(fragment)
O PODRÓŻACH W CZASIE
W XIX wieku zaczęto pisać powieści o przyszłości, co oznaczało uświadomienie sobie historii jako przemiany i wiarę w postęp. Ojciec science fiction Jules Verne przewidział mnóstwo wynalazków technicznych, nawet środków do podróży na Księżyc i telewizję (patrz: Zamek w Karpatach). Jules Verne uchodzi za pisarza XIX-wiecznego optymizmu, przy bliższym jednak przypatrzeniu się jego twórczości nietrudno dostrzec nutę rozczarowania i goryczy. Bo jednak Jules Verne jest autorem mało znanej, napisanej w 1858 roku książki Paryż w XX wieku. Stolica Francji w jego wizji jest połączona z Atlantykiem kanałem, czyli jest bogatym portem morskim i obfituje w towary z całego świata. Mieszkańcy miasta zajęci są jednak wyłącznie pogonią za pieniądzem i nie udzielają żadnej uwagi literaturze ani sztuce. Bohater powieści, młody poeta, na próżno szuka w księgarniach zapomnianych już klasyków, na przykład Victora Hugo. Młodzieniec jest nieszczęśliwy i alienowany, tak jakby rzeczywiście żył w znanym nam wieku XX. Na próżno usiłuje znaleźć jakieś miejsce w społeczeństwie, wreszcie staje się bezdomnym włóczęgą i umiera z głodu.
Nie można też powiedzieć, że powieść Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi jest opowieścią radosną. Jej bohater, występujący też w Tajemniczej wyspie, genialny wynalazca łodzi podwodnej "Nautilius", w której przemierza samotnie oceany, jest rozczarowanym byłym bojownikiem o wolność swego kraju i patrzy na cywilizację swego czasu oczami mizantropa. Kapitan Nemo, czyli Nikt, bo takie sobie nadał imię, ma wszelkie cechy polskiego romantyka po przegranej powstań narodowych. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że rzeczywiście w pierwszej wersji książki Jules Verne zrobił go Polakiem, ale natrafił na sprzeciw wydawcy, jako że la Pologne martyre przestała być w Paryżu modna i zajęto się flirtem z carską Rosją, toteż kapitan Nemo stał się Hindusem. Kapitan Nemo po utracie wiary w cywilizację zmienił się w wyłącznie obserwatora, bo ostatecznie jego podwodne podróże nie oznaczają, że nie wie, co się dzieje na powierzchni i nie rozmyśla nad ludzkością w swojej bogato zaopatrzonej bibliotece. Wydaje mi się, że najbardziej przejmującym portretem Polaka intelektualisty i wygnańca w literaturze światowej (bo nie zaliczymy tu zwariowanego poszukiwacza absolutu z powieści Balzaka Poszukiwanie absolutu, wzorowanego na postaci Józefa Marii Hoene-Wrońskiego) jest kapitan Nemo. Ma on w sobie coś z Josepha Conrada, z jego sceptycyzmem co do kierunku cywilizacji, ale zarazem ze współczuciem dla cierpiących ludzi, co nietrudno znaleźć w jego Tajnym agencie czy też w Jądrze ciemności. Zresztą może ów człowiek zraniony jest podobny do ojca Conrada, Apollona Korzeniowskiego.
Jak można zauważyć, wyobraźnia wybiegająca w przyszłość może dokonać wielkich rzeczy w przewidywaniu techniki, mało jednak może oddalić się od sposobu myślenia okresu, w którym książki futurologiczne są pisane. Jules Verne na ogół pozostał wierny swemu romantyzmowi Wiosny Ludów. Do atmosfery XIX wieku jak najbardziej należy marzenie o socjalizmie i Karol Marks nie omylił się, pisząc w 1848 roku, że po Europie krąży widmo komunizmu. Oznaczało to ogromną podatność ówczesnych ludzi na utopię zaopatrywaną również w epitet: naukowa. Przyszłe szczęście, dobroć i wzajemną życzliwość ludzi opiewała powieść amerykańskiego dziennikarza Edwarda Bellamy Looking Backward 2000-1887, wydana w 1888, polskie wydanie: Z przeszłości 2000-1887, 1889 znane też pod tytułem W roku 2000. Oczywiście szczęście ludzkość zawdzięcza w tym dziele zniesieniu własności prywatnej i wspólnocie dóbr. W PRL, o ile wiem, książki nie wznawiano.
