zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:

Newsletter

Bądź na bieżąco z promocjami i nowościami w Gandalfie.

Ostatnio oglądane

Proszę bardzo - Anda Rottenberg

Proszę bardzo

Anda Rottenberg

cena: 49,77 42,30

Promocja w Internecie - Grzegorz Mazurek

Promocja w Internecie Narzędzia, ...

Grzegorz Mazurek

cena: 122,00

Program Natura 2000 - PRACA ZBIOROWA .

Program Natura 2000 Młody obserwator ...

PRACA ZBIOROWA .

cena: 14,87 12,64

Problemy XXI wieku - PRACA ZBIOROWA .

Problemy XXI wieku Poznać i zrozumieć ...

PRACA ZBIOROWA .

cena: 18,06

Prawo wykroczeń - Aneta Flisek

Prawo wykroczeń

red. Aneta Flisek

cena: 9,00

Prawo spółek - Michał Koralewski

Prawo spółek Praktyczny komentarz. ...

red. Michał Koralewski

cena: 42,66

Prawo nieruchomości - Marian Wolanin

Prawo nieruchomości Zbiór aktów prawnych

Marian Wolanin

cena: 44,48

Prawo karne materialne - Anna Zientara

Prawo karne materialne Kazusy Becka

Anna Zientara

cena: 53,55

Prawo handlowe - Aneta Flisek

Prawo handlowe 2012 Teksty Ustaw

red. Aneta Flisek

cena: 80,79

Prawo cywilne - Jerzy Ciszewski, Anna Stępień-Sporek

Prawo cywilne Część ogólna, prawo ...

Jerzy Ciszewski,

Anna ...

