zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:

Newsletter

Bądź na bieżąco z promocjami i nowościami w Gandalfie.

Ostatnio oglądane

Niezbędnik każdego rodzica - Paweł Zawitkowski

Niezbędnik każdego rodzica Dzieci od 0 ...

Paweł Zawitkowski

cena: 81,62

Nieugięty - Sam Millar

Nieugięty

Sam Millar

cena: 31,68

NIEŚMIERTELNOŚĆ DUSZY - Lisa Williams

NIEŚMIERTELNOŚĆ DUSZY podróż między ...

Lisa Williams

cena: 28,83

Nieposłuszne dziecko - Russell A. Barkley

Nieposłuszne dziecko 8 kroków do ...

Russell A. Barkley

cena: 42,58

Niedorozmowy - Piotr Bogalecki

Niedorozmowy Kategoria niezrozumiałości ...

Piotr Bogalecki

cena: 31,77

Nieznajoma
powiększenie, przód
przeczytaj fragment książki
Nieznajoma

Posuwaliśmy się przez labirynt torów, rozgałęziających się tak szaleńczo jak pierwszy haft małej Rosanny, po czym wjechaliśmy
w tunel, a po chwili znaleźliśmy się w palącym słońcu. Pasażerowie zaczęli zamykać okna w obawie przed hałaśliwym stukotem kół
i porywistym wiatrem, więc w przedziale zrobiło się gorąco i zaczęło cuchnąć potem, czosnkiem, kiełbasą, serem i śledziami. Niemowlęta płakały, a dzieci pluły na podłogę, bawiąc się krzykliwie. Polacy obok mnie rozmawiali spokojnie, ich mowa tworzyła usypiający strumień szeleszczących dźwięków. Wyczerpana, objęłam swój tobołek, przyciskając do piersi wielorybią kość od Gustava.
Musiałam usnąć, bo gdy się obudziłam, przelatywaliśmy przez zieloną, rozmazaną plamę, mijając domy tak szybko, że ich zarysy trzepotały jak podarty jedwab. Całe miasta zdawały się być zbudowane z drewna, nawet przysadzisty, biały kościół. Czy w tym kraju nie mieli kamienia?
– Ohio? – zagadnęłam.
Polak się roześmiał.
– Nu Jersay – odrzekł, pokazując widok za oknem.
Zatrzymywaliśmy się na małych stacyjkach, podczas gdy pociągi ekspresowe przelatywały przez nie z hukiem. Około południa zjad-
łam nieco chleba, lecz jego watowaty miąższ nie nasycił żołądka tak jak chleb od Assunty. Chcąc zapomnieć o głodzie, odwróciłam się do brudnego okna i przyglądałam się Ameryce. Ojciec Anzelmo opowiadał o wielkiej wojnie domowej, w której zginęło pół miliona mężczyzn. Lecz czy mogła to być prawda, skoro na każdej stacji kłębiły się tłumy ludzi? Panowie w porządnych surdutach pozdrawiali się, unosząc błyszczące, czarne kapelusze, a dokoła nich roiło się od sklepikarzy, farmerów, robotników, pijaków i kalek. Kobiety przechadzały się swobodnie między mężczyznami, większość ich odziana w zwykłe perkalowe sukienki, ale na każdej stacji zjawiały się damy w eleganckich, suto marszczonych kreacjach z falbanami, pod którymi nosiły sztywne halki. Każda osłaniała głowę zdobną parasolką. Dziewczynki podążały za matkami lub też bawiły się grupkami na podwórkach. Czarnoskórzy mężczyźni w wyprasowanych mundurach pracowali na stacjach, a ci ubrani w wystrzępione koszule przy drogach. Dwaj chłopcy biegli obok torów, wymachiwaniem rąk naśladując koła pociągu. W pewnej chwili zwolniliśmy do zgrzytliwego pełznięcia, zrównując się z dwiema Murzynkami, które zwinnie podążały piaszczystą dróżką, niosąc na głowach kosze z praniem wielkości owcy. Wydawało mi się, że śpiewają, ale kiedy nachyliłam się do okna, żeby lepiej słyszeć, Polacy zaczęli się gapić na moją szramę. Czym prędzej usiadłam z powrotem. Ten, którego zwali Josep, rzucił coś ostrym tonem, na co mężczyźni szybko odwrócili spojrzenia.
Gdy pociąg z szarpnięciem ruszył naprzód, Josep miarowym głosem rozpoczął długą opowieść, która przywiodła mi na myśl starców z Opi, znających najlepsze historie i dzięki temu zasługujących zimową porą na najlepsze miejsca przy kominku. Polacy nachylili się, żeby lepiej słyszeć, błyskając oczami, gdy ton głosu Josepa się obniżał, i podając mu butelkę za każdym razem, gdy
