Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Krystyna, 1963, Wrocław
Krystyna pracowicie rozdzielała igłą posklejane tuszem rzęsy. Kreski wyszły idealne, jak z żurnala. Zalotka spełniła swoje zadanie i rzęsy miały pół kilometra długości. Tylko ten upiorny tusz się sklejał. Dlatego od pięciu minut mordowała się z igłą. Właśnie dziś chciała wyglądać perfekcyjnie. Odbicie w lustrze pokazywało pieczołowicie wykrochmaloną kieckę na stu halkach, czerwoną jak grzech. Z gramofonu kupionego za pierwszą nauczycielską wypłatę płynęły słowa jakże pasującej piosenki: „…spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka… dziś, właśnie dziś, obym była tak piękna…”. Tak, to dzisiaj zdobędę go na zawsze, pomyślała. "...Bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść..." – zawodziła Violetta Villas ze zdartej płyty.
Krysia zakochała się dwa lata temu. Boże! Jakie wspaniałe były te dwa lata. Rysiek, najprzystojniejszy lekarz, jakiego miała wykształcić Wrocławska Akademia Medyczna, do tego absolutnie samodzielny i niezależny. Miał spółdzielcze m-2 w nowym budownictwie, mimo że był przecież kawalerem. Krysia podziwiała jego zaradność. Jakże cudowne chwile przeżywali razem w tym mieszkanku. Traktowała je jak ich wspólne gniazdko. Upiększała, ozdabiała, całe pensje zostawiała w firaneczkach i bibelotach do „ich mieszkanka”. Mama Krystyny irytowała się, że córka prawie nie mieszka w domu. Kryśka tkwiła po uszy w praniu, gotowaniu i prasowaniu koszul ukochanego Rysia, matka czepiała się o ślub. Żądała powrotów do domu na noce – przynajmniej do zaręczyn. Boże, jaka ona nieżyciowa. Przecież się kochają. Dla Krystyny zaręczyny i ślub były czystą formalnością. Bez nacisków napomykała Rysiowi o konieczności poznania się rodzin, ale ciągle to odkładali. On kończył studia. Utrzymywali go rodzice, tłumaczył więc, że nie chce ich dodatkowo obciążać synową przed dyplomem. Dziwne, bo przecież ona zarabiała. Pracowała od trzech lat, od momentu ukończenia szkoły pedagogicznej. Studia musiała na razie odłożyć. A zresztą, po co studia. Przecież i tak jako żona lekarza będzie się zajmowała mężem i domem. Niemiłym zgrzytem jednak była ta jego niechęć do przedstawienia jej rodzicom. Ryszard pochodził z arystokratycznej rodziny, której udało się przeżyć wojnę i przetrwać. Co prawda, nowa Polska odebrała im cały majątek, ale na szczęście ojciec Rysia był człowiekiem życiowym. Zapisał się do partii wystarczająco szybko, żeby mimo „złego” pochodzenia społecznego miękko wylądować. Ordynator szpitala wojewódzkiego, wysoko postawiony członek partii, słowem, totalne wyżyny społeczne. Matka Rysia, hrabianka Janicka z domu, miała wobec syna niebosiężne plany. W ciągu tych dwóch lat życia z Rysiem nie doszło do spotkania Krysi z jego rodzicami. Nawet się nie ukrywali, po prostu nic nie mówił rodzicom o narzeczonej. Nie mieli pojęcia. Tłumaczył jej, że to za wcześnie, że niedługo im powie, że to szok, bo te klasy społeczne… Jakie klasy społeczne? Dopiero po wizycie u rodziców Krystyny, kiedy jej mama, Maria, zaczęła snuć wspomnienia sprzed wojny, Ryszard przestał się migać. Najpierw długo wypytywał o ten utracony majątek w Wielkopolsce, kazał sobie ze szczegółami opowiadać o balach, zalotnikach i kuligach, a potem z głupia frant rzucił:
– No widzi pani, jaka figlarka z tej Krysi? Opowiada, że jej tatuś jest szewcem, a pani pracowała w polu.
– Bo to prawda, panie Ryszardzie. – Mama Krystyny pokiwała głową. – Popełniłam mezalians. Zakochałam się w Stachu i uciekłam do niego. Mama nie wybaczyła mi tego nigdy. Zamieniłam perły i salony na motykę i strzechę. Ależ to był skandal! – Roześmiała się perliście.
– I nie żałowała pani? – Zrobił wielkie oczy.
Maria spojrzała na niego z zastanowieniem.
