zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:

Newsletter

Bądź na bieżąco z promocjami i nowościami w Gandalfie.

Ostatnio oglądane

Taki jaki jestem - Billy Graham

Taki jaki jestem Autobiografia

Billy Graham

cena: 53,56

Tak niewiele zrobiono - Theodor Dalrymple

Tak niewiele zrobiono Zapiski prawego ...

Theodor Dalrymple

cena: 44,48

T - Wiktor Pielewin

T

Wiktor Pielewin

cena: 40,77

Sztuka - PRACA ZBIOROWA .

Sztuka Przewodnik

PRACA ZBIOROWA .

cena: 36,30

Tam gdzie ty
powiększenie, przód
przeczytaj fragment książki
Tam gdzie ty

ZOE

(…)
Kiedy rodzę dziecko, myślę, że któregoś dnia nie będę o tym pamiętać. Zapomnę, jak doktor Gelman mówi o mięśniakach macicy, które chciała usunąć przed zapłodnieniem – na co nie wyraziłam zgody, bo mi się spieszyło zajść w ciążę – włókniakach, które bardzo urosły. Zapomnę, jak mówi, że łożysko oddzieliło się od ścianki macicy. Nie poczuję, jak sprawdza mi szyjkę i mówi cicho, że mam rozwarcie na sześć centymetrów. Nie zauważę, że Max podłącza mój iPod i salę wypełniają dźwięki Beethovena, a pielęgniarki suną w zwolnionym tempie, milczące i nieswoje.
Nie będę pamiętać, jak odchodzą mi wody, ani krwi, którą nasiąka prześcieradło. I smutnych oczu anestezjologa, który mówi, że bardzo mu przykro, i przewraca mnie na bok, żeby podać epidural.
Zapomnę o utracie czucia w nogach i myśli, że to początek. Oraz pragnieniu, aby przestać odczuwać cokolwiek.
Zapomnę, jak po serii skurczów otworzę oczy i napotkam wzrok Maxa o twarzy wykrzywionej płaczem, jak moja.
Zapomnę, jak proszę Maxa o wyłączenie Beethovena. I jak wyciągam rękę, przewracam iPoda i zrzucam go na podłogę, gdzie rozbija się na kawałki.
Zapomnę ciszę, jaka potem zapadła.
Ktoś inny powie mi, że dziecko wyśliznęło się ze mnie jak ryba, a doktor Gelman powiedziała, że to chłopiec.
Ale jak to, pomyślę, choć nie będę później o tym pamiętać. Bertha miała być dziewczynką. I przemknie mi przez myśl, czy to aby jedyna pomyłka lekarki, czy może było ich więcej.
Zapomnę, jak pielęgniarki owiną go kocykiem i włożą mu na główkę maleńką czapkę z włóczki.
Zapomnę, jak go trzymam, jego główkę wielkości śliwki. Rysy oplecione żyłkami. Śliczny nosek, wydęte usteczka, gładką skórę i brwi, które nie zdążyły się zarysować. Pierś, kruchą jak u ptaka i nieruchomą. To, że prawie mieścił się w dłoni i ważył tyle co piórko.
Zapomnę, że aż do tamtej chwili nie wierzyłam, że to prawda.

We śnie cofam się o miesiąc. Minęła północ, leżymy z Maxem w łóżku. Nie śpisz?, pytam.
Nie. Rozmyślam.
O czym?
Potrząsa głową. O niczym.
Martwisz się, mówię.
Nie, odpowiada. Myślałem o oliwie z oliwek.
Oliwie z oliwek?
No. Z czego się ją robi?
Czy to podchwytliwe pytanie?, pytam. Z oliwek.
A olej kukurydziany? Z czego się go robi?
Z kukurydzy?
No dobra, odpowiada Max. A oliwkę dziecięcą?
Przez chwilę oboje milczymy. Potem wybuchamy śmiechem. Śmiejemy się tak, że łzy napływają mi do oczu. W ciemności sięgam po rękę Maxa, ale nie trafiam.

