Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
1. Społeczność żydowska Wierzbnika i Starachowic przed wojną
Wstęp
Starachowice-Wierzbnik leżą w centralnej Polsce w dolinie rzeki Kamiennej, około czterdziestu pięciu kilometrów na południe od Radomia i stu pięćdziesięciu od Warszawy. Przed pierwszą wojną światową ludność żydowska koncentrowała się głównie w dawnym miasteczku Wierzbnik. Żydzi, których w 1939 roku mieszkało w Wierzbniku około trzech tysięcy, uprawiali tradycyjne zawody, takie jak handlarz bydła, krawiec, rymarz, szewc, tapicer, kapelusznik, stolarz, rzeźnik, piekarz i kowal, a także drobny kupiec i sklepikarz1. W typowej żydowskiej rodzinie matka dzieliła czas pomiędzy rodzinny interes i prowadzenie domu (w czym często pomagała jej służąca), dzieci zaś chodziły rano do szkoły publicznej, a po południu na naukę religii. Rodziny mieszkały we własnych domach i mieszkaniach, w których tuż przed wojną zainstalowano elektryczność, nadal nie było w nich jednak bieżącej wody ani toalet. Żydowscy mieszkańcy Wierzbnika na co dzień mówili w jidysz, a rytm życia wyznaczał kalendarz praktyk religijnych. Większość ocalałych z Zagłady okres przedwojenny wspomina z prostotą jako „przyjemne żydowskie życie”2.
W sąsiedniej wsi Starachowice, położonej w regionie bogatym w drewno, rudy żelaza i złoża gliny, powstał niewielki ośrodek przemysłowy. Żydzi odegrali znaczącą rolę we wczesnych etapach jego rozwoju. Pod koniec XIX wieku rodzina Rotwandów zbudowała piec hutniczy, który stał się zalążkiem przemysłu metalurgicznego na tym obszarze. W ostatnich latach XIX stulecia czterej bracia Lichtenstein założyli fabrykę sklejki i fornirów. Po I wojnie światowej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości władze państwa postanowiły uczynić Starachowice ośrodkiem przemysłu zbrojeniowego. W tym celu rząd przejął piec hutniczy w dolnej części miasta i zbudował fabrykę amunicji w górnej. W Starachowicach mieszkało bardzo niewielu Żydów, którym zresztą w okresie międzywojennym nie wolno było pracować w fabrykach amunicji. Wielu z nich starało się nawet nie przechodzić w ich pobliżu, by uniknąć posądzenia o szpiegostwo. Tymczasem inne żydowskie przedsiębiorstwo o międzynarodowym zasięgu, należące do rodziny Hellerów, nabyło duże obszary leśne i otworzyło po drugiej stronie rzeki Kamiennej, tuż za południową granicą miasta, skład drewna i tartak. Lichtensteinowie i Hellerowie stali się największymi pracodawcami zatrudniającymi żydowskich robotników z Wierzbnika. W późniejszych latach tartak wraz ze składem drewna, piec hutniczy i fabryka amunicji utworzyły trzon zespołu przemysłowego wykorzystującego niewolniczą pracę Żydów przetrzymywanych w nazistowskich obozach pracy, które powstały w 1942 roku.
I wojna światowa ciężko doświadczyła ludność żydowską. Gdy w 1915 roku wojska niemieckie podeszły pod Wierzbnik, władze carskie, wątpiąc w lojalność Żydów, nakazały im niezwłocznie opuścić miasto. Rosyjskie wojsko musiało użyć siły, by wypędzić opierających się Żydów na północ, najpierw do Iłży, a potem do Radomia. Zanim Niemcy zajęli centralną Polskę, społeczność żydowska przeżyła dwa miesiące w skrajnej nędzy. Kiedy powróciła z wygnania, zawdzięczając w istocie swoje wybawienie armii niemieckiej, zastała miasto w połowie zrównane z ziemią, a ocalałe domy doszczętnie splądrowane. I tak już trudną sytuację dodatkowo pogorszył wybuch epidemii tyfusu6.