– Zdarzały się chwile, kiedy naprawdę było bardzo ciężko – odpowiedziała po namyśle. – Najtrudniej, kiedy mojego męża Niemcy wywieźli na roboty. Proszę sobie wyobrazić rozpieszczoną panienkę z dobrego domu, samą z dwuletnim dzieckiem, w lichej, zimnej chałupie, bez środków do życia. Nawet tego nędznego poletka nie umiałam obrobić. Co posiałam – zmarniało. Jedyne, co potrafiłam uprawiać, to orchidee! Na szczęście Bóg czuwał nad nami. Bogaty Niemiec szukał nauczycielki dla córki. Zaczepił mnie po mszy w kościele. No bo przecież we wsi wszyscy wiedzieli, że ten biedak Stach wziął sobie uczoną pannę ze dworu. Niemiecki, francuski i angielski wyniosłam z domu. Poznańska pensja dla panien dała mi, jak na przedwojenne czasy, niezłe wykształcenie. Po wsi poszła fama. Niby wstyd był u Niemca pracować, ale dla mnie wtedy wstyd się nie liczył. Krysia leżała z wysoką gorączką, a ja nawet nie miałam z czego upiec chleba. Dostałam posadę, jedzenie, ciepły pokój dla mnie i Krysi. Ten Niemiec był dla nas dobry, trzy lata u niego pracowałam. Kiedy postanowił uciekać przed Rosjanami, zabrał nas ze sobą. A potem już mój mąż nas odnalazł. Tu, we Wrocławiu. – Zamyśliła się. – Nie, panie Ryszardzie, nie żałuję. Zresztą teraz i tak żadne różnice społeczne się nie liczą. Pojęcie mezaliansu przestało istnieć, liczy się tylko miłość.
– No właściwie tak – wymamrotał Ryszard bez przekonania.
To po tej rozmowie ustalili termin zaręczyn. I wtedy zaprosił ją oficjalnie do swojego domu. A ta wizyta obróciła życie Krystyny w gruzy.
Drzwi otworzyła służąca. Zaprowadziła ich do onieśmielającego salonu-biblioteki. Tam zostali posadzeni w głębokich klubowych fotelach przy niskim stoliczku. Służąca wniosła herbatę i ciasteczka. Za nią wszedł wyperfumowany i szalenie elegancki ojciec Rysia.
– Witaj, synu – rzucił prawie w biegu – matka zaraz do ciebie przyjdzie, muszę lecieć, pogadamy w niedzielę.
Krystyny jakby nie zauważył, nie zapytał o nią, zignorował ją kompletnie. Tak też się poczuła – jak nikt. Rysiek nawet gestu nie zrobił, żeby ją przedstawić.
Nie zdążyła nawet ust otworzyć, gdy do salonu wpłynęła szalenie dystyngowana, drobna dama.
– Witaj, kochanie – zwróciła się do Ryszarda.
– Och, witaj, mamusiu, stęskniłem się. – Nowe, nieznane wcześniej Krystynie nutki w jego głosie, strachu przemieszanego z nadskakiwaniem, niemile ją zaskoczyły.
– Poznaj proszę moją… to jest… koleżankę, tak, koleżankę, Krystynę.
Krysia wstała i wyciągnęła rękę, przedstawiając się głośno i wyraźnie:
– Krystyna Jałoch.
Jej ręka zawisła w powietrzu. Dama skinęła głową i bez słowa usiadła przy stoliku. Najpierw długo celebrowała nalewanie herbaty, potem odezwała się do syna:
– Marianna przyjeżdża w czwartek, tak więc już nie musisz się kłopotać o towarzyszkę na bal.
Ryszard zaczerwienił się jak burak.
– Tak, mamo.
Krystyna siedziała sztywno wyprostowana, nic nie rozumiejąc. Przecież na sobotni Bal Medyka, ukoronowanie roku akademickiego, mieli iść razem. Coś tu było szalenie nie w porządku. Nigdy nie uciekała przed konfrontacjami, zawsze stawiała sprawy prosto i uczciwie. Była pewna, że jej ukochany jest taki sam. Tu jednak coś straszliwie nie grało. Dyskretnie kopnęła Ryśka pod stołem. Odpowiedziało jej jedynie ciężko przerażone i spłoszone spojrzenie. Dosyć! Wzięła sprawę we własne ręce i niepytana oznajmiła:
– Cóż, szkoda, że małżonek pani nie znalazł czasu dla nas. Przyszliśmy, aby państwo mogli mnie w końcu poznać.
