Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Wstęp
Niepokonani – ludzie, którzy się nie poddali, nie zrezygnowali, nie ulegli, nie dali się pokonać. Niepokonani, bo choć zdarzały się im porażki, jednorazowe przegrane i chwile zwątpienia, to jednak nadal mogą zwyciężać, nawet po śmierci.
Niepokonani – ludzie różnych zawodów, zainteresowań, ludzie biegunowo różni. Łączy ich jedno – smak zwycięstwa, blask sukcesu, szacunek, uznanie, czasem uwielbienie innych, i to pudło, na którym stali w pierwszej trójce, to podium: w sensie przenośnym lub w rzeczywistości.
Niepokonani – ci, którzy nieśli ludziom radość, rozrywkę, którzy leczyli ludzkie serca, dusze i ciała, swymi dziełami przybliżali inny świat, albo walczyli za innych, dawali innym światło nadziei. Ludzie, którzy kiedyś zaczęli robić coś ważnego i w miarę swych możliwości robią to do dziś.
Niepokonani – ludzie nie w pełni wykształceni i intelektualiści najwyższego lotu, osobowości twórcze i konsumenci, zapaleńcy i stoicy, sybaryci i wstrzemięźliwi, fighterzy i asekuranci, którzy już wygrali i ci, którzy na wygraną oczekują, materialiści i uduchowieni, wierzący i agnostycy, biedni i bogaci, cisi i i głośni. Wszyscy są w gronie moich rozmówców.
Po prostu niepokonani Polacy!
* * *
Lubię rozmawiać. Lubię dowiadywać się, jacy ludzie są, co robią, co kieruje ich działaniami, o czym myślą, jakie mają marzenia, wspomnienia. Lubię rozmawiać i lubię wiedzieć. W radiu nauczyłem się prowadzić rozmowy na antenie, bezpośrednio w obecności słuchaczy. Nauczyłem się, że takie spotkanie przy mikrofonie powinno być czymś więcej niż tylko zwykłą rozmową o niczym i o wszystkim. Rozmawiam z moim gościem po to, by słuchacz mógł czegoś się o nim dowiedzieć – zdobyć jakąś informację, poszerzyć swą wiedzę. Nie zawsze mi się to udaje, ale taki jest mój cel, pytam o to, czego sam nie wiem lub czego nie wiedzą moi słuchacze i zawsze się do takich spotkań starannie przygotowuję. Takich rozmów przeprowadziłem w życiu setki i śmiało mogę powiedzieć, że niewielu jest w Polsce artystów związanych z jazzem czy piosenką, z którymi nie rozmawiałem na antenie. Czasem były to dłuższe rozmowy, czasem tylko krótkie zapowiedzi ich nowych płyt, piosenek czy tras koncertowych.
Z biegiem lat poszerzałem moje zainteresowania i grono rozmówców – od muzyków, do polityków, sportowców, businessmanów. Wśród moich rozmówców wybranych do tej książki jest: sześciu polityków, ośmiu muzyków, trzech sportowców, czterech aktorów, dwóch malarzy, sześciu poetów/pisarzy, jeden reżyser, jeden generał, dwaj księża, jeden businessman, jeden fotografik, dwaj kierowcy rajdowi, jeden zawodowy brydżysta, jedna projektantka mody. Zdecydowanie więcej jest mężczyzn, z kobiet rozmawiałem tylko z Anną Dymna, Barbarą Hoff, Beatą Tyszkiewicz i Marią Koterbską – nie wiem, z czego to wynika i nawet nie próbuję sobie tego wytłumaczyć. (...)
Aktor czy sportowiec?
DANIEL OLBRYCHSKI
Urodzony w Łowiczu w 1945 roku.
Aktor teatralny, telewizyjny i filmowy, absolwent Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza (dyplom uzyskał w wieku 65 lat), debiut aktorski w filmie „Ranny w lesie” (1963). Najpopularniejsze role filmowe: „Popioły”, „Pan Wołodyjowski”, „Polowanie na muchy”, „Brzezina”, „Wesele”, „Potop”, „Ziemia obiecana”, „Salt”, „Bitwa Warszawska”. Odznaczony m.in.: Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, francuskimi odznaczeniami: komandorią Orderu Sztuki i Nauki („Des Arts et des Lettres”), orderem kawalerskim Legii Honorowej, rosyjskim Medalem Puszkina, Krzyżem Zasługi I Klasy Orderu Zasługi RFN i wieloma nagrodami artystycznymi. Jeden z najpopularniejszych polskich aktorów teatralnych, telewizyjnych i filmowych.
– Urodziłeś się w Łowiczu, ale dzieciństwo spędzałeś gdzie indziej, w okolicy bardziej zielonej, wśród lasów, koni…
– Tak, moja matka pochodziła z Podlasia i tam, spędziłem pierwsze 11 lat mojego dzieciństwa. Warszawa była zrujnowana, trudno było w niej mieszkać. Moi rodzice całe Powstanie przeżyli w Warszawie. W swoim mieszkaniu na Nowogrodzkiej 12 przechowywali małżeństwo pochodzenia żydowskiego, Rafała Pragę i jego żonę. Mimo, że cała kamienica o tym wiedziała, przypuszczam, że również ulica, to jednak nikt ukrywanych nie wydał. Gdyby to się stało, również mnie na świecie by nie było. Tuż po Powstaniu ojciec z małym dzieckiem, moim starszym bratem, i matka ze mną w ciąży, wywinęli się śmierci i przez obóz dla wysiedlonych mieszkańców Warszawy w Pruszkowie dotarli do Łowicza, gdzie się urodziłem.