przerywał opowieść. W pewnej chwili umilkł na tak długo, że słuchacze jęli się niecierpliwić. Gdy starczym głosem warknął jakieś zdanie, przez moment siedzieli skonsternowani, po czym wybuchli dzikim porykiwaniem, powtarzając jego słowa i zachłystując się śmiechem. Jeden z nich klepnął mnie nawet w kolano, jakbym coś z tego rozumiała. Raptem ja także się zaśmiewałam, oni zaś radowali się moim śmiechem. Josep podał mi butelkę. Zia byłaby przerażona, ale ja pociągnęłam łyk, a potem podzieliłam się z nimi serem i spróbowałam ich salami. Pociąg gnał wciąż naprzód, a mężczyźni przysnęli, choć od czasu do czasu to jeden, to drugi mruczał puentę Josepa, chichotał, klepał się po kolanie i z powrotem zapadał w drzemkę.
Mijaliśmy liczne miasteczka, nanizane wzdłuż torów jak paciorki różańca, niskie, porośnięte lasami pagórki i obory z namalowanymi kołami jak cygańskie uroki. Krowy pasły się w stadach tak licznych jak u bogatych właścicieli ziemskich, jednak zamiast willi stały tu skromne drewniane domy.
Na jednej ze stacji kolejarz na migi dał nam do zrozumienia, że będziemy musieli poczekać godzinę na naprawę lokomotywy. Gdy spoglądałam tęsknie na krainę zwaną Pensylwanią, Josep poruszył palcami na znak, żebym się przeszła, po czym dotknął mojego bagażu i pokazał na swoje oczy. Ostatnie monety, nożyczki
w kształcie żurawia, cynowe guziki, materiał z wyszytą sylwetą Opi i kamień trzymałam bezpiecznie w ukrytej pod fartuszkiem kieszeni, mogłam zatem powierzyć tobół opiece Josepa i przespacerować się kilka kroków.
Obok torów prowadził drewniany chodnik; jak dziwnie było kroczyć po drewnie. Na stacji roili się handlarze, sprzedając paszteciki
z mięsem, słone paluszki i piwo z cynowych kubków, przywiązanych długimi łańcuchami do beczek. Jakaś kobieta sprzedawała zakrzywione żółte owoce zwane bananami i pozwoliła mi powąchać ich słodycz. Kupiłam jednego za pensa, a przebiegający mimo chłopak na
migi pokazał, by zjeść go w całości, po czym zaryczał ze śmiechu, gdy wbiłam zęby w gorzką, mięsistą skórę. Handlarka odebrała mi owoc i obrała go, pokazując na białawy miąższ i na moje usta. Nazwała mnie żółtodziobem, chłopakowi zaś pogroziła pięścią.
Biegłam wzdłuż torów, dopóki śmiechy nie ucichły, a potem skosztowałam mojego pierwszego banana. Och! Cóż za kremowy miąższ, słodki i miękki niczym budyń śmietankowy. Jadłam powoli, smakując każdy kęs, gdy wtem przeciął mi drogę mały, pręgowany kot z wygiętym w łuk grzbietem i grubym ogonem. Nikt mnie nie ostrzegł, że w Ameryce nawet zwierzęta wyglądają inaczej.
Opodal zwieszały się ciężkie od owoców gałęzie wiśni. Purpurowe owoce były znacznie słodsze niż u nas. Ach, gdybym mogła napełnić nimi misę do wyrabiania ciasta na chleb i zawołać do Zii: „Weź, ile chcesz, zanurz ręce w wiśniach po łokcie!”. Gdy sięgnęłam po więcej, z krzaków wyskoczył na mnie mały, brzydki pies o spłaszczonym pysku, warcząc i ujadając. Tuż przy nim pojawił się jasnowłosy chłopak, rzucił komendę i pies usiadł, nie spuszczając ze mnie ślepi. Jego pan wyciągnął do mnie płócienny worek i trzy palce.
W rodzinnych stronach nikt nie ośmieliłby się żądać zapłaty za dziko rosnące owoce, ale gdybym zebrała je do fartucha, powstałyby brzydkie plamy. Podniosłam dwa palce, a chłopak zwinnie wspiął się na drzewo. Przełaził z gałęzi na gałąź, rwąc wiśnie dwiema rękami, po czym lekko zeskoczył na ziemię, trzymając napełniony worek w zębach. Podziękowałam mu i zapłaciłam, a wówczas wyjął
z kieszeni maleńki grot strzały i uderzając się w usta, krzyczał: „Hu, hu, Indian!”, aż nagły ogłuszający gwizd sprawił, że chwyciłam worek i rzuciłam się biegiem z powrotem, chociaż ciernie darły mi spódnicę. Zdążyłam dobiec do drewnianego chodnika, gdy ostatni pasażerowie wsiedli już do pociągu, który szarpnął i ruszył.
– Nie! – krzyknęłam. – Zaczekajcie!
