POLSKA ANARCHIA

POLSKA ANARCHIA

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

W 1962 roku toczyła się w „Przeglądzie Kulturalnym” długotrwała dyskusja zapoczątkowana moim artykułem o „polskiej anarchii”. Wskutek niepojętego nieporozumienia przypisano mi twierdzenie, że wspomnianego zjawiska nigdy w Polsce nie było. Powiedziałem wtedy i ogłosiłem drukiem czarno na białym:
`A więc w średniowieczu normalnie... z pewnymi odchyleniami w stronę większej dyscypliny moralnej i politycznej niż na przykład w Niemczech. Za to w stuleciu XVII i zwłaszcza w XVIII anarchia, chaos, ogólna niemożność. Aby się nie bawić w definicje, kładę nacisk na to ostatnie, gombrowiczowskie sformułowanie, bo ono najlepiej przylega do istoty rzeczy.`
Oryginalne obyczaje zagnieździły się w naszej publicystyce. Zwięzłe twierdzenia nie wystarczają, nawet jeśli nazywają rzecz po imieniu. Trzeba koniecznie napisać referat na wiele stronic, powtarzać w kółko jedno i to samo i zanudzić publiczność.
Istnienie u nas anarchii w określonej epoce dziejów jest faktem równie oczywistym, jak obecność piasku w Wiśle. Niektórzy uczestnicy dyskusji traktowali jednak tę anarchię jako szczególniejszy dar Niebios dla nacji polskiej. Uznawali ją po prostu za cechę charakteru narodowego. Takie ujmowanie kwestii nie jest niczym nowym, ma tradycje. Pewni teoretycy szlacheccy, w chwilach wolnych od pilnowania sianokosów czy młocki, zajmowali się spisywaniem swych uwag o świecie. Pan Bóg – głosili – wyznaczył rozmaitym narodom różne zadania. Anglikom kazał więc żeglować po morzach, Żydom kupczyć. Od Polaków zaś zażądał, aby go „rekreowali i cieszyli”. Bo – argumentowali – Stwórca musi się dobrze bawić, patrząc na nasze sejmiki, trybunały... Takie poglądy przeważały w stuleciu XVIII zwłaszcza. Wiek XVI, a nawet XVII był o wiele mniej skłonny do mistyki, mającej widać licznych zwolenników w XX.
Padały u nas ostatnio rozmaite interesujące twierdzenia. Na przykład: „Polacy nie umieją korzystać z wolności”. Albo inne, wyrażone przez bardzo wybitnego pisarza: „...wielkie mocarstwo, które uległo rozbiorom dopiero w końcu XVIII wieku, i to dzięki nie litewskiemu, lecz polskiemu instynktowi anarchicznemu”.
Rozprawialiśmy przed chwilą o Olkienikach, gdzie w przerażających objawach wyładowała się litewska przecież, a nie polska „kollizja”. Wiadomo, kto pognał wiązać się wbrew własnemu monarsze z Karolem XII i kto śpieszył bić czołem przed carem Piotrem. Informacja z kategorii encyklopedycznych: pierwszym zrywaczem sejmu w Rzeczypospolitej był Władysław Siciński, stolnik upicki i poseł trocki. Później znalazł on w Wielkim Księstwie aż dwudziestu ośmiu naśladowców. Województwa ukrainne wydały dwudziestu czterech takich, co krzyczeli „veto!”. Wielkopolska wraz z Mazowszem – dwunastu. Małopolska właściwa – dziewięciu. Przytoczyłem wynik dochodzeń profesora Władysława Konopczyńskiego. Od siebie mogę to tylko dodać, że Małopolska, Wielkopolska i Mazowsze były znacznie gęściej zaludnione, a więc procentowo wypadłoby to jeszcze bardziej wyraziście.
Biskup Brzostowski, pomimo wszystko stronnik króla, czyli ładu, wywodził się z koroniarzy. Można by stąd wysnuwać wnioski pochlebne dla rdzennej Polski. Można, lecz nie warto. Kazimierz Stanisław Dąbrowski, który w izbie poselskiej pobił biskupa, warcholił, jak tylko potrafił, nie dał się monarsze przejednać nawet podkomorstwem wileńskim, całą duszą służył litewskim