cena: 53,25

Proszę bardzo przeczytaj fragment książki
Proszę bardzo

Urodziłam się w sposób banalny, typowy dla mojego pokolenia, nieobarczonego pamięcią wojny, ale wojną naznaczonego przez generację rodziców i nauczycieli – tych wszystkich okaleczonych dorosłych, którzy bardzo nie chcieli, byśmy doświadczyli tego samego, czego oni doświadczyć musieli, a ponieważ teraz już wiedzieli więcej, robili wszystko, by nas przed tym strasznym doświadczeniem uchronić. Z tego punktu widzenia całe moje życie jest przypadkiem typowym. Jak opowiedzieć o tej typowości? O typowych szkołach i typowych nauczycielach, typowych ubraniach i typowych produktach masowego żywienia. O tańcach i piosenkach śpiewanych od Bałtyku do Tatr. O wydarzeniach powoli ruszających z posad typowy światopogląd. I jak wyłuskać z tej typowości pojedyncze istnienie, pars pro toto pierwszego pokolenia w całej historii nowożytnej Europy, które nie zaznało prawdziwej wojny, ale wyrosło w jej mrocznym cieniu i jakoś nie umie z tego cienia wyjść na światło? Pokolenia, na którym eksperymentowano marszowy krok do przodu, bez oglądania się wstecz, na rodzinne korzenie i groby, i które dopiero po śmierci swoich bliskich rusza w przeszłość, by spełnić zaległy obowiązek, choć niewiele już pozostało do uratowania, bo korzenie obumierają, a groby milczą. Pozostaje odrobina świadectw i pamięć – dziś już własna, ale przejęta z drugiej ręki, od tych, którzy pamiętali lepiej i dokładniej, nie mówili jednak wszystkiego albo mówili chaotycznie, albo ich nie słuchaliśmy.
To tylko jedna strona. Drugą jest ustawicznie doznawana osobność, inność niepozwalająca na identyfikację ani z grupą rówieśniczą, ani polityczną, ani wyznaniową, ani – wreszcie – narodową. Przynajmniej nie w pełni i nie do końca, co może wzbogaca, ale też doskwiera i ostatecznie kształtuje niespójną, rozchwianą osobowość, determinuje życiorys. Jeśli więc używam pojęcia pars pro toto, to niezupełnie w odniesieniu do całego pokolenia, raczej do tej jego drobnej części, która mogłaby nawet umknąć uwadze, gdyby nie to, że została za swoją inność napiętnowana, a zatem przeeksponowana, wystawiona przed szereg jako obiekt służący kanalizowaniu społecznych czy może grupowych frustracji, poddana odwiecznej, plemiennej ceremonii, mającej służyć zbiorowemu oczyszczeniu, katharsis.
Wydaje się, że roztopienie najzupełniej osobistego losu w tym ogólniejszym, niegdyś już rozpoznanym jako doświadczenie „pokolenia bez życiorysu”, może być warte namysłu. Powinnam tylko to wszystko jakoś uporządkować czy raczej znaleźć sposób na znakowanie pojedynczych drobinek składających się na strukturę całości – tak jak w chemicznym roztworze oznacza się skrobię. Na przykład. Wiadomo wtedy przynajmniej, czy ma się do czynienia z krochmalem.
[…]
Pytają, czym się teraz zajmuję, jeśli nie mam posady. – Co pani teraz robi?
Rzucam palenie. Szukam rodziny. Jedno drugiemu nie pomaga. Przy szukaniu bardziej chce się palić. Po nikotynowych plastrach pozostają na skórze kwadraty z alergicznym odczynem. Są pokryte czerwonymi bąblami i swędzą. Palenie rzucam od trzech miesięcy. Każdego miesiąca przybywa mi jeden kilogram. Zaczynam pękać w szwach. Również z braku stresu i adrenaliny, na której jechałam przez całe lata. Rodziny szukam od odejścia z muzeum, które wreszcie zaistniało, przynajmniej na papierze. Nie muszę już o nie walczyć z zastępami urzędników, a po ćwierćwieczu zmagań nie chce mi się już go budować. Z dnia na dzień przestawiłam dźwignię, przekierowałam pociąg na inne tory, odjeżdżam w przeszłość, szukam w pamięci, szukam w dokumentach, gmeram w fotografiach, gromadzę fakty i dowody, zajmuję się typową dla mojego zawodu pracą badawczą – robię coś, czego nie lubiłam jako starszy asystent w Instytucie Sztuki PAN, coś, co mnie śmiertelnie nużyło i było powodem odejścia z pracy na chwilę przed obroną doktoratu, już niemal gotowego. Pozostały elementarne umiejętności, które dzisiaj nieco pomagają w docieraniu do pojedynczych wątków, w kojarzeniu faktów i rekonstruowaniu obrazu jeszcze dalekiego od doskonałości, ale przecież coraz bardziej wyraźnego, wyłaniającego się z nieistnienia, z próżni, jaka wypełniała moją głowę i moje serce w miejscu przeznaczonym na przeszłość moich bliskich.
