.onet.pl
Salvador Dali Życie i tówrczość
„Salvador Dali - Życie i twórczość” to książka doskonała dla fanów znanego surrealisty, Salvadora Dali. To pełna biografia artysty z podziałem na poszczególne okresy w jego życiu. Dowiemy się z niej, kto przyczynił się do zapoczątkowania pasji u młodego jeszcze Salvadora, który już w wieku 10 lat rozpoczął naukę rysunku, chociaż początkowo był to rysunek impresjonistyczny. Książka opisuje młodość artysty, początki jego twórczości oraz sposób, w jaki się ona rozwijała i w jakim szła kierunku. Dalej czytamy o jego miłości do Gali, którą można zobaczyć na jego obrazach. Szczegółowe informacje na temat tego, gdzie się urodził, uczył i wśród jakich osób się obracał, dają nam dokładny portret tego artysty i pozwalają zrozumieć, co kierowało nim podczas tworzenia nowych obrazów. „Salvador Dali - Życie i twórczość” to książka pełna najbardziej znanych obrazów takich jak m.in.: Płonąca żyrafa, Sen czy Uporczywość pamięci. Wśród nich są również dość szokujące fragmenty filmu zatytułowanego „Pies andaluzyjski”, nakręconego wraz z Luisem Bunuelem. Książę te zdecydowanie polecam osobom interesującym się sztuką, gdyż Salvador Dali jest bez wątpienia jednym z najwybitniejszych jej przedstawicieli. autor recenzji: źródło: www.ezylion.pl
Księga listów
Przepiękna książka trafiła niedawno na półki księgarń, nakładem wydawnictwa Słowo/obraz terytoria ukazała się bowiem Księga listów Brunona Schulza. Jest to nie lada gratka dla wielkiego grona uwielbiających tego autora czytelników, już to dlatego, że pozwoli im w bardzo bezpośredni sposób poznać jego wciąż przecież dość tajemniczą sylwetkę, już to z prostej przyczyny, że znikomy dorobek pisarski Schulza, który przetrwał wojnę, poszerzony został o kolejną pozycję. Listy zebrał i przygotował do druku nieżyjący już niestety Jerzy Ficowski, wybitny badacz życia i twórczości Brunona Schulza, zajmujący się zbiorami epistolarnymi drohobyckiego prozaika przez ponad sześć dziesięcioleci. Ficowski opatrzył swoje dzieło obszernym wstępem. Nie kryje wcale, że przedstawiany zbiór listów jest zaledwie szczątkową prezentacją niezwykle bogatej korespondencji Schulza, niemniej w Księdze listów znajdują się prawdopodobnie wszystkie istniejące schulzowskie epistoły. Brakuje wśród nich niestety przesyłek kluczowych dla pełnego poznania artysty (biografia Schulza opiera się bowiem w dużej mierze właśnie na jego listach), czyli tych, które wymieniał z przedwcześnie zmarłym obiecującym pisarzem Władysławem Riffem, z przyjaciółką Deborą Vogel, z narzeczoną, której pisarz jednak nigdy nie poślubił – Józefiną Szelińską oraz z Zofią Nałkowską, z którą łączyła Schulza nić porozumienia tak wielka, że jej późniejszy partner zniszczył w ataku zazdrości unikatowy egzemplarz Sklepów cynamonowych. Niedostatek po części rekompensuje Jerzy Ficowski, przybliżając charakter poszczególnych znajomości pisarza, opierając się bądź to na relacjach świadków, bądź na własnej korespondencji z Szelińską, bądź na Dziennikach Nałkowskiej. W Księdze listów znajdziemy więc korespondencję Schulza prowadzoną m.in. z Julianem Tuwimem, Witoldem Gombrowiczem, Tadeuszem Brezą, Stanisławem Ignacym Witkiewiczem czy Jarosławem Iwaszkiewiczem, by wymienić zaledwie najznamienitszych polskich pisarzy przedwojnia. Księga listów doczekała się pięknego kolekcjonerskiego wydania, godnego największych pisarzy polskich. Czytelnicy mogą zapoznać się nie tylko z treścią listów, ale również z ich rękopisami. Książka opatrzona została także fotografiami korespondentów Schulza. To wszystko sprawia, że publikacja jest jedną z najciekawszych propozycji wydawniczych ostatnich miesięcy. Więcej na www.pan-slawista.pl autor recenzji: Mirosław Śmigielski, „Pan Slawista” 5-6/2008
Mój 1968. Po drugiej stronie muru