– A kim byli twoi rodzice?
– Byli publicystami, pisywali do różnych pism. Matka studiowała w Wilnie polonistykę w tym samym czasie, kiedy Czesław Miłosz studiował tam prawo. Zdawała też do szkoły aktorskiej, którą prowadził Aleksander Zelwerowicz i do Instytutu Dziennikarskiego. Wybrała dziennikarstwo. Ojciec studiował historię i medycynę. Po wojnie matka wróciła na Podlasie, do Drohiczyna nad Bugiem, w swoje ojczyste strony i tam podjęła pracę w liceum. Mój starszy brat chodził tam do szkoły aż do matury, ja spędziłem tam cztery szkolne lata.
– Co ci przekazali rodzice?
– Znajomość prawdziwej historii Polski, miłość do książek, teatru i do sportu. Już kiedy miałem 8 lat, sport stał się dla mnie bardzo ważny. Zaczęło się od tego, że w roku 1953, w niespełna trzy miesiące po śmierci Stalina, odbywały się w Warszawie Mistrzostwa Europy w boksie i tam zagrano pięć razy Mazurka Dąbrowskiego – wtedy bokserzy byli dla mnie większymi idolami niż Kmicic, Skrzetuski i Wołodyjowski. Kiedy miałem 11 lat, przeprowadziliśmy się z matką do Warszawy. Tu kończyłem podstawówkę.
– Czym, oprócz nauki, zajmowałeś się w Warszawie?
– Brat poszedł na studia, a ja do liceum Batorego. Zacząłem też chodzić do szkoły muzycznej, do klasy skrzypiec, a równocześnie uprawiałem sporty. W Pałacu Kultury zacząłem od szermierki, wygrałem Pierwszy Krok i we florecie i w szabli – wtedy moimi idolami byli Pawłowski i Zabłocki – potem była fascynacja rowerem, bo przecież odbywały się Wyścigi Pokoju. Boks był później na Polonii i też wygrałem Pierwszy Krok. Poza tym byłem dobry w czterech dyscyplinach pięcioboju, wyczynowo nie uprawiałem jedynie pływania. Na skrzypce zaczęło brakować czasu, bo trzeba było zdawać maturę. Na szczęście zdałem ją na czas. Wcześniej, gdy miałem 16 lat, byłem już w Telewizyjnym Studium Andrzeja Konica, zarabiałem pierwsze pieniądze, mówiąc wiersze. Ten natłok obowiązków odbijał się niestety na nauce. Na półrocze miałem kilka dwój i mogłem nie być dopuszczony do matury. Przyłożyłem się do nauki i udało się, ale gdybym nie zdał matury w odpowiednim terminie, to nie trafiłbym na ten rok w szkole aktorskiej, na zajęcia którego przyszedł Andrzej Wajda szukając bohaterów do „Popiołów”.
– A kiedy zacząłeś jeździć konno?
– W dzieciństwie mieszkałem w Drohiczynie, malutkim miasteczku przypominającym wieś, więc siłą rzeczy potrafiłem jeździć na oklep, byłem przyzwyczajony do koni. Ale prawdziwa nauka zaczęła się przed filmem „Popioły”, gdy przygotowywałem się do roli Rafała. Chciałem widzom pokazać, że jeżdżę lepiej niż Kirk Douglasa czy Jean Marais. Trener naszej kadry, Wiktor Olędzki, uważał, że powinienem rzucić aktorstwo i wyczynowo trenować jazdę konną. Kilka lat później Feliks Stamm, trener bokserów, po filmie „Bokser” powiedział: „Drogosz kończy karierę, Kasprzyk też, za rok wyprowadzę cię na mistrza Polski, potem na mistrza Europy”. Też uważał, że sport to może być moja przyszłość.
– Oprócz bokserów, kto był najważniejszym bohaterem Twojej młodości?
– Najpierw były postacie literackie, bo historię poznawałem przez literaturę. Bohaterem mego dzieciństwa został legendarny Zawisza Czarny. To był wspaniały rycerz, ale i intelektualista, skoro król Władysław Jagiełło wysłał go na sobór w Konstancji. Takiego rycerza bez skazy zagrałem w „Starej baśni” u Jurka Hoffmana. Byłem wychowywany na książkach Jasienicy i tam doczytałem się, że w interesie Litwy nie leżało całkowite rozbicie Zakonu Krzyżackiego, a utrzymanie potencjalnego zagrożenia wobec Korony było Litwie na rękę. Tak twierdził Jasienica, tak twierdzi wielu historyków niemieckich. Po latach przyszło mi zagrać Piłsudskiego, Kmicica, księcia Poniatowskiego, Jagiełłę, Sobieskiego – fantastyczne postacie naszej historii.
– Czy praca w tych wszystkich filmach była ciężkim mozołem?