Nie zaczynam od zera. Mam za sobą wielogodzinne tasowanie starych rosyjskich zdjęć przywiezionych przez mamę po śmierci babki z jej mieszkania w Nowosybirsku. Przez siedemnaście lat leżały w pudełku po butach i nigdy nie nadarzyła się okazja, by nad nimi usiąść, wysłuchać opowieści o tych wszystkich solennie upozowanych osobach, poznać ich imiona i rozsupłać łączące ich sploty więzów krwi. Uczyniłam to dopiero podczas pakowania dóbr, kiedy opróżniałam z całego dobytku pozostawione przez mamę mieszkanie w Legnicy. Wujek Jura, brat mojej mamy Lidy, który przyjechał ze swym synem po spadek, domagał się też zwrotu rodzinnych fotografii, bo Lida je zabrała, nikogo nie pytając o zgodę, a one przecież należą do niego, bo to on został w Rosji i to właśnie jego rodzina musi znać swoje korzenie. Nie wypomniałam Jurze, że nie wie, gdzie są groby jego matki i siostry, więc nie nadaje się na strażnika pamięci i nie zasługuje na tę jedyną pamiątkę po mojej babce, jeśli nie liczyć samowara, patelni do smażenia konfitur i ciężkiego moździerza z mosiądzu, które mama także przytargała z Nowosybirska. Powiedziałam, że nie wiem o zdjęciach. Skłamałam, patrząc mu z uporem w oczy, już po tych wszystkich dniach prawosławnej Wielkanocy, kiedy patrzyliśmy na ustawioną w serwantce urnę z prochami mamy i czekaliśmy w jej legnickim mieszkaniu na miejsce pochówku w Warszawie. Miało się spełnić, co się nie spełniło za jej życia: że trafi w moje pobliże, że wreszcie znajdzie się w moim zasięgu, choć to bliskość umowna, wyznaczona przez nasze ludzkie, plemienne rytuały; bliskość w kategoriach odległości od domu do prawosławnego cmentarza na Woli. Kiedy już skończyły się święta i zawiozłam mamę do Warszawy, żeby spuścić ją do wybetonowanej czeluści przy akompaniamencie staro-cerkiewno-słowiańskich zaśpiewów, kiedy, na powrót w Legnicy, wysłuchałam tych jego ochów i achów, że go boli serce, że pogrzeb taki piękny, nie to, co u nich na Syberii, gdzie wszystko na łapu-capu, i że nie warto przekazywać Mateuszowi całego warsztatu, bo on go przecież zmarnuje, jest narkomanem, podczas gdy im Rosji w sam raz się przyda na okres pierestrojki, i gdzie są te zdjęcia, które się należą – wtedy otworzyłam wreszcie przed nimi porcelanowy interes mamy i pozwoliłam wziąć, co tylko zdołają udźwignąć – i jednocześnie oznajmiłam twardo, że nic nie wiem o zdjęciach. Wtedy przestali się dopytywać, zasiedli w pracowni i pakowali dobytek aż do pory odjazdu pociągu.
A kiedy wreszcie wyjechali, sięgnęłam po pudełko i rozłożyłam zdjęcia. Przebierałam je w rękach, tasowałam jak karty tarota, ze strachem i roztargnieniem. Jeszcze nie umiałam się koncentrować, byłam chora na nagłą śmierć mamy i powtarzający się bez końca obraz jej upadającego ciała (bardziej doznawany niż wyobrażony), na dojmującą obecność obcej rodziny i dojmującą nieobecność bliskich, na zanikanie więzi z Mateuszem oddalającym się w nirwanę opiatów, na załatwianie koniecznych ceremonii, wreszcie na sortowanie tych wszystkich rzeczy, które stopniowo wyprzedawałam, rozdawałam, wyrzucałam. Więc wówczas nie umiałam rozpoznać na tych zdjęciach nikogo prócz tych, których znałam osobiście. A znałam tylko babkę Afanasję i ciocię Zinę. Charakterystyczna twarz ciotki dała się od razu wyłowić na zbiorowym zdjęciu, choć była na nim małą dziewczynką. Pamiętałam też twarz babki i metodą dedukcji odkryłam wygląd dziadka. To wszystko. Na tym wówczas poprzestałam.
Drugie podejście nastąpiło po wielu latach, gdy zaczęłam szukać naprawdę. Wówczas okazało się, że możliwe jest składanie drobniutkich fragmentów w nieco większe elementy, że daje się wyciągnąć z pamięci rozrzucone kawałeczki, dodać do siebie wyjęte z opowieści mamy i zatrzymane w mojej dziecięcej głowie mało istotne szczegóły, dopasowując jedne do drugich tak, by zaczęły znaczyć coś więcej, niż dotychczas znaczyły. W ten sposób rosyjska rodzina dała się jakoś ułożyć, nie cała, bez przybudówek, jednak główny trzon zarysował się całkiem wyraźnie, pozwolił sfabularyzować i odsłonił obszar niedoboru dotyczący dawniejszej przeszłości, tej sprzed wyjazdu na Syberię. Mogę się nigdy o niej nie dowiedzieć, a gdyby nawet to się udało, droga do wiedzy musiałaby prowadzić przez Nowosybirsk i niechciane spotkanie z rodziną, która się odwróciła od własnych grobów. Wiem jednak, że kiedyś będę musiała się zebrać do tej podróży w otchłań carskich archiwów, gdzie mogę odnaleźć dekrety kierujące na Sybir, na osiedlenie, dwie rodziny – jedną przedsiębiorczą, drugą romantyczną, splecione wskutek popełnienionego przez swoje dzieci mezaliansu – które ja, ich daleka krewna po kądzieli, kapryśnym zrządzeniem losu zapragnę ocalić od zapomnienia. Tak się przecież mówi – „ocalić”, czyli wydobyć odrobinę życia z tych anonimowych, upozowanych do zdjęcia postaci.

