zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:

Newsletter

Bądź na bieżąco z promocjami i nowościami w Gandalfie.

OSTATNIA ROZGRYWKA (książka z autografem) przeczytaj fragment książki
OSTATNIA ROZGRYWKA (książka z autografem)

ROZDZIAŁ 13
Magadan, Syberia, Rosja

Śmigłowiec z dwoma pasażerami, Rosjaninem i Niemcem, poderwał się w powietrze. Potrzebował zaledwie kilkunastu minut, by znaleźć się nad zalesionymi obszarami północno-wschodniej Syberii. Mijali ostatnie osiedla ludzkie. Najpierw lecieli w stronę górnej części Kamczatki, lecz gdy zbliżyli się do morskiej linii brzegowej, pilot skręcił na północ. Poniżej rozciągało się dzikie, skalisto-lśne pustkowie.
- Jak tam sprawy? - spytał Max, łypiąc na Jakuszyna.
- Dogadałem się z Czukczynem. Mamy spokój na działania w Federacji Rosyjskiej.
- Ten Czukczyn, o którym myślę?
- Rosyjska mafia.
- Jasna cholera. Jak się go udało skaptować? - Max był wyraźnie pod wrażeniem.
- Mieliśmy wspólny interes.
- Niech zgadnę, ten interes nazywał się Mikulin...
- No widzisz, jakie czasem życie jest proste.
- To teraz jesteśmy w Rosji nie do ruszenia.
- Czukczyn dał słowo.
- A nowa tożsamość? Jak się teraz szefie nazywasz?
- Obywatel amerykański, Robert Lee.
- Hmm. - Max mruknął pod nosem. - Jak ten generał armii południowców z wojny secesyjnej.
- Coś ci się nie podoba?
- Nie, dlaczego? W sumie dobrze, że nie Bruse Lee. Mogłoby się zbytnio rzucać w oczy - stwierdził ze śmirtelnie poważną miną.
Rosjanin spojrzał na niego spode łba. Tolerował jego żarciki tylko dlatego, że niezwykle cenił jego umiejętności organizacyjne i wiedzę wojskową wyniesioną z czasów służby w niemieckich elitarnych oddziałach GSG 9.
- Wiesz, Max, tak sobie myślę, że kiedyś cierpliwość mi się skończy i jak ci odwinę w tę niemiecką facjatę...
- Za co, szefie?
- I przestań, do cholery, mówić do mnie szefie! Co ci do łba strzeliło?
- Dobra, wyluzuj. Sorry za głupie żarty - powiedział Max ugodowo. A co na to wszystko Ruscy? Pobudowaliśmy się na zadupiu, ale jakby nie było - to ich tereny.
- Jest taki generał. Nazywa się Władimir Iwanow. Coś w rodzaju szarej eminencji na Kremlu.
- Szara eminencja na Kremlu? To w ogóle możliwe? O ile wiem, prezydent to władca absolutny, prawie jak car. - Max mówił z powątpiewaniem.
- I tak jest w istocie. Ale tak jak wszędzie, wszystko rozbija się o układy i pieniądze. Prezydent go lubi i ceni. To weteran z Afganistanu, bardzo się przyłożył do rozwoju rosyjskich jednostek specjalnych. Nawiasem mówiąc z doskonałym skutkiem. I tak właśnie Iwanow ma układy, my mamy pieniądze. Problerny zaczynają nagle cudownie znikać.
- To znacie z dawnych czasów - zauważył Niemiec.
- Poniekąd.
- Iwanow? Coś mi to cholera mówi.
Witalij zmrużył oczy i spojrzał w okno.
- Bo powinno.
- To znaczy?
- Bo to mentor pewnego porucznika Polaka, Gawlika, którego trzeba mi znaleźć.
- Aaa, rzeczywiście. Pana porucznika, z którym żeście afgańską ludność cywilną przerabiali na mielonkę. Patrz, jaki ten świat mały.
- Nie ludność cywilną, tylko bandytów wspierających mudżahedinów. To nie to samo, panie Niemiec.
- Tak, tak. Oczywiście - przyznał nieszczerze Fausten. - Przejęzyczyłem się. Domyślam się, że porucznikiem trzeba by się zająć... Jakieś specjalne polecenia?
- Jak przyjdzie czas, sam się nim zajmę. Ty mi go tylko znajdź.