– Praca czasami jest tylko mozołem, a czasami ciężką harówką i jednocześnie wielką radością. Aktorstwo – to często bardzo ciężka praca, konieczność ciągłej dyscypliny, sprawności i ciała i intelektu, posiadania wielu umiejętności. Ale ten zawód potrafi sprawiać też wielką radość. Uprawiają go ci, którzy go kochają.
W tym momencie wręczyłem Danielowi Olbrychskiemu moją książkę pod tytułem „Pan Tadeusz Jazz”, mówiąc mu, że jest to „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza przeniesiony z Soplicowa z XIX wieku, w lata po II wojnie światowej w środowisko warszawskich muzyków jazzowych, poemat napisany również trzynastozgłoskowcem.
Daniel odpowiedział:
– Obroniłem niedawno pracę magisterską o tym jak grać wierszem klasykę polską. Pisałem co to znaczy ośmio-, jedenasto- i trzynastozgłoskowiec, jakim metrum tłumaczono Szekspira na język polski i że „Iliada” u nas też jest tłumaczona trzynastozgłoskowcem. Zaraz sprawdzę jako magister, jak trzymasz frazę:
„Młody muzyk – Tadeusz – powrócił z Londynu,
chce służyć swej Ojczyźnie i rwie się do czynu.
Przed wojną grał w Ziemiańskiej. Trąbka była w cenie,
stał u Braci Staniewskich w cyrku na arenie”.
– Świetnie idzie, czysty trzynastozgłoskowiec, i to jest bardzo ciekawe.
– Wróćmy do twojej historii. Kim byłeś w szkole – przywódcą, buntownikiem?
– Trochę błaznem. Potrzeba poklasku i tego, żeby się ze mnie śmiali była we mnie od dziecka. Cieszyłem się umiarkowaną sympatią większości nauczycieli, ale zawsze mnie lubili profesorowie wychowania fizycznego i języków obcych. Chętnie uczyłem się rosyjskiego, bo bardzo chciałem znać w oryginale rosyjskie wiersze – tego języka uczyłem się na pieśniach Okudżawy.
– Jak trafiłeś do Telewizyjnego Studia Poetyckiego prowadzonego przez Andrzeja Konica?
– W telewizji ogłoszono, że poszukuje się zdolnych aktorsko licealistów i jeden z moich kolegów, który miał telewizor – a takich było niewielu – powiedział, że powinienem się tam zgłosić. W szkole często recytowałem wiersze, zagrałem Papkina w „Zem-ście” w reżyserii naszego polonisty. Spektakle graliśmy w Teatrze Buffo już w pierwszej klasie licealnej. Od razu poczułem, że na scenie łatwiej zdobyć oklaski niż po ciężkim treningu na pustym stadionie. A tu był pełen teatr. Zacząłem myśleć, że być aktorem jest łatwiej i przyjemniej niż być sportowcem. Potem nauczyłem się szacunku do tej bardzo ciężkiej pracy. Dostałem się do Telewizyjnego Studia Poetyckiego i tu zaczął się mój dylemat – jak pogodzić treningi i naukę w liceum z próbami, a potem z przedstawieniami, które Studio przygotowywało. I do tego był jeszcze kabaret z tekstami piosenek Janka Zalewskiego i muzyką Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Moi sportowi trenerzy przekonywali rodziców, żebym rzucił recytacje wierszyków, ale ja już za mówienie tych wierszyków zarabiałem pieniądze. A pieniądze się nam bardzo przydawały, bo mój ojciec, który nie zaakceptował powojennej rzeczywistości i nie wyrobił sobie nawet dowodu osobistego, nie mógł dostać żadnej pracy. Czasem Rafał Praga umożliwiał mu publikowanie tekstów w „Expressie”, ale pod nie swoim nazwiskiem. Pisywali tam wtedy i Bohdan Tomaszewski, i Stefan Wiechecki. A za moje dość regularnie zarabiane na mówieniu wierszyków pieniądze stać nas było na to, żeby zapłacić zaległe rachunki za prąd, czy żeby kupić węgiel.
– Przyszły lata 70., działały kluby – Hybrydy, Stodoła, inne – towarzystwo chodziło do knajp, lokali, restauracji, utworzyła się „Warszawka”, pojawiło się coś takiego jak playboye. Byłeś playboyem?
– W latach 70. ja już byłem znanym aktorem, po wielu dobrych filmach, wielu głównych rolach, otrzymywałem nagrody na międzynarodowych festiwalach. I oczywiście czasem piłem z kolegami wódkę w SPATIF-ie. Imponowało mi towarzystwo znanych ludzi, którzy mnie przyjmowali do swojego grona z otwartymi ramionami. Przyjaźniłem się z Dygatem, Konwickim, Minkiewiczem, siedziałem przy najważniejszym stoliku w Klubie Aktora, gdzie Słonimski opowiadał nam jak to w pewnym kabarecie Wieniawa wygłosił toast: „Niech żyje Qui Pro Quo – szwoleżerowie polskiego teatru”, na co Słonimski odpowiedział: „Niech żyją szwoleżerowie, qui pro quo polskiej armii”. Wieniawa nigdy do Adrii na koniu nie wjechał, bo tam są schody, ale ja wjechałem na białym koniu do Victorii, na zakończenie Turnieju o Szablę Wołodyjowskiego. Jechałem między stolikami, po czerwonym dywanie, podjechałem do podium, wyjąłem szablę i stoczyliśmy z Wojciechem Zabłockim pojedynek. Wojtek do dziś jest mistrzem w szabli i wygrywa wszystkie turnieje oldbojów. Ja też z nim czasem walczę, podobnie jak czasem walczę z wielkimi polskimi mistrzami boksu – Szczepańskim, Kulejem, Michalczewskim, Rybickim, w różnych spotkaniach na cele charytatywne, a w wakacje z moim przyjacielem Leszkiem Drogoszem sparujemy do dziś.