Kiedy się budzę, rolety w sali są zaciągnięte, ale drzwi otwarte na oścież. W pierwszej chwili nie wiem, gdzie się znajduję. Z korytarza dobiega hałas i widzę rodzinę – dziadków, dzieci, nastolatków – dryfujących na falach swojego śmiechu. Niosą kolorowe balony.
Zaczynam płakać.
Max siada obok mnie na łóżku. Niezdarnie otacza mnie ramieniem. Odgrywanie siostry miłosierdzia nie jest jego najmocniejszą stroną. Kiedyś w Boże Narodzenie rozchorowaliśmy się na grypę. W przerwach między napadami torsji przynosiłam mu z łazienki zimne kompresy.
– Zo – mruczy. – Jak się czujesz?
– A jak ci się zdaje? – Pluję jadem. Gniew aż we mnie kipi. Wypełnia przestrzeń zarezerwowaną dotąd dla dziecka. – Chcę go zobaczyć…
Max nieruchomieje.
– Ja, uhm…
– Zawołaj pielęgniarkę. – Głos dobiega z kąta, w którym siedzi mama. Oczy ma czerwone i podpuchnięte. – Słyszałeś, co powiedziała.
Max kiwa głową, wstaje i wychodzi z sali. Mama bierze mnie w ramiona.
– To niesprawiedliwe – wykrztuszam.
– Wiem, Zo. – Gładzi mnie po włosach, a ja przywieram do niej jak wówczas, kiedy miałam cztery lata i wyśmiewano mnie za piegi, albo piętnaście, gdy po raz pierwszy złamano mi serce. Dociera do mnie, że nigdy nie przytulę tak swojego dziecka, i płaczę jeszcze bardziej.
Pielęgniarka wchodzi do sali, za nią Max.
– Zobacz. – Podaje mi zdjęcie naszego synka. Wygląda, jakby spał. Ręce ma zwinięte w piąstki po obu stronach twarzy, dołeczek w brodzie.
Pod zdjęciem widnieją odciski dłoni i stopy, tak małe, że aż nierzeczywiste.
– Pani Baxter – mówi cicho pielęgniarka. – Przykro mi z powodu pani straty.
– Dlaczego pani szepcze? – pytam. – Dlaczego wszyscy szepczecie? I gdzie, do cholery, jest moje dziecko?
Jak na zawołanie wchodzi druga pielęgniarka, z moim synkiem na rękach. Jest ubrany, tonie w zbyt obszernych śpioszkach. Wyciągam ręce.
Przez jeden dzień pracowałam na oddziale intensywnej terapii noworodków. Grałam na gitarze wcześniakom i śpiewałam im – noworodki poddane muzykoterapii wykazują lepsze dotlenienie i przyspieszoną akcję serca, a według niektórych badań znacznie szybciej przybierają na wadze. Pracowałam z jedną matką, śpiewając po hiszpańsku dla jej dziecka, gdy do sali zajrzała pani z opieki społecznej i poprosiła mnie o pomoc.
– Dziś rano zmarło dziecko Rodriguezów – powiedziała. – Rodzina czeka na ostatnią kąpiel.
– Ostatnią kąpiel?
– To czasami pomaga – wyjaśniła kobieta. – Ale to liczna rodzina i przydałaby się pomoc.
Kiedy weszłam do prywatnej sali, gdzie czekała rodzina, wszystko stało się jasne. Matka siedziała na bujanym krześle z martwym noworodkiem w ramionach. Twarz miała jak wykutą z kamienia. Ojciec dziecka stał nad nią. Nie zabrakło też wujów, ciotek i dziadków, milczącego kontrapunktu bratanków i siostrzenic, biegających z piskiem wokół łóżka.
– Cześć – powiedziałam. – Mam na imię Zoe. Czy mogę wam coś zagrać? – Wskazuję na gitarę, przewieszoną na pasku przez plecy.
Gdy matka nie odpowiedziała, uklękłam naprzeciw niej.
– Miała pani śliczną córeczkę.
Nikt się nie odezwał, więc wzięłam gitarę i zaczęłam śpiewać – tę samą hiszpańską kołysankę, którą nuciłam przed chwilą:

Duérmete, mi niña
Duérmete, mi sol
Duérmete, pedazo
De mi corazón.

Rozpędzone dzieci zatrzymały się na chwilę. Dorośli utkwili we mnie wzrok. Znalazłam się w centrum uwagi; całą swą energię skupili na mnie zamiast na biednym dziecku. Gdy zjawiła się pielęgniarka, aby po raz ostatni wykąpać noworodka, wymknęłam się z sali, poszłam do administracji i powiedziałam, że rezygnuję.
Dziesiątki razy grałam przy łóżkach umierających dzieci; zawsze uważałam za przywilej, że muzyką niejako odprowadzam je na drugą stronę. Ale teraz było inaczej. Nie mogłam zgrywać Orfeusza, jeśli Max i ja tak usilnie staraliśmy się o dziecko.
Mój synek jest chłodny w dotyku. Kładę go sobie między nogami na szpitalnym łóżku i rozpinam niebieską piżamę, w którą ubrała go jakaś litościwa pielęgniarka. Kładę dłoń na jego piersi, ale nie czuję bicia serca.
Duérmete, mi niño, szepczę.
– Chciałaby pani trochę z nim pobyć? – pyta pielęgniarka, która go przyniosła.
Patrzę na nią.
– Mogę?
– Ile pani zechce – odpowiada. – No… – Nie kończy zdania.
– Gdzie leży?
– Słucham?
– Kiedy go tu nie ma. Gdzie leży? – Patrzę na pielęgniarkę. – W kostnicy?
– Nie. U nas.
Kłamie. Wiem, że kłamie. Gdyby leżał z innymi dziećmi, nie byłby lodowaty jak jesienny poranek.
– Chcę zobaczyć.
– Obawiam się, że nie możemy…
– Słyszała pani? – W głosie mamy pobrzmiewa władczy ton. – Zróbcie to, o co prosi.
Pielęgniarki patrzą po sobie. Jedna wychodzi na zewnątrz i wraca z wózkiem inwalidzkim. Pomagają mi zejść z łóżka i usiąść. Cały czas trzymam dziecko.
Max wiezie mnie korytarzem. Zza jakichś drzwi dobiega jęk rodzącej kobiety. Max przyspiesza kroku.
– Pani Baxter chce zobaczyć, gdzie leży jej syn – mówi pielęgniarka do koleżanki zza biurka, jakby to się rozumiało samo przez się. Prowadzi mnie za dyżurkę, obok regałów wypełnionych przyborami i stertami kocyków i pieluch. Za regałami stoi mała lodówka z nierdzewnej stali, podobna do tej, jaką miałam w akademiku.
Pielęgniarka otwiera lodówkę. Początkowo nie rozumiem, lecz zaglądam do środka i na widok białych ścian oraz pojedynczej półki doznaję olśnienia.
Mocniej przyciskam dziecko, ale jest tak małe, że prawie go nie czuję. Całkiem jakbym trzymała worek piór, oddech, życzenie. Niewiele myśląc, wstaję z wózka – byle tylko nie widzieć lodówki – i nagle nie mogę złapać tchu, świat wiruje przed oczami, a serce rozpada mi się na kawałki. Osuwam się na ziemię z myślą, że go nie upuszczę. Dobra matka nie zrobiłaby tego na pewno.