- OK. Jeszcze sprawa Duboisa. To jest nabytek. Klasyczny gatunek młodych wilków. Wygłodniały sukcesu. Inne pokolenie. Tylko że warto by było kopsnąć się do Stanów i go wyciągnąć. Jak go mafia dorwie, nie będzie co zbierać. O ile już go nie dorwali.
- Dobra. Jutro lecimy do Nevady. Mówiłeś, że tam jest, tak?
- Tak twierdzi informator. Zobaczymy.
Dwie godziny później śmigłowiec lądował na płaskim, skalistym terenie, otoczonym gęstymi drzewami, głównie iglastymi. Pasażerowie wysiedli, a maszyna natychmiast wzbiła się w powietrze i poleciała dalej na północ. Na zaimprowizowanym lądowisku czekało na nich trzech ludzi. Mieli na sobie ciepłe kurtki i futrzane czapki. Zbliżyli się szybkim krokiem do przybyszów. Rosjanin i Niemiec jak na komendę postawili kołnierze swoich długich płaszczy. Max dokonał krótkiej prezentacji.
- To jest profesor Olaf Schulz. - Fausten wskazał wysokiego mężczyznę w średnim wieku, z wydatnym orlim nosem, osadzonym na wysuniętej do przodu twarzy, zaprzeczenie idei czystego Aryjczyka propagowanej przez jego przodków. - Szefuje naszemu projektowi. - Witalij nie podał mu ręki. Jedynie skinął głową na przywitanie. - A to jego zastępcy, doktor Hiroshi Oguchi - Japończyk ukłonił się przepisowo - i doktor Vittorio Pistarelli. - Włoch uśmiechnął się przyjaźnie.
- No to mamy pakt osi. - Witalij skwitował żartem zestawienie narodowości, nawiązując do sojuszu Niemiec hitlerowskich, Japonii i Włoch przed i podczas II wojny światowej. Jednak silniejszy podmuch wiatru zagłuszył jego słowa, lecz gdy cała czwórka nadstawiła uszu, czekając, aż powtórzy, Rosjanin pokręcił głową. - Nie, nic ważnego.
Max stał najbliżej i usłyszał dowcipny komentarz szefa. Skrzywił się. Takie żarty nie zjednują sobie ludzi. Szczególnie tak przewrażliwionych na swoim punkcie jak naukowcy.
Wiał mroźny wiatr skutecznie utrudniający rozmowę na zewnątrz. Możliwa była tylko wymiana podstawowych informacji.
Witalij rozejrzał się. Szukał choćby śladów ich kompleksu naukowo-badawczego. Spodziewał się, że obiekty będą dobrze ukryte, ale nie, że aż tak. Profesor Schulz nie zamierzał trzymać Jakuszyna w niepewności. Nacisnął przycisk pilota. W odległości nie większej niż pięćdziesiąt metrów od nich otworzył się prostokątny właz, doskonale zamaskowany porastającymi jego górną część krzakami i kępami skarłowaciałej trawy. Odsłonił szerokie betonowe schody biegnące dość stromo w dół. Właz zamknął się zaraz za nimi, gdy weszli do jasno oświetlonego korytarza prowadzącego do przestronnej sali. Panowało tam oswietlenie dzienne za sprawą licznych światławodów sięgających powierzchni ziemi. Człowiek miał wrażenie, że w suficie zainstalowano okna. Pomieszczenie pełne było stanowisk komputerowych, przy których siedzieli ludzie w różnym wieku, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Ubrani byli dość niedbale, momentami wręcz ekstrawagancko, ale Witalijowi nie trzeba było tłumaczyć, że najlepsi specjaliści komputerowi na świecie z wyglądu nie mają nic wspólnego ze stereotypem szacownego naukowca. Nikt nie zwracał na nich większej uwagi. Ot, przyszło kilku nowych.
Spojrzał na Maksa i skinął znacząca gławą. Włoch j Japończyk udali się tymczasem do swoich zajęć.
- Poprosimy o prezentację, profesorze. - Fausten zwrócił się do rodaka.
- Oczywiście - podchwycił Schulz. - Cały kompleks jest ulokowany pod ziemią. Nie ma szans na wykrycie przez jakiekolwiek satelity szpiegowskie. Poza tym wiemy, kiedy się pojawiają na niebie. Na powierzchni mamy tylko anteny satelitarne i końcówki światłowodów, zapewniają nam oświetlenie.