– Obaj jesteśmy z pokolenia muzyki jazzowej najpierw, a rock and rollowej potem. Który z tych gatunków muzycznych jest ci dziś bliższy?
– Ten trzeci, muzyka klasyczna, i wspaniała polska piosenka, która towarzyszyła naszym pokoleniom przez kilkadziesiąt lat, a która niestety uległa unicestwieniu w ostatnim dwudziestoleciu. Nie wierzę, że kompozytorzy przestali pisać. Więc gdzie dziś są te piosenki które śpiewaliśmy co roku po Festiwalu Opolskim? Gdyby dziś debiutowała Maryla Rodowicz nikt by jej nie znał.
– Do czego dążysz, co jeszcze byś chciał osiągnąć w życiu?
– Chciałbym długo żyć. A wtedy zawsze coś się znajdzie do roboty.
– A czego chciałbyś się jeszcze nauczyć?
– Ciągle się czegoś uczę. Ostatnio uczyłem się do egzaminu magisterskiego. Uczyć trzeba się ciągle, do samego końca życia.
– Opowiedz nam o swoich dzieciach – o Rafale, Weronice, Viktorze.
– Weronika pracuje w zawodzie, który sobie wymarzyła i mieszka w mieście, które sobie wymarzyła. Zajmuje się projektowaniem mody. Mieszka i pracuje w Nowym Jorku, w firmie
Proenza Schouler, bardzo już znanej na amerykańskim rynku. Syn Victor, którego mam z niemiecką aktorką Barbarą Sukową, ma 22 lata, studiuje i jest zdolnym muzykiem. Gra na gitarze. Też mieszka w Nowym Jorku. Gdy przyjechał do Polski, to zagrali z Rafałem niezły koncert. Rafał nagrał kilka miesięcy temu nową płytę. Trochę pracuje w radiu. Jego pasją stało się gotowanie. No i przeżywa nową miłość. Młodszy wnuk, Antoni, robi maturę i z sukcesami ćwiczy walkę na białą broń, na szable, miecze. Starszy Kuba ma do matury jeszcze trochę do nadgonienia, bo poleniuchował przez dwa lata, ale ma plany nadrobienia zaległości w nadchodzącym roku.
– Twoi ulubieni aktorzy.
– To byli głównie polscy aktorzy. Oni są mi najbliżsi. Dlatego lubię oglądać polskie seriale. Tam można wypatrzeć młodych, bardzo zdolnych ludzi. Kiedyś teatr był dla nas tlenem, nie tylko przeżyciem intelektualnym. On nas kształtował. Aktorzy grali na najwyższym poziomie, a władze komunistyczne bardzo dbały o rozwój teatru, znacznie bardziej niż obecne. Mam o to wielką pretensję do pani prezydent Warszawy. Na innych polach jest dobrą gospodynią – widzę jak się rozwija i jak pięknieje Warszawa. Ale kultura jest na ostatnim miejscu. To się potwornie zemści w przyszłości – to już widać po stanie wiedzy i poziomie wrażliwości polskiego społeczeństwa na przestrzeni ostatnich 20 lat. W czasach, kiedy ja dorastałem nasze społeczeństwo było mądrzejsze i lepiej wyedukowane.
– Czy w życiu napotkałeś swojego mistrza?
– Spotkałem wielu. W sporcie to byli niektórzy trenerzy, w teatrze moja matka, reżyserzy Konic i Wajda, a wreszcie Adam Hanuszkiewicz, któremu zadedykowałem moją pracę magisterską. Kilka lat temu zabrano mu teatr, jakby odłączając mu tlen. Największy twórca polskiego teatru XX stulecia, jeszcze z dużą twórczą potencją, stracił swój teatr i dogorywa od kilku lat u siebie w domu. Zabito go psychicznie, więc w konsekwencji i fizycznie. Dziwnym trafem zbiegło się to z powołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz na prezydenta Warszawy. 2 grudnia 2006 została prezydentem Warszawy a 31 grudnia odwołano Adama Hanuszkiewicza, by w miejsce Teatru Nowego na Puławskiej otworzyć kolejny sklep spożywczy.
– Jakie książki teraz czytasz?