Proszę bardzo

Wydawnictwo: W.A.B.

z serii: z drzewem

Oprawa: twarda w obwolucie

Ilość stron: 496

Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawypomoc

 

 
inne wydania produktu - Książki

Wybierz produkt z listy

inne wydania produktu - e-Książki pdf / epub

Wybierz produkt z listy

Nasza cena: 42,30

Cena detaliczna: 49,77

U nas taniej o 15%

dodaj do przechowalni Dodaj do koszyka
Powrót
Anda Rottenberg szuka korzeni swojej rodziny oraz śladów tych krewnych, którzy rozpierzchli się po całym świecie. Próbuje też określić swoją tożsamość: jej rodzina to mozaika etniczno-kulturowa. Krewni po kądzieli należeli do rosyjskiego mieszczaństwa i chodzili do cerkwi. Babka ze strony ojca była ortodoksyjną Żydówką, ale już jej syn kontestował tradycję. Autorka ogniw scalających szuka również wśród żywych. Spotyka się z rodziną rozsianą po świecie. Rozmawia z wujkiem, byłym pionierem i komsomolcem. W Kanadzie gości u religijnych Żydów; w Zurychu czekają na nią zasymilowane kuzynki, pamiętające jednak o swych korzeniach. Autorka buduje narrację również z własnych, często bardzo osobistych, historii. W tej dygresyjnej narracji teraźniejszość przeplata się z przeszłością, pamiętnik z reportażem, czasem nawet kryminałem, a odmienność z typowością. Wspomnienia z dzieciństwa (obozy harcerskie, skomplikowane relacje w domu), lata szkolne, nieudane związki, praca w Zachęcie, organizowanie wystaw na całym świecie, uzależnienie syna Mateusza od narkotyków, jego zaginięcie i śmierć, depresja to tylko nieliczne wątki tej książki. W istocie autorka swoją opowieścią oddaje hołd ofiarom obu totalitarnych systemów, hitlerowskiego i sowieckiego, a także wszystkim zmarłym bliskim. Książka Wiosny 2009.
Nagroda w Konkursie Literackim Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek 2010.

Nominacje:
Nagroda im. Reymonta 2010.
Konkurs Literacki Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek.
Nagroda Literacka SREBRNY KAŁAMARZ 2009.
Nagroda Literacka GDYNIA.
Nagroda Literacka NIKE.

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria okolicznościowa: nagrody literackie, Nike, Nike 2010, nominacje
Kategoria: biografie i wspomnienia, wspomnienia, literatura faktu i reportaż

Wydawnictwo: W.A.B.
Oprawa: twarda w obwolucie
Wymiary: 135x202
Ilość stron: 496
ISBN: 978-83-7414-571-8
EAN: 9788374145718
Wprowadzono: 23.03.2008

