Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
27 października 1957 roku niewielkich rozmiarów, nieco kudłata Kudriawka (po rosyjsku „kędzierzawa”) została gwiazdą sowieckiego radia, szczekając do mikrofonu, podczas gdy spiker opowiadał, jak bardzo podoba się jej trening przed zbliżającym się lotem. Chwalona za swoje posłuszeństwo kundelka wystąpiła w audycji państwowej rozgłośni odbieranej przez słuchaczy w zatłoczonych mieszkaniach wielkomiejskich bloków, małych miejscowościach i rozpadających się zabudowaniach wiejskich. W programie wziął udział również jeden z jej opiekunów, profesor Aleksiej Pokrowski, który wyjaśnił, że Kudriawka jako pierwsza żywa istota poleci z Ziemi na orbitę.
„Pracujemy nad tym, aby przybliżyć czas, kiedy podróże człowieka w kosmosie staną się rzeczywistością – powiedział Pokrowski – kiedy ludzie w statkach kosmicznych będą w stanie nawiązać kontakt z innymi, dalekimi, nieznanymi dotąd światami”.
Rozmowa z profesorem Pokrowskim odbywała się w laboratorium, gdzie Kudriawkę przygotowano do wypełnienia powierzonej jej misji na rzecz państwa i macierzystej planety. Przed nią wielu psich towarzyszy odbyło już rakietowe loty suborbitalne; między innymi dwa tygodnie wcześniej pies wyglądający na małego syberyjskiego husky wyniesiony został w sowieckiej rakiecie (mniejszej od R-7) na wysokość 210 km i bezpiecznie wylądował na spadochronie (a przynajmniej tak oficjalnie podawano).
Podczas audycji profesor nie wspominał nic o tym, czy Kudriawka ma również powrócić na Ziemię. Zapewne nieprzypadkowo. Słuchały tego i dzieci, a dla każdego, kto miał jakiekolwiek pojęcie o lotach kosmicznych, było jasne, że Kudriawka odbędzie podróż tylko w jedną stronę. Nikt w całym ZSRR, nawet Naczelny Konstruktor, nie wymyślił jeszcze sposobu na ochronienie powracającego satelity przed wysokimi temperaturami powstającymi w wyniku tarcia przy wchodzeniu w atmosferę ziemską. Na razie, cokolwiek zostałoby wyniesione w kosmos przez rakietę R-7, mogło albo kontynuować podróż bez końca, albo spłonąć przy próbie powrotu.1
Zresztą mechanicy i inżynierowie, którzy gorączkowo pracowali nad przygotowywaniem satelity, byli w stanie przystosować go jedynie do przewiezienia psiego pasażera w jedną stronę. Niezbyt skomplikowane wyposażenie do podtrzymywania zwierzęcia przy życiu zwiększyło wagę satelity do prawie 500 kg, ponad sześciokrotnie większej niż w przypadku pierwszego Sputnika. R-7 miała wystarczającą siłę nośną, by udźwignąć ten ładunek, ale oczekiwanie czegoś więcej nie miało sensu. Konstruktorzy nie byli wszakże pozbawieni ludzkich uczuć i wyposażyli kapsułę w urządzenie wstrzykujące automatycznie truciznę, aby można było uśmiercić psa, zanim wyczerpią się zapasy tlenu.
Satelita miał być wystrzelony z Bajkonuru. System do eutanazji i jego pozostałe elementy: rakieta nośna, kapsuła, przyrządy pomiarowe – zostały przysłane z różnych stron kraju pod koniec października. Po dostarczeniu na miejsce zmontowano je w jedną całość w hangarze położonym nieopodal wyrzutni. Przez kilka tygodni Naczelny Konstruktor kierował tymi pracami z daleka, lecz 26 października, w dniu, kiedy Kudriawka szczekała do radiowego mikrofonu, wsiadł w Moskwie na pokład samolotu lecącego do Taszkientu, by stamtąd dojechać na kosmodrom.
Zanim Naczelny Konstruktor dotarł na Bajkonur, Kudriawka i jej dublerka, suczka imieniem Albina, poddane zostały operacji wszczepienia pod skórę elektrod do pomiaru ich funkcji życiowych: oddychania, tętna i ciśnienia krwi. Na czołach suczek umocowano kolejne czujniki śledzące ruchy gałek ocznych podczas budzenia się i zasypiania. Wszystkie te przyrządy podłączone były do nadajnika radiowego, który miał przesyłać dane na Ziemię. Podczas przygotowań do lotu Kudriawce, która niebawem miała zapisać się na kartach historii, zmieniono imię na prostsze i bardziej kojarzące się z psem. Podczas gdy ci, którzy ją znali, nadal nazywali ją Żuczka lub Limonczik („Cytrynka”), cały świat miał ją poznać jako Łajkę (od rosyjskiego „łajat’” – szczekać).
