Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Pensjonat
Jak ja narzekałam wiosną na samotność. A teraz nie mam chwili dla siebie. Dłonie jak wyrobnica, paznokcie byle jak opiłowane i zarośnięte, .włosy bez wyrazu, bez ładnego koloru, fryzjera nie widziały dawno, a pracy - mnóstwo, bo gości dużo.
Najbardziej mnie wykańcza wożenie pościeli do pralni. No i kosztuje to. Piernacki mnie oświeca: .
- Pani Gochno, ja sam piorę! Przychodzi kobieta do maglowania i już. Trzeba mieć tylko taki płyn, co go Sanepid wymaga. Niemiecki taki i większą pralkę.
- Panie Heniu, nie stać mnie na zakup nowej pralki!
- Z ogłoszenia się kupuje, z demobilu. Ja się rozejrzę, pani Gosiu. Się sprowadzi lekko używaną z Niemiec!
- Nie mam pieniędzy teraz!
- Pieniądze - rzecz nabyta! Rozłożę pani na raty! Jak będzie okazja - oczywiście, to ściągnę pani. Znam takiego, co jeździ po flomarkach, to przy okazji przywiezie.
Codziennymi zakupami, gotowaniem, sprzątaniem zajmuje się Wroana., pitrasi zazwyczaj mama, ale jak wyjeżdża z Tomaszem - ja. Lubię to. Radzimy sobie z Anią, ale Kaśki nam brakuje. Niby taka dziecinna, ale była pomocna i zawsze pod ręką. Pauli nie angażuję, bo ma swoje sprawy. Od przyjazdu gości nie mam już wolnej chwili, ciągle coś...
Wieczorami Janusz ciągnie mnie na rower albo na kładkę na ryby posiedzieć z kijkiem w wodzie, ale nie mam siły.
- Idź sam, kochanie. Posiedzę troszkę, nogi mnie bolą, bo dzisiaj puściłam Anię wcześniej do domu.
- A mama gdzie?
- Też w domu, ciśnienie jej skoczyło.
- Nie możesz tak sama i sama... - ma pretensje.
- Janusz, nie ma wyjścia. Praca to praca i czasem tak już jest. Nie nudź!
Jest wieczór. Nasi goście wracają ze spaceru, z rowerów. Słońce już za lasem, powietrze gorące, wonne, letnie. Oni wypoczywają po całorocznej pracy, ja pracuję na to, żeby w zimie wypocząć. Aha, i marudzić, że mi samej źle. Przypomniałam sobie moje samotne dni w pustym domu, sarkania na nieobecność Janusza. Sama chciałam!
Teraz oddałabym wiele za jeden taki cichy, pusty dzień.
Siedzę na werandzie. Paula sprząta po kolacji. Janusz siedzi nadęty.
- Ca...cały dzień siedzę nad paszczą pa...pacjenta, plecy mnie bolą. Chodź, poruszamy się!
- Proszę cię, Janusiu! Spię w środku! Daj mi spokój. Nałaziłam się dzisiaj, ledwo siadłam!
Konflikt interesów. Wiem. Co mam zrobić? Zmuszać się?
Wieczorem też rozczarowanie, bo zasypiam prawie natychmiast i oganiam się od Januszowych dłoni. Ofukuję go. Spać!
Rano Janusz wstaje mniej czuły, zamknięty w sobie.
- Proszę cię - mówię przepraszająco - Janusinku... Wiem, wczoraj padłam jak kawka, ale jak przyjdzie mama, skończę wcześniej i skoczymy na rowery,OK?
- OK.
Odpowiedź jest krótka i wciąż nadęta. Przykro mi, ale nie mam zamiaru zmuszać się, gdy całe moje ciało wyje wyłącznie o odpoczynek. Nie mam dwudziestu lat, a praca w pensjonacie to dwa etaty!
Naturalnie nie udało mi się skończyć wcześniej.
Kiedyś, siedząc wieczorem na werandzie, zauważyłabym, że mało jest tego roku komarów, że nocami piękny bywa księżyc, wielki, niebiański naleśnik, że powietrze w południe drży od gorąca i much... A dzisiaj śpię na siedząco.
Załatwiam mnóstwo spraw i zapominam o takich rzeczach jak... przegląd samochodu. O mało mi nie odebrali prawa jazdy, gdy wracałam z Olsztyna z jagnięciną kupioną w ,,Raście". Szpanujemy tymi mięsami innymi niż w mieście, bo lubię, gdy goście chwalą, mlaszczą nad sarniną w winie, baraniną łagodną i aromatyczną z pyzami, kochają te dziwnostki, ale ja muszę po nie jechać albo do "Rastu" , albo do spółdzielni "Las".