Odtworzenie obrazu życia społeczności żydowskiej w międzywojennym Wierzbniku na podstawie świadectw zebranych po 1945 roku z kilku powodów nie jest rzeczą prostą. Po pierwsze, ani relacje zgromadzone w 1atach 1945–1948, ani te zebrane w latach sześćdziesiątych przez niemieckich śledczych, nie odnoszą się do okresu przedwojennego. Po drugie, wywiady sfilmowane na taśmie wideo – szczególnie na zlecenie Archiwum Instytutu Historii Wizualnej i Edukacji Fundacji Szoa w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych – obejmują co prawda wspomnienia sprzed wojny, ale większość z tych rozmów przeprowadzono z ocalałymi, którzy podczas pobytu w obozach mieli od kilkunastu do dwudziestu paru lat, przed wojną byli więc dziećmi albo nastolatkami. Biorąc pod uwagę, co wkrótce potem przeszli, zupełnie zrozumiałe jest to, że idealizują pamięć o okresie przedwojennym, nieustannie nawiązując do „szczęśliwego dzieciństwa”. Według słów jednej z ocalałych, „wszystko było [wtedy] piękne”. Bohater innej relacji raz po raz zapewnia, że „wszyscy byli szczęśliwi”. Jedynie dwóch respondentów mimochodem wspomina o trudnościach finansowych, z jakimi ich rodzice borykali się w okresie Wielkiego Kryzysu, choć to właśnie ten temat dominuje we wspomnieniach osób, których nie dotknęła Zagłada.
Jak już zostało wspomniane we wstępie, ocalali, którzy osiedli później w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Izraelu, nie stworzyli wokół wspomnień z lat wojny odrębnych „wspólnot pamięci”. Uogólnienie to nie dotyczy jednak okresu przedwojennego. Świadectwa Żydów, którzy wyemigrowali do Ameryki Północnej, żywo kontrastują z Sefer Wierzbnik-Starachowic, Księgą Pamięci (jizker-buch) opublikowaną w 1973 roku i zawierającą przede wszystkim relacje ocalałych mieszkających w Izraelu. Według osób, które osiadły w Ameryce, żydowska społeczność Wierzbnika prowadziła intensywne życie religijne i stowarzyszeniowe, typowe dla prowincjonalnej Polski okresu międzywojennego. W mieście znajdowały się synagoga i liczne domy modlitwy, sztibelech, dostosowane do indywidualnych potrzeb wiernych. Większość mieszkańców na co dzień posługiwała się jidysz i ściśle, niekiedy wręcz fanatycznie, przestrzegała zaleceń tradycyjnego, ortodoksyjnego judaizmu. W Wierzbniku mieszkali także chasydzi, wyznawcy cadyka z Góry Kalwarii. Córka chasydzkiego rabina po latach scharakteryzowała życie swojej rodziny jako „bardziej pobożne, niż chciałby Bóg”. Funkcjonowała tradycyjna sieć wzajemnej pomocy i zbierania datków (na opłaty za naukę dla biednych dzieci, na posagi dla ubogich dziewcząt, na towarzystwo pogrzebowe itd.), działał też teatr wystawiający sztuki w języku jidysz, w którym grywali gościnnie aktorzy z innych miast.
Opisy tradycyjnego żydowskiego życia niezwykle rzadko wspominają o zainteresowaniu nowoczesnymi ruchami politycznymi. Tylko jedna relacja napomyka, że Bund – żydowska niereligijna socjalistyczna partia robotnicza – prowadził działalność również w Wierzbniku. Było to miasto rzemieślników, sklepikarzy i robotników, pracujących w należących do Żydów zakładach drzewnych, a nie żydowskiego proletariatu fabrycznego, ponieważ Żydów nie zatrudniano w starachowickich fabrykach.