Książka składa się z dwóch części. Taniec wśród czołgów jest świadectwem inwazji Wojsk Układu Warszawskiego na Pragę w 1968 roku. Eco opisuje ówczesną sytuację jako „wielkie napięcie, wielki spokój, a przy tym niezwykłą witalność, atmosferę święta.” Hipisi wymachiwali czechosłowackimi flagami, przepędzali Rosjan i wychwalali Dubčeka. Sam autor, a zarazem uczestnik wydarzeń, nie używa określenia „rewolta” na przedstawienie tego, co działo się wówczas na ulicach Pragi, ponieważ „byłaby to najbardziej oczywista interpretacja zdarzeń. Tymczasem to, co się tutaj dzieje, wcale nie jest oczywiste – wykracza poza wszelkie reguły.” Zaskakująca jest również wysunięta teza, że Czesi nie atakowali Rosjan jako swoich najeźdźców. „To przyjaciele, którzy mają antypatyczny rząd, ale sami są dobrzy, jeśli się przyjrzeć każdemu z osobna.” Tajemnica Gomułki traktuje o warszawskim roku 1968. Telesio Malaspina (pod takim pseudonimem Eco pisał ten reportaż) przedstawia Polskę obiektywnie, czyli niestety w ciemnych barwach, jako kraj, do którego nie można się dostać, jeśli się nie ma nic na sprzedaż lub jeśli się zdradzi zawodowe (dziennikarskie) nim zainteresowanie. Polska jawi się tu jako miejsce, gdzie intelektualiści stronią od ujawniania swoich poglądów, jako kraj nasączony antysemityzmem; jako kraj, w którym problemy są inne niż na Zachodzie; kraj, w którym (w odróżnieniu do Czechosłowacji) nie dyskutuje się tylko milczy. Więcej na www.pan-slawista.pl autor recenzji: Ewa Śmigielska, „Pan Slawista” 5-6/2008
Pałac Ostrogskich
Pałac Ostrogskich jest tekstem autobiograficznym. Takie przynajmniej odnieść można wrażenie, czytając pierwsze rozdziały, w których autor wprowadza czytelnika do swojego świata, opowiada o swojej rodzinie, pracy, o najintymniejszych przeżyciach związanych z uzależnieniem od narkotyków. Początkowe partie tekstu skomponowane są jak przemyślenia, wspomnienia, uwagi, czasem balansują na granicy felietonu. Krótkie rozdziały, powiązane ze sobą zazwyczaj tylko osobą narratora, niepostrzeżenie zaczynają jednak przybierać formę spójnej opowieści. Autor najwyraźniej bawi się tekstem, nie tyle jego sensem, co konstrukcją. Żongluje wątkami, dowolnie je porzucając i powracając do nich, łącząc je i rozdzielając. Można pokusić się o stwierdzenie, iż konstrukcja Pałacu Ostrogskich jest „warkoczowa” - istnieje duża liczba wątków, które, owszem, przeplatają się ze sobą, istnieją jednak całkowicie samodzielnie, a podstawy ich wszystkich szukać należy nie gdzie indziej, tylko w głowie autora. Piątek bowiem, wykorzystując początkową atmosferę zwierzenia, czyli zdobywając wiarę czytelnika, iż autor opisuje po prostu fakty ze swojego życia, zaczyna snuć fabulacyjne fantazje, wydaje się, że często zbliżone bądź inspirowane przeżyciami ze świata narkotycznego, w którym bohater Pałacu, Tomasz Piątek, funkcjonuje pod ksywką Kędzior. (…) Pałac Ostrogskich jest tekstem wielowątkowym, „warkoczowym”, niejednorodnym gatunkowo, z wieloznaczną fabułą. Piątek porusza wiele trudnych tematów. Wprowadza do świata narkotyków, tak zupełnie innego od świata, który znamy. Stawia niełatwe pytania o sens życia. Sam autor Pałacu Ostrogskich z odrobiną ironii twierdzi, że czytelnik w tej książce znajdzie odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie jest to prawda. Prawdą natomiast jest, że książka stawia wiele pytań, na które czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam, co być może stanowi o jeszcze większej wartości tekstu. Więcej na www.pan-slawista.pl autor recenzji: Filip Obrębski, „Pan Slawista” 5-6/2008
Włos Wenery