– Chce pani powiedzieć – mówię do doktor Gelman, mojej lekarz prowadzącej – że jestem chodzącą bombą zegarową.
Po tym jak zemdlałam, zostałam ocucona i opowiedziałam lekarzom o objawach, podano mi heparynę. Prześwietlenie wykazało skrzep w płucach – zator. Dowiaduję się od doktor Gelman, że badanie krwi ujawniło problemy z krzepnięciem. Czyli sytuacja może się powtórzyć.
– Niekoniecznie. Skoro już wiemy, że ma pani AT III, możemy zastosować kumadynę. To da się wyleczyć, Zoe.
Siedzę jak zaczarowana; jeden nieostrożny ruch, a skrzep powędruje do mózgu i nabawię się tętniaka. Doktor Gelman zapewnia, że po zastrzykach z heparyny to wykluczone.
Rozczarowanie ciąży mi kamieniem na sercu.
– Czemu dopiero teraz na to wpadliście? – pyta Max. – Przecież robiliście wszystkie badania.
Doktor Gelman przenosi na niego wzrok.
– Niedobór antytrombiny III nie ma z ciążą żadnego związku. Człowiek przychodzi z tym na świat, a trombofilia na ogół ujawnia się w młodym wieku. Często nie sposób jej zdiagnozować, dopóki coś nie nasili problemu. Na przykład złamana noga. Lub, jak w przypadku Zoe, skurcze i poród.
– Czyli ciąża nie ma tu nic do rzeczy – podchwytuję skwapliwie. – Więc teoretycznie jeszcze mogę mieć dziecko?
Zwleka z odpowiedzią.
– Jedno nie wyklucza drugiego – odpowiada. – Ale może porozmawiamy o tym za kilka tygodni?
Obie odwracamy głowy do drzwi, które zamykają się za Maxem.

Gdy zostaję wypisana ze szpitala, salowa wiezie mnie na wózku do windy, a Max idzie obok z moją walizką. Zauważam coś, na co nie zwróciłam uwagi przez dwa dni, które tu spędziłam – pojedynczy jaskier w małym, szklanym wazoniku przyczepionym do drzwi. Moich drzwi, żadnych innych na korytarzu. Domyślam się, że to znak dla pielęgniarek, które przychodzą pobrać krew, i reszty personelu. Znak, że w przeciwieństwie do pozostałych sal na porodówce tu nikt się nie cieszy. Bo tu wydarzyło się coś strasznego.
Kiedy czekamy na windę, przywożą inną kobietę. Trzyma w objęciach noworodka, a na poręczy wózka kołysze się balon z napisem „Gratulacje”. Jej mąż staje obok z naręczem kwiatów.
– Tatuś przyszedł? – grucha kobieta. – Pomachasz do tatusia?
Słychać dzwonek i winda się otwiera. Jest pusta, wystarczy miejsca na dwa wózki. Kobieta wjeżdża przodem, moja salowa rusza za nią.
Ale Max zastępuje nam drogę.
– Pojedziemy następną – mówi.
Wracamy ciężarówką Maxa, która pachnie ziemią i skoszoną trawą, chociaż w tyle nie ma żadnych narzędzi ani kosiarek. Zastanawiam się, kto pojechał na robotę. Max włącza radio i łapie stację muzyczną. To nie bagatela, przeważnie kłócimy się, co wybrać. Lubi słuchać audycji motoryzacyjnych i wiadomości… byle nie muzyki. Z kolei ja nie ujadę kilometra, żeby sobie nie pośpiewać z głośnikiem.
– W weekend ma być ładna pogoda – mówi. – Zapowiadają upał.
Wyglądam przez okno. Stoimy na czerwonym świetle, a obok nas matka z dwójką dzieci, które na tylnym siedzeniu zajadają herbatniki.
– Myślałem, że może moglibyśmy pojechać na plażę.
Max surfuje; jest koniec lata, normalnie właśnie tak spędziłby sobotę. Ale nic nie jest normalne.
– Może – odpowiadam.
– Myślałem – ciągnie Max – że to byłoby dobre miejsce na… wiesz. – Przełyka ślinę. – Prochy.
Nazwaliśmy synka Daniel i poprosiliśmy o kremację. Prochy wrócą w urnie w kształcie ceramicznego bucika z niebieską wstążką. Nie rozmawialiśmy jeszcze, co z nimi zrobimy, ale Max ma rację. Przecież nie postawię ich w kuchni. I nie zakopię w ogródku, tam, gdzie pochowaliśmy kanarka. Przynajmniej na plaży jest ładnie. Zresztą, cóż innego mi pozostaje? W końcu dziecko nie zostało poczęte w romantycznym miejscu, na przykład w Wenecji, żebym mogła puścić urnę z nurtem Padu, ani pod rozgwieżdżonym niebem Tanzanii, by wysypać jej zawartość na wiatr Serengeti, tylko w klinice z probówki. Przecież nie rozsypię prochów na korytarzu.
– Może – powtarzam, bo w tej chwili nie stać mnie na nic więcej.
Gdy stajemy pod domem, widzę samochód mamy. Posiedzi ze mną przez cały dzień, kiedy Max będzie w pracy. Pomaga mi wysiąść.
– Masz na coś ochotę, Zo? – pyta. – Napiłabyś się herbaty? Albo kakao? Może obejrzymy „Czystą krew”…
– Chcę się położyć – odpowiadam, a gdy oboje rzucają się w moją stronę, powstrzymuję ich ruchem ręki. Powoli idę korytarzem, przytrzymując się ściany. Ale zamiast do sypialni kieruję się do mniejszego pokoju po prawej stronie.
Jeszcze miesiąc temu służył jako mój prowizoryczny gabinet – miejsce, gdzie Alexa raz w tygodniu robiła mi rozliczenia. Potem, w ciągu jednego weekendu, Max i ja przemalowaliśmy ściany na jaskrawożółty kolor, po czym wstawiliśmy łóżeczko i stolik do przewijania, upolowane w komisie za całe czterdzieści dolców. Max dźwigał, a ja układałam książki, moje ulubione z dzieciństwa: „Tam, gdzie żyją dzikie stwory”, „Piesek brudasek” i „Czapki na sprzedaż”.
Ale teraz, kiedy otwieram drzwi, wstrzymuję oddech. Zamiast łóżeczka i stolika do przewijania widzę tylko stary stół kreślarski, który służy mi za biurko. Szumi podłączony komputer, obok w równym rządku stoją segregatory. Moje instrumenty – djembe, banjo, gitary i dzwonki – tkwią ustawione pod ścianą.
Jedynym świadectwem, że to mógł być pokój dziecięcy, są wciąż jaskrawo żółte ściany. W kolorze, jaki czujesz w sobie, kiedy się uśmiechasz.
Kładę się na dywaniku po środku i zwijam w kłębek. Z korytarza napływa głos Maxa.
- Zoe? Zo? Gdzie jesteś? - Słyszę, jak sprawdza w sypialni, potem w łazience. Wreszcie otwiera drzwi i mnie widzi. - Zoe - mówi. – Co się stało?
Rozglądam się po tym pokoju niedziecięcym i myślę o panu Dockerze, o tym, co znaczy uświadomić sobie swoje otoczenie. Jakby obudzić się z pięknego snu z nożem przystawionym do gardła.
- Wszystko - szepczę.
Max siada obok mnie.
- Musimy porozmawiać.
Nie patrzę na niego. Nawet nie siadam. Wpatruję się przed siebie, mam oczy na wysokości kaloryfera. Max zapomniał wyjąć zatyczki z gniazdek. Wciąż mają plastikowe osłonki, żeby nikomu nie stała się krzywda.
Za późno.
– Nie teraz – mówię.

