Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Wszystko spieprzyłem. Wszystko, co tylko się dało. Dlatego nie chciałem tu być. Nie w tym miejscu, nie w tej historii, nie w tym czasie. Nie tym człowiekiem.
Światło rtęciowych lamp odbijało się w brudnych kałużach, rozjaśniając tęczowe esy-floresy unoszących się na wodzie plam ropy. Jacek się nie pokazywał, sukinsyn zostawił mnie, kiedy go najbardziej potrzebowałem. Stałem wciąż przyklejony do ściany tunelu i patrzyłem na nabrzeże – na placu panował całkowity spokój, w kontenerach paliło się jedno światło, w dyżurce Mustafy. Pewnie dalej siedział tam z Ramizem i chlali, bydlaki, dopalając się koksem. A jak będą mieli już dość, to ją wezmą... Lubili zaliczać panienki we dwóch. „Świeży towar najpierw dla mnie”, mawiał Mustafa, a ten skurwiel Ramiz przytakiwał, śmiejąc się obleśnie i szczerząc te swoje poczerniałe od marychy pieńki. Kiedyś zbywałem to wzruszeniem ramion. Moja robota była skończona, koziołek szedł do puszki, ja inkasowałem szmal i myślałem tylko o tym, jak spędzić resztę wieczoru.
Pomacałem się po brzuchu – beretta tkwiła spokojnie za paskiem, tak jak pięć minut temu. Gdy skurwiele uznają, że mają już dosyć, dadzą cynk Eunuchowi, który przyprowadzi sabinkę. Nowe zawsze trzymali na końcu szeregu ustawionych nad brzegiem kanału kontenerów, w ostatnim pudełku. Spojrzałem tam, na szybkę małego okna obok drzwi i przez moment wydało mi się, że widzę przez ciemne szkło blady owal twarzy dziewczyny. Mrugnąłem gorączkowo i spojrzałem jeszcze raz – to było złudzenie, szyba pozostała czarna jak kanałowe ścieki. Dziewczyna pewnie spała; Eunuch często poił sabinki bromem lub innym ogłupiaczem rozpuszczonym w kawie albo coli, aby je wstępnie rozmiękczyć... Mustafa lubił uległe panienki, twardym dawał pokazowy wycisk, tak żeby inne widziały, co czeka te za bardzo rogate. Ale dziś wyraźnie chcieli się zabawić, a nie boksować.
Trzasnęły drzwi i na schodkach ostatniego kontenera pojawił się Eunuch, któremu najwidoczniej znudziło się samotne dyżurowanie. Zacisnąłem gorączkowo palce na kolbie pistoletu, ale mężczyzna był sam. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów, zapalił jednego i zaciągnął się chciwie, poruszając chuderlawą grdyką. Przysiadł na schodku i palił nieśpiesznie, popatrując to na zachmurzone niebo, to w kierunku kanciapy Mustafy. Zgarbiony, z opadniętymi ramionami, przypominał andyjskiego kondora, cierpliwie wyczekującego na skalnym złomie podmuchu przychylniejszego wiatru. Ale Mustafie i Ramizowi widocznie dobrze szło wciąganie szkockiej i proszku, bo się nie pojawili. Eunuch westchnął, pstryknął peta w noc i wrócił do środka. Wyglądało na to, że dzisiaj to jeszcze potrwa.
Zdjąłem dłoń z kolby i otarłem pot z czoła. Nawet dobrze nie wiedziałem, jak chcę to rozegrać. Najlepiej byłoby dopaść Eunucha, jak będzie ją prowadził do dyżurki, nastraszyć go spluwą, wziąć dziewczynę za rękę i dać nogę. Był to piękny plan, ale trochę ryzykowny, bo kontenery ze wszystkich stron były oświetlone przez stojące gęsto na nabrzeżu latarnie i nie dało się podejść niepostrzeżenie. Nie mogłem też udawać spragnionego uciech marynarza, jacy czasem zachodzili do „magazynu”, bo przecież Eunuch znał mnie i wiedział, że byłem parę godzin temu z dostawą i zainkasowałem kasę, na dodatek był świadkiem mojej scysji z szefem. Moja wizyta w środku nocy na pewno by mu się nie spodobała. Powinienem być w drodze do domu, a nie tutaj.