Wszystkie najciekawsze cechy pisarstwa Szyszkina możemy poznać dzięki lekturze jego najnowszej powieści Włos Wenery, która ukazała się nakładem oficyny literackiej Noir sur Blanc w przekładzie Magdaleny Hornung. Główny bohater i zarazem narrator powieści jest rosyjskim tłumaczem współpracującym ze szwajcarskimi służbami imigracyjnymi. Analogiczna sytuacja życiowa i ten sam rodzaj wykonywanej pracy zbliżają bohatera-narratora do autora powieści i pozwalają na częściowe utożsamienie tych postaci. Są one bowiem skupione wokół tych samych historii, opowiadanych przez starających się o status uchodźcy uciekinierów z Rosji i byłych republik radzieckich. Opowieści te wypełniają świadomość bohatera, przeplatają się z jego własnymi wspomnieniami, doświadczeniami emigracyjnej rzeczywistości, lekturami, snami, wizjami nawiedzającymi narratora. Drastyczne, liryczne, wzruszające, cyniczne – wszystkie te historie stają się udziałem bohatera, którego wrażliwość nie pozwala mu pozostać obojętnym ani na ludzkie losy, ani na literackie gatunki i style, jakie przybierają (chociażby potencjalnie) zasłyszane i przetworzone fabuły. Włos Wenery jest powieścią o ludzkiej potrzebie opowiadania o własnym życiu. Niezliczeni bohaterowie walczą w niej o chociażby chwilowe prawo głosu, o szansę na przekazanie swojej historii (nawet jeśli nie jest ona w pełni autentyczna). Tłumacz jest osobą, która cierpliwie musi ich wszystkich wysłuchać, pisarz stawia sobie za zadanie ich zatrzymanie, nadanie rangi, uwiecznienie. Opisanie cierpienia daje szanse na nadanie mu sensu, dlatego bezimienni często bohaterowie zabiegają o prawo do bycia wysłuchanym, o prawo zaistnienia w świadomości wszechmocnego narratora, który doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej władzy nad zasłyszanymi opowieściami. Przekonanie o tym, że ważna jest nie tylko każda historia, ale także każdy jej szczegół znajduje wyraz w licznych sentencjach, które można odnaleźć w powieści... Nic nie przemija – człowiek napisze coś przypadkowo w dzieciństwie widłami na wodzie przy przyciąganiu piłki, która wpadła do stawu, a okaże się, że to już na zawsze. Więcej na www.pan-slawista.pl autor recenzji: Marta Kędzierska, „Pan Slawista” 5-6/2008
Straszydła na co dzień
Karel Michal (właściwie Pavel Buksa) zmarł śmiercią samobójczą w 1984 roku. Dziś należy niestety do pisarzy zapomnianych, tym większa chwała wrocławskiej Oficynie Wydawniczej Atut za przypomnienie Michala polskim czytelnikom. Straszydła na co dzień to zbiór siedmiu opowiadań. Wszystkie naznaczone są dość specyficznym poczuciem humoru autora. Nie jest jednak Michal humorystą pokroju Zdeňka Jirotki, zdecydowanie bliżej mu bowiem do Haška, czy wręcz do Kafki. Humor Karela Michala jest spod znaku absurdu. Często rzekomo komiczne sytuacje ukazują bohatera w sytuacji tragicznej, w której śmiech byłby nie na miejscu. Doskonały przykład tego typu humoru znajdziemy już w pierwszym opowiadaniu Straszydeł na co dzień, mianowicie w Silnej osobowości. Głównym protagonistą jest żyjący w ciągłej biedzie i poniżeniu księgowy Mikulaszek. Tego typu postać pojawia się w literaturze czeskiej niezwykle często (wspomnijmy choćby Świnki morskie Ludvíka Vaculíka czy Pana Theodora Mundstocka Ladislava Fuksa) i zawsze odbierana jest jako element polemiki bądź wariacja na twórczość Kafki. (…) Mamy tu więc nie tylko bohatera wzorowanego na Józefie K., ale również kafkowski motyw przemiany, kafkowski tragizm oraz kafkowską duchotę, podaną zręcznie, z typową dla czeskiej literatury lekkością i wdziękiem. Takie właśnie są opowiadania Michala – egzystencjalne, ale delikatnie zabarwione humorem. Fabułą uciekające w stronę fantazji, ale w swym wydźwięku niezwykle realistyczne. Intrygujące. Więcej na www.pan-slawista.pl autor recenzji: Filip Obrębski, „Pan Slawista” 5-6/2008
Szlakiem Piastowskim. Przewodnik turystyczny