W tej samej chwili z pociągu wychylił się Josep, zawołał coś do mnie i wyciągnął wielką jak bochen dłoń. Chwyciłam ją i wskoczyłam
na platformę, nie wypuszczając worka z wiś-niami. Zachwiałam się, ale byłam już bezpieczna. Podarta spódnica łopotała na wietrze. Josep trzymał mnie za ramię, póki nie odzyskałam tchu, po czym grzecznie się cofnął.
– Grazie – powiedziałam. – Grazie, grazie. – Uśmiechnął się i poklepał mnie po ramieniu.
Usiadłam na swoim miejscu i poczęstowałam go wiśniami. Zatoczył koło ramieniem, pokazując swoich kolegów. Prędko opróżniliśmy worek, oblizując sok z palców i wyrzucając pestki za okno. Skończywszy jeść wiśnie, Polacy znów zapadli w drzemkę, a pociąg pędził naprzód, to zatrzymując się, by przepuścić ekspresy, to rytmicznie tocząc przez zieloną krainę Pensylwanii. Uważając, by nie pokazywać nóg, pozszywałam podartą spódnicę; chciałam porządnie wyglądać w mieście Cleveland.
Gdy Polacy się obudzili, zestawili razem bagaże i na tym prowizorycznym blacie zaczęli grać w karty. Mężczyzna o lisiej twarzy początkowo przyglądał im się uważnie z sąsiedniej ławki, a potem dołączył do gry. Obstawiał z zapałem, ignorując ciągnącą go za rękaw kobietę, aż w końcu odepchnął szorstko jej rękę, a wtedy Josep zmierzył go ciężkim spojrzeniem. Przyszedł mi na myśl Emilio, który ożenił się z kuzynką mojej matki i przegrał w kości jej posag. Lisia Twarz pogmerał w kieszeni surduta i wyłowił misterną fajkę
z morskiej pianki, którą postawił i przegrał. Pewnego wieczoru Emilio przegrałby swoje stado, gdyby Carlo nie wyciągnął go z tawerny, złorzecząc: „Idioto, tylko kości są głupsze niż owce!”.
– Pittsburgh! – krzyknął konduktor, lecz za oknem widać było jedynie grubą jak wełna, gryzącą mgłę, o której Alfredo z Pescasseroli nie wspomniał w żadnym ze swoich listów. Tu i ówdzie pasażerowie zaganiali swoje dzieci do wyjścia, mozolnie wlokąc walizy
i toboły. Lisia Twarz i jego żona pośpieszyli za nimi.
– Góry w Ohio? – spytałam na migi Josepa.
Potrząsnął głową i zatoczył koło płaską dłonią. Inny mężczyzna tupnął z uśmiechem w drewnianą podłogę. Jest tam równie płasko, zrozumiałam. Narysował w powietrzu łuk i zrobił marsową minę: góry są niedobre. Czy nigdy nie spoglądali w dół, na pola ścielące się u ich podnóża jak miękka owcza wełna? Nie widzieli promieni wschodzącego słońca, oświetlających szczyty w oddali, ani płaszcza wiosennej zieleni, z wolna pełznącego po szarobrązowych stokach? Zresztą nie myśl o ukształtowaniu terenu. Pamiętaj o jednym: praca, pieniądze, powrót do ukochanej Zii. Siedziałam zapatrzona
w okno, za którym była tylko nieprzenikniona ciemność, póki nie przeszedł konduktor z wołaniem:
– Cleveland, Cleveland!
Podróżni przeciągali się i zbierali bagaże. Zia pogroziłaby mi palcem, ale pozwoliłam Polakom pocałować się na pożegnanie. Josep przycisnął dłoń do serca, lecz jego słowa pochłonął przenikliwy gwizd; nie ociągając się dłużej, wraz ze strumieniem pasażerów opuściłam pociąg. Gdy szarpnął i ruszył, uświadomiłam sobie, że zapomniałam zawiniątka z prowiantem.
Pośród gwaru głosów na peronie odróżniłam włoską mowę, nie mogłam wszakże ustalić, skąd dochodziła, bo zapanował totalny rozgardiasz. Dzieci biegały w podnieceniu, niemowlęta kwiliły przestraszone, kobiety i mężczyźni padali sobie w ramiona, krzepcy młodzieńcy chwytali walizy i toboły, dalsi krewni czekali skromnie na swoją kolej do powitania. Z wolna rodziny odrywały się od siebie, choć nadal głaskano twarze nowo przybyłych i porywano dzieci w objęcia, przerzucając się przy tym pytaniami i wręczając sobie upominki. Niektórzy samotni mężczyźni witali się zdawkowo z kolegami, jakby nie było ich ledwie od tygodnia. Trzech Węgrów zarzuciło toboły na plecy i ruszyło szparko przed siebie, kierując się wskazaniami małej, ręcznie naszkicowanej mapki, na którą co chwila zerkali. Po chwili zostałam sama.