- Zasilanie? - spytał Rosjanin.
- Energię czerpiemy ze źródeł geotermalnych. Pod tym względem jesteśmy całkowicie samowystarczalni. Kompleks obejmuje kilka części. To, co tu widzimy, to częśc robocza. Tu się pracuje. Mamy też część mieszkalną i jadalną. Każdy z pracowników ma swój osobny pokój, umeblowany dokładnie według życzeń. Kadrę rekrutowaliśmy na całym świacie. Są tu ludzie często o dość wątpliwej reputacji, ale o niezwykłych umiejętnościach i wiedzy, często amatorzy, niemający nic wspólnego ze światem nauki, za to z wyrokami zabraniającymi zbliżania się do komputera, za hakerstwo. Dla świata wyrzutki, dla nas niezwykle cenny narybek.
Podeszli do jednego ze stanowisk, przy którym siedział może dwudziestoletnia dziewczyna ubrana całkowicie na czarno na styl Gothic. Jej jaskrawozielona, postawiona na sztorc fryzura wyjątkowo ostro kontrastowała z resztą ubioru. Widząc stojących przed sobą mężczyzn, przeciągnęła się jak kocica i głośno wypluła gumę, która wylądowała kilka metrów za jej monitorem. Popatrzyła na mężczyzn z lekkim niesmakiem i wyższością.
- To jest jedna z naszych najzdolniejszych pracownic, Swietłana Malenko.
Rozparła się wygodnie w fotelu. Spojrzała pytająco na profesora. Schulz skinął głową.
- Opracowałam wirusa, którego instaluję po włamaniu się do danego komputera. Jest jak na razie praktycznie niewykrywalny i nieusuwalny. Ściąga nasze pliki z przekazem podprogowym. Taką sztuczkę możemy zrobić z wieloma komputerami jednocześnie i teoretycznie doprowadzić na przykład do zamieszek w danym kraju.
- Dlaczego teoretycznie? - spytał Witalij.
- Bo jeszcze tego nie próbowaliśmy - odpowiedziała Swietłana.nonszalancko. - Jak spróbujemy, to teoretycznie zmieni się na praktycznie.
- Kto zajmuje się opracowaniem przekazu podprogowego? - Rosjanin spojrzał na profesora. - Też ona?
Swietłana wydęła usta zniesmaczona. Mówienie o niej per „ona” w jej obecności było irytujące. Rosjanin nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Cała trójka poszła dalej.
- Tym zajmuje się zespół pod kierunkiem doktora Oguchi.
- Twierdzi pan, profesorze, że przekaz jest niewykrywalny, tak? - Rosjanin co jakiś czas zatrzymywał wzrok to na jednym to na drugim stanowisku komputerowym.
- Właśiwie tak - odpowiedział Schulz niepewnie.
- Właściwie?
- na dzisiaj jest niewykrywalny, ale na każdą broń w końcu pojawi się antybroń. Cała sztuka w tym, żeby ludzie, którzy są w stanie nam zaszkodzić, nie dowiedzieli się, z czym mają do czynienia. Staramy się dokładnie sprawdzać do kogo wysyłamy naszego wirusa.
- Skuteczność?
- Nie do końca przewidywalna. Incydent w Monachium to był spektakularny sukces, myślę, że jak na razie nie do powtórzenia. Ale można z dosyć dużą dozą pewności założyć możliwość manipulowania tłumem i solidnego wpływania na decyzje poszczególnych jednostek. Coś jak reklama, tylko nieporównywalnie bardziej skuteczna. Najciekawsze jest to, że człowiekowi wydaje się, że sam podejmuje całkowicie niezależną decyzję. Tym sposobem mamy naprawdę duże pole manewru.
- Wszyscy ludzie są na to podatni?
- Przede wszystkim ci, którzy spędzają stosunkowo dużo czasu przed komputerem. Ale nie da się,manipulować osobami wyjątkowo silnymi psychicznie. Takimi, które na przykład potrafią oszukać wariograf, a takich trochę jest. Tyle że, biorąc pod uwagę nasze potrzeby, to problem o znaczeniu marginalnym.