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję

ozzy200 kuba.czerny(at)gmail.com 25 październik 2010

Czytając autobiografię Andy Rottenberg, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jestem świadkiem, jak autorka sama na sobie, bez znieczulenia, dokonuje operacji na otwartym sercu tyle tu autentycznego bólu, nieskrywanych emocji, pasji i determinacji. Naczelną kategorią, której wydaje się podporządkowana narracja tej niezwykłej książki, jest bezkompromisowa szczerość, nawet jeśli to oznacza nieoszczędzanie siebie. Trzeba dużo siły i odwagi, by zmierzyć się nie tylko z własnym, niełatwym z różnych względów życiem, ale również ogarnąć skomplikowane i pełne dramatycznych przeżyć losy całej rodziny rozrzuconej po świecie - od Nowosybirska po Montreal. Krewnym po mieczu los nie oszczędził cierpień Holocaustu, tym ze strony matki przypadło życie na dalekiej Syberii i traumatyczne przeżycia podczas blokady Leningradu. Nie ominęły tej rodziny obozy koncentracyjne i gułag. O wszystkim tym mówi autorka bez patosu, prosto, zachowując dystans i obiektywizm. Z pasją podróżnika odkrywcy podąża śladami bliższych i dalszych krewnych, żmudnie i cierpliwie, z okruchów wspomnień i starych fotografii, składa obraz rodziny, której wielokulturowe dziedzictwo naznaczyło ja innością, tak bardzo nieprzystającą do Polski lat 50 60, na które przypadło dzieciństwo i młodość autorki. Prawosławie i katolicyzm, matka Rosjanka, ojciec Żyd wychowany na Polaka, z ortodoksyjną rodziną w tle, język rosyjski i polski oba tak samo bliskie, miejsce urodzenia w dalekim Nowosybirsku, a do tego egzotyczne imię i zupełnie niesłowiańska uroda, przejściowo także nabyty zez to bagaż, z którym dziecku niełatwo było się odnaleźć w środowisku powojennej Legnicy. Towarzyszące jej często poczucie odmienności znacząco wpłynęło na jej postawę życiową. Już w dzieciństwie wiedziała, że swoje miejsce w świecie musi wywalczyć sobie sama. Opowieść Andy Rottenberg rozgrywa się na kilku płaszczyznach, z których każda mogłaby stanowić materiał na odrębną książkę. Dzieciństwo naznaczone nieustannymi wypadkami, burzliwe lata szkoły średniej, niełatwe relacje z rodzicami, pierwsza praca, studia te wspomnienia, mimo że chwilami gorzkie, opisane są z poczuciem humoru i dużą dozą autoironii. Późniejsze losy autorki, jej ważne dla kultury naszego kraju dokonania, pasja, z jaką rzuca się w wir pracy, zasłużony autorytet, ale także umiejętność radzenia sobie w pewnym momencie z objawami ostracyzmu i jawną nienawiścią niektórych środowisk wszystko to składa się na wizerunek silnej kobiety, zawsze wiernej sobie. Jednak dla mnie najważniejsza i najbardziej przejmująca jest postać Andy Rottenberg - matki. Nieodparcie nasuwa mi się motyw współczesnej mater dolorosa matki cierpiącej. Przewijająca się przez całą książkę opowieść o synu Mateuszu pozwala nam odczuć bezmiar cierpienia, rozpaczy i bezsilności matki przez 10 lat czekającej na znak życia od syna, a później już tylko na potwierdzenie, że znalezione zwłoki NN to on. Trudno wyobrazić sobie, jak wiele siły musiało wymagać niepoddawanie się zwątpieniu i depresji, codzienne zmaganie się z życiem mimo wszystko, chowanie swego bólu na tyle głęboko, by móc pracować i w miarę normalnie funkcjonować. Jeśli istniałoby przekleństwo Obyś miał ciekawe życie, to Anda Rottenberg mogłaby powiedzieć, że dotyczy ono właśnie jej. Dla nas czytelników to trudne życie stanowi niezwykłą lekcję, a poza tym jest solidną dawką dobrej literatury.

Zobacz również

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.