Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
NA KRYMIE
Gdy brama zamknęła się za mną i stałam samotnie przed wejściem
do obozu, miałam wreszcie swoją wolność, za którą tak długo
tęskniłam. Ale nikt na mnie nie czekał, a chociaż chciałam dostać
się do Bakczysaraju na Krymie, nie wiedziałam nawet, gdzie
to jest. Jedno tylko wiedziałam na pewno – muszę gdzieś osiąść,
znaleźć dla siebie miejsce. Chciałam zdobyć pracę i dach nad głową,
a później się zobaczy. Zdawałam sobie sprawę, że będzie mi
ciężko, w dokumentach napisano przecież, że wyszłam z łagru,
a do tego jeszcze, że jestem Niemką. Musiałam znów, jak przez
tyle lat w dzieciństwie, sama się o siebie zatroszczyć, bo nie miałam
nic prócz więziennego ubrania na grzbiecie. No i jeszcze tego
papieru w kieszeni waciaka, którym mogłam się wylegitymować
we władzach. Ale tacy ludzie jak ja w żadnym urzędzie nie są mile
widziani. Nie byłam też jedyną, która właśnie wyszła z łagru, były
nas wówczas dziesiątki, może nawet setki tysięcy.
Byłam wolna i cieszyłam się z tego, jednocześnie jednak bardzo
się bałam, co przyniesie przyszłość. Za żadne skarby nie chciałam
teraz jechać na Syberię, wstydziłam się przed dzieckiem, byłam
przecież pozbawioną środków do życia byłą więźniarką.
Z drugiej strony wstydziłam się też samego dziecka, było przecież
owocem gwałtu. Stojąc pod bramą obozu, chciałam o tym
156
wszystkim zapomnieć, oddzielić swoje dotychczasowe życie grubą
kreską. Dlatego pojechałam najpierw do Taganrogu, tam mogłam
zacząć od początku. Chciałam zostać porządnym człowiekiem
i wreszcie zacząć godziwie zarabiać. W głębi duszy byłam przekonana,
że gdy mi się wreszcie uda, pojadę na Syberię odszukać
Walentynę i moje dziecko.
Do Bakczysaraju nie dotarłam nigdy w życiu.
Stopniowo dołączały do mnie inne kobiety, po czym załadowano
nas na odkrytą ciężarówkę – a było bardzo zimno – i zabrano
do Plesiecka, czyli najbliższej regularnej stacji na trasie pociągów
dalekobieżnych Archangielsk–Moskwa. Dopiero tam wręczono
nam nasze bilety oraz kartki z rozpiską, jakim pociągiem mamy
jechać i gdzie się przesiąść. Peron patrolowało wielu milicjantów,
którzy uważnie nas obserwowali i wielokrotnie, powoli i z namaszczeniem
sprawdzali nasze papiery. Ostatecznie wcale nie tak
rzadko zdarzało się, że więźniowie z jednego z okolicznych łagrów
podejmowali próby ucieczki. W naszym obozie za moich czasów
takiego przypadku co prawda nie było. Jednak jeszcze czterdzieści
lat później, gdy pojechałam tam z ekipą telewizyjną, ostrzegano
nas przed zabieraniem autostopowiczów w okolicach Plesiecka
i Puksooziera, bo mogli to być tylko zbiegli więźniowie. Po ubraniu
nie można było ich rozpoznać. Pod koniec lat pięćdziesiątych
było inaczej – na pierwszy rzut oka można było poznać, że moje
koleżanki i ja właśnie wyszłyśmy z więzienia, wszystkie nosiłyśmy
identyczne czarne sukienki i waciaki, a także chustki na głowach.
Pod chustką schowałam loki, które zdążyły już odrosnąć do poprzedniej
długości, czyli do ramion.
Z początku jazda była całkiem przyjemna, bo nie byłam sama,
potem jednak moje towarzyszki musiały się przesiąść. Nie pamiętam
już, czy też się przesiadałam, czy dojechałam do Moskwy.
