Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Warszawskie dzieciństwo
– Kolacja gotowa! – wołał melodyjny głos Mamy.
– Mamusiu! – rozlegał się dwugłos protestujący – Właśnie wjeżdżamy do „połtu”.
Jednak Tata był niemiłosierny. Kolana poczynały podrzucać coraz ciszej – to kapitan kazał iść małą parą – i przyjeżdżamy na kolację specjalnie spuszczoną szalupą, bo pilot, który wprowadzi okręt do portu, ma dopiero przyjechać po kolacji.
Tatowe biuro podróży organizowało też podróże kolejami. Tata, który najprzód był kasjerem, sprzedawał bilety za całuski.
– Szanpani bilecik? Może do Szczypina? Piękne letnisko. Bilecik – trzy całuski.
– A ja wolę dalej jechać – mówi Krysia.
– Do Kłujewa może?
– A ile to kosztuje?
– Cztery całuski.
Tili, młodsza, podejrzewa, że znów jest wykiwana, ale przez honor wydyma się i mówi:
– Wciale.
„Wciale” to jest pierwsza pomoc w nagłych wypadkach. Wypaliwszy to „wciale”, dopiero szuka w kilkoletniej głowie uzasadnienia:
– Blizej będzie do Wałsawy, a jesce, nie daj Boze, któłe dziecko zachołuje – mówi małpeczka–gramofonik, naśladując Mamę.
Siadły, pociąg rusza. Najprzód lokomotywa poczyna sapać:
– O-o-ch – ciężko! O-o-o-ch – ciężko!. Och-czko, och-czko, czko-czko, czko-czko, czko-czko…
Potem duże pulmany:
– To nic… To nic… To nic – nic… nic… nic… Wreszcie cieszą się małe wagoniki na końcu:
– Po-je-e-e-chali… po-je-e-chali, pojech-li, pojechali… p-chli… pchli… p-chli, li… li… li…
Pociąg odszedł, już ledwo tylko słychać ostatnie wagoniki. Mama bowiem, przechodząca właśnie przez pokój, ma stać na peronie i machać chusteczką, póki słyszy ten dźwięk wagoników.
– Szczypin! – anonsuje Tata, który tymczasem stał się konduktorem (w kolejnych metamorfozach bywa portierem, dyrektorem hotelu, kelnerem, złodziejem hotelowym, policjantem, sędzią, właścicielem traktiemi portowej, przemytnikiem, torreadorem – a ponieważ dzieci siedzą w loży na corridzie i nie mogą być bykiem, a Mama nie chce, więc cały Cook z klientelą jest rozżalony, a Tata gorzko wymawia, że, „ty każdą zabawę musisz nam zepsuć”).
Na dowód tego, że to istotnie Szczypin, pasażerka wysiadająca otrzymuje pełno szczypów. Krysia triumfuje – niech tam Tili cierpi za to, że będzie miała do dzieci bliżej.
– Kłujewo! – tu Krysia musi wysiadać, wobec czego dostaje kłujkę w bok.
– Mamo, nie pozwól!… – krzyczy cały pociąg.
Mama łapie, osłania i, jak zawsze poniewczasie, sączy miodopłynną mądrość:
– Zawsze się dacie oszukać…
Toteż już następnym razem starannie wybierają stację. Jedna wykupuje bilet do Całuska, druga do Gładkowa.
Ledwie jednak wyjechali za Śródborów, konduktor straszliwym głosem obwieszcza:
– Szczypin! Przesiadka do Całuska i Gładkowa.
Znowu gwałt. Mama, interwencja. Następnym razem wykupują bilety, informując się u bardzo uprzejmego kasjera, że jedzie się bez przesiadania. Tymczasem w drodze Tata zmienia się w nadkonduktora, który przychodzi bardzo przeprosić szanowne pasażerki za niewygodę, jaka je spotyka, bowiem lokomotywa zepsuła się i należy wysiąść.
– A jak się nazywa ta stacja? – pytają struchlałe.
Ale już wypada Tata z rykiem wielkim jako naczelnik stacji… Szczypin. No i wyładowuje.
– Mamusiu, bo ON taki oszukliwy – skarżą się, pocierając niewymawialne części ciała.
– Nie będę was bronić – mówi oburzona Matka, dmuchając na poszkodowane okolice – zawsze same się napraszacie, a potem ryk.