W czerwcu do księgarń trafił pięknie wydany (kredowy papier, twarda oprawa) czwarty tom serii, czyli Szlakiem Piastowskim. Wędrówkę zaczynamy w Gnieźnie. Autorzy nie tylko oprowadzają czytelnika po mieście, ale zapoznają go z legendami związanymi z miastem oraz jego wielowiekową historią. Szczegółowe opisy poszczególnych zabytków wzbogacone są starymi rycinami oraz pięknymi fotografiami przedstawiającymi stan dzisiejszy. Spacerując z Izabelą i Tomaszem Kaczyńskimi po Gnieźnie dowiemy się również, kim była błogosławiona Jolenta Helena oraz poznamy historię zakonu Bożogrobców. Oczywiście zostaniemy również oprowadzeni po Katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Kiedy już opuścimy Gniezno, wyruszamy na szlak. Autorzy wyznaczyli cztery trasy, którymi można podróżować, zwiedzając okolice Gniezna: do Uzarzewa, Inowrocławia, Kruszwicy i Poznania. Podczas każdej z tych wycieczek poznamy wiele urokliwych miejscowości, kryjących w sobie prawdziwe perły architektoniczne, sakralne oraz przyrodnicze. Większość z proponowanych przez Kaczyńskich miejsc leży z dala od głównych dróg. Są to miejscowości urocze, choć często nieznane lub zapomniane. Idąc szlakiem Piastów, dotrzemy do wieży widokowej w Dusznie, drewnianego kościoła w Wylatowie czy do romańsko-gotycko-renesansowej świątyni w Kościelcu Kujawskim. Wędrując zgodnie ze Szlakiem Piastowskim zwiedzimy blisko sto miejscowości oraz kilkaset zabytków rozwijającej się na tych ziemiach przez ponad tysiąc lat kultury Państwa Polskiego. Państwo Kaczyńscy przygotowali przewodnik nad wyraz rzetelnie, dzięki czemu jest on prawdziwym kompendium wiedzy o Piastach, więc w pewien sposób także o nas samych. Powinniśmy być autorom wdzięczni, wykonali bowiem olbrzymią pracę, by oderwać na chwilę naszą uwagę od folderów oferujących wyjazdy zagraniczne i zachęcić do aktywnego fizycznie i umysłowo wypoczynku w kraju. Byśmy cudze znali, a swoje chwalili. Więcej na www.pan-slawista.pl autor recenzji: Filip Obrębski, „Pan Slawista” 5-6/2008
POZWÓL, ŻE CI OPOWIEM... bajki, które nauczyły mnie, jak żyć
Książkę Bucay’a „Pozwól, że Ci opowiem…” powinien przeczytać każdy, kto jest ciekawy życia i chciałby wiedzieć jak inaczej można postrzegać otaczający nas świat oraz jak się w nim odnaleźć i umiejętnie sobie w nim radzić. Historyjki, przypowieści, anegdoty i bajki to sposób psychoterapeuty Jorge’a na pacjentów, którzy zagubili się w swoich lękach, niepokojach i relacjach z innymi ludźmi. Przypowieści są krótkie, klarowne przez co czytelnik bardzo łatwo znajduje ukryte w nich przesłania i morały. Pomagają nam one zrozumieć własne błędy, lepiej zrozumieć samych siebie i otworzyć się na nowe możliwości co z pewnością skłania czytelnika do głębszych przemyśleń. Znajdziemy tu odpowiedzi na nurtujące nas problemy i rozterki dnia codziennego, tak jak poprzez rozmowę z terapeutą Jorgem doświadcza tego nasz bohater Demian – młody i niespokojny, ciekawy życia mężczyzna. Sam tytuł powieści „… Bajki, które nauczyły mnie jak żyć” to przesłanie, które zawiera w sobie książka Bucay’a. Myślę, że na pewno każdemu przydałby się taki terapeuta jak Jorge, który pomoże nam w prosty sposób rozwiązać nasze problemy, wątpliwości i pokaże jak żyć z dystansem do świata i samych siebie. autor recenzji: Emilia
GORZKA CHWAŁA POLSKA I JEJ LOS 1918-1939
Bardzo rzadko zdarza mi się polecać całe “pakiety” książek, ale ten przypadek jest szczególny. My, Polacy, jesteśmy prawdziwymi ekspertami w kilku dziedzinach. Dogłębnie znamy się na: medycynie, piłce nożnej ( lub skokach narciarskich – to zależnie od formy piłkarzy i Małysza) i historii najnowszej. W tej ostatniej hołdujemy tezie, w myśl której od czasów Napoleona wszyscy, którym ofiarowaliśmy bezinteresowną pomoc ( ta „bezinteresowność” polegała na przelewaniu krwi własnej w zamian za poparcie w odzyskaniu utraconej niepodległości ) w walce o „wolność Naszą i Waszą” – gremialnie nas do 1989 r. „olali” lub jak kto woli „ wy...ali”. W znacznej mierze ten Polski Żal był i jest nadal historycznie uzasadniony, ale podawany nie