Mogłem obejść kontenery od strony portu, kryjąc się między składami, i zaczaić się obok dyżurki. Z tym że wtedy miałbym do czynienia z trzema skurwielami zamiast z jednym, bo przecież Mustafa i Ramiz, gdy tylko usłyszą jakiś hałas na zapleczu, natychmiast wyściubią nosy z kontenera. Nie potrafiłem skradać się jak kot i bezszelestnie sprzątać ludzi niczym jakiś pieprzony komandos... W ogóle nie miałem o tym zielonego pojęcia. Poza tym Mustafa mógł mieć własnego gnata. Stałem zatem przyklejony do ściany tunelu, patrzyłem na oświetlony plac i rząd białych mieszkalnych kontenerów i kompletnie nie wiedziałem, co robić. Wiedziałem tylko jedno – cokolwiek bym gadał, była to jednak moja historia. I to ja byłem tym człowiekiem, którym nie chciałem być.
*
Ta historia nie miała początku... A właściwie miała ich kilka.
Ten najbliższy, najbardziej oczywisty to czwartkowy poranek w ostatnim tygodniu sierpnia. Kiedy się przebudziłem, Patrycji już nie było. Zresztą mówiła wczoraj, że wcześnie rano ma jakieś ćwiczenia. Wczoraj też ostatecznie uzgodniłem z Waldkiem kolejny transport – miałem odebrać koziołka w Nysie, nadgranicznym miasteczku, niedaleko od przejścia w Głuchołazach. To mi nawet pasowało, ostatni raz przejeżdżałem tamtędy prawie pięć miesięcy temu; strażnicy, nawet jeśli mnie zapamiętali, to nie powinni skojarzyć z niczym podejrzanym. Na tym w końcu polegał ten biznes: nie za często w jednym miejscu, nie wpadać w oko, nieustannie zmieniać trasy i rejony połowów.
– To system prosty jak drut telegraficzny – tłumaczył mi kiedyś Waldek. – Od cholery i trochę facetów jeździ z panienkami na weekend do Czech i Reichu, wjeżdżają jednym przejściem, wracają drugim. Nikt już tego nie rejestruje, nie wbijają nawet pieczątek do paszportów, poza tym od maja pokazujesz tylko dowód. Tu chodzi o setki tysięcy przekroczeń w ciągu kwartału. Przemycenie w tej masie kilkunastu transportów z koziołkami to naprawdę pikuś, nikt nie zauważy, że nie wracają. To jak wlać wiadro wody do morza. Nie ma możliwości, żeby system pękł, jeśli wszyscy będą trzymali gęby na kłódkę.
Słyszałem, że kilka panienek jednak wróciło. Złożyły doniesienia na policji, ale gliniarze nie potrafili nas namierzyć. Kurierzy podawali kobietom tylko imiona albo wręcz jakieś wymyślone ksywy i bardzo pilnowali, aby nie miały dostępu do ich paszportów – cały pomysł polegał na tym, że pokazywali na granicy własne, autentyczne i zarazem „czyste” dokumenty. Policja dysponowała jedynie naszymi niezbyt dokładnymi portretami pamięciowymi i numerami rejestracyjnymi aut; Waldek pożyczał je od kilku firm marki Krzak, które założył na nazwiska meneli z okolic Oleśnicy i Trzebnicy. Gdy gliniarze zaczęli szukać tych wozów, auta już dawno były sprzedane na części. Zatrudnieni w charakterze „słupów” menele oczywiście nic nie byli w stanie glinom powiedzieć, poza tym że kiedyś za pół litra coś komuś podpisywali. A potem panienki zaczęły zmieniać zeznania, miały jakieś zaniki pamięci... Część wycofała doniesienia, a jedna podobno wyjechała w nieznane, o co wolałem Waldka nie pytać, zresztą pewnie by mi nic nie powiedział. Jeden z kurierów, Tolo, wspomniał kiedyś, że Waldek ma człowieka od „operacji specjalnych”, jakiegoś twardziela, pono byłego esbeka. Tolo więcej nie chciał mówić, a ja nie chciałem wiedzieć. W końcu zajmowałem się tylko transportem. Prosta w sumie robota: przywieźć towar, odebrać należność, wrócić do domu, rozliczyć się z Waldkiem. I czekać pod telefonem na kolejne zlecenie.