Wielu ocalałych określało siebie, trochę niejasno, jako jednocześnie „religijnych” i „syjonistów”. Żadne świadectwa nie wspominają o debatach i rozłamach ideologicznych wśród grup młodych syjonistów, które odgrywają istotną rolę we wspomnieniach inteligencji żydowskiej dużych miast. Kiedy dawni mieszkańcy Wierzbnika, którzy po wojnie osiedli w Ameryce Północnej, mówią o konkretnym odłamie syjonizmu, z reguły jest to prawicowy, paramilitarny syjonizm rewizjonistyczny Włodzimierza Zeewa Żabotyńskiego, z jego młodzieżówką Bejtar. Także w pobliskim miasteczku Bodzentyn, w którym mieszkało około tysiąca Żydów, to właśnie Bejtar był „źródłem największej inspiracji” dla młodego pokolenia. Na dowód, że postępująca laicyzacja i modernizacja żydowskiego życia nie miała charakteru wyłącznie politycznego, zebrane po wojnie świadectwa wspominają również o istnieniu klubu sportowego Makabi, a zwłaszcza o jego drużynie piłkarskiej.
Natomiast według Księgi Pamięci syjonizm był ideologią dominującą. Tylko w jednej z włączonych do niej relacji Wierzbnik jawi się jako typowe polsko-żydowskie miasteczko, w którym Żydzi „wypełniali swoje życie religią i tradycją”. Według innej, bardziej typowej relacji miasto „tętniło syjonistycznym ożywieniem”. Kolejna wersja opowieści zakłada, że judaizm i syjonizm były dla mieszkańców Wierzbnika „jednym i tym samym”. Zgodnie z tą relacją przebudzenie syjonistyczne dokonało się po I wojnie światowej i było związane z napływem nowej fali ludności żydowskiej, a zwłaszcza z przybyciem do miasta wybitnego działacza społecznego Symchy Mincberga, który ożenił się z córką jednego z czterech braci Lichtensteinów, założycieli fabryki sklejki i fornirów. W pierwszym pokoleniu nie doszło jeszcze do ostrego rozłamu między tradycyjną wrażliwością religijną a syjonizmem. „Pochodząc z bardzo religijnej, tradycyjnej rodziny – pisał Mincberg – zawsze miałem na względzie, by praca syjonistyczna nie stała w sprzeczności z poglądami religijnymi”. Rzeczywiście, pierwsi syjoniści tworzyli własny minian, grupę modlitewną, jedną z wielu zbierających się w Wierzbniku na codzienną modlitwę.
W drugiej fazie rozwoju syjonizm stał się zdecydowanie bardziej laicki, upolityczniony i podzielony. Pojawiło się szerokie spektrum organizacji, zdumiewające w swojej różnorodności. Po prawej stronie mamy syjonistyczno-ortodoksyjną partię Mizrachi i paramilitarnych świeckich syjonistów rewizjonistycznych Żabotyńskiego, oddających się pieszym wycieczkom, ćwiczeniom fizycznym i musztrze. Dla rewizjonistów niezapomnianym wydarzeniem była wizyta Żabotyńskiego w pobliskim Ostrowcu. Syjoniści z klasy średniej z reguły popierali Icchaka Grünbauma, krytyka asymilacji i obrońcy praw mniejszości żydowskiej, nastawionego opozycyjnie do rządu polskiego i do ultraortodoksyjnej, niesyjonistycznej partii Agudat Jisrael, w latach dwudziestych dominującego ugrupowania żydowskiego, które popierało rządy Józefa Piłsudskiego w zamian za autonomię gmin w sprawach dotyczących Żydów. Umiarkowana Poalej Syjon-Prawica (właściwie Żydowska Socjalistyczna Partia Robotnicza Robotnicy Syjonu) dążyła do zatarcia podziałów klasowych dzięki organizowaniu nauczania wieczorowego i poprawie warunków życia pracującej biedoty. Radykalna Poalej Syjon-Lewica (Żydowska Socjalno-Demokratyczna Partia Robotnicza Robotnicy Syjonu) jak na standardy Wierzbnika „poszła zdecydowanie w lewo”. Dwaj mieszkańcy miasta, którzy znaleźli się w jej szeregach, byli zagorzałymi komunistami i musieli opuścić kraj, by uniknąć aresztowania przez polską policję. Nawet sport nie był wolny od podziałów politycznych i społecznych. Klub Makabi skupiał zwolenników prawicy i centrum, klub Gwiazda powstał zaś z myślą o potrzebach młodzieży z niższych warstw społecznych. Rywalizując ze sobą o zdolnych zawodników, oba kluby przekraczały jednak czasem linię podziału.