tak, jak trzeba. W uświadamianie tego tzw. „Zachodowi” zaangażowali się ludzie o niepodważalnym autorytecie moralnym ( Jerzy Giedroyć, Józef Czapski, Jan Nowak Jeziorański, Czesław Miłosz czy Zbigniew Brzeziński ) ale to były tylko głosy ze strony polskiej. Trzeba było dopiero Papieża-Polaka, rewolucji „Solidarności” i upadku imperium komunistycznego, aby wszystko „znormalniało”. Dotąd etatowym obrońcą historycznej polskiej racji stanu był i jest nadal brytyjski historyk ( „spolszczony” przez więzy małżeńskie ) Norman Davies, którego „Boże Igrzysko” pozostaje wciąż niedościgłym ( niestety także dla naszych historyków ) wzorem monografii historii Polski. Okazało się jednak, że nie był w swoich przychylnych Polsce osądach osamotniony. W latach 70-tych ubiegłego wieku, w Stanach Zjednoczonych ukazały się dwie prace amerykańskich autorów, które dopiero w 2005 r. pojawiły się na półkach księgarni w Polsce: „Gorzka chwała” i „Dług honorowy”. Pierwsza z nich to historia 20-lecia międzywojennego, pisana z dystansu, bezstronna, ukazująca II Rzeczpospolitą uwikłaną w nierozwiązywalny węzeł międzynarodowych sprzeczności interesów ówczesnej Europy. Druga to historia amerykańskich pilotów-ochotników tworzących Eskadrę Myśliwską im. Kościuszki w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 r. To właśnie godło ich eskadry przejął słynny „303” Dywizjon Kościuszkowski w Wielkiej Brytanii. Książka wzbogacona dodatkowo o reprint wydanych w 1922 r. wspomnień z-cy dowódcy amerykańskiej eskadry M C .Coopera. Te dwie pozycje znakomicie dopełnia „Sprawa honoru” – rzecz o poplątanych losach pięciu asów właśnie dywizjonu „303” także w latach powojennych. Dopiero przeczytane razem książki te okazują się – jak napisał N. Davies – „bardzo potrzebnym lekarstwem na zranioną dumę wszystkich Polaków”. I nie chodzi tylko o to, że w książkach tych znajdziemy potwierdzenie naszych polskich racji, żalów i pretensji przedstawianych z „drugiej strony”. Istotniejszym jest fakt, iż amerykańscy autorzy mówią nam wprost, bez ogródek –... tak, macie rację, waszej historii najnowszej towarzyszyła nieustanna ZDRADA waszych sojuszników, ale jak mogliście być tak naiwni i wierzyć ,że mogło być inaczej ?... autor recenzji: Kama
ŚWIAT KRÓLA ARTURA MALADIE
Tytuł jest jasny, od razu wiadomo o czym będzie mowa. Bez łaciny, bez nowobrzmiących słów, nawet bez sugestii jakiejś akcji. I taka ta książka chyba miała być. Jest to opowieść o legendzie o której wielu myśli - albo i mówi - że zna. Że szlachetny król Artur, i że rycerze Okrągłego stołu... W Polsce nie trzeba mówić chyba nic wiecej, w końcu Okrągły Stół to całkiem bliska - wręcz "ciepła" jeszcze - historia, . Ale tak dokładnie: gdzie? I kiedy? Okazuje sie, że najwiecej wnieśli do tej legendy bardowie z Francji. Król Arur jest anglo-saski, ale przecież od zawsze Francuzi doceniali i lubili Anglię. A stara nazwa - Albion - do tej pory chętnie używana, pochodzi od syna Posejdona. Natomiast jeden z potomków Eneasza, ocalałego po pogromie Troi dał z kolei inną nazwę tym wyspom prawie-że-w Europie - Brytania. Czy może coś nie tak? Ale właśnie od tego zaczyna Sapkowski! Od tych peregrynacji właśnie! Potem zaczyna podpierać się "mędrca szkiełkiem i okiem". Ale nie odżegnuje sie od legend aż do końca; będąc zasobnym w dostępną mu wiedzę o tamtych czasach od razu stwierdza, że jako autor fantasy może sobie pozwolić na większa swobodę. Lecz czymże jest legenda? Są to rzeczy o których wiemy, że były; czujemy to; lecz są przykryte grubą warswtą "kurzu stuleci"; o których nie mamy filmów, ewidwentych dowodów, zeznań naocznych świadków, itd... Istnieją jednak ślady, po których możemy pokusić się o odtworzenie dawnych dziejów. Są nawet fragmetny przeszłości tak dobrze opisane - archelogią, zapiskami (w tym także wrogów!) - że o pewnych chwilach