Tylko tyle.
Nasza cena: 31,38
Cena detaliczna: 34,49
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, powieść psychologiczna |
| Wydawnictwo: | Otwarte |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 135x205 |
| Ilość stron: | 250 |
| ISBN: | 978-83-7515-020-9 |
| EAN: | 9788375150209 |
| Wprowadzono: | 10.04.2008 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęjaszczurka jaszczurka(at)rambler.ru 6 sierpień 2008
NIE MA BOGA, PRZYSTAJĘ DO CECHU SZATANA… Tymi słowami główny bohater najnowszej książki Jacka Inglota Porwanie Sabinek mógłby przywitać początek swojego nowego życia w „wolnej Polsce”. Były dysydent, jak sam mówi – „opornik spod znaku NZS”, nie może odnaleźć się w realiach po 89. Nie o taką kraj walczył. I przeistacza się w nihilistę, grzebiąc wyobrażenie nowej Polski jednym zdaniem: „Ty suko, oszukałaś mnie!”. W momencie, kiedy już tylko krok dzieli go od przepaści, spotyka byłego kolegę ze studiów – Waldka, który proponuje mu pracę. Nie żadne wyżyny intelektu lecz robotę w „transporcie”. Co ma robić? Nic trudnego, wozić młode kobiety do… [...]i w Niemczech. Wątek sensacyjny Porwania sabinek – pierwszej książki Jacka Inglota, napisanej w konwencji realistycznej (Inglot dotychczas znany był jako autor science fiction) – już od pierwszych stron wyznacza właściwą powieści linię napięć i wiąże czytelnika z losami bohaterów. A w książce dzieje się dużo i mało zarazem. Istnieją dwa plany akcji. Pierwszy z nich dotyczy historii działacza NZS i dziennikarza a potem przewoźnika i osadzony jest w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Obraz jest naznaczony fatalizmem. Czas ludzi walczących o ideały skończył się wraz z upadkiem systemu komunistycznego. Ich miejsce zajęli „nowi ludzie”: Humanistyczne ideały podziemia zostały wypaczone już w pierwszych latach po transformacji, zastąpiła je wartości materialne – to jedno z najważniejszych przesłań Porwania sabinek. Jednak retrospekcja nie może zaistnieć samodzielnie. Historia opowiedziana w czasie teraźniejszym wyznacza drugi – główny plan książki. Bohater ma w ciągu kilkudziesięciu godzin dowieść do Hamburga Martę. Los dziewczyny jest już przesądzony – zostanie sprzedana do jednego z domów publicznych na zachodzie Europy. Jednak ta podróż różni się od poprzednich „transportów”. Dziewczyna jest inna, inteligentniejsza i bardziej niewinna, niż pozostałe Sabinki – tak w myślach bohater nazywa przewożone przez siebie, nieświadome czekającej ich przyszłości, kobiety. W trakcie podróży rodzi się między Martą a bohaterem uczucie, które jest najważniejszym motorem całej akcji. Z jednej strony stanowi pretekst do wspomnień, a z drugiej – budzi w bohaterze wątpliwości co do sensu jego działalności. Dzięki temu uczuci właśnie, w końcowej scenie książki, bohater otrzymuje ostatnią szansę odkupienia swoich win. Ma możliwość zrehabilitować się moralnie i