Ale jazd nie dosyć – trzeba jakoś ubarwić tę nudną Elektoralną. Cóż bo tu jest? Tyle, że ta nieszczęsna Siusia. Jest to wielka lalka celuloidowa, nie wiadomo czemu umiłowana przez dzieci i prześladowana przez Tatę. To ON tak paskudnie przerobił poetyczną nazwę Wisienka na Wisia, Wisiunia i wreszcie – Siusia. Co dzień, gdy wraca do domu, po chwili powstaje gwałt: okazuje się, że Siusię postawił w kącie do góry nogami.
Więc aby choć coś żywego i ciepłego wreszcie było, Tata znosi wszelakie zwierzaki. Najprzód były dwa purpurowe tkacze australijskie – Mama się cieszyła. Potem wjechało akwarium. Mama siadała pod nim z cerowaniem, a słońce, przefiltrowane przez wodne rośliny, padało na pokój. Dzieci promenowały na tratwach aksalotle.
Wtedy Tata wybrał chytrze czas, kiedy Mama wyjechała na parę dni, i przyniósł jeża. Kiedy Mama wróciła, było już za późno na interwencję. Jeż gospodarował po całym domu jak po swoim. Dał się nosić dzieciom, zwisając czterema łapkami i nie próbując się zwijać; łapał jak kot papierek ciągany na sznurku; puszczony na stół, bezceremonialnie odpychał ręce domowników, dobierając się do półmiska.
Wreszcie kiedyś Mama zastała pałac z białymi myszami. Pałac był ogromny, zawadzał w pokoju, miał cztery baszty, wiele krużganków i zwodzony most – huśtawkę. Już w przedpokoju powitała Mamę „ciała łodzina wesoła”, tym razem rodzina prestidigitatorów, bo każdemu mysz wyłaziła z każdego rękawa, zza kołnierza, a Tacie i z nogawek ku wielkiej zazdrości latorośli.
Mama bezradna stanęła w tym myszowisku i wówczas musiała odsłuchać ogłuszającej serenady murzyńskiej, a potem odtańczyć dwa rodzinne tany. Jeden, wcześniejszy, zwał się „Tutti–Rutti” i był dosyć głupawym freblówkowym podrygiwaniem w miejscu; za to drugi rodowy tan, zwany, nie wiem już dlaczego, „terebentem”, wymagał wielkiej precyzji: tańczący brali jeden drugiego za głowę i pląsali w dostojnym zwolnionym tempie, podnosząc w bok jak najwyżej nogi i przechylając ciała.
Dziwne to było wychowanie – między Mamą i Tatą. Mama to miękkie ręce. Mama to melodyjny głos, to chuchanie na uderzone miejsce. Mama to samo dobro i sama przyjemność, coś, co dobrze jest mieć w każdej chwili życia koło siebie, dookoła siebie, gdzieś na horyzoncie.
Ziele na kraterze
Wydawnictwo: Literatura
Oprawa: miękka
Ilość stron: 400
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 17,60
Cena detaliczna: 25,14
U nas taniej o 30%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: biografie i wspomnienia, biografie |
| Wydawnictwo: | Literatura |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 145x205 |
| Ilość stron: | 400 |
| ISBN: | 978-83-606-3862-0 |
| EAN: | 9788360638620 |
| Wprowadzono: | 28.11.2007 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęmalinowakrolewna 5 maj 2009
recenzja nagrodzona 25.00pkt - recenzja tygodnia
Sam autor w jednym z rozdziałów tej powieści, pisze: „bohater tej książki-dom własny” i faktycznie, gdybym miała jednym słowem odpowiedzieć na pytanie o czym jest utwór, odpowiedziałbym właśnie, że o domu. Głównym atutem tej książki, tym co wciąga czytelnika jest niezwykła atmosfera rodziny Wańkowiczów i domu jaki tworzą. Nie domu, w sensie ścian, podług, sufitów-bo tych jest w utworze bardzo wiele, niektóre są chwilowe niektóre wpisują się w pamięć na zawsze, ale o domu -ognisku domowym. Wańkowicz opisuje tu świat w którym on sam jest sobą, jego żona-żoną a córki-córkami. Wokół nich widzimy ludzi z rodziny, przyjaciół, znajomych i całkiem obcych, różnie nastawionych, pozostających w różnych relacjach z Wańkowiczami, ludzi. Najważniejsze są jednak dzieci. To je nazywa autor „zielami na kraterze” a części