Część syjonistycznej młodzieży rzucała się całą duszą w wir działalności organizacyjnej. Jak napisała później córka Symchy Mincberga: „Mieliśmy cudowne dzieciństwo […] wszystko było takie podniecające […] żyliśmy w kipiącym kotle nieustannych zebrań i spotkań”. Na oszałamiająco różnorodnej liście funkcjonujących w Wierzbniku stowarzyszeń zwraca uwagę brak laickiego niesyjonistycznego Bundu i marksistowsko-syjonistycznej organizacji młodzieżowej Ha-Szomer ha-Cair. Ponieważ były to najważniejsze lewicowe organizacje żydowskie działające w Polsce w okresie międzywojennym, ich nieobecność wskazuje, iż Wierzbnik rzeczywiście był bardziej prowincjonalny i konserwatywny od większych, bardziej kosmopolitycznych społeczności żydowskich dużych miast.
Odmienne postrzeganie roli syjonizmu w życiu przedwojennego Wierzbnika przez ocalałych z Izraela i Ameryki Północnej prawdopodobnie spowodowane jest dwoma czynnikami. Pierwszy z nich to autoselekcja: przedwojenni działacze syjonistyczni znacznie częściej imigrowali z obozów dla wysiedleńców do Izraela niż do Kanady i Stanów Zjednoczonych, odwrotnie niż niesyjoniści. Tendencję, która znalazła odzwierciedlenie w owej autoselekcji, nasiliły różnice w „pamięci zbiorowej”. Po przybyciu do Izraela ocalali znaleźli się w środowisku, które wzmacniało w nich potrzebę pamiętania i podkreślania, że w starym kraju byli aktywnymi syjonistami, a nie biernymi Żydami z diaspory, podczas gdy proces asymilacji w Ameryce Północnej osłabiał wspomnienia o syjonistycznej przeszłości.
Wyłonienie się w społeczności żydowskiej Wierzbnika elementu o wyraźnych sympatiach syjonistycznych znalazło przełożenie zarówno na edukację, jak i na politykę. Trzon tej nowoczesnej tendencji tworzyła lepiej zasymilowana, zamożniejsza żydowska elita, złożona głównie z przedsiębiorców i kupców, a nie drobni sklepikarze i rzemieślnicy. Ludzie ci na co dzień częściej posługiwali się polskim niż jidysz. Część z nich, zamiast posyłać dzieci do szkół publicznych, a po południu do chederu, starała się umieszczać je w prywatnych placówkach. Ponieważ Żydom coraz trudniej było dostać się do elitarnych szkół, w Wierzbniku powstał tarbut (nowoczesna hebrajska świecka szkoła żydowska o nastawieniu syjonistycznym), jako alternatywa dla chederu. Według szacunków około osiemdziesięciu procent żydowskich dzieci uczęszczało do chederu, a dwadzieścia – do tarbutu. Z kolei religijni syjoniści założyli własną hebrajskojęzyczną szkołę Ha-Mizrachi.