z przeszłości czasami wiemy więcej niż o czasach nam najbliższych. Po tych szczeblach drabiny powoli wędrujemy w świat historii i jest to podróż tak samo fantastyczna jak podróże z wiedźminem Geraltem. I wcale w nie tak znowu nieznane krainy. Ku swojemu zdumieniu odkrywamy czastki legendy z jego książek istniejące w "realu". Co prawda trochę inaczej poskładane, ale jednak. A Sapkowski znów zachwyca tym jak to opisuje. Chętnie dałbym mu kiedyś zadanie - jeśli byłaby taka okazja - napisania instrukcji obsługi czegoś trywialnego, na przykład lodówki. Nie jestem pewien czy ludzie nie kupowali by takich lodówek dla samej instrukcji. A co do legend: Busha widziałem tylko w mediach, nie romawiałem z nim, nie ściskałem mu ręki, nie prześwietlałem promieniami... Jest dla mnie legendą - nic wiecej. Legenda o królu Arturze jest dobrą legendą. oby takich legend wiecej autor recenzji: Michał
CZASAMI WOŁAM W NIEBO
Jest to opowieść chorej na raka kobiety, która zmaga się z tą nieuleczalną chorobą. Wspaniała dziewczyna, która prowadząc szczęśliwe życie u boku kochającego ją męża, która posiada mnóstwo pasji i możliwości wykonywania zawodu dziennikarki doświadcza czegoś tak niewiarygodnego i niejasnego jak walka z nowotworem. W wieku 31 lat zaczyna pisać swój ostatni pamiętnik z każdego szczęśliwie przeżytego dnia. Wspiera i pomaga jej rodzina, znajomi i przyjaciele. Jej zmagania z rozpaczliwym bólem i tragedią są przykładem silnej wiary i nadziei w poszukiwaniu ratunku. Książka czytana jednym tchem chce zmusić czytelników do refleksji i zastanowienia się nad swoim życiem i nad marnościami tego świata. . autor recenzji: Jola
O SZTUCE MIŁOŚCI
Polecanie książek Ericha Fromma jest rzeczą zbyteczną. Przez lata jeden z najwybitniejszych myślicieli XX wieku zjednał sobie miliony czytelników, spragnionych zagłębiania się w ważne problemy społeczne i filozoficzne współczesnego świata. Książek Fromma się nie poleca, je trzeba czytać i o nich dyskutować. Światowy rozgłos temu amerykańskiemu psychoanalitykowi i filozofowi przyniosła książka „Ucieczka od wolności”. Równie znaną pozycją jest „O sztuce miłości”. Moim zdaniem jest to swoisty przewodnik, który podpowiada nam jak żyć, a ściślej rzecz ujmując, jak kochać. Fromm analizuje różne przejawy miłości - miłość braterską, dziecka, rodzicielską i erotyczną. Rozkłada to uczucie na czynniki pierwsze, na poszczególne części składowe i pokazuje przejawy w poszczególnych kulturach. Przez to tłumaczy wiele zawiłych kwestii. Pomimo swoistej analizy, nie odziera miłości z jej duchowego aspektu, nienamacalnego charakteru i czaru. Wręcz przeciwnie pokazuje, że miłość jest sztuką, której można się nauczyć. Lektura tej książki nie przyniesie na ukojenia, ponieważ sztuka miłości jest według Autora bardzo trudna i trzeba bardzo się rozwijać duchowo i osobowościowo, żeby ją opanować, ale warto się starać. Trening czyni mistrza, więc... autor recenzji: Aleksander
Prawa natury
Przejęty przejęty wszystkim jakby nie miał skóry tylko żywe mięso /.../” Tak zaczyna się jeden z wierszy Ryszarda Kapuścińskiego. Tak, TEGO Ryszarda Kapuścińskiego, niekwestionowanego Króla światowego reportażu literackiego. Mijają lata, dziesiątki lat a wciąż nowe pokolenia czytelników sięgają po „Wojnę fufbolową”, „Cesarza”, „Szachinszacha”, „Imperium” czy „Heban”. Tak oto, pod piórem Kapuścińskiego, reportaż z założenia naznaczony stygmatem „chwilowości” niepostrzeżenie przeistoczył się w ponadczasowy moralitet filozoficzny dotykający istoty ludzkiej egzystencji. Może to brzmi nazbyt pompatycznie, ale tak jest. Dzięki Kapuścińskiemu reportaż dostąpił nobilitacji do rangi literatury przez duże „L”. Nieprzypadkowo również jego osoba wysuwana jest na kandydata do Literackiej Nagrody Nobla Myślę, że wydanymi ostatnio „Podróżami z Herodotem” dokonał Kapuściński