- Marginalnym? A głowy państw? Decydenci? To jednak silne osobowości. Nie powiem, żebyśmy się mogli obejść bez wpływu na takich ludzi.
- I tu się pan myli. Zdziwiłby się pan, jak słabe psychicznie są te tak zwane "silne osobowości" stojące u sterów rządów. Tego problemu bym się akurat nie obawiali.
- Skąd taka pewność?
- Z życia. Mam doktorat z psychologii.
- Oby się pan nie mylił, profesorze.
- Nie mylę się. Z pewnością nie w tej kwestii.
- Niech pan jeszcze powie szefowi o pierwszym sukcesie - zachęcił naukowca Max.
- Nie jesteśmy w stanie niezaprzeczalnie stwierdzić, że to był na pewno nasz sukces. - Profesor miał opory.
- Proszę mówić, profesorze.
- Parę lat temu przeprowadziliśmy pewien eksperyment z przekazem podprogowym na bardzo dużą skalę. W jednym z krajów Europy Środkowej odbywały się wybory prezydenckie. Jeden z kandydatów dość wyraźnie prowadził w sondażach. Niepostrzeżenie dla nikogo opanowaliśny sieć na znacznej części terytorium państwa. Wysłaliśmy nasz program. Użytkownicy komputerów dostawali przekaz, by głosować na drugiego kandydata. Tego, co w sondażach przegrywał. W dniu wyborów okazał się zwycięzcą.
- Coś pięknego. Czyli można wpływać na to, kto będzie rządził danym krajem? - Rosjanin wyraźnie się zainteresował.
- Tak, jak powiedziałem, to na razie tylko teoria. Nie da się tego zweryfikować. Może tak, może nie. Jeszcze nie wiemy.
- No to wypadałoby się dowiedzieć.
- Oczywiście - zapewnił go Schulz. - Pracujemy nad tym. To tylko kwestia czasu.
- Mam nadzieję, że niedługiego czasu.
Przeszli do pomieszczenia wyglądającego jak centrum sterowania pracą średniej wielkości elektrowni. Ściany były zabudowane pulpitami i ekranami z tysiącem światełek migających różnymi kolorami. Przy każdym z trzech pulpitów siedziały dwie osoby. W sumie czterech mężczyzn i dwie kobiety. Dwoje z nich odwróciło się, by zobaczyć, kto przyszedł. Pozostali, całkowicie pochłonięci pracą, nie zwrócili na przybyszy najmniejszej uwagi.
- Mam wraażenie, że przenieśliśmy się kilkadziesiąt lat w przeszłość. - Witalij wyraził głośno wrażenie, jakie zrobiło na nim pomieszczenie.
- Nic bardziej błędnego - powiedział profesor. - Tutaj osiągneliśmy szczyt technologicznej myśli wojskowej. Nam udało się to, nad czym już od wielu lat pracują najtęższe - tu Niemiec wykonał charakterystyczny gest palcami oznczający cudzysłów - głowy. Stacjonarny generator impulsu elektromagnetycznego, a w pomieszczeniu obok trwa produkcja bomby elektromagnetycznej, o mocy znacznie przekraczającej dokonania światowych technologii. No i mamy wreszcie supernowoczesne działo elektromagnetyczne. Z tego miejsca się nim steruje. Kilka przełączników i wysuwa się na powierzchnię gotowe do strzału. Coś, za co światowe mocarstwa dałyby się pokrajać.
- hmm, interesujące. - Witalij wydął usta. - Powie nam pan coś więej, profesorze?
- Chodzi o to, że znacząca większość współczesnych urządzeń jest bardzo podatna na impulsy wysokonapięciowe. Miedziane połączenia w okablowaniach, radary, satelity i wszelkie inne urządzenia wykorzystywane w wojskowości, czy też w życiu codziennym. Cała idea pole na tym, że na przykład taka bomba elekromagnetyczna wysyła bardzo krótką, nieprzekraczającą milionową część sekundy, niesamowicie silną falę elekromagnetyczną, która z uwagi na jej długość zawiera się w zakresie mikrofal. Taka fala rozchodzi się w przestrzeni i niszczy wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne. Amerykanie podobno już mają bombę elektromagnetyczną o promieniu rażenia około pięciuset metrów. Nasza bomba, nie dość, że zminiaturyzowana, może być przenoszona w pocisku wystrzeliwanym z działa elektromagnetycznego, ma promień rażenia wielokrotnie większy. Sami jeszcze nie wiemy, jaki dokładnie.