królewiętom – on także był z pochodzenia koroniarzem. Jego rodzina dopiero w XVII wieku przesiedliła się z Mazowsza do powiatu wiłkomierskiego. Dąbrowski zaczął karierę jako towarzysz usarskiej chorągwi koronnej, potem został porucznikiem znaku litewskiego. Augusta II, który – zdaniem Konopczyńskiego – do reszty kraj znieprawił, wbrew woli większości pola elekcyjnego ogłosił królem biskup kujawski Stanisław Dąmbski, koroniarz rodowity. Ważył się na to, aczkolwiek prymas już był proklamował wybór Francuza, księcia Conti. Stało się to w czerwcu 1697 roku, całkiem niedługo przed Olkienikami.
Ogół szlachty koronnej zdawał się wtedy wykazywać więcej troski o państwo, zrozumienia jego potrzeb. Nie doszło tam do takich wynaturzeń, jak wojna domowa z pojedynczym rodem magnackim, którego postępowania nikt dłużej znieść nie mógł. Bo też w Koronie przewaga arystokracji nigdy nie wyraziła się w postaci równie skoncentrowanej. Przyczyn różnicy szukać więc należy w dziedzinie realnych okoliczności, a nie w mistycznych teoriach o charakterach narodowych. Zwalczające się, mniej więcej równorzędne koterie magnackie były i w Koronie ciężkie dla średniej szlachty oraz szaraków. Ale konkurowały ze sobą. Konkurencja satrapów to już lepiej niż jeden wyżywający się we wszechwładzy tyran. Zresztą takich Leszczyńskich nie sposób nazywać satrapami (jeśli nawet uznamy, że Hanna Malewska zbyt jest dla nich łaskawa). Dziedzice daleko na zachód wysuniętych włości naprawdę nasiąkli kulturą, i to od pokoleń. Z sympatią Karola XII dla Stanisława Leszczyńskiego było podobno tak, jak z przyciąganiem się różnoimiennych ładunków elektrycznych. Prymityw i wyrafinowanie przylgnęły do siebie. Wypędzony z Polski, Stanisław zostawił po sobie wcale niezłe wspomnienie w Lotaryngii.
Temat wymaga zajęcia stanowiska w pewnej sprawie natury zasadniczej. Przepraszam czytelników za wynurzenia osobiste, ale muszę wyznać, że przemawiam teraz bez radości w sercu. Czynię to raczej wbrew własnym najgłębszym sentymentom.
Od dłuższego już czasu przywykliśmy stosować przysłowiową taryfę ulgową względem wszystkiego, co w naszej historii odnosi się do Litwy. Zwyczaj ten panuje od chwili ukazania się Pana Tadeusza i samo istnienie tego zwyczaju trzeba uznać za wielki tryumf poety. Mickiewicz narzucił umysłom własną wizję dziejów. Całkowicie odmienną od obrazu, jaki miał przed oczyma autor cytowanej już Kroniczki litewskiej. Raz jeszcze powtórzę jego słowa, bo są ważne: „Wszystka Polska mówiła niemal, że dla kollizji litewskiej ginie”. Książki pisane przez ludzi przeciętnych, a chociażby nawet utalentowanych, tym bardziej suche dokumenty nie mogą współzawodniczyć z geniuszem. „Litwo, ojczyzno moja” – oto co ukształtowało poglądy na całą przeszłość. Dalecy od zrozumienia prawdy i głębi tych słów ulegliśmy tylko emocjom. Obcy myśli, że po unii zaczęła się w Wielkim Księstwie Litewskim wytwarzać nowa, wieloplemienna narodowość, żyjąca z polską w symbiozie, lecz nie utożsamiająca się z nią – nie doceniamy wartości i piękna tego zjawiska kulturalnego, za to fałszywie dzielimy cienie i blaski. Za dużo pobłażliwości dla Wilna, za wiele potępień dla Warszawy. I zupełne niemal zapomnienie dla Poznania i Leszna.
W roku 1697 szlachta litewska, świadomie działając wbrew Sapiehom, zażądała „koekwacji praw” z Koroną i postawiła na swoim. Nakazano wtedy zarzucić język białoruski, jako urzędowy, pisać wszystkie litewskie dokumenty po polsku. W pięć lat później ta sama szlachta, występując jako podmiot polityczny, w imieniu „Rzeczypospolitej Litewskiej” zawiera układ z carem Piotrem.