własnego rozrachunku z reportażem, podsumował także swoje dziennikarskie pasje i doświadczenia. Czyżby miał to być reporterski Testament Mistrza ? Leży przede mną niepozorny tomik poezji Kapuścińskiego, drugi po „Notesie” wydanym w 1986 r. Niepozornym jest tylko z wyglądu, bowiem jego zawartość nie pozwala na chwilę wytchnienia. Już we wcześniejszych „Lapidariach”, zbiorach myśli i refleksji, można dostrzec Kapuścińskiego zmagającego się z bezradnością „realnego” słowa wobec opisywanej rzeczywistości. W jednym z wywiadów stwierdził, że „ poezję pisze się, bo nie da się powiedzieć czegoś inaczej”. Poezję Kapuścińskiego można czytać i przeżywać autonomicznie, jak twórczość każdego poety, ale nowego wyrazu nabiera ona przez osobę AUTORA. Bo w pewnym momencie złapałam się na tym, że Jego wiersze są kolejnym odkrywaniem świata, że niektóre z nich idealnie wplatałyby się w tok Jego reporterskich narracji, że fragment przytoczony na początku mógłby stanowić motto każdej JEGO książki... autor recenzji: Kama
Rob Roy
„Rob Roy” Waltera Scotta należy do kanonu arcydzieł literatury światowej, a także do moich ulubionych lektur. Jest to jedna z książek, która pozostawia w czytelniku tęsknotę, chęć znalezienia się gdzieś indziej, podążenia tropem bohaterów powieści. Autor bardzo sugestywnie, przekonująco i nie rozmijając się z prawdą historyczną nakreślił obraz osiemnastowiecznej Szkocji. Z kart powieści wyłania się Szkocja podzielona na część: południową, nizinną, zamieszkiwaną przez Lowlanderów, pochodzenia germańskiego i północną, górzystą, niedostępną, której mieszkańcami byli Highlanderzy, wywodzący się z plemion celtyckich. Scott mistrzowsko kreśli obraz trudnego dla Szkocji okresu historycznego, opisuje skomplikowane relacje społeczne pomiędzy coraz biedniejszą starą arystokracją i szlachtą szkocką, a landlordami i rojalistami, na usługach króla angielskiego. Przez pokazanie losów głównych bohaterów, autor kreśli rzeczywisty obraz Szkocji ujarzmionej przez Anglików. Był mu to temat zapewne bliski, gdyż sam pochodził z starej szlacheckiej rodziny szkockiej. Co prawda miał raczej ugodowe stanowisko wobec rządów Korony na północy wyspy, ale poprzez studia na historią swojej ojczyzny i liczne wyprawy do zakątków Szkocji, rozumiał sprzeciw, często zbrojny, swoich rodaków wobec takiego stanu rzeczy. Losy Rob Roy`a, zresztą postaci autentycznej pozwolą nam również obcować z zapierającym w dech piersiach krajobrazem. Miałem wrażenie, że znajduję się na niesamowitych bezkresnych wrzosowiskach, a w oddali majaczą na wzgórzach tajemnicze średniowieczne zamczyska. Jeżeli istnieje literatura dla każdego Czytelnika, to ta właśnie należy do niej „Rob Roy”. autor recenzji: Aleksander
Idiota (Arcydzieła literatury światowej)
Jeżeli ktoś chce przeczytać książkę należąca do klasyki literatury światowej, szuka w prozie uniwersalności, ponadczasowości, pięknego stylu z pełnym przekonaniem mogę mu polecić powieść Fiodora Dostojewskiego „Idiota”. Utwór ten został ostatecznie ukończony w 1869 r. we Florencji. Tytułowym idiotą, a zarazem głównym bohaterem jest książę Myszkin. Wraca on do Rosji, po długim pobycie we Szwajcarii. To co od razu uderza czytelnika to wyjątkowość księcia. Jest on człowiekiem niesamowicie dobrodusznym, dobrze wychowanym,, otwartym, wręcz wydawałoby się naiwnym. Zdecydowanie wyróżnia się z wśród towarzystwa, do którego trafia po powrocie do ojczyzny. Otoczony jest ludźmi dobrze sytuowanymi, wykształconymi, ale z drugiej strony egocentrycznymi i pozbawionymi skrupułów. Szczególnie widoczne jest to w jego kontaktach z Nastazją Filipówną, w której zakochuje się bez pamięci. Dostojewski świetnie obrazuje to środowisko, finansistów, arystokracji, klakierów, którzy utrzymują się na łasce zamożniejszych. Autor dokonuje swoistej analizy psychologicznej tej