Złapana na moskiewskiej ulicy Łajka miała wszelkie pożądane u psa cechy. Była inteligentna, spokojna i łatwo się uczyła. Wyglądem przypominała niewielkiego wilczura. Jej wydłużony pysk miał w przeważającej części czarne zabarwienie, z wyjątkiem wąskiego pasma jasnobrązowego futra biegnącego od czubka nosa pomiędzy oczami aż do czoła, a równie jasnobrązowe łaty wielkości ćwierćdolarówki nad każdym okiem sprawiały, że wydawała się mieć brwi stale uniesione w zadziwieniu. Łagodna i chętna do zabawy, Łajka była typem psa uwielbianym przez dzieci. Przed wyruszeniem na Bajkonur, jeden z jej opiekunów zabrał ją do domu, by pokazać własnym pociechom. Czas spędzony na zabawie z nimi był dla niej swego rodzaju rekompensatą za misję, jaką miała wypełnić.
W południe 31 października Łajkę umieszczono w wyściełanej kapsule Sputnika II. Skórzane rzemienie uniemożliwiały jej obrócenie się, niemniej mogła jeść po trochu galaretowatą karmę przygotowaną na czas podróży. W kilka godzin później satelitę – jednym z elementów była srebrzysta kula podobna do pierwszego Sputnika – umieszczono na szczycie rakiety R-7. Przez cały czas trwała już procedura startowa. Zbiorniki paliwa napełniono naftą i ciekłym tlenem. Potężne stalowe podpory utrzymujące R-7 w pozycji pionowej zostały odsunięte. W końcu 3 listopada o godzinie 7.30 odliczanie doszło do zera i zgodnie z planem dokonano zapłonu silników.
Po silnym wstrząsie związanym z odpaleniem silników, Łajka musiała słyszeć naprawdę ogłuszający huk, gdy R-7 wznosiła się w kazachskie niebo. Dyszała gorączkowo, a jej tętno wzrosło trzykrotnie w stosunku do wartości normalnej, w miarę jak przyspieszenie przygniatało ją z sił? kilkakrotnie wi?ksz? od?ci??enia ziemskiego. Z?chwil? wej?cia na?orbit? przeci??enie znik?o, ust?puj?c miejsca stanowi niewa?ko?ci, niemniej stres wywo?any startem nadal si? u??ajkią kilkakrotnie większą od ciążenia ziemskiego. Z chwilą wejścia na orbitę przeciążenie znikło, ustępując miejsca stanowi nieważkości, niemniej stres wywołany startem nadal się u Łajki utrzymywał. Testy przeprowadzone w wirówce na Ziemi wykazywały, że tętno u Łajki powinno powrócić do normalnego niemal od razu po ustaniu przyspieszenia, jednak w odosobnieniu kabiny, bez znajomych twarzy wokoło, potrzebowała znacznie więcej czasu, by się uspokoić.
Odmiennie niż w przypadku pierwszego Sputnika, który całkowicie oddzielił się od rakiety nośnej, Sputnik II wszedł na orbitę połączony z jej drugim członem. Te sześć ton sprzętu o wartości pół miliarda rubli poruszało się po eliptycznej trajektorii na średniej wysokości 850 km. Zestaw rakieta-kapsuła-pies okrążał Ziemię przez 104 minuty, 260 km powyżej orbity Sputnika I.
Na ile dało się stwierdzić z Ziemi, Łajka przez pierwsze dwa-trzy obiegi orbity pozostawała w dobrej kondycji. Przekazywane na Ziemię niskiej jakości obrazy z kamery telewizyjnej w kapsule pokazywały, że jest przytomna i reaguje na bodźce. Wszystko przebiegało zgodnie z planem – Naczelny Konstruktor urządził Chruszczowowi paradę w kosmosie równie imponującą, jak ta, która za kilka dni miała się odbyć na placu Czerwonym dla uczczenia czterdziestej rocznicy bolszewickiej rewolucji.
Było to osiągnięcie znaczące pod wieloma względami. Po pierwsze, pokazywało, czego jest w stanie dokonać, niegdyś skazany na zesłanie, Naczelny Konstruktor, mając pełne poparcie instytucji państwowych. Po drugie, demonstrowało możliwości sowieckiego przemysłu. I wreszcie, umacniało generalnego sekretarza Chruszczowa jako przywódcę państwa. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej Chruszczow, przetrwawszy próby usunięcia go ze stanowiska, ostatecznie skonsolidował w swym ręku władzę, którą zaczął przejmować po śmierci Stalina w 1953 roku. Udane wystrzelenie satelitów stało się dobitnym dowodem jego wybiegającej w przyszłość wyobraźni, zdolności przywódczych i właściwego osądu.