- A to działo? Może pan powiedzieć coś więcej?
- W lufie są dwie zasilane prądem szyny. Obwód wyzwala silne pionowe pole magnetyczne normalnie wyrzucające pocisk z prędkością 8 Macha, czyli ośmiokrotnie przekraczającej barierę dźwięku. My uzyskaliśmy jeszcze lepszą prędkość. Zasięg dział amerykańskich to mniej więcej trzysta mil morskich, czyli jakieś pięćset pięć kilometrów.
- Zasięg naszego?
- Nasze może bez problemów wynieść ładunek na orbitę okołoziemską. Poza tym udało się nam rozwiązać prblem erozji szyn, która powodowana jest powstawaniem plazmy na powierzchni styku pocisku z szynami. Amerykanie muszą szyny wymieniać po kilku strzałach. My nie. Ale wracając do impulsu elektromagnetycznego, teoretycznie istnieje tu poważne ograniczenie, bo, jak powiedziałem, teoretycznie, urządzenia można zabezpieczyć, po prostu je ekranując. Takie choćby okręty elektronikę mają wewnątrz stalowego kadłuba.
- Powiedział pan: "teoretycznie"?
- Tak. Ponieważ nasza broń elektromagnetyczna radzi sobie z wszelkimi obecnie dostępnymi ekranami - powiedział profesor z nieukrywaną dumą.
- Czyli, tak z praktycznego punktu widzenia, czym dysponujemy?
- Odpowiednio silny impuls elektromagnetyczny niszczy wszelkie urządzenie zasilane prądem. Na ziemi, wodzie i w powietrzu. Proszę sobie wyobrazić potencjalny atak myśliwców. Zostają zniszczone, zanim do dotrą celu. To samo z innymi rodzajami lotnictwa, z bombami kasetowymi i wszelką inteligentną bronią. Gdyby Irakijczycy mieli tę broń, Amerrykanie nic by nie zwojowali w Iraku. Ich przewaga opiera się na technologii, a ściślej mówiąc - na elektronice. Przykładowo, takie nasze działo elektromagnetyczne przenoszące bomby tę przewagę niweluje do zera. Nagle mogłoby się okazać, że amerykańska armia jest jedną z najsłąbszych na świecie, bo liczyłaby się waleczność żołnierz, a nie umiejętność wykorzystania zaawansowanego technologicznie sprzętu.
- To jest gotowe do użytku?
- W pełni. Pracujemy jeszcze tylko nad zasięgiem. Ale to już tylko drobne szczegóły techniczne.
- Czyli mówi pan, profesorze, że można tym unieszkodliwić na przukład samolot?
- Bez najmniejszych problemów. Chyba że jest napędzany silą ludzkichch mięśni. - Profesor Schulz roześmiał się ubawiony własnym żartem.
Wyszli z sali i znaleźli się w części mieszkalnej. Wystrój wnętrz przypominał wygląd całkiem przyzwoitego parterowego hotelu. Było elegancko, czysto i przytulnie. W żaden sposób nie odczuwało się niedogodności życia pod ziemią.
Szli po miękkim czerwonym dywanie przestronnym korytarzem. Profesor prowadził ich do pokoi gościnnych.
- Ilu mamy wszystkich ludzi? - Witalij zadał kolejne konkretne pytanie.
- Łącznie z kucharzami i konserwatorami dwadzieścia cztery osoby.
- Skąd żywność?
- W ogromnej większości dostawy drogą morską z Japonii. Poza tym utrzymujemy kontakty z rdzennymi mieszkańcami tych stron, Czukczami. Naturalnie w rozsądnych granicach. Czasem kupujemy od nich świżo upolowaną dziczyznę. Zawsze to jakaś odmiana.