Na początku okresu międzywojennego żydowska gmina religijna, na czele której stał Szmul Isser, obrała kurs apolityczny. Było to zgodne ze stylem sprawowania władzy Józefa Piłsudskiego, który gwarantował mniejszościom narodowym autonomię w zamian za polityczną neutralność. Rzemieślnicy z Wierzbnika organizowali się w obronie swoich interesów ekonomicznych, poza tym jednak „nie zajmowali się polityką” i popierali Issera. Ta postawa uległa zmianie w latach trzydziestych, kiedy okrzepł młodszy, nowoczesny odłam syjonizmu. Symcha Mincberg założył żydowski bank, dzięki któremu żydowscy rzemieślnicy i kupcy uniezależnili się w sprawach kredytowych od nie-Żydów.
Mincberg, jego kolega Josef Dreksler i inni, zaczęli z sukcesem ubiegać się o stanowiska w radzie miasta, w której delegacja pod przewodnictwem Mincberga coraz aktywniej broniła żydowskich interesów. Kiedy młody prawnik Uri Sztramer przybył w 1937 roku do Wierzbnika, zastał społeczność żydowską podzieloną pomiędzy syjonistów młodszego pokolenia i starszych wiekiem członków religijnej, niesyjonistycznej Agudat Jisrael, którzy nie angażowali się w życie publiczne, ograniczając działalność do własnych żydowskich spraw. Nieudolność zarządu gminy w sprawach związanych z finansami, a przede wszystkim niewywiązywanie się z obowiązku zbierania podatków i utrzymywania żydowskich instytucji, skłoniło jednak władze powiatu do jej rozwiązania i tymczasowego powierzenia zarządzania gminą Sztramerowi.
Korzystając z poparcia syjonistów, zreorganizował on system ściągania podatków, wyremontował popadającą w ruinę synagogę i zorganizował nowe wybory do zarządu gminy. Syjoniści wystartowali w nich z jednej wspólnej listy i po raz pierwszy pokonali frakcję tradycjonalistów Issera, którzy – według stronniczej opinii Sztramera – „odwrócili się plecami do swego ludu”, biernie przyjmując zarządzenia polskich władz.
Ze wspomnień z Wierzbnika wyłania się jeszcze jeden obszar podzielonej pamięci: kwestia polskiego antysemityzm. Zdecydowana mniejszość dawnych mieszkańców miasta zapamiętała, że Polacy i Żydzi pozostawali w całkiem dobrych stosunkach, a Wierzbnik nie był pod tym względem aż tak zły jak inne miejsca w Polsce. Kilku ocalałych zauważa wprost, że doświadczyli gorszego antysemityzmu podczas służby wojskowej, niż żyjąc w Wierzbniku. Chuna Grynbaum tak scharakteryzował relacje Żydów z Polakami: „Wspaniale się z nimi dogadywaliśmy. Nie było żadnych problemów […] Nikt nam nie dokuczał. [Obowiązywała zasada] »żyj i daj żyć innym«”. Według Grynbauma sytuacja uległa zmianie dopiero w momencie wybuchu wojny, kiedy to Polacy nagle przestali poznawać na ulicy dawnych żydowskich przyjaciół. Inni gwałtowną zmianę stosunków dostrzegli tuż przed początkiem wojny.
Jerachmiel Singer (nazwisko przyjęte w Izraelu; w Polsce nazywał się Rachmil Zynger) we wspomnieniu zamieszczonym w Księdze Pamięci jeszcze dobitniej podkreśla, że Wierzbnik był wolny od narastającego antysemityzmu, podsycanego przez następców Piłsudskiego. Stwierdza, że inspirowana przez rząd nagonka na Żydów „nie przyniosła żadnych efektów, mimo prób organizowania bojkotów żydowskich sklepów, strajków, itp., podejmowanych przez antysemitów z zewnątrz. Okazały się one całkowicie nieskuteczne z powodu braku zainteresowania ze strony polskich mieszkańców miasta, którzy pozostali lojalni wobec swoich żydowskich sąsiadów”.