– W końcu? – pytająco wycedziła różanymi usteczkami mama Ryszarda.
– No tak – Krysia uśmiechnęła się czarująco – już dwa lata jesteśmy razem, jak zapewne pani wie. Ustaliliśmy termin zaręczyn, więc chcieliśmy w imieniu moich rodziców serdecznie państwa zaprosić na tę uroczystość.
Rysio spurpurowiał, przyszła teściowa zbladła.
– Niedorzeczność! – skwitowała ostro. – Ryszard ma przed sobą wspaniałą, już ustaloną przyszłość. Pani się myli! Ryszard! – rzuciła rozkazująco.
Rysio zerwał się z fotela, stanął na baczność i, jąkając się, zaczął zeznawać:
– Mamusiu, ona jest ze szlacheckiej rodziny po kądzieli… z Wielkopolski… tam majątek im przepadł… bo wojna. I dwa lata się… bo ona dba o mnie… I sama mówiłaś, że wydoroślałem… a Marianna już tyle czasu w Warszawie. Bo ja myślałem…
– Bzdura! – Hrabianka de domo Janicka elegancko podniosła się z fotela. – To, synu, że przestałeś przynosić do domu pranie, nie świadczy o twojej samodzielności. Proszę pannie zapłacić za usługę i zakończyć tę znajomość. Marianna wraca po studiach do narzeczonego i nie życzę sobie, żebyś mi tu fanaberie wyczyniał. Do zobaczenia w niedzielę na obiedzie. Służba was odprowadzi.
Po czym, nie dopuszczając nikogo do słowa, po prostu wyszła.
Krystynę zamurowało. Kompletnie nie rozumiała tego, co przed chwilą zostało powiedziane. Narzeczona? Zapłać za usługę? Co to ma niby być?
Ryszard odzyskał wigor, wyciągnął ją za łokieć z fotela, prawie wypchnął z domu i w piorunującym tempie zawlókł do taksówki. Całą drogę usta mu się nie zamykały. Coś tam brzęczał, że się wyjaśni, że trzeba czasu, że ble, ble ble. Wcisnął ją do taksówki, podając adres rodziców Krystyny.
Właściwie całą drogę nie myślała o niczym. Właściwie nie myślała o niczym przez całą bezsenną noc. W pracy, patrząc na ufne buzie pierwszoklasistów, też nie myślała. Cztery godziny czytała dzieciom na głos bajki, tylko po to, żeby nie myśleć. Cały ten czas, jak przez mgłę, jak niezmienne tło, dźwięczały jej w głowie słowa „proszę pannie zapłacić za usługę”. Nie cierpiała, nie płakała, nie analizowała. Tkwiła w zawieszeniu. Czekała.
Ryszard nie przyszedł po nią pod szkołę jak co dzień.
Powlokła się sama do „ich mieszkania”.
Klucz nie pasował do zamka.
Wróciła do domu rodziców.
Matka gotowała coś w kuchni. Odwrócona plecami nie zauważyła jej powrotu. Dobrze. Krysia przemknęła do swojego pokoju. Na tapczanie leżały dwa kartony. W jednym kłębiły się jej własne drobiazgi i ubrania, które trzymała u Ryszarda, w „ich mieszkanku”. W drugim ukochany gramofon kupiony za pierwszą wypłatę. Ten sam, którego słuchali z Rysiem w najpiękniejszych, najintymniejszych chwilach. To wszystko. To nie może być prawda. Rzuciła torebkę i pobiegła do kuchni, do matki.
– Mamo? Rysio tu był? U mnie w pokoju? – wyrzuciła z siebie pytania w tempie karabinu maszynowego.
– Nie, córeczko. – Matka odłożyła łyżkę do zupy, wytarła ręce i zbliżyła się do niej z szeroko otwartymi ramionami, jak bezpieczna przystań, w którą można się wtulić. – Kochanie… – zaczęła miękko coś mówić.
– Nie! – Krystyna cofnęła się o krok. – Nie dotykaj mnie, mamo, nie mów nic. Nie! Nie teraz. – Odwróciła się i wyszła do swojego pokoju.