I właśnie, gdy wracałam z piękną ćwiartką jagnięcą, zatrzymał mnie patrol! Ledwo ich uprosiłam i obiecałam przegląd natychmiast!
W Warszawie Konrad był chodzącym kalendarzem i przypominajką:
- Przegląd samochodu, mammografia, kontrola kominiarska!
Jak on to spamiętywał?
- Mamo - moja córka mądralek wie wszystko - możesz sobie ustawić taka opcję w komputerze!
Mogę, ale nie potrafię. Nie mam na to siły, czasu! Woźniakowie wy jeżdżają rano i za dwie godziny pokój zajmą Litwinowie z Krakowa. A trzeba posprzątać i jednocześnie obiad... A kiedy ten przegląd?
Pomógł pan Paweł z warsztatu, z Dźwierzut. Zawiózł z pracownikiem mój samochód do Olsztyna na stację Toyoty, i z powrotem.
Ale trzeba było wysupłać prawie tysiąc złotych na tę przyjemność! Iopłacić pana Pawła. Żyć mi się odechciewa... Takie pieniądze?!
- Ale za to jeździć pani będzie bezpiecznie i bez mandatów! - pociesza pan Paweł.
Aaaa z czego będę żyła zimą?!
Jagnięcinę lekko przypaliłam, bo zagadałam się z panem Pawłem. Szlag by to trafił!
Za to moi goście udawali albo nie czuli, wynosząc moje zdolności kulinarne pod niebiosa.
- Pani Gosiu, to naprawdę baranina?! Ja sądziłem, że ona ma taki ostry zapach! A tu pyszności takie! - To pan Marian z Krakowa. Miły, bo pierwszy raz u mnie i wszystko im, jego rodzinie, się podoba.
Baranina zimą
Kawałki baraniny okroić z nadmiaru tłuszczu i błon.
Włożyć do miski z wodą i octem owocowym na dobę. Nie solić.
Po wyjęciu i osuszeniu pokroić na porcje i obsmażyć na oleju z łyżeczką smalcu.
Włożyć do garnka żeliwnego, na pozostałym tłuszczu zrumienić cebulę i kilka ząbków czosnku. Wlać szklankę wody i podlać baraninę·
Wersja wytrawna:
Dusić na małym ogniu kilka godzin do miękkości. Dodając ziele angielskie (mało) i listek laurowy, pod koniec zaś kilka listków tymianu lub majeranku (lepiej tymianek), zalać całość szklanicą czerwonego wytrawnego wina. Pieprz na końcu - z młynka i sól także.
Odstawić na dwie godziny lub dobę.
Podawać z brukselką i ostrą surówką szwedzką.
Jako dopełnienie - kuskus albo ryż.
Wersja śmietanowa:
Miękką, już uduszoną baraninę zaciągnąć kubkiem śmietany z ciutką mąki. Zmiażdżony ząbek czosnku dać po zdjęciu z ognia. .
I zamknąć przykrywką.
Baranina tak z buraczkami powinna sąsiadować. Jakimi bądź. Jako gorąca jarzyna, jako ćwikła lub małe buraczki z octu. KoniecznieJ.,;,
Jako wypełniacz ziemniaki puree lub kluseczki kładzione, znakomite też pyzy ziemniaczane lub poznańskie.
Już nie zaprzyjaźniam się z gośćmi jak wtedy, za pierwszym razem, gdy przyjechali Czajkowscy i Soplicowie, Kwintowie... Wtedy było jakoś tak rodzinnie, intymnie, a teraz nabrałam dystansu i jestem mniej wylewna i bardziej asertywna.
- I całe szczęście - mówi Janusz. - Rodzinę ma się jedną, a to są tylko pa... pacjenci.
- ...klienci. Goście - poprawiam go.
- No i nie musisz im... wiesz co.
- Wiem, Janusz. Nie mam kompletnie na nic czasu... Ani na fryzjera, na kino, na siebie. O mój Boże, nie wiedziałam, że to taki wysiłek.
Opieram głowę o jego ramię. Już noc. Niedawno skończyłam zmywanie, a moi goście przytrzymali mnie na pogawędce. Ludzie! Mam swoje życie!!!
Paula siedzi w pokoju i szyje. Też jest rozbita i zamyślona.