Przeważają jednak gorzkie wspomnienia powszechnego antysemityzmu, który nasilił się zwłaszcza po śmierci Piłsudskiego w 1935 roku, gdy względną życzliwość marszałka wobec mniejszości narodowych zastąpił wojujący i nietolerancyjny integralny nacjonalizm jego następców. Jedna z ocalałych podkreśliła z goryczą; „Mieliśmy piękne życie […] nie licząc tego, że otaczali nas Polacy, co było bardzo nieprzyjemne”.
Widomym przejawem antysemityzmu były bojkoty żydowskich sklepów, podczas których Polacy malowali znaki na szybach albo stawali przed wejściem i zniechęcali potencjalnych klientów. Według jednego z ocalałych akcje te stawały się najbardziej dokuczliwe w okresie przedświątecznych zakupów.
Kilka osób zauważyło jednak, że ponieważ praktycznie wszystkie sklepy w mieście należały do Żydów, Polacy nie mogli kupować u kogo innego, co minimalizowało ekonomiczne skutki bojkotów. W czasie ich trwania, a także w niedziele, kiedy obowiązywał zakaz handlu, Żydzi ostrożnie prowadzili handel na zapleczu swoich sklepów. Inni zapamiętali pełne nienawiści napisy na płotach i chodnikach oraz grad obelg i kamieni rzucanych przez „chuliganów”.
Żydowskich chłopców łączą wspomnienia podobnych doświadczeń związanych z płcią, a mianowicie bójek i pobić przez polskich kolegów, przy czym najczęściej nie mogli oni liczyć na ochronę ze strony nauczycieli czy policji. Cwi Feldpicer wspomina, że został pobity i skopany przez polskich wyrostków, którym uszło to na sucho, ponieważ po pierwsze był Żydem, a po drugie był zbyt słaby, żeby im oddać. Abramek Naiman, który w wieku dziewięciu lat przeprowadził się do Wierzbnika z miejscowości, gdzie stosunki pomiędzy Żydami i Polakami układały się „całkiem dobrze”, był zaskoczony, kiedy już podczas pierwszej przerwy w szkole przyszło mu się bić z Polakami.
Żydowscy chłopcy z Wierzbnika nauczyli się, gdzie i kiedy jest najbardziej niebezpiecznie. Szczególnie w środy należało kryć się w czasie przerw, ponieważ tego dnia szkołę odwiedzał ksiądz i Żydom groziło to, że podekscytowani polscy koledzy będą chcieli ich pobić albo wcisnąć im do ust wieprzową kiełbasę. Żydowscy chłopcy unikali również kąpania się w Kamiennej, ponieważ przy wychodzeniu z wody Polacy urządzali im „ścieżkę zdrowia”. Poważne zagrożenie stanowiły także mecze piłki nożnej z nieodłącznymi tłumami kibiców. Co najmniej jeden młody entuzjasta futbolu, który mimo wszystko postanowił obejrzeć mecz, wyszedł przed końcem gry, by uniknąć lania.
Chociaż większość ocalałych jest zgodna co do zasięgu i charakteru antysemityzmu szerzącego się w Wierzbniku zwłaszcza w okresie ostatnich czterech lat przed wybuchem wojny, ich wspomnienia należy umieścić we właściwej perspektywie. Relacje dwóch byłych więźniarek obozu w Starachowicach, pochodzących z miasta, gdzie w 1939 roku doszło do krwawego pogromu, każą podchodzić do wyrażanych przez ocalałych z Wierzbnika opinii z pewnym dystansem. Kiedy 9 marca 1936 roku jedenastoletnia Sara i czternastoletnia Lea wróciły do domu ze szkoły w małym miasteczku Przytyk, leżącym dwadzieścia pięć kilometrów na zachód od Radomia, sąsiadka ostrzegła je, że mordują Żydów i że dziewczynki najlepiej zrobią, chowając się na strychu. Gdy powiedziano im, że jest już bezpiecznie i mogą zejść, ich wuj leżał martwy w przedpokoju z głową odrąbaną siekierą. Ciotka zmarła dwa dni później w szpitalu w Radomiu. Kiedy ojciec dziewcząt, handlarz bydłem, zażądał od chłopów zwrotu powierzonych im krów, ci odmówili, nie ponosząc żadnych konsekwencji. Rozenblittowie uciekli z miasta, tracąc cały dobytek. Naciskana przez osobę przeprowadzającą wywiad, by opowiedziała o swojej „szczęśliwej młodości”, Lea stwierdziła z goryczą, że niczego takiego nie przeżyła.