Chyba jednak pierwszą przesiadkę miałam dopiero w Moskwie.
Ktoś musiał mi tam pomóc, nie byłam jeszcze przecież nigdy
w tak wielkim mieście, nigdy też nie jechałam podziemnym po157
ciągiem – metrem. Mój kolejny pociąg jechał na Kaukaz przez
Marcewo, to pamiętam, gdzie miałam się znów przesiąść.
Przez całą podróż czułam się bardzo nieswojo – ludzie popatrywali
na mnie spode łba, wydawałam im się podejrzana. Ktoś
jednak powiedział, że z Marcewa nie jest już daleko do Taganrogu.
To stosunkowo duże miasto. Mężczyzna znał je trochę i opowiedział
mi o dużym zakładzie, w którym naprawia się pociągi
i lokomotywy. Miałam nadzieję, że znajdę tam pracę.
Marcewo koło Taganrogu, niedaleko Rostowa nad Donem,
jest do dziś wielkim węzłem kolejowym. Zaraz po przyjeździe poszłam
na dworcowy posterunek. Ale był już późny wieczór i nikt
nie mógł mi pomóc. Naczelnicy rozeszli się do domów, a dla dyżurnego
milicjanta prośba o pomoc w znalezieniu pracy i dachu
nad głową dla młodej kobiety, która właśnie wyszła z łagru, stanowiła
zdecydowanie zbyt wiele. Przenocowałam więc na dworcu.
W nocy milicjanci wiele razy sprawdzali moje papiery. Przez
jakiś czas obserwowało mnie też kilku facetów w średnim wieku,
którzy na koniec zaproponowali mi nocleg, byłam wtedy bardzo
ładna. Ale ta przysługa miałaby oczywiście swoją cenę. Wyszłam
więc z budynku dworca, żeby zostawili mnie w spokoju.
Następnego ranka znów zameldowałam się na milicji, gdy naczelnicy
pojawili się już w pracy. Mogłam wreszcie przedłożyć
swój paszport i karteczkę, którą dostałam w obozie. Napisano na
niej po rosyjsku: „Klemajte, Maria Albertowna, urodzona wtedy
i wtedy, nie ma rodziny i potrzebuje szczególnej opieki”. Miałam
szczęście, że moją sprawą zajął się osobiście naczelnik dworcowej
milicji. Zadzwonił nawet do magazynów kolejowych w Taganrogu,
aby mi załatwić pracę. Na własne uszy słyszałam, jak
się za mną wstawiał: „Trzeba dać pracę pewnej młodej kobiecie...
przyjechała z północy, z łagru... będę jednak nalegał... nalegam!”.
Wdał się w gwałtowną kłótnię z osobą po drugiej stronie, ja zaś
stałam obok i nie mogłam się nadziwić: oto znalazł się ktoś, kto
naprawdę stara się mi pomóc.
Naczelnik towarzyszył mi nawet w drodze z Marcewa do Ta158
ganrogu, do magazynu kolejowego. Rzeczywiście, potrzebowali
tam ludzi do pracy, ale nie świeżo zwolnionych więźniów. Gdy
przyjechaliśmy na miejsce, naczelnik jeszcze raz zaczął wykłócać
się z nimi w mojej sprawie. Ponieważ w dalszym ciągu nie chcieli
mnie przyjąć, zaczął krzyczeć: „I co niby ma teraz zrobić? Siedziała
już dwa razy! Macie jakieś ludzkie uczucia czy nie?”, „Nie mamy
jej gdzie umieścić, powinna pójść do fabryki”. Wtedy milicjant
zadzwonił i tam, okazało się jednak, że fabryka maszyn rolniczych
nie zapewnia jeszcze swoim pracownikom zakwaterowania, podczas
gdy magazyny kolejowe dysponowały przestronnym hotelem
robotniczym. Również z tego powodu próbował znaleźć mi pracę
właśnie tam. Rozmowy się przeciągały, na koniec pewien starszy
mężczyzna powiedział: „No, co robić. Spróbujemy jej w takim razie
pomóc. Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze”. Zaraz
potem zabrano mnie do hotelu robotniczego.