– Zawsze czytam po kilka książek jednocześnie. Do magisterium musiałem przeczytać wiele fachowych, żeby sobie odświeżyć wiedzę, na przykład z historii sztuki czy antropologii kultury. W tej chwili mam fantastyczną książkę Bogusława Czarmińskiego, dziennikarza i publicysty, „Głowy, główki i pół…”. Wyszła w 2006 roku w małym nakładzie. Idoli mamy podobnych: ksiądz Tischner, Kuroń, Michnik, Owsiak. To jest genialna analiza tego, co siedzi w nas w środku i co się dzieje w Polsce w ogóle.
– Na czym byłeś ostatnio w kinie?
– Na „Ślubach panieńskich”, ale nie będę o tym mówił. Natomiast kilka dni temu obejrzałem genialny film Feliksa Falka
„Joanna”. Przywraca on wiarę w kino polskie i w człowieka.
– Za które filmy otrzymałeś najwyższą gażę?
– Na pewno nie były to filmy polskie, ale gentelmani nie zadają pytań o pieniądze i nie odpowiadają na nie.
– To nie rozmowa o pieniądzach kształtuje wizerunek gentelmana, ale skoro chcesz, to zmieńmy temat. Czy „Salt” będzie miał część drugą?
– Nie wiem. Ale to prawdopodobne. W końcu główna bohaterka wychodzi cało z opresji. Moja śmierć też nie jest pokazana jednoznacznie. Wszystko się może zdarzyć. Ja jako widz chętnie bym zobaczył kolejną część.
– Przejmujesz się recenzjami filmów, w których grasz?
– Nie bardzo, ale czasem jakaś bzdura potrafi zdenerwować czy rozśmieszyć. Na jednym z portali internetowych jakiś kretyn napisał ostatnio, że zagrałem świetnie w filmie „Salt”, ale z trzeciorzędnymi „wyrobnikami” z Hollywoodu. Takie opinie obrażają w sytuacji, kiedy masz świadomość, że grasz z kolegami z najwyższej półki, laureatami Oskarów czy Złotych Globów, jak Angelina Jolie czy Liev Schreiber, bo o nich była mowa. Polski krytyk kompletnie spudłował. Trudno się pogodzić z tym, że recenzje filmowe i teatralne często są pisane przez ludzi bez żadnej wiedzy, ba, bez cienia inteligencji i wrażliwości. Przykro, że takich zakompleksionych szkodników „produkuje” również Wydział Wiedzy o Teatrze w warszawskiej Akademii Teatralnej. A przecież jeszcze nie tak dawno krytycy byli współtwórcami sukcesów polskiej szkoły filmowej, polskiego teatru i naszego aktorstwa. Dziś są wyjątki: Sobolewski, Pietrasik, Szczerba… Kiedyś było ich wielu. Nie sposób wymienić wszystkich nazwisk. Ale można się było od nich czegoś nauczyć. I myśmy się uczyli. A dziś powiedzieć, że posucha to eufemizm.
(2010)
Rockman niepokorny
MACIEJ MALEŃCZUK
Urodzony w Wojcieszowie w roku 1961.
Wokalista, poeta, kompozytor, autor tekstów, gitarzysta rockowy, bluesowy i muzyki pop, założyciel i lider wielu zespołów, m.in. Pudelsi (1986–2005), Homo Twist (od 1993). Debiutował jako uliczny wykonawca muzyki bluesowej, solowe płyty nagrywa od roku 1998. Autor wierszy drukowanych m.in. w „Brulionie”, wydał poemat „Chamstwo w państwie” (2003), w 2004 roku grał tytułową rolę w przedstawieniu „Bal u Wolanda” (w Teatrze Rozrywki w Chorzowie) opartym na „Mistrzu i Małgorzacie” Michaiła Bułhakowa.
– Kim z zawodu są Twoi rodzice?
– Moja mama jest geologiem i wiele lat temu pojechała do Wojcieszowa – gdzie jest wielki kamieniołom – wykonywać roboty strzałkowe. Mój ojciec był tam robotnikiem i wtedy doszło do tego słynnego mezaliansu, którego ja jestem efektem. Małżeństwo im nie wyszło, żyją sobie nadal, lecz już nie ze sobą, natomiast połączył ich zawód kamieniarski. Lekkie skłonności do aktorstwa odziedziczyłem po ojcu, który potrafi śpiewać i grać na gitarze, a do tego dodatkowo maluje obrazki. Lubi muzykę i gdy byłem dzieciakiem, to w domu słuchałem tego, co leciało w Polskim Radiu – Szczepanika, Niebiesko-Czarnych, Czerwone Gitary. Ta muzyka dzieciństwa odezwała się potem w moim graniu z zespołem Psychodancing – w tym zespole grałem praktycznie wszystko jak leci z wielką przewagą polskiej muzyki z lat 60.
– Jak Twoi rodzice wyrażali swój zachwyt nad tym, co robiłeś w młodości?