Zbiera się na burzę. No i nie pójdziemy na spacer! Janusz wzdycha, ja sprzątam werandę, żeby nic nie zamokło. Zostajemy na zewnątrz. Wieje, a wiatr bawi się piaskiem i kurzem z drogi. Akurat, gdy mnie przytulił mój Zielonooki Potwór, zobaczyłam kątem oka, jak chmura tego brudu z drogi obok domu osiada na suszącej się pościeli... Mojej osobistej!
- Nie mogę już - prawie się rozbeczałam w Januszowe ramię. - Nie siły na wszystko! Mam dość! Janusz!
Gładził mnie po głowie i milczał. Nic nie poradzi. Przecież sama chciam mieć pensjonat! Tyle tylko, że tę pościel zdjął. I podał mi ją bez słów, a w łóżku westchnął i tylko przytulił. Chyba czuł, że znów jestem bez nastroju.
Miłość nad rozlewiskiem
Wydawnictwo: Zysk I S-Ka
Oprawa: miękka
Ilość stron: 350
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 29,60
Cena detaliczna: 34,82
U nas taniej o 15%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Miłość nad rozlewiskiem uświadamia, iż życie ciągle nas zaskakuje i dostarcza wielu powodów do tego, by nie bać się śmiałych decyzji, bądź do tego by trwać przy tych raz podjętych. Najważniejsze to czuć, myśleć, być kowalem własnego losu...
III część bestsellerowego cyklu, będąca kontynuacją Domu nad rozlewiskiem.
`Małgorzata Kalicińska po raz kolejny udowadnia, że rodzinę dobrze jest mieć nie tylko na zdjęciu.`
Joanna Brodzik
`Prawdziwa, dojrzała miłość oparta na trosce, poczuciu wspólnoty i odpowiedzialności może przełamać stereotypy i schematy. Życie wbrew schematom wcale nie jest trudniejsze, a może być nawet ciekawsze. Dwie narratorki pokazują, że ten sam świat widziany różnymi parami oczu jest zupełnie odmienny. Bo każdy z nas tworzy swój własny scenariusz na życie, nad rozlewiskiem albo gdziekolwiek. Najważniejsze w budowaniu szczęścia okazuje się dobre nastawienie: trochę wewnętrznego ciepła, poczucie humoru i optymizm. Warto zatopić się w tę książkę, aby znaleźć w sobie wiarę w dobre życie.`
Katarzyna Korpolewska, psycholog, publicystka, autorka książek Tamten poranek i Matka z córką. Rozmowy intymne
`Droga Pani Małgorzato!
Podobno tą drogą można się z Panią kontaktować? To próbuję. Mam 48 lat. Nie jestem Vickiem, tylko niestety prezesem. Nie agencji reklamowej, ale firmy konsultingowej. Jeden diabeł. Jeżdżę samochodem od klienta do klienta praktycznie przemierzając całą Polskę. Czasami robię w jeden dzień po 700 km. Wpadłem na genialny pomysł, żeby zamiast słuchać ogłupiającej muzyki puszczanej w większości stacji radiowych i tych tam ble, ble polityków i innych nawiedzonych, to lepiej słuchać książek.
Kupiłem w Empik-u płytę z Pani książką. Czytałem, a właściwie słuchałem. Nie chciało mi się stawać w przydrożnych barach (co czyniłem namiętnie - i widać po mnie). Słuchałem. Żałowałem, że nie mam większego baku, bo musiałem się zatrzymać, żeby zatankować. Następnie od rana spieszyłem do samochodu bo w nim była Pani książka Dom nad rozlewiskiem. Tak lekko się jechało! Śmiałem się sam do siebie w niektórych momentach. Słucham Pani książki od nowa. Zakochałem się w jej dialogach i opisach przyrody i jedzenia. Proszę mi wierzyć, że jedyny raz, kiedy musiałem zatrzymać się w barze, to wtedy, kiedy mowa była o parówkach. Zamówiłem parówki, takie zwykłe z musztardą - zwykłą. Tak mi wtedy smakowały jak za dawnych lat.
Kupiłem kilkanaście sztuk Pani książki i zacząłem rozdawać ją moim kolegom prezesom i koleżankom prezeskom. Zwolniłem. Nie mogę całkiem się zatrzymać, bo ciąży na mnie utrzymanie rodziny, ale podchodzę z większym spokojem do wielu spraw. W firmie zacząłem doceniać doświadczenie kobiet (a 90% załogi to panie).
Dziś dzielę moich przyjaciół na tych, którzy z tej książki coś zrozumieli i na tych, dla których była to jakaś zwykła taka sobie tam beletrystyka. Dziękuję, Pani Małgorzato.