Przydzielono mi łóżko w pokoju, w którym mieszkały już dwie
młode kobiety. Kierownik hotelu od razu powiedział im, skąd
przyjechałam. Nie musiał zresztą tego robić, i tak było po mnie
widać. Jeszcze tego samego dnia musiałam zameldować się na zakładzie,
tam wydano mi odzież roboczą i natychmiast zagoniono
na kilka godzin do pomocy, aby sprawdzić, czy dam sobie radę.
Gdy zmiana dobiegła końca, wróciłam do hotelu wraz z resztą
robotników. Nikt się do mnie nie odzywał. Z taką jak ja nikt się
nie chciał zadawać.
Młode kobiety i dziewczęta, które mieszkały w hotelu, od razu
się zorientowały, że skończyły mi się pieniądze. Byłam strasznie
głodna, a nie miałam za co kupić choćby kawałka chleba. We
wspólnej kuchni obserwowały każdy mój krok, szpiegowały mnie
po prostu, pewnie ze strachu, żebym nie kradła jedzenia. Koleżanki
z pokoju próbowały nawet na początku skusić mnie, świeżo
zwolnioną więźniarkę, do kradzieży: zamiast zamykać je w szafce,
wykładały w kuchni rozmaite smakołyki, a na łóżkach różne
ładne rzeczy. Ale niczego nie wzięłam, zdawałam sobie sprawę,
159
że wystawiają mnie na próbę. Zamiast tego wygrzebałam sobie
raz czy drugi kilka kawałków chleba ze śmietnika. Nie było tego
dużo, zwykle chleb był już nadpleśniały. Poza tym zbierałam niedopałki,
żeby mieć co palić.
Na kuchennym stole stała sól, każdy mógł brać sobie, ile chciał,
i nie trzeba było za to płacić. Przed wyjściem do pracy zjadałam
każdego ranka dwie łyżki tej soli i popijałam jedną czy dwiema
szklankami wody. Pozwalało mi to zabić głód na jakiś czas. Moje
współlokatorki widziały to wprawdzie, ale nie kiwnęły nawet palcem.
Po kilku dniach miałam już całkiem opuchniętą twarz i czułam
się bardzo osłabiona. Mimo to nadal chodziłam do pracy
w magazynie naprawczym, gdzie zajmowałam się czyszczeniem
części zamiennych do parowozów. Musiałam taszczyć ciężkie części
z regałów na stół roboczy i tam nacierać je smarem. Glansowałam
je, aż lśniły, i targałam z powrotem. To była ciężka praca,
odpowiednia właściwie dla silnych mężczyzn.
Mimo że wiele kobiet nieraz widziało, jak mdleję, współczuły
mi tylko nieliczne. Po kilku dniach pomogły mi wreszcie dwie
Rosjanki z północy. Jedna z nich pracowała jako etażna, zajmowała
się wszystkimi pokojami na piętrze. Dowiedziała się skądś,
że przyjechałam z łagru, ale jestem uczciwa. Druga nazywała się
Galina Szyrszowa. Mieszkała w pokoju obok i była w ciąży. Obie
traktowały mnie jak człowieka. Widziały, że nie mogę sobie pozwolić
nawet na kawałek chleba. Poszły więc do kierownika oddziału
i wstawiły się za mną: „Tak, wiemy, że przyjechała z łagru.
I na pewno nie jest jej z tym lekko. Wszyscy ciągle robią jej jakieś
wyrzuty. Ale u nas nie ukradła nigdy nawet szpilki. Nie ma co
jeść. Zróbcie coś, inaczej zaraz znowu zemdleje, w końcu żyje tylko
o soli i wodzie”.