Tracisz zęby, włosy, szansę. Tracisz pracę. Tracisz na wadze.
Tracisz pieniądze. Tracisz rozum.
Tracisz nadzieję, tracisz wiarę. Tracisz poczucie orientacji.
Tracisz kontakt ze znajomymi.
Tracisz głowę. Tracisz zmysły. Tracisz rachubę.
Tracisz dziecko, tak przynajmniej mówią.
Tyle że ja wiem dokładnie, gdzie ono jest.

Budzę się następnego dnia i piersi mam jak z kamienia. Nawet oddech sprawia mi ból. Dziecka nie ma, ale ciało chyba o tym nie wie. Pielęgniarki w szpitalu uprzedzały, że tak będzie. (…)

Tam gdzie ty

Wydawnictwo: Prószyński I S-Ka

Oprawa: miękka

Ilość stron: 568

Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawypomoc

 

Nasza cena: 32,68

Cena detaliczna: 35,90

U nas taniej o 9%

dodaj do przechowalni Dodaj do koszyka
Powrót
Po dziesięciu latach małżeństwa i długotrwałych bezskutecznych staraniach o dziecko, Zoe i Max Baxter postanawiają się rozstać. Zoe, ku własnemu zaskoczeniu, znajduje szczęście u boku kobiety, Max szuka pocieszenia w kościele. Lecz marzenie o dziecku trwa, i to, co wydawało się być na wyciągnięcie ręki, przeradza się w starcie światopoglądów i przekonań religijnych, w którym nie ma miejsca na sentymenty.
To powieść o trudnych, często bardzo bolesnych wyborach oraz o tym, że każdy ma prawo do szczęścia. Ale czy na pewno? Do książki dołączony jest prezent w postaci płyty - każda z piosenek odpowiada jednemu rozdziałowi powieści, ale jak sugeruje autorka, można dowolnie łączyć lekturę z muzyką.

`Coś niezwykle ważnego dla książki, a przede wszystkim dla mnie samej, wydarzyło się w mojej rodzinie. Kiedy pisałam "Tam gdzie ty", mój syn, Kyle, inteligentny i utalentowany nastolatek, przyniósł mi jedną ze swoich szkolnych prac do przeczytania. Był to esej na temat bycia homoseksualistą. Czy wiedziałam, że Kyle jest gejem? Pewne podejrzenia miałam już , gdy miał pięć lat. Ale to była jego osobista rzecz do odkrycia i ujawnienia. Nie byłam tym zaskoczona tylko bardzo się cieszyłam, że to akceptuje, że jest wystarczająco odważny, by być sobą i podzielić się tym z rodziną..."
Jodi Picoult

`Picoult stworzyła kolejny majstersztyk. Wnikliwie analizuje współczesna medycynę reprodukcyjną, pojęcie rodziny oraz najlepsze warunki dla wychowania dziecka.`
People

`Powieści Picoult nie zbierają kurzu na nocnym stoliku, czytelnik pochłania je w mgnieniu oka i chce jeszcze. Picoult odważnie podejmuje trudny temat, dając czytelnikowi wiarę w wyższą instancję - nie prawo, Boga czy współczesną medycynę, a zwykłą, ludzką dobroć.`
LA Times


Jodi Picoult (ur. 1966) - jest autorką 18 powieści, m.in.: "Bez mojej zgody", "Krucha jak lód", "W naszym domu", "Linia życia". Łączny nakład jej książek przekroczył już 15 milionów egzemplarzy. Powieści Jodi Picoult przetłumaczono dotychczas na 34 języki.