zbieraniny, zdecydowanie na jej niekorzyść. Nieprzychylni księciu nazywają go idiotą, nieprzystosowanym do czasów w jakich żyje, natomiast w samo sedno moim zdaniem trafia Agłaja, której zresztą Myszkin nie jest obojętny, określając go mianem Don Kichota. Dla nich postępowanie przybysza z Szwajcarii jest niezrozumiałe, odległe, budzące wręcz niepokój, jego brak cwaniactwa, nieumiejętność „rozpychania się łokciami” spotyka się z drwinami i często z uśmieszkami politowania. Nie rozumieją jego wyjątkowości. Porażające jest jak współczesny wydźwięk ma ta powieść. Dostojewski daje się również poznać jako mistrz opisu, obrazowania różnych sytuacji. Niesamowita jest scena rozgrywająca się na daczy Lebiediewa, gdzie liczni goście przychodzą odwiedzić głównego bohatera. Czytając ten fragment, miałem nieodparte wrażenie jakbym siedział tam z opisywanymi postaciami na wiklinowym fotelu i brał udział w dyskusji. „Idiota” jest wyjątkową powieścią, która mnie skłoniła do refleksji: czy bliżej mi do księcia Myszkina, czy do jego petersbursko-moskiewskiego towarzystwa? autor recenzji: Aleksander
Przed Bogiem
Książka ta to wywiad - rzeka ze znanym publicystą, filozofem, teologiem, polonistą i wykładowcą Stanisławem Obirkiem, człowiekiem który ma odwagę mówienia tego co myśli, a nie tego co wypada. Fakt, iż znany i ceniony publicysta, duchowny - jezuita opuszcza zakon i porzuca kapłaństwo, próbując w jakiś sposób zracjonalizować swoja decyzję, jest zachętą do sięgnięcia po lekturę jego tekstu. Obirek wyraża opinię, iż współcześnie jest wiele tematów, które wydają się nabrzmiałe a przez Kościół zostają odsuwane na margines a najchętniej zostałyby przemilczane. Obirek stawia jako jedną z głównych tez stwierdzenie, iż Kościół jest instytucją totalizującą. Niechęć w podejmowaniu dialogu z myślą współczesną to główny „grzech Kościoła” w opinii Obirka. W wywiadzie przewijają się tematy związane zarówno z oceną pontyfikatu Jana Pawła II jak również stosunku Kościoła do innych wyznań czy restryktywnej moralności chrześcijańskiej, która ma słabe uzasadnienie teologiczne. Motywem przewijającym się jest pytanie o kondycję polskiego katolicyzmu. Stanisław Obirek nie ukrywa, iż jego konflikt z kościołem narastał w związku z krytycznymi wypowiedziami na temat pontyfikatu Jana Pawła II. Przyznał w "Rzeczpospolitej", że książka jest "subiektywna, miejscami jednostronna, a może nawet gniewna". Jawi się on jako prorok odsłaniający jakże często zakłamaną rzeczywistość polskiego katolicyzmu, który miał odwagę powiedzieć prawdę o problemach polskiego Kościoła. Ma to tym bardziej znaczenie, iż nikt do tej pory tak wyraźnie i stanowczo tej prawdy nie akcentował. Książka „Przed Bogiem” jest jak dobre kazanie. Czytając można dostrzec realne problemy, o których większość wolałaby przemilczeć, a o tych sprawach warto i trzeba rozmawiać. Pozostanie jednak żal i smutek, że zabraknie wśród polskiego duchowieństwa jednego z księży, chadzającego po manowcach i nawiązującego dialog z tymi środowiskami, z którymi wielu innych duchownych już na wstępie nie znajduje płaszczyzny porozumienia. autor recenzji: Agnieszka
Gandalf na Facebooku
Noc Literatury Europejskiej Noc Literatury Europejskiej odbędzie się już po raz czwarty. 16 maja w kilkunastu miastach Europy m.in. w Londynie, Wiedniu, Sztokholmie, Sofii, Pradze, Monachium, Mediolanie, Berlinie i Amsterdamie swoją twórczość zaprezentują autorzy z całego...
Więcej
Cannes światową stolicą kina Dziś wieczorem rusza jubileuszowy 65. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes. Jest on jednym z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych na świecie.
WięcejCiekawostki z rynku książek
Autorzy i ich dzieła
Nagrody literackie
Recenzje książek
Forum
Ciekawostki filmowe
Reżyserzy i ich dzieła
Nagrody Filmowe
Recenzje filmów
Forum