Kolejna noc, bez snu, bez łez, bez myśli. O szóstej rano Krystyna wyszła z domu, nie budząc matki. Poszła do przychodni. Zwolnienie dostała bez problemu – na swoje płuca po przebytych chorobach zawsze mogła liczyć. Wystarczyło jedynie poprosić o L-4 i już je miała. Powolutku otwierały się wszystkie szufladki w mózgu. I te odpowiedzialne za myślenie konstruktywne i te przechowujące wspomnienia. Zespołowa praca komórek mózgowych, które po dwóch dniach bezczynności zechciały się wreszcie uaktywnić, dała efekty. Krysia wróciła do domu. Ojciec już wyszedł do pracy. Usiadły z mamą przy kuchennym stole, zrobiły sobie herbatę.
– Mamo – zapytała bardzo spokojnie, z suchymi oczami – kto przyniósł moje rzeczy?
– Marek, córeczko. – Matka pogładziła ją spracowaną dłonią po policzku. – Marek to dobry chłopak, lojalny i przyzwoity. Nic nie mówił, prosił tylko, żeby ci to oddać. Porozmawialiśmy chwilę przy herbacie. Chyba był strasznie wściekły, bo mu się wyrwało, że żeby nie ty… bo ten bałwan jest świnia. Niewiele z tego rozumiem, ale chyba ta świnia i bałwan to Ryszard? Zgadłam?
Krystyna milcząco skinęła głową.
– Mamo, nie chcę o tym rozmawiać. Nie dziś, dobrze?
– Dobrze, kochanie. – Maria napiła się herbaty. – Marek powiedział, że jakbyś czegokolwiek potrzebowała, to on siedzi do niedzieli w bibliotece, bo uczy się do egzaminów.
Posiedziały w milczeniu w ciepłej, przytulnej kuchni. Kiedy mama wyszła na zakupy, Krysia nastawiła sobie płytę z ukochaną Koterbską i zaczęła rozmyślać. Rzeczywiście, Rysio okazał się świnią. Bez słowa się od niej odciął – tchórz. Ale przecież była pewna, że ją kocha. Może go te zdegenerowane, arystokratyczne elementy zmuszają do tamtych zaręczyn. Gdyby chciał się ożenić z tą całą Marianną, to przecież nie byłoby dwóch ubiegłych cudownych lat. Na pewno można wszystko naprawić. Odzyskać Rysia i swoje życie. Tylko jak? Marek. Marek to ich wspólny przyjaciel. Podkochiwał się w niej całą wieczność, dwa lata temu poznał ją z Rysiem. Kiedy zaczęli się regularnie spotykać, Marek z honorem się wycofał. Nadal jednak pozostał ich wspólnym przyjacielem. Jeśli porozmawia z Markiem, na pewno wiele się wyjaśni. Szybko zrobiła makijaż i ruszyła do biblioteki. Marek tam był, siedział w kącie, obłożony książkami, i notował. Kiedy podeszła, wyglądał na zmieszanego.
– Witaj, Krysiu. Tak mi przykro… – zaczął, wstając na powitanie.
– Och, daj spokój, nikt mi nie umarł. – Słysząc jej spokojny, rzeczowy ton, Marek wyraźnie odetchnął.
– Pogadalibyśmy chwilkę, co? – Krysia rozejrzała się po cichej czytelni uniwersyteckiej – Ale może nie tutaj. Mógłbyś wyjść na chwilkę?
– Dobra, czekaj, tylko sobie przechowalnię na książki załatwię. – Marek sprawnie pozbierał bałagan z biurka i powędrował ze schludną wieżą podręczników do bibliotekarza. Już po chwili siedzieli w zadymionej piwniczce kawiarenki Małgosia w Rynku.
– No, co tam, Krysiu? Mogę ci ciacho zafundować? – Uśmiechnął się do niej nieśmiało.
– Zgoda, jedno firmowe. Niby o linię dbać nie muszę, ale kto tam wie? – Krystyna odpowiedziała mu uśmiechem i wzięła byka za rogi. – Słuchaj, znasz Rysia dłużej niż ja, powiedz mi uczciwie, co się właściwie stało? I może wiesz, kto to jest Marianna?
Marek wyraźnie zagotował się w środku. Nie kluczył, nie zmieniał tematu, nie tchórzył, ale widać było wyraźnie, że jest wściekły i czuje się bardzo niezręcznie.