– Uważam to pytanie za złośliwe pod moim adresem. Ale na nie odpowiem. Otóż mama nie była zachwycona ani tym co robię, ani moimi piosenkami, a tata był Bóg wie gdzie i praktycznie nikt się tym nie interesował. To były czasy socjalistyczne, kiedy różne organizacje zajmowały się wychowywaniem dzieci. Na moje wychowanie największy wpływ miało harcerstwo, a w dalszej kolejności ulica. Ale w gronie bywalców ulicy też uważano mnie za dziwoląga. I do dziś jedynym chyba środowiskiem, które nie uważa mnie za dziwoląga, są moje dzieci, które biorą mnie takim, jakim jestem. Moja żona również i dzięki temu jestem w domu najnormalniejszym pomiotłem, tak jak większość facetów w tym kraju. Zmywam, sprzątam, jeżdżę po zakupy, zamiatam, noszę wiadro, mydło. Nie jestem żadnym hegemonem, ale zawsze mogę postawić weto, na przykład nie spłacić przed czasem jakiegoś kredytu. Ale to mi odpowiada i tylko w moim domu potrafię przejść przez to piekło, jakim jest małżeństwo.
– W szkole dotrwałeś do której klasy? Może do matury?
– Nie, wcześniej zrezygnowałem, powtarzałem szóstą klasę, potem zmieniałem szkoły coraz częściej, a potem z nich zrezygnowałem. Byłem niezłym sportowcem, więc przez pewien czas byłem ciągnięty przez dyrekcję szkoły, ale cechowała mnie dziwna niechęć do nauki i gigantyczne absencje przez cały czas.
– Było coś w szkole, co Cię pociągało?
– Historyczka mnie pociągała i młodsze nauczycielki, choć z rozpaczy potrafiłem oglądać się za czterdziestkami. Interesowała mnie też Cracovia. Sport natomiast uprawiałem w AZS – bieg przez płotki i skok wzwyż. W płotkach zaczynałem nawet mieć pewne wyniki – to już nie było skakanie, to był bieg. Podobało mi się to, że w każdym biegu była jednakowa liczba kroków. Nie ma inaczej – do płotka robisz siedem kroków, potem po trzy kroki, a na koniec dziesięć. I to się nigdy nie zmieniało.
– Czy miałeś jakieś autorytety, jakieś ulubione postacie historyczne, może jakieś ładne aktorki, może był to Józef Piłsudski?
– Zdecydowanie najpierw był Witkacy, który przy swej mnogości talentów nie był traktowany całkowicie serio jako literat. Byli także: Bułhakow, Majakowski, Brodski, Dostojewski, pisarze czescy: Čapek, Hrabal, wiersze Eliota, z przyjemnością przeczytałem też „Naszą szkapę” Marii Konopnickiej i jeśli ktoś się chce spotkać z dobrze ułożonym wierszem, to niech sobie poczyta Marię Konopnicką, tam jest wszystko na swoim miejscu. Słuchałem także niektórych wielkich muzyków bluesowych – Muddy Watersa, Johna Lee Hookera i Bo Diddleya, który chyba jako pierwszy wprowadził pięć uderzeń w jednym takcie. Moi ulubieńcy jazzowi to Davis, Coltrane, Gil Evans za jego orkiestrację, Duke Ellington, a z dalekiej historii jazzu Slim Gaillard i Cab Calloway – wykonujemy ich utwór „Bartender”. Teraz sam coś twórczego robię – wkręciłem się w „Pieśń o Rolandzie”, długo to robię i nie wiem jak długo to jeszcze będzie trwało.
– Gdy miałeś 18 lat, odmówiłeś pełnienia zaszczytnej służby wojskowej i na pewien czas zatrzymałeś się więzieniu.
– Tak, to były czasy solidarnościowe, wtedy wojsku się nie odmawiało. W rezultacie dostałem dwójkę, a odsiedziałem 16 miesięcy. To wcale nie było takie straszne, to oddzielenie od świata zewnętrznego. Po pierwsze wiedziałem, że mnie to nobilituje, po drugie wiedziałem, że i tak muszę odbębnić swoje, a po trzecie wykazałem wielką umiejętność przystosowania się do otoczenia. Ludzie mnie zaakceptowali, a ja uległem fascynacji grypserą, cały czas grypsowałem i nadal uważam się za grypsującego. Agresji żadnej wobec siebie nie odczułem, nikt mnie nie pobił, a najtrudniejsza do zniesienia była szamka, czyli kuchnia, a także fatalny dobór strojów. Po pewnym czasie tak jak Johnny Cash poszedłem śpiewać po więzieniach, choć do „mojego” nie trafiłem.
– Kiedy zdecydowałeś się poświęcić całkowicie muzyce?
– Tę decyzję podjąłem w więzieniu. Wtedy i tam doszedłem do wniosku, że chcę robić to co lubię, czyli muzykę. Przedtem też grałem i śpiewałem, ale nie miałem takiego poczucia, takiej potrzeby robienia tego na serio. Nie sądziłem, że dostąpię zaszczytu bycia muzykiem.
– Czy ktoś Ci pomagał w spełnieniu tego, w dojściu do tego celu?
– Wspomagał mnie sąsiad, który nachodził mnie za głośne – jego zdaniem – granie, wspomagała mnie milicja, wzywając czy grożąc różnego rodzajami kolegiami. Moje otoczenie domowe nie dało mi tej szansy, natomiast dała mi tę szansę ulica, bo na ulicy ktoś mi wrzucał pieniądze, ktoś chciał mnie słuchać i nikomu to nie przeszkadzało. Tylko wszyscy dziwili się, że taki głos mieści się w takim chudym gościu. Wszystkiego na ulicy uczyłem się na żywej tkance. Żeby zostać artystą, musiałem najpierw dobrze dostać po uszach.