W tamtych czasach istniały związki zawodowe i kierownik zaraz
do nich poszedł. Ze mną było już naprawdę kiepsko, przez trzy
dni nic nie jadłam i ciężko pracowałam. Bardzo się jednak bałam
cokolwiek ukraść. Z miejsca pracy zabrano mnie natychmiast do
160
hotelu, ale nie do pokoju, tylko do pielęgniarki. Zmierzono mi
ciśnienie, po czym usłyszałam: „Jest bardzo osłabiona”. Dostałam
trzy dni zwolnienia, mimo że dopiero co podjęłam pracę.
Z profsojuza, czyli związku zawodowego, dostałam też od razu
niewielkie wsparcie fi nansowe, bezzwrotną pożyczkę. Nie pamiętam
już, jaka to była suma. Gdy leżałam w pokoju dla chorych,
odwiedziły mnie dwie kobiety, przyniosły mi te pieniądze i coś
do jedzenia, chyba biały chleb i masło. Dały mi też kilka ręczników,
lichutką kurtkę z materiału – gumiaki dostałam na zakładzie,
należały do odzieży roboczej – a także kubek, miskę i garnek
z pokrywką. Od tej chwili mogłam sobie coś ugotować. Kobiety
w przychodni powiedziały mi jeszcze, że muszę teraz uważać
z jedzeniem i na początek przyjmować raczej płyny, na przykład
zupy. Po trzech dniach udało mi się wreszcie stanąć na nogi.
Galinie, jednej z tych dwóch kobiet, mogłam się później zrewanżować.
Byłyśmy w jednej brygadzie i zaprzyjaźniłyśmy się
przy pracy. Galina spodziewała się dziecka, ale nie miała męża,
dlatego stanowiła obiekt drwin. Z jakiegoś powodu inne kobiety
nie darzyły jej sympatią, może dlatego, że nie była z południa, tylko
z północnego Uralu. Tam mieszkali jej rodzice i rodzeństwo,
których poinformowała w liście o ciąży, tam też zamierzała wrócić
na czas porodu. Dostała jednak następującą odpowiedź: „Nie!
Wpadłaś bez pomocy, to i teraz radź sobie sama!”. Galina była
zrozpaczona, jedynym rozwiązaniem wydawało jej się samobójstwo
i wtedy jej pomogłam. Powiedziałam: „Nie ma mowy! To
jeszcze nie powód, żebyś się zabijała. Urodź to dziecko, to musi
być przecież piękne przeżycie! Pomogę ci, jakoś damy sobie z tym
radę”.
Pierwszą wypłatę otrzymałam w chwili, gdy Galinę odrzucili
rodzice. Nie musiałam już chodzić głodna, mogłam sobie nawet
pozwolić, aby z zadatku kupić koszulki i pieluszki dla córeczki
Galiny. Wszystko z wdzięczności za to, że mi wtedy pomogła.
Nasza przyjaźń nie przetrwała jednak, skończyła się, gdy Galina
poszła na urlop macierzyński.
161
Przez jakiś czas mieszkało mi się w hotelu bardzo dobrze,
zwłaszcza że nie byłam już sama. Miałam swoje zwierzątko, jeżyka,
którego podarowały mi inne dziewczęta. Po kilku tygodniach
zabrały go jednak z powrotem. Gdy wróciłam z pracy do domu,
zniknęła skrzyneczka i sam jeż. Pewnie dlatego, że kradł jedwabne
pończochy i inne rzeczy, należące do moich współlokatorek.