- Nie jest to zbyt lekkomyślne?
- Nie. Czukcze wiedzą, że bywają tu jacyś ludzie, ale skąd i po co, zupełnie ich to nie obchodzi. Nie sądzę, by domyślili się, że ktoś tu przebywa na stałe. Właściwie to nawet gdyby, nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Spokojnyludek żyje własnym życiem.
- Spokojny? Historię mają dość ciekawą - zauważył Jakuszyn.
- Ma pan na myśli ich wypady na Alaskę po niewolnice?
- Chociażby.
- Ludy prymitywne, prymitywne w naszym mniemaniu, mają czasem szokujące dla nas obyczaje.
- O co chodzi z tymi wypadami? - spytał Max.
- W dziewiętnastym wieku Czukcze wyprawiali się na Alaskę po kobiety - pośpieszył z wyjaśnieniem Schulz. - Porywali je i wykorzystywali następnie jako niewolnice seksualne, na których wprawiało się w sztuce miłości młode męskie pokolenie. Szczególnie upodobali sobie czarne kobiety, protoplastki dzisiejszych Afroamerykanek. Żywili i traktowali je znacznie lepiej niż inne niewolnice.
- Ciekawi ci nasi sąsiedzi - skomentował Rosjanin.
Weszli do pierwszego pokoju gościnnego. Gdyby nie brak okien, pod względem wyposażenia nie różniłby się niczym od apartamentu hotelowego. Witalij Jakuszyn musiał przyznać, że Max, który osobiście nadzorował budowę kompleksu, spisał się doskonale.
- Panie profesorze, spytam jeszcze o rzecz prozaiczna. - Witalij odwrócił się do Niemca. - Domyślam się, że na dłużsaą metę trudno im tu wytrzymać. Kompletne odludzie, psychika może siadać. Jak sobie dajecie z tym radę?
- Mniej więcej raz na tydzień zapewniamy im transport powietrzny do Japonii. Wymiennie, połowa w ten weekend, połowa w następny. Najbliżej jest Sapporo. Tam mogą naładować baterie. Działa bez zarzutu.
- Widzę, że pomyśleliście o wszystkim.
- Staramy się.
- Dziękuję, profesorze - powiedział Witalij. - Może pan wracać do pracy. To wszystko. - Schulz opuścił pomieszczenia bez słowa.
- I jak wrażenia? - spytał Fausten.
- Nieźle. Całkiem nieźle - odpowiedział Witalij beznamiętnie.
- Nieźle? Chyba żartujesz. Masz tutaj możliwości, o których Zachód może tylko pomarzyć, i ty mówisz "nieźle"?
Rosjanin zamyślił się. Wydawał się nie słyszeć uwagi Faustena.
- z tym przekazem podprogowym pracujecie teraz nad kimś konkretnym?
- Różnie. Politycy, ale nie głowy państw. Ci za mało czasu spędzają przed komputerem, żeby ich skutecznie do czegoś urobić. Ministrowie ważniejszych krajów, ludzie biznesu, wszelkiego rodzaju decydenci... Jest tego trochę. A co?
- Z jakim skutkiem?
- Też różnym. Zależy, co potrzebujemy. A w ramach ciekawostki to ci powiem, że mamy na widelcu nawet jednego barona narkotykowego z Kolumbii. Jaja, nie?
- Barona narkotykowego, mówisz? - Witalij wykazał zainteresowanie. - Jak się nazywa?
- Nie wiem. Nie pamiętam w tej chwili. Ernesto... jakiś tam. Jak chcesz, mogę sprawdzić.
- Sprawdź. Pozbieraj informacje o innych baronach i załatw jakiś kontakt. Może uda się z nimi ubić jakiś interes.
- Zrobi się. Coś jeszcze?
- Wyśpij się, Max. Jutro jedziemy do Stanów. Może trzeba będzie popracować.
- Jakby co, to jestem za ścianą.
Witalij Jakuszyn został sam. Usiadł w wygodnym fotelu. Jeszcze raz rozejrzał się wokół. Czyli zaczęło się. Jeszcze jedno wyzwanie rzucone cywilizowanemu światu. Rozpoczął niniejszym śmiertelnie niebezpieczną grę. Ostatnio udało mu się cudem ujść z życiem. Tym razem, jeśli coś pójdzie nie tak, nie będzie mógł liczyć na szczęśliwe zrządzenie losu.