Nieznajoma

Wydawnictwo: Świat Książki

Ilość stron: 368

Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawypomoc

 

Nasza cena: 33,50

Cena detaliczna: 36,80

U nas taniej o 9%

dodaj do przechowalni Dodaj do koszyka
Powrót
"Dwudziestoletnia Irma Vitale, Włoszka osierocona przez matkę, mieszka w małej i biednej wiosce Opi. Jej jedynym zajęciem, a zarazem talentem, jest szycie za pomocą niespotykanych ściegów. Dziewczyna decyduje się opuścić rodzinną miejscowość, by rozpocząć nowe życie w dalekiej Ameryce. Jednak już na początku podróży do ziemi obiecanej przekonuje się, jak trudne jest życie kobiety zdanej tylko na siebie. Dzięki niesamowitej sile ducha i pomocy życzliwych ludzi, Irma z biednej i poniżanej dziewczyny zmienia się w piękną i świadomą kobietę. Odkrywa w sobie również nowe zdolności, które zupełnie zmienią jej życie. PAMELA SCHOENEWALDT przez dziesięć lat mieszkała w małym miasteczku pod Neapolem. Obecnie żyje w Knoxville w stanie Tennessee. Uczy kreatywnego pisania na Uniwersytecie Maryland i na Uniwersytecie Tennessee. "

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: literatura piękna, dla kobiet

Wydawnictwo: Świat Książki
Wymiary: 135x215
Ilość stron: 368
ISBN: 978-83-7799-025-4
EAN: 9788377990254
Wprowadzono: 30.01.2012

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję
Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.

Zobacz również

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.