uratować dziewczynę przed losem prostytutki. W powieści, w tym właśnie momencie, bohater musi dokonać wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Wie, że jest to najważniejsza chwila w jego życiu. I podejmuje decyzję. Pistolet pozostawiony na stole w pierwszym akcie, musi wystrzelić pod koniec – tą zasadą, zdawać by się mogło, kierował się Inglot podczas pisania Porwania sabinek. W książce czuć wewnętrzne napięcie, które porządkuje kolejność zdarzeń. Niczym w dobrze skonstruowanej powieści sensacyjnej. Czytelnikowi, który zechce zaś odczytać powieść w kategoriach rozliczeniowych, wyłoni się trochę inny obraz. Bardziej gorzki i głębiej osadzony w narodowej tradycji. Jednak nie koniec na tym. Istniej w książce trzecia płaszczyzna. Stwierdzenie „Nie ma Boga, przystaję do cechu Szatana”, użyte w tytule tego tekstu i przemocą niejako włożone w usta głównego bohatera, pochodzi z Kordiana Juliusz Słowackiego. Wypowiada je Grzegorz, stary sługa. Zdanie to, oprócz tego, że dobrze oddaje postawę moralną bohatera Porwania sabinek, może być początkiem rozważań na temat relacji wiążących tekst Inglota z literaturą zaangażowaną. Jego bohater to współczesne wcielenie Kordiana. Scena z przesłuchania przez SB, oraz scena finalna, to wariacje na temat komnaty cara opisanej przez Słowackiego. Pojawiają się również w Porwaniu współcześni Mefistofeles, Strach i Imaginacja. W jakim celu został tu użyty jeden z najważniejszych utworów polskiej literatury? Czy jest to jedynie zabawa Kordianem, a może polemika z ideałami romantycznej walki o niepodległość? O zasadności tych pytań powinien zdecydować sam czytelnik.
jaszczurka jaszczurka(at)rambler.ru 6 sierpień 2008
NIE MA BOGA, PRZYSTAJĘ DO CECHU SZATANA… Tymi słowami główny bohater najnowszej książki Jacka Inglota Porwanie Sabinek mógłby przywitać początek swojego nowego życia w „wolnej Polsce”. Były dysydent, jak sam mówi – „opornik spod znaku NZS”, nie może odnaleźć się w realiach po 89. Nie o taką kraj walczył. I przeistacza się w nihilistę, grzebiąc wyobrażenie nowej Polski jednym zdaniem: „Ty suko, oszukałaś mnie!”. W momencie, kiedy już tylko krok dzieli go od przepaści, spotyka byłego kolegę ze studiów – Waldka, który proponuje mu pracę. Nie żadne wyżyny intelektu lecz robotę w „transporcie”. Co ma robić? Nic trudnego, wozić młode kobiety do… [...]i w Niemczech. Wątek sensacyjny Porwania sabinek – pierwszej książki Jacka Inglota, napisanej w konwencji realistycznej (Inglot dotychczas znany był jako autor science fiction) – już od pierwszych stron wyznacza właściwą powieści linię napięć i wiąże czytelnika z losami bohaterów. A w książce dzieje się dużo i mało zarazem. Istnieją dwa plany akcji. Pierwszy z nich dotyczy historii działacza NZS i dziennikarza a potem przewoźnika i osadzony jest w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Obraz jest naznaczony fatalizmem. Czas