(...)
Pamięć przetrwania Nazistowski obóz pracy oczami więźniów
Wydawnictwo: Czarne
Oprawa: miękka
Ilość stron: 464
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 38,94
Cena detaliczna: 42,80
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Sprawiedliwość ofiarom postanowił oddać uznany amerykański badacz. Świadectwo 292 ocalałych stało się podstawą drobiazgowego historycznego śledztwa. Christopher R. Browning niczym detektyw próbuje dowiedzieć się prawdy o losach Żydów z Wierzbnika - tych nielicznych, którym udało się przeżyć getto, pracę niewolniczą i obozy koncentracyjne - skupiając się głównie na okresie od 27 października 1942 do likwidacji obozów starachowickich w lipcu 1944. Swoje rozważania opiera na najtrudniejszym z punktu widzenia historyka źródle - ludzkiej pamięci. Nie znaleziono jeszcze wystarczająco dobrego aparatu krytycznego dla opracowania wspomnień przywoływanych po latach. Opowieści świadków obarczone są skutkami wszystkich procesów, które dotykają ludzkiej pamięci: wyparcia, zapomnienia, przetworzenia, skłonności do ulegania stereotypom i uogólnieniom. Wnikliwie analizując ich słowa, Browning krok po kroku zmierza jednak do zbudowania spójnego opisu wydarzeń.
Czytelnik otrzymuje nie tylko niezwykłą mikrohistoryczną rekonstrukcję wyizolowanego obozowego świata, którym rządzą skomplikowane mechanizmy i relacje, w którym fundamentalne moralne nakazy straciły sens, a każdy wybór oznaczał czyjąś krzywdę, nikomu nie gwarantując przetrwania. Zostaje również postawiony wobec pytania o prawo do oceniania cudzych uczynków.
"Christopher Browning wpadł w gniew, czytając niemieckie dokumenty sądowe. Oburzył go fakt, że sprawcy zbrodni z okresu drugiej wojny światowej, którzy w okupowanej Polsce byli odpowiedzialni za prześladowanie i mordowanie Żydów, w powojennych Niemczech gładko wymigali się od poniesienia odpowiedzialności za swoje czyny. Złość Browninga spowodował także fakt, że niemiecki sąd zlekceważył i odrzucił zeznania żydowskich świadków - uczestników wydarzeń. Temu gniewowi i oburzeniu zawdzięczamy doskonałą książkę, która w monograficzny sposób opisuje losy jednego żydowskiego miasteczka przekształconego w obóz pracy".
Ze wstępu Barbary Engelking
Christopher Robert Browning (ur. 1944) - amerykański historyk specjalizujący się w problematyce Holocaustu. Od 1999 roku profesor na Wydziale Historii Uniwersytetu Karoliny Północnej w Chapel Hill. Od 2006 roku członek Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk. Autor wielu publikacji, m.in. znanej polskim czytelnikom monografii 101. Policyjnego Batalionu Rezerwy (Zwykli ludzie: 101. Policyjny Batalion Rezerwy i 'ostateczne rozwiązanie' w Polsce, 2000), w którym, jak udowodnił, służyli nie fanatyczni naziści, ale tzw. zwyczajni Niemcy.
Przekład z języka angielskiego Hanna Pustuła
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: historia, II wojna światowa, Polski XX wiek |
| Wydawnictwo: | Czarne |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 133x215 |
| Ilość stron: | 464 |
| ISBN: | 978-83-7536-345-6 |
| EAN: | 9788375363456 |
| Wprowadzono: | 01.02.2012 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęZobacz również