Poważnie narusza postanowienia unii, nie oglądając się na Koronę ani na wspólnego króla. Te fakty świadczą, jak mało przydatne jest wszelkie upraszczanie. (Polityczną ocenę układu z roku 1702 można obecnie pominąć; chodzi mi w tej chwili tylko o stwierdzenie poczucia pewnej odrębności, występującego u obywateli Wielkiego Księstwa mówiących po polsku już na co dzień). Unia wytworzyła stan rzeczy ogromnie skomplikowany i bogaty w możliwości, zmarnowane przez nieustanne wojny przede wszystkim. Narodowość wieloplemienna, zrosła z zachodnim sąsiadem niczym z bratem syjamskim, z nim razem tworząca jedno wspólne, lecz wielonarodowe państwo. Mapa kultury europejskiej nie zubożałaby na pewno, gdyby ten twór dziejowy przetrwał i okrzepł. Zyskałaby raczej formację bardzo ciekawą i płodną.
Ziemiaństwo litewskie zażądało polszczyzny w urzędach, bo było kulturalnie spolonizowane. Ale używanie danego języka nie oznacza jeszcze identyfikowania się z krajem, od którego się mowę przejmuje. Nie pozbawia własnego oblicza. W Wielkim Księstwie Litewskim warstwy społeczne górujące posługiwały się polszczyzną, lud mówił po białorusku oraz po litewsku i oba te języki musiałyby z czasem wypłynąć na wierzch – do literatury, polityki, administracji – stanąć obok „panującego” i na równi z nim. Wieloplemienną i wielojęzyczną narodowość, a nawet państwowość, nowoczesne nacjonalizmy uznają za najgorszą z herezji, i to jest przyczyna, dla której tradycji Wielkiego Księstwa wiek XX przedłużyć nie umiał i nie chciał. Co mi w niczym nie przeszkadza uznawać te martwe już niestety tradycje za świetne. Dumny jestem, że należę do narodu, który uczestniczył w tak wczesnej próbie stworzenia wspólnego państwa dla wielu plemion.
Obiektywizm każe przyznać, że w Wielkim Księstwie, a nie w Koronie, magnateria najsilniej wybujała. Stwierdzając to, mówię o czynniku dziejowym, który mocno się przyczynił do zaprzepaszczenia otworzonych przez unię widoków, nie potępiam jej samej ani żadnej z narodowości składających się na historyczne pojęcie Litwy.
Pewien wybitny uczony, wyznający poglądy nacjonalistyczne, napisał przed wojną, że w XVIII stuleciu anarchia ogarnęła wszystkie ziemie zamieszkane przez „rasę polską” (zwracam uwagę, że to ja postawiłem cudzysłów, wspomniany autor go nie użył). Jedynie niemiecka Kurlandia, kraj w stosunku do Rzeczypospolitej lenniczy, oparła się zarazie. Oryginalna rasa, w której skład wchodzili wywodzący się spod Łęczycy Zamoyscy, rdzennie litewscy Radziwiłłowie, ruscy Sapiehowie i Wiśniowieccy, Czartoryscy herbu Pogoń Litewska, Koniecpolscy znad Pilicy, Potoccy z Krakowskiego. Zdobytą przez Jana III pod Wiedniem zieloną chorągiew Proroka wręczał papieżowi rezydent polski w Rzymie, biskup Jan Kazimierz Denhoff (wziął imiona po królu, który był jego ojcem chrzestnym; poprzednio ród Denhoffów składał się z samych Gerardów, Magnusów, a zwłaszcza z Ernestów). Jego awans na kardynała szlachta przywitała kwaśno, ponieważ uważano w kraju powszechnie, że Polacy nie powinni brać tej cudzoziemskiej godności. U kolebki polskiej anarchii stała rodzina Mniszchów, niedawno przybyła z Wielkich Kuńczyc na Morawach. W początkach XVI wieku zwichrzył Litwę kniaź Michał Gliński, Tatar z rodu samego chana Mamaja. Rzecznikiem ładu był wtedy prymas Jan Łaski, rodowity już nie tylko Polak, lecz Wielkopolanin.
Anarchia ogarnęła nie żadną rasę wcale. Ofiarą jej padła cała wielonarodowa monarchia. Stwierdzenie bardzo ważne! Fakty dowodzą, że poszukiwanie źródeł tej anarchii w cechach charakteru narodowego to po prostu absurd. Trzeba w dziejach państwa szukać momentu, który je wykoleił. Musiało zajść coś, co zmarnowało moralną oraz polityczną dyscyplinę, tak wyraźną w Polsce w stuleciach XIV, XV i XVI.