Tytuł oryginału: Sing You Home
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: literatura piękna, dla kobiet

Wydawnictwo: Prószyński I S-Ka
Oprawa: miękka
Wymiary: 125x195
Ilość stron: 568
ISBN: 978-83-7839-013-8
EAN: 9788378390138
Wprowadzono: 11.01.2012

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Ag agnieszkaannazak(at)gmail.com 24 luty 2012

Spodziewałam się, że „Tam gdzie ty” będzie przede wszystkim opowieścią o chęci posiadania dziecka i próbie pogodzenia się z jego utratą. Tymczasem to tylko jeden z nielicznych tematów. Po dziewięciu latach małżeństwa i trzecim nieudanym in vitro Max decyduje się zostawić żonę. Najpierw ponownie zaczyna leczyć wszystkie problemy alkoholem, potem szuka pocieszenia w Ewangelickim Kościele Wiecznej Chwały. Tymczasem Zoe po załamaniu powraca do pracy muzyterapeutki, pomagając między innymi ciężko poparzonym dzieciom. Ponownie się też zakoc[...]e, tym razem w kobiecie. I znów odzyskuje nadzieję na dziecko. Znajdziemy tu też trochę szczegółów o samej procedurze in vitro. Trzy zamrożone zarodki nie mogą już zostać wykorzystane przez Zoe, ale może z nich skorzystać jej nowa partnerka – Vanessa. Na to jednak wymagana jest zgoda byłego małżonka. Max opuścił żonę, gdyż miał dość jej ciągłego skupiania się na dziecku i – choćby ze względu na alkoholizm – sam nie planuje w najbliższym czasie potomstwa. Mimo to ulega zarówno namowom pastora, jak i religijnego brata i bratowej. Nic nowego w sporze Kościół vs homoseksualiści tu jednak nie znajdziemy, być może dlatego, że w zasadzie wszystkie argumenty są znane i nic odkrywczego do powiedzenia nie ma. Dlatego po jednej stronie barykady znajdziemy tłum protestujący pod kinem przeciw wyświetlaniu gejowskiego filmu, a na pierwszą linię wysuwający kobietę, która kiedyś miała „lesbijski problem”, ale dzięki terapii zrozumiała, że to wina przeżyć z dzieciństwa i molestowania; teraz twierdzi, że jest heteroseksualna, choć w praktyce nigdy z mężczyzną nie była. Po drugiej stronie mamy dwie sympatyczne dziewczyny, które dobrze się razem czują, kochają się, a ich praca polega na pomocy zagubionym nastolatkom i ciężko chorym. I choć też potrafią wyrażać się ostro o religii, ciężko im nie kibicować. Bo mamy tu do czynienia z konkretnym przypadkiem, nie z jakimiś ogólnymi ideami dobrego lub złego, nie z jakimiś ogólnymi zarodkami i dziećmi, o których łatwo mówić, gdy nie należą do nikogo konkretnego. Zoe ma prawo do swoich dzieci oraz do bycia szczęśliwą w takim życiu, jakie uzna dla siebie za najlepsze. Ale też Max – choć spowodował wybuch sądowej wojny i naraził wszystkich, na których mu zależy na koszmar – początkowo miał słuszne intencje. To nie bohaterowie wdają się w światopoglądowy spór, a zostają do niego wciągnięci przez grupy, które wierzą, że mają monopol na prawdę i w rzeczywistości nie zależy im na szczęściu tej dwójki ludzi, bądź co bądź wystarczająco już poturbowanych przez życie. Do książki dołączona jest płyta z muzyką – to ballady z gitarą czy fortepianem, a każdy rozdział ma przyporządkowaną jedną piosenkę. To pomysł o tyle dobry, że główna bohaterka pracuje jako muzykoterapeutka i refleksje na temat muzyki oraz jej wpływu na ludzi przewijają się przez całą książkę, stanowiąc bardzo ciekawy dodatek do głównej fabuły. Szkoda tylko, że w książce nazwy utworów są przetłumaczone, natomiast utwory na płycie podpisane są po angielsku. Co prawda nie są to bardzo skomplikowane zwroty, wolałabym jednak, gdyby tytuły były ujednolicone. Książka Picoult wbrew pozorom wcale nie jest o homoseksualizmie, nie przede wszystkim. Mówi bardziej uniwersalnie o dążeniu do bycia szczęśliwym bez względu na wszystko. A także o podejmowaniu najtrudniejszych życiowych decyzji, których nie da się jednoznacznie ocenić w kategorii dobro-zło – zwłaszcza gdy pomiędzy marzenia i pragnienia wkradają się nie tyle samo prawo i religia, co lubiący się popisywać prawnicy i duchowni tak zapatrzeni w cel, że aż sięgający po nieczyste zagrania.