W każdej epoce jej pisarzy niepokoją te same sny. Sny utopijne nie wydają się całkowicie pozbawione lęku. Przecie Time machine G.H. Wellsa, wydana w 1895, znana w Polsce jako Wehikuł czasu, po-dróż w przyszłość traktuje już jako wynalazek naukowy pozwalający opanować ten wymiar, co zresztą upowszechniła science fiction następnego stulecia. Otóż w tej powieści przenosimy się w społeczeństwo dalekiego jutra, pogodne, beztroskie, spędzające czas na uroczym nieróbstwie i erotyce. Jednakże istnienie tych dzieci kwiatów jest osiągnięte za cenę istnienia pod powierzchnią ziemi ludu pracowitych i zdziczałych małpoludów, którzy w nocy wypełzają na powierzchnię, żeby polować na urocze niewinne stworzenia. Tak więc Wells zawarł w swojej książce lęk przed brutalnym proletariatem i jakby ostrzeżenie przed jego rewolucją. Ale czyż panna Izabela Łęcka w Lalce Prusa nie ma snów lękowych, w których Wokulski ukazuje się z twarzą jakby podziemnego brutalnego proletariusza? Nota bene Wells, autor niewesołej przepowiedni w swojej Wojnie światów z 1898 roku (dała ona początek niezliczonym opowieściom o najeździe wrogów z innych planet) pod koniec życia napisał skrajnie pesymistyczną rozprawę Mind at the end of its tether, czyli "Umysł u swego kresu". O ile wiem, nigdy nie tłumaczoną na język polski. Tak więc te pierwsze książki o przyszłości mieszały już futurologiczne obrazy techniki z przewidywaniami społecznej struktury. Toteż nie ma chyba zasadniczej rozbieżności między nimi a antyutopiami XX wieku. My Eugeniusza Zamiatina, satyra na ujednolicenie, w którym nie ma miejsca na życie jednostki, została napisana w Rosji sowieckiej w 1920 roku. Prawdopodobnie Witkacy, pisząc Pożegnanie jesieni i Nienasycenie, jej nie znał, bo ukazała się za granicą, bodaj w 1926. Również George Orwell, pisząc swój Rok 1984, nie słyszał pewnie o Witkacym, co jednak wypadałoby zbadać, skoro utrzymywał przyjazne stosunki z Reną Jeleńską, matką Konstantego Jeleńskiego i interesował się Polską.
Wszelka futurologia jest oparta na wątłych podstawach, bo historia nie stosuje się na ogół do jakiegoś przewidywalnego wzorca. Młody człowiek popełniający samobójstwo w roku 1900 z rozpaczy, że nic się nie dzieje, gdyby żył dłużej, przeklinałby, że dzieje się za dużo. I nawet zmartwienia z powodu rozwoju technologii nie zawsze się sprawdzają i tutaj pomyślmy o pierwszych futurologach, których przygnębiał nadmierny przyrost ludności miejskiej, co musiało doprowadzić do uduszenia się jej z powodu smrodu końskich ekskrementów, jako że wszelkie pojazdy miały być nadal konne. Nota bene jestem jednym z ostatnich świadków miejskich komunikacji konnych jako pasażer tzw. "konki", czyli tramwaju ciągnionego przez konie w Kownie lat dwudziestych. Mogłem też ocenić zalety takiej komunikacji, bo konie biegły lekkim truchtem i można było wskakiwać i wyskakiwać w biegu.
Wspominam jednak o futurologii tylko nawiasem, bo w istocie interesują mnie podróże w przeszłość. Nasza cywilizacja bardzo późno zdała sobie sprawę, że przeszłość jest czymś innym niż teraźniejszość cofnięta. Świadkiem tego jest malarstwo religijne wielu stuleci, które przedstawiało sceny z Ewangelii, jakby odbywały się współcześnie, z zachowaniem strojów i obyczajów współczesności. Późno też pojawia się powieść historyczna, usiłująca wniknąć w inną rzeczywistość i w inny sposób myślenia. Chyba tutaj powieści Waltera Scotta mają jakąś zasługę. Polska literatura chwyciła się tego wynalazku skwapliwie, zresztą niekoniecznie starając się przeszłość rekonstruować, częściej używając jej do celów doraźnych. Tym są przecież takie utwory jak: Grażyna, Konrad Wallenrod, Irydion, Lilla Weneda. Olbrzymie dzieło Kraszewskiego, wypełniające jego plan pokazania historii Polski w powieściach, ma oczywiście cele dydaktyczne, podobnie jak malarstwo Matejki, choć co prawda łączy z tym zamiarem staranną dokumentację historyczną. Tutaj warto zastanowić się, gdzie my, z naszą wyobraźnią, jesteśmy w porównaniu z naszymi poprzednikami w literaturze.
(...)