OSTATNIA ROZGRYWKA (książka z autografem)

Wydawnictwo: Grasshopper

Oprawa: miękka

Ilość stron: 640

Dostępność: niedostępny

 

Nasza cena: 33,26

Cena detaliczna: 36,55

U nas taniej o 9%

dodaj do przechowalni
Powrót
Tajna organizacja wpuszcza do Sieci wirusa z przekazem podprogowym, oddziałującym na ludzkie decyzje. Celem jest przejęcie rządów na Kremlu, a następnie zdobycie politycznej i gospodarczej władzy na świecie. Amerykański wywiad szybko dociera do byłego komandosa Adama Gawlika, który zna twórcę syndykatu z lat ich wspólnej walki podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie. Polak nie chce stawać przeciwko dawnym towarzyszom broni i odrzuca propozycję współpracy z CIA. Niedługo potem jego podopieczny, student informatyki, przypadkowo penetruje systemy komputerowe Rosjan. Płatni zabójcy dostają na niego zlecenie... Ostatnia rozgrywka to opowieść o romantycznym uczuciu i o ludziach uwikłanych w działania służb specjalnych, afrykańskie konflikty zbrojne i handel żywym towarem. Tu każdy dzień wykuwa lub łamie najtwardsze charaktery. Przychodzi czas, kiedy braterstwo broni staje się przekleństwem.

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Grasshopper
Oprawa: miękka
Wymiary: 125x195
Ilość stron: 640
Wprowadzono: 07.04.2010

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Amir ;D 9 listopad 2010

Tak naprawde powoli zniechęcałem się do książki ale autor w odpowiednim momencie rozpoczoł akcje Wspaniałem postacie i wartka akcja to coś co lubię najbardziej

Roksa 14 wrzesień 2010

Tajna organizacja wpuszcza do Sieci wirusa z przekazem podprogowym, oddziałującym na ludzkie decyzje. Celem jest przejęcie rządów na Kremlu, a następnie zdobycie politycznej i gospodarczej władzy na świecie. Amerykański wywiad szybko dociera do byłego komandosa Adama Gawlika, który zna twórcę syndykatu z lat ich wspólnej walki podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie. Polak nie chce stawać przeciwko dawnym towarzyszom broni i odrzuca propozycję współpracy z CIA. Niedługo potem jego podopieczny, student informatyki, przypadkowo penetruje systemy komputerowe Rosjan. Płatni zabójcy dostają na niego zlecenie... Ostatnia rozgrywka to opowieść o romantycznym uczuciu i o ludziach uwikłanych w działania służb specjalnych, afrykańskie konflikty zbrojne i handel żywym towarem. Tu każdy dzień wykuwa lub łamie najtwardsze charaktery. Przychodzi czas, kiedy braterstwo broni staje się przekleństwem. POLECAM !!!

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.