Dominika Anna (magiczna-ksiazka.blogspot.com) finezja7(at)op.pl 31 styczeń 2012

Jodi Picoult to autorka, której książki zawsze wzbudzają we mnie całą gamę emocji. Od tych pozytywnych do tych negatywnych. Dlaczego? Bo Jodi w swoich książkach zawsze porusza jakieś ważne tematy. Takie, obok których nie sposób przejść obojętnie. W najnowszej powieści zatytułowanej "Tam gdzie ty" również nie brakuje takich tematów. Zoe i Max to małżeństwo, które ma za sobą już wieloletni staż. Zaraz po ślubie zaczęli starać się o dziecko, jednak jak się okazało oboje mieli problemy z płodnością przez co próby były nieudane. Dla Zoe możliwość posiadania dziecka jest bardzo ważna, na tyle, że namawia Maxa na procedurę in vitro, znosi lata uciążliwych leków hormonalnych i ze skrupulatnością godną podziwu wylicza swoje dni płodne. Kolejne próby, poronienia i nawet urodzenie martwego dziecka nie zniechęcają ją w walce o spełnienie marzenia. Jednak pewnego dnia Max nie wytrzymuje presji, i zostawia kobietę samą, żądając rozwodu. Wyprowadza się do brata i początkowo na powrót pogrąża w alkoholizmie, by po pewnym czasie odnaleźć swe miejsce we wspólnocie kościoła chrześcijańskiego. Zoe zaś zmaga się z sytuacją przy wsparciu matki i nieoczekiwanie dla siebie samej Vanessy- przyjaciółki, która okazuje się być lesbijką. Ku swojemu zdziwieniu Zoe odkrywa, że przy Vanessie czuję się tak dobrze, jak przy nikim innym. Po pewnym czasie kobiety postanawiają zalegalizować swój związek i wykorzystać zarodki, które zostały w klinice od czasu prób Maxa i Zoe. Niestety nie będzie to takie proste, gdyż na takie działanie potrzebna jest zgoda Maxa, a ten namawiany przez miejscowego pastora nie oddać ich byłej żonie. Picoult więc jak zawsze podejmuje trudne tematy. Tym razem pokazuje zjawisko homoseksualizmu. To, co zasługuje tutaj na uznanie, to pokazanie tego problemu z różnych punktów widzenia. Przedstawia nam bowiem problem miłości dwóch kobiet z ich własnego punktu widzenia. Możemy zaobserwować z jakimi problemami życia codziennego się one spotykają, jak są oceniane przez środowisko, przez znajomych, jak codziennie muszą się mierzyć z nowymi przeciwnościami losu. Ale z drugiej strony ukazuje, jak takie związki zazwyczaj postrzegają ludzie z zewnątrz, tak mało wiedzący o związkach homoseksualnych, a tak łatwo je oceniających. Drugim trudnym tematem, jaki pojawia się w powieści to kwestia wiary. A raczej powiedziałabym fanatyzmu religijnego. Na przykładzie Maxa Picoult przedstawia nam przemianę. Jest to przemiana z człowieka niewierzącego, z rezerwą podchodzącego do wszystkiego, co związane z Bogiem w religijnego sprzymierzeńca, wręcz fanatyka, szukającego na wszystko odpowiedzi w Biblii, używającego jej dosłownie i co okrutne i smutne także zasłaniającego się nią, by osiągnąć swoje zamierzone cele. Czytając Picoult nie sposób nie zaangażować się w całą historię. Wspaniałe jest w jej powieściach to, że ona nie osądza żadnego ze swoich bohaterów. Osąd pozostawia nam- czytelnikom. I to my możemy zdecydować, czy pochwalamy Zoe i Vanessę, czy podoba nam się ich sposób osiągnięcia szczęścia, czy może stoimy murem przy Maxie i kościele. A kiedy już opowiemy się za którąś ze stron, będziemy im kibicować z całej siły, niecierpliwiąc się, jakie będzie zakończenie. Oczywiście w powieściach Picoult istnieje pewna schematyczność. Trudny temat plus podział na oglądanie sytuacji z perspektywy różnych bohaterów, takowa narracja pochodząca od tych bohaterów i na koniec nie mogłoby zabraknąć rozprawy na sali sądowej. Jest to schemat, który autorka powiela w swoich powieściach (przynajmniej tych, które dotąd czytałam), ale jednak mistrzowskie rozegranie tematu wynagradza te małe niedogodności i nie wpływa znacząco na ocenę książki.