*

W Potopie Henryk Sienkiewicz kazał Bogusławowi Radziwiłłowi wygłosić słowa, które wryły się w pamięć ogółu:
– Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną Szwedzi, Chmielnicki, Hiperborejczykowie, Tatarzy, elektor i kto żyw naokoło. A my z księciem wojewodą wileńskim powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło.
Zaraz potem książę koniuszy zaczął tłumaczyć rozmówcy, dlaczego tak się dzieje:
– Słuchaj, panie Kmicic! Gdybyśmy, Radziwiłłowie, żyli w Hiszpanii, we Francji albo w Szwecji, gdzie syn po ojcu następuje i gdzie prawo królewskie z Boga samego wypływa, tedy... służylibyśmy pewnie królowi i ojczyźnie, kontentując się jeno najwyższymi urzędami, które się nam z rodu i fortuny przynależą.
Henryk Sienkiewicz, artysta genialny, pod pewnym względem był całkiem przeciętnym Polakiem. O wiele lepiej znał dzieje własnego kraju niż innych i wskutek tego chorował na manię przypisywania samej tylko Polsce tego, co występowało wszędzie. Przytoczę teraz fragmenty pierwszego tomu „Dziejów Francji” Andrzeja Maurois. Mowa o czasach, które u nas stanowiły schyłkową dobę panowania Zygmunta Augusta, odznaczały się pokojem wewnętrznym i tolerancją. We Francji Katarzyna Medycejska, królowa wdowa, usiłowała pojednać poddanych.
Masy katolickie i protestanckie uważały wszelką tolerancję za grzech. W Paryżu tłum katolicki podpalał domy innowierców. Na południu furia hugonotów rzucała ich na kościoły. Zrozpaczona szlachta katolicka myślała o pozbyciu się Katarzyny. Ta ostatnia, przestraszona, zapytała admirała Coligny, jakimi siłami mogą rozporządzać hugonoci dla obrony monarchii. To był sygnał do wojny domowej. W istocie obie partie jej pragnęły; jedni widzieli w niej okazję do nasycenia zemsty, inni do rabunku. (...)

Czy warcholstwo i skłonność do anarchii to część polskiego charakteru narodowego? W wydanym pośmiertnie zbiorze esejów Paweł Jasienica polemizuje z tym stereotypem, podtrzymywanym między innymi przez powieści Sienkiewicza. Analizując dzieje Rzeczpospolitej od XVI wieku i przyczyny jej upadku, dowodzi, że Nieprawdą jest, że Polacy nie umieją korzystać z wolności, prawdą jest natomiast, że wielu Polaków lubi nadużywać władzy. Jego zdaniem warstwą anarchizującą była manipulująca szlachtą magnateria, niższe warstwy natomiast posiadały silnie rozwinięty instynkt państwowy. Wiele miejsca poświęca kontrreformacji, uznając ją za jedną z głównych destrukcyjnych sił, obok egoizmu, prywaty, żądzy władzy i przywilejów.

Jego znakomicie napisana, pełna pasji książka to imponujący erudycją obraz ostatnich dwóch wieków Rzeczpospolitej i przyczynek do wciąż aktualnej dyskusji o polskim charakterze narodowym.

Kup w Gandalfie: POLSKA ANARCHIA

rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Kup podręczniki i wyprawkę szkolną
na RATY!

Szczegóły >>