– Nie wiem, jak do tego doszło, ale Rysiek oświadczył, że z wami koniec, bo wraca Marianna. I wręcz zmusił mnie, żebym ci odwiózł rzeczy. Nawet taksówkę sfinansował. Powiedział, że wszystko ci wytłumaczył, i tyle. O Mariannie wiedziałem od zawsze, tylko że ten drań mnie zwyczajnie okłamał. Kiedy wyjechała, twierdził, że to koniec, bo tak się umówili. Wtedy podrywał wszystko jak leci. Kiedy was poznałem, Marianna była przeszłością. Zresztą gdybym wiedział, że to się tak skończy, nigdy bym nie dopuścił do tej znajomości. Krysiu, wybacz mi. Nigdy nie przestałbym o ciebie walczyć, ale ty byłaś z nim taka szczęśliwa. I jeszcze, na dodatek, on się ustatkował. Przy tobie przestał szaleć, nawet byłem pewien, że jest ci wierny. Dlatego dziś nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.
– Marek, spokojnie. – Plątanina wątków i wyraźna skrucha Marka nie pozwalała Krystynie zebrać myśli. – Po kolei. Opowiedz mi po kolei o Mariannie i Rysiu.
– No dobra, po kolei. To słuchaj.
(…)
Matki, żony, czarownice
Wydawnictwo: Prószyński I S-Ka
Oprawa: miękka
Ilość stron: 496
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 27,13
Cena detaliczna: 31,92
U nas taniej o 15%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Kiedy głównej bohaterce, 40-letniej szczęśliwej mężatce, wali się na głowę jej cały uporządkowany świat, los otwiera przed nią kolejne drzwi. Asia buduje życie od nowa, a dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności poznaje przeszłość swojej rodziny i własne korzenie. Zwyczajne życie współczesnej kobiety (małżeńska zdrada, wychowanie dziecka, utrata pracy, wiązanie końca z końcem) zmienia poznanie tajemnicy, która skrywała zaskakujące losy wielu pokoleń kobiet z jej rodu. Odnaleziony po latach testament Laverny, prababki głównej bohaterki, to prawdziwy majątek rodzinny, choć nie pieniądze są jego wartością.
Joanna Miszczuk (ur. 1964) - wrocławianka duchem, choć rzadko ciałem. Obecnie mieszka i pracuje w Berlinie. Singiel. Matka 12-letniej córki. Z wykształcenia pedagog, absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Zawodów ma wiele. Przez 20 lat prowadziła wraz z mężem własne firmy. W tym okresie przeprowadzała się osiem razy. Mieszkała w Niemczech, Francji i Polsce. Mówi czterema językami. Ulubione miejsca: Wrocław, Montmartre w Paryżu, Berlin i Sopot. Pisze od zawsze. Wcześniej były to głównie teksty kabaretowe. Lubi musical, literaturę fantastycznonaukową i nowe wyzwania. Nie cierpi polityki, gotowania i kłamstwa.
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, saga rodzinna, dla Niej, książki |
| Wydawnictwo: | Prószyński I S-Ka |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 125x195 |
| Ilość stron: | 496 |
| ISBN: | 978-83-7648-917-9 |
| EAN: | 9788376489179 |
| Wprowadzono: | 20.09.2011 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęJoanna Korneta - 27 wrzesień 2011
recenzja nagrodzona 5.00pkt
Na takie powieści popyt będzie istniał zawsze. Któż bowiem nie marzy o tym, by po ciężkim dniu zatopić się w pełni w lekturze przynoszącej relaks, rozrywkę i wytchnienie? Która czytelniczka oprze się zbiorowi życiowych historii o wielkich namiętnościach? Joanna Miszczuk tworzy opowieść o kobietach z jednego rodu, sięgającego aż do czasów średniowiecza (a reprezentowanego po dziś dzień). Wszystkie bohaterki łączy wiara w prawdziwe uczucie i obecność symbolicznego pierścienia miłości i przebaczenia - niemy świadek dramatów i nieszczęść kolejnych pokrzywdzonych pań błyska diamentowym blaskiem i przypomina o tym, co w życiu jest najważniejsze. Autorka książki wykorzystuje koloryt lokalny i fakty historyczne dla uprawdopodobnienia narracji, dzięki czemu dodaje smaczku kolejnym pomysłom. A bogactwo tych zachwyca: jedna z kobiet nie może znaleźć odpowiedniego dla siebie partnera, inna wychodzi za mąż z wyrachowania, a miłość odkrywa, kiedy jest już na nią za późno, jeszcze inna rzuca się w ramiona inkwizytora, kolejna za to staje się kochanką pewnej znanej postaci... Miszczuk dość swobodnie porusza się w rozmaitych epokach, a przy tym ma wyrazisty pomysł na książkę. Uwalnia się od stereotypowych obrazów i mód, panujących w literaturze rozrywkowej dla pań, buduje powieść dość oryginalną i przyjemną. Dobrze radzi sobie z opisywaniem wydarzeń: umie budować dramaturgię i płynnie przechodzić od jednej bohaterki do drugiej, a ten spokój tkwiący w narracji przekłada się potem na spokój czytelniczek. Bo "Matki, żony, czarownice" to powieść przede wszystkim dla pań - i jako taka zająć powinna wysokie miejsce wśród książek spod znaku literatury na obcasach. Koi, wciąga, relaksuje.