Pokaż więcej

sabinka.t1 sabinkat1[at]wp.pl 28 styczeń 2012

Jakiś czas temu przeczytałam "Świadectwo prawdy" i przepadłam. Książka była niesamowita, wciągająca, ale przede wszystkim rewelacyjna. Autorka pisze tak, że trudno nie polubić jej stylu. O powieściach Picoult z pewnością nie można powiedzieć, że są na raz i że po odłożeniu zapominamy o nich... zdecydowanie nie. "Tam gdzie ty" to opowieść o małżeństwie, które po kilku nieudanych próbach in vitro postanawiają się rozejść i zacząć wszystko od nowa. Nigdy jednak nie przestali marzyc o dziecku. Zoe znajduje szczęście u boku kobiety. Max odnajduje swój spokój i szczęście w Kościele Wiecznej Chwały. Czy ich wybór ich uszczęśliwi? Czy dostaną to czego pragną? Ostatnia książka Jodi Picoult "Tam gdzie ty" została "ochrzczona" mianem kontrowersyjnej. Nie do końca się z tym zgadzam. Z pewnością jest książką, która porusza problematykę XXI wieku. Autorka poruszyła wiele ciekawych tematów, które warte są uwagi. Mało tego zrobiła to z punktu widzenia osób zainteresowanych jak i najbliższych obserwatorów. Co pozwalało poznać spostrzeżenia i całkiem odmienne punkty widzenia. Tematy w niej poruszane są nie tylko w naszym kraju na porządku dziennym, ale w innych krajach jest podobnie. Polska zmaga się z fanatycznymi katolikami, co raz częściej zauważamy też pary homoseksualistów, czy też co raz to więcej osób zmaga się z bezpłodnością, którą próbują przezwyciężyć. Picoult poruszyła temat in vitro, który robi się co raz to popularniejszy, lecz nadal jest bardzo drogi i nie daje gwarancji powodzenia. Nadal też naród, nie tylko w Polsce jest podzielony na tych, którzy są za tym, żeby jak najbardziej stosować in vitro i uszczęśliwiać małżeństwo dziećmi. Jednak również na takich, którzy uważają się za bardzo religijnych i są przeciwni tej metodzie. Jodi Picoult przedstawiła w książce temat homoseksualizmu z punktu widzenia osób o odmiennej orientacji, ich rodzin, przyjaciół czy też osób uważających się za religijnych. Czy tak na prawdę jest to religijność? Pogląd? Czy zwykła ludzka nienawiść? Myślę, że osąd pozostawiam każdemu kto przeczyta powieść lub też sam zaobserwuje to co nas otacza. Myślę, że i u nas takich przykładów nie brakuje. Autorka nie zapomina o trudnej młodzieży. Przeplatała główny wątek fragmentami z terapii z dziećmi czy też młodzieżą z problemami. Okazuje się, że muzyka może być dobra na wszystko. W powieści znajdujemy miły dodatek w postaci płyty z muzyką, która może nam towarzyszyć podczas czytania. Niestety sama muzyka była bardzo fajna, jednak głos wokalistki drażnił me uszy. Wracając do powieści. Jodi Picoult absolutnie mnie nie zawiodła. Świetnie napisana powieść, emocjonalna, problematyczna. Problematyka świetnie opisana, przeplatana bardzo dobrymi dialogami. Rewelacyjnie napisana część z rozprawą sądową. Z tą autorką na pewno nikt nie będzie się nudził. Bardzo podobał mi się pomysł, by pokazać czytelnikom różne punkty widzenia, przedstawione przez bohaterów książki. Wiem, że do tej powieści powrócę, przede mną wiele innych książek Jodi Picoult, których jeszcze nie czytałam. "Tam gdzie ty" z pewnością jest warte przeczytania, dlatego z czystym sumieniem polecam.

Isadora zwiedzamwszechswiat.blogspot.com 24 styczeń 2012

Jodi Picoult jest znana z tego, że w swojej twórczości nie unika tematów trudnych, kontrowersyjnych, budzących ogromne emocje analizując je z niezwykłą przenikliwością, a jednocześnie nadzwyczajnym wyczuciem, empatią i wrażliwością. Tak było w przypadku podnoszenia kwestii molestowania seksualnego dzieci ("W imię miłości"), ratowania życia jednego dziecka kosztem drugiego ("Bez mojej zgody") czy wrogości i nietolerancji wobec ludzkiej odmienności ("W naszym domu"). Podobne podejście obserwujemy i wyczuwamy w przypadku najnowszej powieści autorki zatytułowanej "Tam gdzie ty". Zoe i Max Baxterowie są małżeństwem z dziesięcioletnim stażem, które od lat bezskutecznie stara się o dziecko. Stresująca codzienność, na którą składają się niezliczone wizyty w klinice leczenia niepłodności, a także dwa poronienia oraz narodziny martwego synka zamiast przybliżyć, oddalają małżonków od siebie. Zwłaszcza Maxa sytuacja najwyraźniej przerasta; nie potrafi być wsparciem dla żony i podźwignąć się z nieszczęścia - wnosi o rozwód, wprowadza się do brata i pogrąża się w alkoholizmie. Ogłuszona bólem Zoe radzi sobie nieco lepiej, od załamania ratują ją zajęcia z muzykoterapii, które prowadzi. Oboje podejmują wysiłek, by ułożyć sobie życie od nowa. Max znajduje pocieszenie w religii i staje się gorliwym członkiem kościelnej wspólnoty. Zoe, nieoczekiwanie dla siebie samej, odnajduje szczęście w ramionach Vanessy, szkolnej psycholog. W pewnym momencie Zoe i Vanessa zaczynają myśleć o dziecku, jednak niespodziewanie okazuje się, że do wykorzystania zamrożonych zarodków Zoe potrzebna jest zgoda Maxa. Niestety, ultrareligijny były mąż łatwo daje się zmanipulować homofobicznej kościelnej społeczności i w[...]a zaciekłą, bezpardonową walkę o zarodki w sądzie - byle tylko nie trafiły w ręce grzesznego lesbijskiego małżeństwa... "Tam gdzie ty" jest powieścią zachwycającą swoją wielowymiarowością i mnogością poruszanych kwestii. Autorka podjęła próbę zmierzenia się z wieloma bolesnymi, drażliwymi i bulwersującymi zagadnieniami zasadzającymi się głównie na społecznych uprzedzeniach i stereotypach. Dzięki zastosowaniu narracji pierwszoosobowej i oddaniu głosu głównym bohaterom: Zoe, Maxowi oraz Vanessie, możemy spojrzeć na sprawę związków homoseksualnych oraz adopcji dzieci przez pary jednej płci z różnych perspektyw na zasadzie konfrontacji diametralnie odmiennych światopoglądów. Jaskrawy kontrast pomiędzy paradygmatami ultrakonserwatywnych chrześcijan, zakamuflowanych homofobów wymac[...]ących Biblią jak orężem w nieustającej krucjacie przeciwko wszelkim przejawom odmienności a środowisku homoseksualistów walczących o swoje prawo do szczęścia być może jest miejscami zbyt krzykliwy (przez co odrobinę traci na wiarygodności), ale z pewnością nadzwyczaj wymowny - prawdziwy znak naszych czasów. Jednak religijny fanatyzm i dyskryminacja płci to nie jedyne kwestie poruszane przez autorkę. Niemniej ważnym i wzbudzającym emocje wątkiem jest problem bezpłodności, bardzo szeroki i pojemny. Mieści w sobie pytania o sens starania się o dziecko za wszelką cenę przeradzające się w obsesję macierzyństwa niszczącą więź między małżonkami, kwestię traumy związanej z kolejnymi poronieniami i utratą dziecka. Wielką zaletą powieści jest to, że autorka przedstawiła te zagadnienia z dwóch różnych punktów widzenia: kobiety opłakującej stratę dziecka, której niezrealizowane macierzyństwo przesłania cały świat oraz mężczyzny zżeranego przez poczucie odtrącenia, bezużyteczności, uciekającego od sytuacji - i od zrozpaczonej żony. Ogromnym plusem prozy Picoult jest zaprezentowanie przeciwnych stanowisk i argumentów bez podsuwania gotowych odpowiedzi i rozwiązań. Czytelnik musi sam dokonać wyboru, opowiedzieć się po jednej ze stron, zaangażować w podejmowaną tematykę, wczuć w klimat fabuły. Nie sposób pozostać obojętnym, powiedzieć "mnie to nie dotyczy", odciąć się emocjonalnie. Dlatego też powieść Jodi Picoult wywarła na mnie tak wielkie wrażenie; różne punkty widzenia oraz spora wiarygodność psychologiczna i emocjonalna bohaterów, autentyzm i aktualność poruszanych kwestii spełniły wszystkie moje oczekiwania, jakie mam wobec książki predystynującej do miana naprawdę dobrej, mocnej powieści. Oczywiście mogłabym przyczepić się do kilku rzeczy, na przykład nie do końca wykorzystanych wątkach Maxa i Liddy oraz Lucy czy też niezupełnie przekonującej nagłej i gruntownej przemianie duchowej Maxa, jednak jeśli o mnie chodzi, nie wpływają one w znaczący sposób na ocenę książki. Odeprzeć muszę również zarzut zbyt gwałtownie urwanego zakończenia - moim zdaniem jest ono raczej zaletą, ostatnim mocnym akordem powieści, który pozostawia czytelnika sam na sam z kotłującymi się w głowie myślami i emocjami buzującymi w duszy. Gorąco polecam czytelnikom "Tam gdzie ty" - wyjątkową książkę poruszającą ważne społeczne problemy. Czasem warto skonfrontować własne poglądy z odmiennymi przekonaniami, spojrzeć na dane zagadnienie z innej perspektywy, poszerzyć horyzonty. To wspaniała lekcja empatii i tolerancji, wobec której nie można przejść obojętnie.