konstrukcyjne powieści wydziela jak etapy wzrastania i pielęgnacji roślinności. Córki, są jak roślinki wyrosłe na kraterze, na gruncie, który zupełnie nie sprzyja życiu a jednak, który stał się jego podłożem. Dziewczynki urodziły się w Polsce międzywojnia, miały ledwie kilka- kilkanaście lat gdy nastała druga wojna światowa. Były młodziutkie, dorastały w kochającej się rodzinie ale jednak ich życie zostało uwikłane w okrutny czas. Były jak rośliny rosnące na kraterze, wciąż zagrożone, chcące żyć i rosnąć a jednak, nie mogące się normalnie rozwijać. Książka rozpoczyna się narodzinami pierwszej córki zaraz po tym jak minęła pierwsza wojna, a kończy, wspomnieniem jej tragicznej śmierci na barykadach okupowanej Warszawy. Istotne jednak, że nie wojna, uwikłanie człowieka w czas, niesprawiedliwość konfliktów zbrojnych jest tematem głównym książki (choć niewątpliwie jednym z najważniejszych, bez których ta powieść nie byłaby tą powieścią). Choć wydać się to może przewrotne, i z pewnością takim jest, motywem przewodnim książki jest apoteoza życia, pochwała witalności. Wańkowicz daje bowiem w „Zielu na kraterze” piękne świadectwa życia kochającej się rodziny. To te mikrohistoryjki mimo, że błahe w obliczu tematyki śmierci, zagrożenia, wojny, wysuwają się na pierwszy plan powieści. Pamiętamy z jej lektury równie dobrze i straszny obraz cierpienia w obliczu wojny jak harce dzieci podżeganych do zabaw przez ojca, przedziwne przezwiska (tata jest Kingiem, mama Królikiem dziewczynki Sanczem Pansą i Tili). Więcej, obraz wojny przedstawiony w tej lekturze działa na nas tak bardzo, moim zdaniem, właśnie ze względu na to, że tak bardzo angażuje nas ta warstwa związana z atmosferą domu Wańkowiczów. Ten swoisty rodzaj utożsamienia, wrośnięcia czytelnika w dom ludzi o których czyta w tej powieści, to jej ogromny plus. Muszę bowiem przyznać, że „Ziele na kraterze” czyta się z zapartym tchem pochłaniając kolejne strony, wątki, wydarzenia właśnie ze względu na tę ich szczególną rodzinną, ciepłą atmosferę sprzed wojny. Obrazki z przedwojennego życia Wańkowiczów bawiły mnie tak, że zaśmiewałam się w głos! Ojciec był animatorem zabaw, wymyślał szalone wyprawy, rytuały zachowań, rozpie[...] a za chwilkę żartobliwie dokuczał córkom tak intensywnie, że wciąż krzyczały w dzieciństwie : „Mama nie pozwól! Mama..” a potem wszyscy bawili się i śmiali razem. Matka opiekowała się dziewczynkami czule a jednocześnie sama była trochę jak dziewczynka-uwielbiała chodzić boso po trawie, żartowała, śpiewała. Atmosfera między rodzicami i dziećmi była bardzo wesoła, żywa. Wiele rozmawiano, dokazywano razem choć i karcono złe postępowanie. Wszytskie relacje opierały się jednak na zdrowym porozumieniu i w[...]mnym szacunku co sprawiało że dom Wańkowiczów hipnotyzował, wciągał. Myślę też, że urok „Ziela na kraterze” polega właśnie na tym przenikaniu światów beztroski, miłości rodzinnej i wojny, więcej, na szczególnym nacisku właśnie na tę pierwszą warstwę! Powoduje to, że wczuwamy się w sytuację Wańkowiczów, przez 400 stron lektury tak dobrze ich poznajemy i cóż-lubimy ich tak bardzo, że niezwykle empatycznie reagujemy na wszystko co im się przydarza. Dlatego też, mimo, że człowiek i jego chęć życia jest motywem głównym powieści, tak bardzo emocjonalnie reagujemy na tragedię wojny, która ich dopada. Wojna to bowiem dla rodziny Wańkowiczów rozłąka, rozdzielenie. Nagle każdy z członków tej pięknej wspólnoty, z mieszkańców tego metaforycznego domu-ogniska domowego, musi zostać sam, oddzielony od bliskich. Ich losy, tak blisko ze sobą dotąd splecione muszą ulec rozpadowi na kilka oddzielnych losów z których żaden nie będzie łaskawy.