ludzi walczących o ideały skończył się wraz z upadkiem systemu komunistycznego. Ich miejsce zajęli „nowi ludzie”: Humanistyczne ideały podziemia zostały wypaczone już w pierwszych latach po transformacji, zastąpiła je wartości materialne – to jedno z najważniejszych przesłań Porwania sabinek. Jednak retrospekcja nie może zaistnieć samodzielnie. Historia opowiedziana w czasie teraźniejszym wyznacza drugi – główny plan książki. Bohater ma w ciągu kilkudziesięciu godzin dowieść do Hamburga Martę. Los dziewczyny jest już przesądzony – zostanie sprzedana do jednego z domów publicznych na zachodzie Europy. Jednak ta podróż różni się od poprzednich „transportów”. Dziewczyna jest inna, inteligentniejsza i bardziej niewinna, niż pozostałe Sabinki – tak w myślach bohater nazywa przewożone przez siebie, nieświadome czekającej ich przyszłości, kobiety. W trakcie podróży rodzi się między Martą a bohaterem uczucie, które jest najważniejszym motorem całej akcji. Z jednej strony stanowi pretekst do wspomnień, a z drugiej – budzi w bohaterze wątpliwości co do sensu jego działalności. Dzięki temu uczuci właśnie, w końcowej scenie książki, bohater otrzymuje ostatnią szansę odkupienia swoich win. Ma możliwość zrehabilitować się moralnie i uratować dziewczynę przed losem prostytutki. W powieści, w tym właśnie momencie, bohater musi dokonać wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Wie, że jest to najważniejsza chwila w jego życiu. I podejmuje decyzję. Pistolet pozostawiony na stole w pierwszym akcie, musi wystrzelić pod koniec – tą zasadą, zdawać by się mogło, kierował się Inglot podczas pisania Porwania sabinek. W książce czuć wewnętrzne napięcie, które porządkuje kolejność zdarzeń. Niczym w dobrze skonstruowanej powieści sensacyjnej. Czytelnikowi, który zechce zaś odczytać powieść w kategoriach rozliczeniowych, wyłoni się trochę inny obraz. Bardziej gorzki i głębiej osadzony w narodowej tradycji. Jednak nie koniec na tym. Istniej w książce trzecia płaszczyzna. Stwierdzenie „Nie ma Boga, przystaję do cechu Szatana”, użyte w tytule tego tekstu i przemocą niejako włożone w usta głównego bohatera, pochodzi z Kordiana Juliusz Słowackiego. Wypowiada je Grzegorz, stary sługa. Zdanie to, oprócz tego, że dobrze oddaje postawę moralną bohatera Porwania sabinek, może być początkiem rozważań na temat relacji wiążących tekst Inglota z literaturą zaangażowaną. Jego bohater to współczesne wcielenie Kordiana. Scena z przesłuchania przez SB, oraz scena finalna, to wariacje na temat komnaty cara opisanej przez Słowackiego. Pojawiają się również w Porwaniu współcześni Mefistofeles, Strach i Imaginacja. W jakim celu został tu użyty jeden z najważniejszych utworów polskiej literatury? Czy jest to jedynie zabawa Kordianem, a może polemika z ideałami romantycznej walki o niepodległość? O zasadności tych pytań powinien zdecydować sam czytelnik.