– Miałeś jakiegoś guru, mistrza w muzyce, przewodnika, nauczyciela?
– Uczyłem się właściwie sam i gdy zacząłem zakładać zespoły, to angażowałem muzyków na bardzo wysokim poziomie. Zawsze miałem największe problemy z perkusistami, bo wydawało mi się, że nie grają tak, jak powinni. Zwykle byłem przeciwnikiem automatów perkusyjnych, i może nie miałem racji, bo dzisiaj jest to na porządku dziennym. Wtedy automat perkusyjny kojarzył mi się z takim gatunkiem muzyki, z którym nie chciałem mieć nic wspólnego.
– Kiedy zacząłeś profesjonalnie komponować?
– Już w liceum pisałem dla siebie piosenki, moje życie się toczyło i opisywałem je w piosenkach. Z tego pierwszego, starego repertuaru wykonuję dziś tylko dwie: „Trudno jest żyć” i „Teksański blues”– pozostałe wydają mi się za bardzo naiwne.
– Jak wyglądało to Twoje uliczne śpiewanie, bo ja tego nigdy nie widziałem. Poszedłeś śpiewać na ulicę, bo nie miałeś gdzie się produkować? I to było takie śpiewanie przed dworcem, do kapelusza?
– Poszedłem śpiewać na ulicę, bo nie miałem kasy, a wszyscy dookoła mówili, że jestem zdolny i powinienem występować. Więc pomyślałem sobie, że tak, będę śpiewał – widziałem w Nowym Jorku takich ulicznych śpiewaków i wydawało mi się, że to jest dobra droga na początek. Byłem dorosłym człowiekiem i potrzebowałem kasy na bieżąco. Okazało się, że pieniądze dobrze się w ten sposób skubało. Zacząłem grać i nieźle mi poszło. Chciałem grać palcami, ale się nie dało za długo, wiec kupiłem sobie kostkę, a potem zacząłem szukać takich metalowych pazurów jakimi się gra metodą bottleneck i fingerpicking. Potem, gdy grałem w Homo Twist i później, to było też ciągle granie fingerpicking. Nauczyłem się tego całkiem sam. Ale na ulicy, prócz momentów niezłych, było także wiele mniej ciekawych, gdy ktoś mnie zaatakował, ktoś mi chciał zabrać kasę, przyczepił się jakiś pijak. Opowiadać mógłbym to długo. Ale znacznie więcej było momentów chwały niż upadku. Grałem też w Berlinie, szło nieźle, natomiast wyprawa do Wiednia to była porażka, nic z tego nie wyszło, i wtedy pojechałem do Pragi, już po rewolucji i grałem na Vacku (Václavské námésti). Grałem w kilku miastach kraju, ale nigdy w Poznaniu, bo tam bym chyba uzbierał niewiele. To granie uliczne się rozwijało i zacząłem je wzbogacać gadkami – bajerami, miałem po prostu niezłe gadane, i tym zacząłem ludzi przy sobie zatrzymywać. Samo stanie i darcie mordy nic nie dawało, ale gdy zaczynasz opowiadać – „Ta historia wydarzyła się wtedy, a wtedy, i tam poznałem takiego gościa, który zrobił…” i coś tam jeszcze, to okazało się, że ludzie się zatrzymują. Nabrałem w tym doświadczenia, i to uliczne granie dawało mi całkowitą swobodę ruchu i kłęby, dosłownie kłęby banknotów. Ich było co prawda dużo wizualnie, ale to były czasy inflacji i ich wartość spadała z dnia na dzień. Ale na wieczór starczało i zawsze mogłem zaprosić grupę przyjaciół na popijawę. Żony jeszcze wtedy nie miałem, ale udało mi się począć dziecko z pewną damą, i z tamtego okresu mam dorosłą córkę. Koniec tego ulicznego grania przyszedł wraz z końcem komunizmu, gdy ulica z cichej, zastraszonej, gdzie mogłem błysnąć, zmieniła się w pełną reklam, głośniczków, stoliczków handlarzy. Próbowałem jeszcze z ulicą powalczyć, bo kasa była wciąż potrzebna, ale wtedy wychodziłem na przykład o jedenastej wieczór na miasto, a wcześniej w socjalizmie grałem od czternastej. Zaczynałem być atrakcyjny dla ludzi, pozbywali się dla mnie pieniędzy, zaczynali wytrzepywać portmonetki – to był tłum ludzi przewalających się po ulicach, poszukujących czegoś do jedzenia i do wypicia. Na początek grałem tylko bluesy, śpiewałem je fonetycznie po angielsku, a potem dodałem także własne piosenki. Były solówki gitarowe, gitarę sam stroiłem tak, żeby ona sama z siebie dobrze brzmiała.
– Co to jest „Chamstwo w państwie”?