kasandra-85.blogspot.com kasandra_85(at)wp.pl 16 styczeń 2012

Gdy tylko w zapowiedziach zobaczyłam książkę Picoult „Tam gdzie Ty” od razu wiedziałam, że muszę ją czym prędzej przeczytać. Kilka dni temu, ku mojej uciesze, powieść ta zawitała do mojej biblioteczki. Od razu zabrałam się za czytanie chcąc dowiedzieć się co takiego tym razem przygotowała czytelnikom autorka... Nieco o fabule... Małżeństwo Zoe i Max przeżywa trudne chwile. Od lat starają się o dziecko, ale niestety bezskutecznie. W końcu cała sytuacja ich przerasta, co doprowadza do rozstania. Oboje próbują jakoś ułożyć sobie życie, każde na swój własny, oryginalny sposób. Max nawraca się dzięki pastorowi i coraz więcej czasu spędza w kościele. Zoe odkrywa natomiast, że kocha inną kobietę, Vanessę. Mimo tych zmian małżonkowie nadal pragną dziecka i nie zamierzają się tak łatwo poddać. Zaczyna się walka, która będzie miała swój finał w sądzie. Religia kontra nauka, in vitro, zarodki a w tym wszystkim usilne pragnienie spełnienia marzeń... Jaki będzie finał? Koniecznie musicie zajrzeć do książki:). Powieść, podobnie jak i inne Picoult, bardzo mi się spodobała. Od początku szybko wdrożyłam się w fabułę, która wciągnęła mnie bez reszty. Bohaterowie są naszkicowani dokładnie, bardzo prawdziwi, wręcz namacalni, co tylko uwiarygodniło całą opowieść. Poza tym pisarka skupiła się na rysie psychologicznym postaci, zagłębiła się w umysł i duszę poszczególnych osób, dzięki czemu również i odbiorcy będą mogli lepiej ich poznać. Kolejnym plusem są emocje, które bombardują czytelnika na każdym kroku. Mały minusik za kilka wątków, które moim zdaniem niewiele wniosły do fabuły a tylko zamazały obraz innych ważniejszych kwestii. Całość jednak przypadła mi do gustu i cieszę się, że mogłam ją przeczytać. „Tam gdzie Ty” to piękna, choć trudna i kontrowersyjna opowieść o miłości, bolesnych wyborach, dążeniu do szczęścia... Polecam wszystkim ceniącym życiowe lektury, podejmujące często niewygodne tematy. Także miłośnicy książek psychologicznych i ogólnie twórczości Picoult również powinni być uradowani. Pozdrawiam!!

Zobacz również

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.