Sypiałam z tym jeżem pod jednym kocem. Niestety, zwierzak
porządnie cuchnął, w końcu załatwiał swoje potrzeby w naszym
pokoju. Starałam się wprawdzie wszystko sprzątać, ale nie zawsze
mi się udawało. Jedwabne pończoszki, które zniknęły pewnego
dnia, jedna z dziewcząt znalazła później za kaloryferem, gdzie
jeż urządził sobie z nich gniazdko. Wcześniej to mnie oskarżyła
o kradzież. W nocy, gdy leżeliśmy razem pod kocem, jeżyk składał
igły zupełnie płasko, więc w ogóle mnie nie kłuł. Musiał wiedzieć,
że nie zrobię mu krzywdy, bo przecież dobrze go karmiłam.
Jeszcze przez kilka tygodni harowałam w magazynie kolejowym
w Taganrogu. Do czasu, aż prawie codziennie zaczęłam mieć
krwotoki z nosa, mimo że byłam zupełnie zdrowa. Gdy zauważył
to kierownik fabryki, wysłał mnie zaraz do lekarki w przychodni.
Uznała, że ta praca – moja brygada zajmowała się przede wszystkim
wielkimi częściami lokomotyw, które między innymi trzeba
było przenosić tam i z powrotem – jest dla mnie jednak trochę
za ciężka, i zaleciła mi kilka dni odpoczynku. Odkąd Galina poszła
na macierzyński, w mojej brygadzie nie było żadnych kobiet,
oprócz mnie pracowali tam sami mężczyźni. Przez całe życie chętniej
pracowałam z facetami niż z kobietami, dlatego przy zatrudnianiu
powiedziałam kierownikowi, że jestem silna i zdatna do
każdej pracy, i mogę się podjąć nawet męskiej roboty. Tym razem
jednak chyba się trochę przeceniłam.
Przez te krwotoki szybko zostałam przeniesiona na inne, lżejsze
stanowisko. Mężczyźni i kobiety myli tam wagony, wewnątrz
i z zewnątrz. Gdy pasażerowie wysiedli na peron, pociąg natychmiast
odstawiano na boczny tor. Tam już czekała nasza brygada
porządkowa, z wiadrami, szmatami i szczotkami. Najpierw
162
czyściliśmy wszystko na błysk w środku. Potem przychodził czas
na dachy, podłogi i ubikacje, na koniec zaś polewaliśmy wagony
wodą ze szlaucha. Z przyjemnością zostałabym w tej pracy na dłużej,
niestety, kolejny raz mój wybuchowy temperament przekreślił
te plany, wschodniopruski diabełek znowu doszedł do głosu.
Pod koniec lat pięćdziesiątych budowano kolejny hotel robotniczy
dla magazynów kolejowych. Ci, którzy mieli już zakwaterowanie
w hotelu, musieli pomagać przy budowie, odpracowując
w każdym tygodniu i miesiącu określoną liczbę godzin. Można to
było robić w czasie wolnym, w soboty lub niedziele. Naturalnie
też regularnie pomagałam przy tej budowie.
Niestety, cały czas trafi ałam tam na kobietę, której z wzajemnością
nie znosiłam. Od samego początku mówiła o mnie niemiec -
kaja faszistka. Skądś musiała się dowiedzieć, że jestem Niemką,
chociaż nie zdradziłam tego nikomu. Przy każdej okazji prowokowała
mnie i obrażała, ale znosiłam to bez słowa. Już gdy mnie
zatrudniano, usłyszałam, że muszę się pilnować i nie wdawać
w żadne awantury w hotelu robotniczym. I rzeczywiście byłam
bardzo ostrożna. Zdarzało się nawet, że ci, którzy mnie znali, mówili
do tej kobiety: „Do cholery, zostaw wreszcie Marię w spokoju,
pracuje lepiej od ciebie!”. Kiedyś jednak ta baba powiedziała
do drugiej: „No i co jej tak bronisz, przecież to Niemra!”. Ktoś
odpowiedział: „I co z tego!”, ale już było za późno. Ja wtedy na to:
„Nic ci do tego. Ja cię też nie pytam, coś ty za jedna”. „Ja jestem
Rosjanką, a ty żeś tu przyjechała, żeby żreć nasz chleb!”, wydarła
się na mnie. Pamiętam, że była trochę niższa ode mnie. Wyprostowałam
się więc, bo akurat układałam wtedy cegły. Stanęłam
i powiedziałam: „Spróbuj się tylko do mnie zbliżyć. No, spróbuj
tylko”. „Teraz ci pokażę”, pogroziła i ruszyła w moją stronę.