A to nie wszystko. 3 listopada, już po starcie Łajki, ZSRR pokazał Tu-114, olbrzymi czterosilnikowy samolot turbośmigłowy mogący zabrać więcej pasażerów niż jakakolwiek inna maszyna latająca. Gazety na całym świecie opublikowały jego zdjęcia z sylwetkami dwóch mężczyzn na pierwszym planie. Z kolei trzy dni później zademonstrowano największy śmigłowiec świata, potężnego metalowego świerszcza nazwanego Mi-6, który był w stanie udźwignąć trzykrotnie cięższy ładunek niż helikoptery produkcji zachodniej.
W erze, kiedy o przewadze na konwencjonalnym polu walki decydowała dominacja w zakresie sprzętu wojskowego, ZSRR wykazał, że dysponuje największym i najlepszym. Co prawda, miał przy tym odrobinę szczęścia. Od pierwszego udanego lotu międzykontynentalnej rakiety balistycznej w sierpniu po wystrzelenie obu Sputników i pokazy lotniczych olbrzymów nie doszło do żadnej katastrofy czy wybuchu na wyrzutni. Ów ciąg sukcesów zaiste robił wielkie wrażenie.
Przemawiając wieczorem 6 listopada w Sali Marmurowej Kremla na inauguracji obchodów rocznicy rewolucji, Chruszczow, nieposiadający się z dumy z dokonań swojego kraju, żartobliwie oznajmił: „Teraz nasz pierwszy sputnik nie jest już w kosmosie samotny”. Następnie zaprosił swych przeciwników w zimnej wojnie i resztę świata, by przyłączyli się do orbitalnego towarzystwa. „Nasze sputniki krążą wokół ziemskiego globu i czekamy, by pojawiły się amerykańskie czy inne, tworząc wspólnotę sputników”, powiedział Chruszczow. Nie mogąc się powstrzymać przed wsadzeniem szpili przeciwnikom, dał do zrozumienia, iż wie o kłopotach z Vanguardem. „Życie pokazało, że to sowieckie sputniki wyznaczają kierunek w przyszłość”.
Nazajutrz Chruszczow stał całymi godzinami na trybunie honorowej obok Mao Tse-tunga, który przyjął jego zaproszenie, oglądając wielką defiladę oddziałów wojskowych i robotników płynącą przez plac Czerwony. Mao był pod ogromnym wrażeniem tego pokazu siły i jedności sowieckiego państwa oraz Sputników i na zakończenie swojej wizyty wygłosił deklarację, że Związek Sowiecki jest „przodownikiem” światowego komunizmu.
Wieczorem po paradzie wódka lała się strumieniami w tych samych pałacowych pomieszczeniach, gdzie niegdyś tańczyli carowie. Gensek Chruszczow, uchodzący za mającego bodaj najtęższą głowę do wypitki wśród światowych przywódców, opijał swój triumf. Uczynił zaszczyt jednej z zapatrzonych w niego kobiet, porywając ją do tańca na parkiecie. Wzniósł toast za rewolucję i zaintonował ogólną pieśń. Hałaśliwe świętowanie przerwane zostało tylko jednym formalnym przemówieniem wygłoszonym przez jakiegoś sekretarza partii niższego szczebla, który piał peany na cześć geniuszu pionierów sowieckiej kosmonautyki.
Trzeba jednak przywódcom ZSRR przyznać, że mimo wszystkich przejawów samouwielbienia znakomicie rozgrywali wyścig w kosmos od strony propagandowej. Przez cały okres zimnej wojny aspekty wizerunkowe liczyły się w niemal równej mierze co same fakty i pod tym względem Sowieci byli w zasadzie bezbłędni. Chruszczow zadawał jeden psychologiczny cios za drugim, a politycy i biurokracja w Stanach Zjednoczonym praktycznie niczym mu się nie odwzajemniali.
Żaden konsultant z Madison Avenue nie wymyśliłby bardziej skutecznej kampanii propagandowej. Po pierwsze, Sowieci sprytnie zapowiadali każdy kolejny krok, nie okłamując co do jego terminu. Po drugie, dokładali starań, by cały świat mógł usłyszeć ich satelity przez radio, uzyskując niezależne potwierdzenie sowieckich dokonań. I wreszcie, w przypadku Sputnika II, wybór uroczego psiaka, a nie szczura czy świnki morskiej, na pierwsze zwierzę w kosmosie, był pod względem wizerunkowym istnym majstersztykiem.