jaszczurka jaszczurka(at)rambler.ru 6 sierpień 2008
NIE MA BOGA, PRZYSTAJĘ DO CECHU SZATANA… Tymi słowami główny bohater najnowszej książki Jacka Inglota Porwanie Sabinek mógłby przywitać początek swojego nowego życia w „wolnej Polsce”. Były dysydent, jak sam mówi – „opornik spod znaku NZS”, nie może odnaleźć się w realiach po 89. Nie o taką kraj walczył. I przeistacza się w nihilistę, grzebiąc wyobrażenie nowej Polski jednym zdaniem: „Ty suko, oszukałaś mnie!”. W momencie, kiedy już tylko krok dzieli go od przepaści, spotyka byłego kolegę ze studiów – Waldka, który proponuje mu pracę. Nie żadne wyżyny intelektu lecz robotę w „transporcie”. Co ma robić? Nic trudnego, wozić młode kobiety do… [...]i w Niemczech. Wątek sensacyjny Porwania sabinek – pierwszej książki Jacka Inglota, napisanej w konwencji realistycznej (Inglot dotychczas znany był jako autor science fiction) – już od pierwszych stron wyznacza właściwą powieści linię napięć i wiąże czytelnika z losami bohaterów. A w książce dzieje się dużo i mało zarazem. Istnieją dwa plany akcji. Pierwszy z nich dotyczy historii działacza NZS i dziennikarza a potem przewoźnika i osadzony jest w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Obraz jest naznaczony fatalizmem. Czas ludzi walczących o ideały skończył się wraz z upadkiem systemu komunistycznego. Ich miejsce zajęli „nowi ludzie”: Humanistyczne ideały podziemia zostały wypaczone już w pierwszych latach po transformacji, zastąpiła je wartości materialne – to jedno z najważniejszych przesłań Porwania sabinek. Jednak retrospekcja nie może zaistnieć samodzielnie. Historia opowiedziana w czasie teraźniejszym wyznacza drugi – główny plan książki. Bohater ma w ciągu kilkudziesięciu godzin dowieść do Hamburga Martę. Los dziewczyny jest już przesądzony – zostanie sprzedana do jednego z domów publicznych na zachodzie Europy. Jednak ta podróż różni się od poprzednich „transportów”. Dziewczyna jest inna, inteligentniejsza i bardziej niewinna, niż pozostałe Sabinki – tak w myślach bohater nazywa przewożone przez siebie, nieświadome czekającej ich przyszłości, kobiety. W trakcie podróży rodzi się między Martą a bohaterem uczucie, które jest najważniejszym motorem całej akcji. Z jednej strony stanowi pretekst do wspomnień, a z drugiej – budzi w bohaterze wątpliwości co do sensu jego działalności. Dzięki temu uczuci właśnie, w końcowej scenie książki, bohater otrzymuje ostatnią szansę odkupienia swoich win. Ma możliwość zrehabilitować się moralnie i uratować dziewczynę przed losem prostytutki. W powieści, w tym właśnie momencie, bohater musi dokonać wyboru między przeszłością a teraźniejszością. Wie, że jest to najważniejsza chwila w jego życiu. I podejmuje decyzję. Pistolet pozostawiony na stole w pierwszym akcie, musi wystrzelić pod koniec – tą zasadą, zdawać by się mogło, kierował się Inglot podczas pisania Porwania sabinek. W książce czuć wewnętrzne napięcie, które porządkuje kolejność zdarzeń. Niczym w dobrze skonstruowanej powieści sensacyjnej. Czytelnikowi, który zechce zaś odczytać powieść w kategoriach rozliczeniowych, wyłoni się trochę inny obraz. Bardziej gorzki i głębiej osadzony w narodowej tradycji. Jednak nie koniec na tym. Istniej w książce trzecia płaszczyzna. Stwierdzenie „Nie ma Boga, przystaję do cechu Szatana”, użyte w tytule tego tekstu i przemocą niejako włożone w usta głównego bohatera, pochodzi z Kordiana Juliusz Słowackiego. Wypowiada je Grzegorz, stary sługa. Zdanie to, oprócz tego, że dobrze oddaje postawę moralną bohatera Porwania sabinek, może być początkiem rozważań na temat relacji wiążących tekst Inglota z literaturą zaangażowaną. Jego bohater to współczesne wcielenie Kordiana. Scena z przesłuchania przez SB, oraz scena finalna, to wariacje na temat komnaty cara opisanej przez Słowackiego. Pojawiają się również w Porwaniu współcześni Mefistofeles, Strach i Imaginacja. W jakim celu został tu użyty jeden z najważniejszych utworów polskiej literatury? Czy jest to jedynie zabawa Kordianem, a może polemika z ideałami romantycznej walki o niepodległość? O zasadności tych pytań powinien zdecydować sam czytelnik.
Zobacz również