Myślę, że najbardziej to Pani powinna podziękować moja żona, Ona czuje te zmiany, które zaszły w mojej głowie, które zaczęły się trochę wcześniej, ale jednak Dom nad rozlewiskiem dał temu wszystkiemu kopa.
Pozdrawiam!
Tomasz Sikora, biznesmen`
Małgorzata Kalicińska - Kobieta Domowa, pisząca od niedawna. Ukończyła SGGW - AR w Warszawie. Pracowała w wielu zawodach, zyskiwała i traciła, ucząc się prostej prawdy, że los jedną ręką zabiera, ale drugą - daje. Uważa, że jej największym sukcesem są fajne i mądre dzieci - reszta, to drugi plan. Optymistka i kobieta z humorem, autoironią konieczną do życia po pięćdziesiątce. Współpracuje z czasopismem Bluszcz i ciągle uważa, że warto pisać, dopóki ludzie czytają.
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, powieść społeczno-obyczajowa, dla Mamy, książki |
| Wydawnictwo: | Zysk I S-Ka |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 155x235 |
| Ilość stron: | 350 |
| ISBN: | 978-83-7506-266-3 |
| EAN: | 9788375062663 |
| Wprowadzono: | 01.12.2008 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęKarolina Kurpiewska eirene1(at)o2.pl 2 sierpień 2010
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Ciekawy zabieg literacki polegający na dwutorowej narracji prowadzonej przez dwie bohaterki, wprowadza do książki nie tyle innowacyjność, co zamieszanie. Zdarzało mi się przyłapać na czytaniu fragmentu, gdzie zamiast skupić się na treści próbowałam zgadywać która z narratorek w danym momencie opowiada o zdarzeniach. Narracja Pauli trąci trochę narracją Gosi. Zdecydowanie u tej autorki wolałabym narrację jednoosobową jak w pierwszej części książki. Ale dość o formie, przejdźmy do treści Nadal pojawiają się problemy, ktoś zachodzi w ciążę, ktoś umiera, letnicy tłoczą się w pensjonacie, a wszystko w lukrowanej otoczce rozlewiska, przepisów kulinarnych, porad kobiet, które niejedno w życiu przeżyły, wzajemnego wsparcia i miłości braterskiej. Doza słodkości w porównywalnej porcji co w pierwszej części. Mi jednak zabrakło trochę magii i trochę dziegciu w tej sielance, choć przyznam, że czytadło jest całkiem nieźle napisane, a najlepiej nadaje się na długie zimowe wieczory przy kubku parującej herbaty (i najlepiej talerzykiem konfitur).
niunia00 15 czerwiec 2010
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Kalicińska pisze bajki dla dorosłych. I dobrze. A bajki dlatego, że jej świat jest przesycony dobrymi intencjami, wrażliwością, gotowością do dawania i brania uczuć. Przytulnie jest u Gośki i swojsko, a ta atmosfera otula nas i zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Zmusza też do spojrzenia w głąb siebie, dotarcia do dawno porzuconych marzeń i wizji, ugłaskania zapomnianego wewnętrznego dziecka. Najpiękniejsze jest to, że Miłość nad Rozlewiskiem" może stać się istotnym elementem samorozwoju, odnalezienia swojej drogi w gęstym lesie, a tym samym...szczęścia. I nie musimy od razu porzucać posad i zaszywać się na Mazurach siorbiąc krupniczek. Wystarczy, że dojrzymy piękno w każdym płatku śniegu, uśmiechu bliskiej osoby albo promieniach słońca. Stan ducha zależy tylko od naszego spojrzenia na codzienność, niech więc będzie ona barwna i intensywna, tak jak w książkach Kalicińskiej. Serdecznie polecam.