muchabzz salmopol(at)o2.pl 13 lipiec 2011
po pierwsze jest to ksiazka elitarna. to co napisala jakis szczaw powyzej ze jest nudna i nie polecam to wlasnie taki przyklad jej elitarnosci. tej ksiazki byle cymbal nie zrozumie i nie pojmie. to ksiazka ktora jak dobry kabaret za czasow komuny - przemiawia do naszej inteligencji i kaze myslec podczas czytania. 2. to jest ksiazak napisana najwyzszej klasy polszczyzna. i to jest kolejny powod dla ktorego byle cymbal po nia nie siegnie albo sie zrazi po paru stronach. ktos kto sie na codzien posluguje polszczyzna pelna przeklenstw, anglicyzmow, nowomowy rodem z wiezenia po prostu tej ksiazki nie rozumie. czyta ja jakby byla innym jezykiem napisana. 3. to jest ksiazka chyba glownie skierowana do ojcow. i opowiada o tym jak mozna w tym swiecie w ktorym zyjemy wychowac dwoje dzieci przekazujac im piekne wartosci. jak budowac dom fizycznie i w umyslach, jak przekazac swiadosc ze nie pieniadz nie bogactwo jest najwazniejsze, jak wyjasnic, ze w kazdej chwili zycia jestesmy bogaci swa wiedza godnoscia przekonaniami. 4. j a te ksiazke odkrywalem jak inni powyzej stopniowo. jest w tym duzo prawdy ze do tej ksiazki trzeba dorosnac. bo te ksiazke czyta sie zamykajac co jakis czas oczy i chodzac po pokojach domeczkum ocierajac sie o postacie z jej kart, sluchajac ich glosu, dla tego jest to ksiazka niezwykla.. jesli ktos te ksiazke zrozumie to do konca juz bedzie nia zafascynowany. dzieki tej ksiazce (i drugiej pt "Na skraju imperiu" Mieczyslawa Jalowieckiego) zaczalem rozumiec ze tak naprawde po wojnie polacy odrodzili sie juz jako inny narod. zostalismy odarci z takiej klasy spolecznej jak ziemianstwo, ktora tworzyla wiela czesc naszej kultury narodowej (zobaczcie sobie zyciorysy polskiej inteligencji sprzed wojny - wiekszosc to ziemianie), i zostalismy pozabawieni kresow. 5 tak wiec nie polecam tej ksiazki gimbusom, dresom, lansujacym sie milosniczkom dody i rubika. to nie jest ksiazka dla was. jestescie za glupi zeby ja zrozumiec. 6. natomiast polecam goraco te ksiazke w wersji mowionej czytanej przez starego machalice. przesluchalem juz setki ksiazek i ta jest na pierwszym miejscu pod wzgledem interpretacji. absolutnie mistrzostwo swiata.
WeronikaK77 weronikakowalska7(at)gmail.com 14 listopad 2010
Na początku okropnie męczyłam się podczas czytania tej książki, bo zawiera wiele trudnych , nawet powiedziałabym nudnych momentów i nie jest pisana łatwym językiem , ale są w niej naprawdę fajne fragmenty( np. kiedy ojciec mówi córką, że tracheotomia to zabieg weterynaryjny, polegający na wsadzeniu kota do buta i robieniu mu lewatywy). Takich uroczych fragmentów jest sporo. Czytając nabywa się cenne doświadczenia życiowe, choć niemałym kosztem...
Madryt Adrianna19(at)amorki.pl 7 kwiecień 2010
Na początku nie chciało mi się czytać tej książki ze względu na ilość stron i na nudny początek. gdy przeczytałam coś więcej dopiero wtedy ujrzałam ciekawość tej książki. Skończyłam ją czytać i zrozumiałam , że ta książka ma dla mnie jakąś wartość. Coś znaczy. Zainteresowało mnie dopiero od czasu wojny. Pózniej już czytałam ze zrozumieniem.Polecam tą książkę każdemu.
wymi. 16 styczeń 2010
książka jest strasznie nudna, beznadziejna i nikomu jej nie polecam, ale niestety jest lekturą.
Bronisława Moskwa bronia53(at)op.pl 13 listopad 2007
Parę słów o książce Ziele na kraterze . Do tej książki trzeba jednak dorosnąć, pamiętam jak zachwalała mi ją ciocia Agata, niestety ja po przewertowaniu jej doszłam do wniosku , że ciocia jak zwykle przesadza i oddałam nie przeczytawszy. Przeczytałam ją za lat chyba 7. Po śmierci cioci, właśnie tę książkę jako moją ulubioną zabrałam sobie z jej biblioteczki. Historia się powtórzyła; polecałam tę książkę moje córce / była juz na studiach/ Niestety powiedziała mi że to jakieś nudy i nie ma czasu tego czytać, obecnie Natalia jest w ciąży , zabrała się za Wańkowicza i jak mi potem napisała smsem: Mama przecudna książka, zarwałam 2 noce by ją przeczytac i ryczałam na końcu jak lew. Ja ciesze się że będę babcia i na pewno pobawię się z wnukiem w pociąg tak jak Wańkowicz z córkami będziemy wysiadać na stacjach Całuski i Kłujewo.
Zobacz również