– To jest poemat, który napisałem kilka lat temu i dostałem za niego Śląski Wawrzyn Literacki. Poemat o tym co robi państwo z jednostkami wybitnymi, co robi państwo ze swymi obywatelami – że na przykład KS dokonuje się w majestacie prawa. Generalnie tematy i przykłady brałem z Włoch, z Francji, z ZSRR, na przykład droga Mandelsztama, cały rozdział oddałem szatanowi. To generalnie miał być pamflet polityczny na Leperiadę. I z początku szedłem w tę stronę, chciałem być drastyczny.
– Myślenia i życia politycznego nauczyłeś się od rodziców w domu, czy to Ci się samo z biegiem lat wykształciło?
– Moja mama była całe życie w partii, i ja lubiłem jej zebrania Podstawowej Organizacji Partyjnej, bo miałem wtedy wolną chatę. A z czerwoną flagą chodziłem na manifestacje bardzo wcześnie, gdy miałem ze sześć lat może. Zawsze byłem zadeklarowanym socjalistą czy komunistą z tą czerwoną flagą. Potem to się odmieniło, choć nigdy nie stałem się bogatym kapitalistą, który żyje z wyzysku człowieka przez człowieka. A odmieniło mi się, gdy dojrzałem, jak zacząłem mieć kontakt z wojskiem, jak mnie zamknęli. To stało się tak naturalnie.
– Ile z tego co robisz w muzyce jest na serio, a ile wygłupem?
– Nie jest to wszystko na serio, kiedyś byłem bardziej na serio, a teraz to co robię to jest pastisz, staram się nie rozrzucać dużych pereł pod racice, bo nie wiem czy wszystko warto robić na serio.
– Co czytasz teraz, jakie książki?
– Czytam jadąc w samochodzie, bo słucham książki czytanej, audio-booków. W tej chwili czytam „Idiotę” w wykonaniu Pszoniaka, wcześniej „Iliadę”, bo nigdy bym jej sam nie przeczytał, a w samochodzie przełknę wszystko. Słucham tego sporo.
– Jakiej muzyki słuchasz?
– Słucham jazzu z każdego gatunku i z każdego okresu. Oprócz takiej muzyki jaką gra Spyro Gyra.
– A na czym ostatnio byłeś w kinie?
– Na filmie „Wojna polsko-ruska” i ten film mi się podobał.
– Masz jakąś filozofię życiową?
– Miałem kilka, generalnie lubię się posługiwać maksymą: „Oko za oko, ząb za ząb”. Nie jestem epikurejczykiem i nie wyrzekam się przyjemności życia, ale nie jestem też sybarytą. Lubię sobie narzucać pewne reżimy, a ostatnio z uporem uczę się grać na saksofonie.
– Na koniec proszę o jakiś wiersz powiedziany z pamięci.
Nicość zaledwie i aż nicość prawie,
coś czego nie ma, a pełno go wszędzie.
Nic nas otacza i nic piszczy w trawie.
Nic było, nic jest, i nic takoż będzie.
To jest fragment „Chamstwa w państwie”.
– Jak powstał hymn Cracovii?
– Promowałem na jakimś wieczorze „Chamstwo w państwie” i na ten wieczór przyszli reprezentanci Cracovii, bo słyszeli, jak kiedyś chwaliłem się, że jestem jej kibicem, także kibicem hokejowym, bo jako dziecko chodziłem na hokeja. Jestem nawet bardziej kibicem hokeja, niż futbolu. Nasi w hokeja dobrze łoją, cały czas na szczycie tabeli. Zamówili, to napisałem.
– Czy jest coś, z czego byś chciał zrezygnować, gdybyś mógł cofnąć swoje życie?
– Z kilku libidalnych tang.
– Czy jest coś, co chcesz jeszcze zrobić w życiu, do czego dążysz?
– Chciałbym nauczyć się grać na saksofonie, dokończyć w „Bluszczu” powieść w odcinkach, przełożyć do końca w sposób wierszowany, zbliżony do oryginału „Pieśń o Rolandzie”, zrobić Wysockiego i Johnny’ego Casha.
– Co Ci bardziej przeszkadzało w życiu: narkotyki czy alkohol?
– O narkotykach nie powiem ani jednego słowa złego. Odpowiednio używane są tysiąc razy lepsze od alkoholu. Czasami niestety nie da się nie napić alkoholu. Nie lubię go, i uważam że nie powinien być legalny, że trzeba wprowadzić prohibicję. Najwięcej problemów w życiu narobiłem sobie przez wódę. W każdym razie z wódką walczyłem, ale bez pomocy terapeuty, bo bałem się, że gdy pójdę do jakiegoś terapeuty, to się z nim zaprzyjaźnię i razem zaczniemy pić. Założyłem, że leczę się sam. Mam silną wolę, ale nie na tyle, by się samemu nie spić czasem jak świnia, ale piję coraz rzadziej, bo boję się kaca, który kiedyś trwał jeden dzień, a teraz potrafi trwać dłużej
Nasza cena: 45,37
Cena detaliczna: 49,85
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: biografie i wspomnienia, wywiady, rozmowy |
| Wydawnictwo: | Rytm |
| Oprawa: | twarda |
| Wymiary: | 148x210 |
| Ilość stron: | 424 |
| ISBN: | 978-83-7399-489-8 |
| EAN: | 9788373994898 |
| Wprowadzono: | 17.01.2012 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęZobacz również