Joasia 19 luty 2009
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Są książki, które mają moc wskrzeszania zapachów, smaków i pięknych chwil. Są książki, które choć bajkowe i nieco może "przesłodzone", stanowią ukojenie między kolejnymi mniej udanymi zdarzeniami w naszym życiu. Pozwalają dostrzec w rzeczywistości to Coś, dzięki któremu po prostu warto żyć. Nie lubię płytkich i babskich książek, ale ta akurat mi się spodobała - dała mi chwilę jakiegoś spokoju, powrotu do babcinych konfitur, przypomniała gościnnych sąsiadów ze wsi, kusiła herbatą z cytryną wypitą w rodzinnej atmosferze i miską tradycyjnego polskiego rosołu smakującego odświętnym niedzielnym obiadem. Napisałam, że ta książka jest bajkowa. To prawda i nieprawda. Pierwowzorem głównej bohaterki, Beaty, kobiety, która oddała syndykowi posiadłość na Mazurach, jest sama autorka. To widać, że ta książka nie jest zmyślona. Jest tak prawdziwa, jak prawdziwe jest życie. Nigdy wcześniej nie trawiłam przydługich opisów przyrody, przepisy kulinarne - zgroza. A w tej książce chłonęłam każde słowo, delektowałam się każdą potrawą! Czułam ogromny niedosyt, gdy tak szybko się skończyła. Autorka w prosty i przystępny sposób opisuje trudne relacje międzyludzkie. I nawet jeśli polska wieś opisana jest w sposób nieco przecukrowany, to miło jest wrócić na chwilę do polskiej tradycji i gościnności. Mnie ta książka ujęła całkowicie i gorąco ją polecam wszystkim, którzy potrafią docenić prostotę i ciepły klimat. "Miłość nad rozlewiskiem" uświadamia nam, że życie ciągle zaskakuje i dostarcza wielu powodów do tego, by nie bać się śmiałych decyzji, bądź do tego, by trwać przy tych raz podjętych. Najważniejsze to czuć, myśleć i być kowalem własnego losu. Ta książka to balsam dla duszy. Pani Małgorzato - poproszę o jeszcze...
agusiaa aga782121867(at)wp.pl 5 grudzień 2010
Miłość nad rozlewiskiem specjalnych niespodzianek nie przynosi. Dom Gosi i jej matki wciąż pozostaje azylem dla zbłąkanych dusz. Tym razem dołącza do nich Paulina, która właśnie wpadła w tarapaty, o dziwo, bez udziału szurniętej mamusi; postarała się o nie sama... Reszta bez zmian. Rozstania i powroty par znanych z poprzednich części, szalone miłości, które po paru miesiącach (czasem tylko tygodniach) okazują się pomyłką. No i niezmiennie obecne u Kalicińskiej WIELKIE ŻARCIE. OK, z tego składa się życie. Ale ileż można czytać w kółko o tym samym? Co się autorce na pewno udało, to stworzenie specyficznego klimatu, który faktycznie może uwieść czytelnika. Szczególnie tego zaganianego, mającego za oknem betonową pustynię, żywiącego się gąbczastymi bułami z hipermarketu i wędlinami złożonymi głównie z wody, zagęstników i, być może, niewielkiego dodatku mięsa. Na deser nieszczęśnik zakąsza rzadką galaretką, w której pływają trzy wisienki, przez producenta zwaną szumnie dżemem lub, o zgrozo, konfiturą. Jak więc ma się nie zakochać w miejscu, gdzie wokół łąki i pola, i pełen grzybów las, i ogród, w którym owoce zbiera się, gdy naprawdę dojrzeją, a nie na wpół zielone by nie zgniły, zanim dojadą do klienta. Potem z tych wszystkich wspaniałości robi się cudowne przetwory i zajada z domowym chlebusiem, ach! Jak nie polubić domu, który przygarnie każdego życiowego rozbitka, swym ciepłem lecząc wszystkie jego smutki i dając siłę do stawienia czoła problemom. A jednak, mimo wszystko, coś z tą całą serią jest nie tak. Uważny czytelnik znajdzie mrowie co najmniej dziwnie postawionych przecinków i kulawizny gramatyczne (mówiąc to, popłynęły mi łzy itp. kwiatki). Drażnią też niektóre powtarzane do znudzenia frazy (żucie szmat)*. No, ale tu wystarczyłaby porządna redakcja i korekta, i książka byłaby uratowana. To jednak nie to. I, jakoś tak dopiero po lekturze trzeciej części, nagle zaskoczyłam. Chyba największy problem jest w tym, że wszystkie postacie są spod jednej sztancy. Kobiety, prawie co do jednej, przy każdym facecie wykazującym nimi choć śladowe zainteresowanie tracą rozum z kretesem (z niepełnosprawną umysłowo Kaśką włącznie) i ładują się chłopu do łóżka. To samo dotyczy mężczyzn każdy, w dowolnej chwili, jest gotów przelecieć, co się nawinie. Niby autorka usiłowała zróżnicować swoich bohaterów (np. rozsądna córka Gosi kontra narwana artystka Paulina), ale nijak jej to nie wychodzi. Nie ma się więc co dziwić, że ta cała gromadka, poza paroma oczywistymi prawdami życiowymi, w sumie nie ma wiele do powiedzenia. Może z wyjątkiem podawania całkiem apetycznych przepisów. Ale to można znaleźć w książkach kucharskich. Od literatury oczekuję nieco więcej.
Zobacz również