Gdzieś na cegłach obok mnie leżał mastierok, czyli kielnia. Nie
zdzierżyłam dłużej i sięgnęłam po nią. Rzuciłam w jej stronę i trafi
łam w głowę. Niestety. Kobieta wrzasnęła głośno. Miała niedużą
ranę i lekko krwawiła.
Całą tę sytuację obserwowało może z piętnaście osób, kobie163
ty i mężczyźni. Z początku wydawało się, że sytuacja wróciła do
normy równie szybko, jak się wcześniej zaogniła. Siedziałam na
murku, paliłam papierosa i myślałam: „Cholera ciężka, zaraz znowu
trafi ę do ciupy”. A przecież mnie ostrzegali: nie wdawaj się
w kłótnie, siedź cicho, bądź miłą, sympatyczną Marysią. Jakieś
pół godziny później pojawiło się dwóch milicjantów, aby mnie
stamtąd zabrać.
Jeden z nich powiedział mi na koniec: „Wpakowałaś się w kłopoty.
Ta kobieta ma dwóch braci, jeden pracuje u nas. Spiorą cię
na kwaśne jabłko albo zamordują”. Oczywiście nie chodziło o to,
że naprawdę mieliby mnie zabić. To po rosyjsku tylko taki zwrot,
wyrażający poważną groźbę.
Na posterunku spisano protokół. Od razu przyznałam się, że
rzuciłam kielnią i trafi łam tę kobietę w głowę. Ale dlaczego? Powiedziałam,
że cały czas mnie obrażała i wyzywała, nazwała mnie
nawet „parszywą faszystką”. Ale ta odpowiedź nie przypadła milicjantom
do gustu, cisnęli mnie więc tak długo, aż powiedziałam,
że ni z tego, ni z owego sama wszczęłam tę kłótnię. Taka wersja
trafi ła ostatecznie do pierwszego protokołu. Później jednak pojawił
się inny milicjant z wieloma gwiazdkami na pagonach, zabrał
mnie do celi przesłuchań i powiedział, że przeczytał wprawdzie
protokół, w tym czasie jednak zdążyło wstawić się za mną pięć czy
sześć osób, które zeznały, że ta kobieta mnie sprowokowała. Ofi -
cer dodał wtedy: „Cóż, wszystko jasne. Biorąc pod uwagę, że byłaś
już wcześniej karana, a jej brat pracuje w innym wydziale milicji,
spokojnie mogą cię znów zapuszkować. Za «bijatyki w miejscu
publicznym». Dostaniesz za to znów trzy do pięciu lat, bo doszło
do uszkodzenia ciała. A może chcesz jeszcze raz trafi ć do więzienia?”.
„Na miłość boską, nie! Mogę ją przeprosić”, odpowiedziałam
natychmiast. „To już nie wystarczy. Była właśnie u mnie
w biurze i zagroziła, że wyśle cię w końcu tam, skąd przybyłaś!”.
Potem jednak ten milicjant, starszy szpakowaty mężczyzna, dodał
jeszcze: „Mogę ci pomóc tylko w jeden sposób.
Wilcze dziecko
Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa: twarda
Ilość stron: 304
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 31,68
Cena detaliczna: 34,81
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: biografie i wspomnienia, biografie |
| Wydawnictwo: | Świat Książki |
| Oprawa: | twarda |
| Wymiary: | 145x215 |
| Ilość stron: | 304 |
| ISBN: | 978-83-7799-240-1 |
| EAN: | 9788377992401 |
| Wprowadzono: | 30.01.2012 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęZobacz również