Od Argusa z Odysei Homera po szkockiego teriera Falę należącego do Franklina Delano Roosevelta, psy zajmowały trwałe miejsce w ludzkich sercach, a im mniejszy był i mniej groźnie wyglądał pies, tym większe było prawdopodobieństwo, że świat powita z radością doniesienia o jego osiągnięciach. W tydzień po starcie Łajki dziennikarz Gay Talese w New York Timesie zaliczył ją do grona słynnych historycznych psów, spośród których wymienił Argusa, Falę oraz Checkersa, cocker spaniela wiceprezydenta Richarda Nixona, o którym zaczęto mówić pięć lat wcześniej, gdy kandydujący w wyborach prezydenckich Nixon, w mowie wygłoszonej dla odparcia zarzutów, że przyjmował nielegalne datki na swą kampanię, przyznał, iż otrzymał psa w podarunku. O Łajce Talese napisał: „Najlepszy przyjaciel człowieka skradł mu nagłówki w gazetach”. To była prawda, nawet w Huntsville w stanie Alabama, siedzibie programu rakietowego wojsk lądowych, miejscowy dziennik uczcił Łajkę w swej niedzielnej rubryce „Pies Tygodnia”. 11 listopada Huntsville Times, który regularnie publikował zdjęcia psów do wzięcia z miejscowego schroniska, zamieścił fotografię szczeniaka, który wyglądał, jak gdyby wisiał na spadochronie. Z podpisu wynikało, że uciekł on z sowieckiego programu kosmicznego.2
Nic dziwnego wszakże, zważywszy na uczucia, jakimi ludzie darzą psy, że zaczęto przejmować się losem Łajki. I tu Sowieci ponieśli pierwszą propagandową porażkę dotyczącą ich programu kosmicznego. W pierwszych doniesieniach podkreślano, że Łajka nie poniosła podczas startu żadnego uszczerbku na zdrowiu, opisując ją jako „spokojną” i „generalnie w zadowalającej kondycji”. W Ameryce eksperci debatowali, czy jest możliwe, by Łajka powróciła bezpiecznie na Ziemię. Naukowcy z programu Vanguarda rozważali wchodzące w grę rozwiązania techniczne, spekulując, że można by użyć silnika rakietowego do wytracenia prędkości przy ponownym wejściu w atmosferę. Jednakże współpracownik Wernhera von Brauna Willy Ley wykluczył tę ewentualnoś?, by? niemal pewien, ?e?Sowieci nie s??w?stanie tego dokona?, doda?, ?e?nawet gdyby uda?o si? sprowadzi? ?ajk?ć, był niemal pewien, że Sowieci nie są w stanie tego dokonać, dodał, że nawet gdyby udało się sprowadzić Łajkę na Ziemię, zlokalizowanie kapsuły po jej wylądowaniu byłoby zadaniem skrajnie trudnym.
Wobec opinii ekspertów coraz bardziej skłaniającej się ku temu, że los Łajki jest przesądzony, organizacje humanitarne w Ameryce, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach złożyły formalne protesty przeciwko rządowi ZSRR. Dołączyło do nich wielu wzburzonych aktywistów ruchów obrony zwierząt. Między innymi Mary Riddell, przewodnicząca Bide-a-Wee Home Association z Manhattanu. To ona jako jedna z pierwszych uznała za oczywiste, że sprowadzenie Łajki na Ziemię nie jest możliwe. „Wasz Rząd – napisała w liście do sowieckiej ambasady – po raz kolejny dowiódł, że jest nieludzki
WYŚCIG NA ORBITĘ Pierwsze amerykańskie programy kosmiczne
Wydawnictwo: Prószyński I S-Ka
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 36,23
Cena detaliczna: 39,81
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Gdy Związek Sowiecki w 1957 roku wystrzelił na orbitę pierwszego sztucznego satelitę, Sputnika I, Amerykanie wpadli w popłoch. Sowieci dysponowali bronią jądrową, zimna wojna trwała w najlepsze, a teraz ZSRR zdobył przewagę w wyścigu w kosmos. Przez cały 1958 rok Amerykanie wariowali na punkcie kosmosu. Bagniste wybrzeże Florydy zaczęło się gwałtownie rozwijać, niczym w czasach gorączki złota, korzystając z kosmicznej koniunktury. A program rakietowy realizowany przez zespół wojsk lądowych odniósł sukces, wystrzeliwując w kosmos pierwsze zwierzę z rzędu naczelnych - małpkę, której ze względu na spokojne usposobienie, nadano przydomek Niezawodny.
Michael D`Antonio - jest dziennikarzem i autorem wielu dobrze przyjętych przez krytykę książek dokumentalnych. Za swą twórczość uhonorowany został licznymi nagrodami, w tym Nagrodą Pulitzera.
Tytuł oryginału: A Ball, a Dog, and a Monkey: 1957 - The Space Race Begins
Tłumaczenie: Marek Krośniak
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura faktu i reportaż, literatura popularno - naukowa |
| Wydawnictwo: | Prószyński I S-Ka |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 140x205 |
| Ilość stron: | 384 |
| ISBN: | 978-83-7839-025-1 |
| EAN: | 9788378390251 |
| Wprowadzono: | 20.01.2012 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęZobacz również