Paulina Kłos paulina.klos(at)gmail.com 13 styczeń 2012
„Bywają w życiu chwile, których ból daje się zmierzyć dopiero po jego przeżyciu i wówczas dziwi nas, iż zdołaliśmy go znieść.” Pierwszy raz miałam do czynienia z polską, kobiecą sagą. Historia pokolenia kobiet, które spotykało rozczarowanie i ból. Ich jedyną winą była... miłość. Joanna Miszczuk rozciąga akcje od 1400 roku do czasów współczesnych, każdy z rozdziałów poświęcając innej bohaterce. To, co łączy wszystkie te kobiety, to nie tylko więzy krwi, ale też niezwykły talent do języków obcych, silna osobowość i drogocenny pierścień miłości i przebaczenia przekazywany z pokolenia na pokolenie. Główną bohaterką jest jednak Joanna, czterdziestoletnia, wybitnie zdolna językowo i szczęśliwa matka swojej 12-letniej Kamili. Wydawać by się mogło, iż kobieta ma wszystko, co potrzebne do szczęścia. Dach nad głową, dobrze płatną pracę, śliczną córkę, wspaniałe przyjaciółki, no i przede wszystkim, zaradnego, przystojnego i kochającego męża Piotrka. Świat wali jej się na głowę, w momencie kiedy odkrywa zdradę ukochanego z jedną z jej najlepszych przyjaciółek. Schemat może i banalny, lecz kroki jakie podejmie później, okażą się w jej życiu przełomowe. Przez przypadek trafi na historie swoich prababek. Śledzenie ich starannie spisanych pamiętników i historii pochłoną ją bez reszty. Książka przedstawia nam historię każdej bohaterki od podszewki. Niestety każda z nich opiewa w tragedię, smutek, niesprawiedliwość, skandale, ból i rozczarowanie. Mimo, iż zmieniają się czasy i poziom życia każdej z nich także ulega zmianie, to co pozostaje niezmienne to uczucia. W powieści aż roi się od zdrad, oszustw, przemocy czy uzależnień. Głównym powodem tych wszystkich nieszczęść są mężczyźni. Panie zawsze odgrywają w książce rolę ofiar. Czytelnik odnosi wrażenie, że nad rodem tych pięknych i silnych rudowłosych kobiet ciąży jakieś fatum. Mimo tak dotkliwych nauczek i przeżyć, kolejna potomkini zdaje się popełniać podobne błędy. Czy Joanna zdoła przełamać to fatum? A co z tytułem powieści mają wspólnego czarownice? Dowiadujemy się o historii prababki Joanny, która z powodu swojej niezwykłej zdolności została uznana za wysłanniczkę szatana i spalona na stosie. Z czystym sumieniem muszę wyznać, iż autorka ma u mnie duży plus. Nie jest to banalne i puste ględzenie, mimo, iż książka opowiada o tym jak biedne są kobiety, a mężczyźni to wyłącznie bezduszne, pozbawione skrupułów potwory. Jej powieść jest, mimo lekkiego pióra, wartościowa i niezwykle wzruszająca. Idealnie dostosowuje swój styl pisania do każdej epoki. Jej bohaterki są bardzo wiarygodnie zarówno w czasach współczesnych, jak i w epokach minionych. Na szczególną uwagę zasługują retrospekcję. Napisane są na bardzo wysokim poziomie i śmiało mogę porównać ten styl do Jane Austen czy Charlotte Brontë. Te fragmenty czytało mi się najlepiej. Podczas lektury czułam ducha epoki i niemal słyszałam szelest sukien. Podsumowując, książka jest zadziwiająco dobra. Towarzyszył mi wachlarz różnych emocji, takich jak radość, strach, silne uczucie motywacji, smutek, przygnębienie, lęk, złość czy też melancholia. Jest to idealna powieść dla wszystkich kobiet w każdym wieku.
kasandra-85.blogspot.com kasandra_85(at)wp.pl 30 wrzesień 2011
Bardzo lubię czytać książki o silnych, zaradnych kobietach, których przeciwności losu i zmagania z niełatwą codziennością nie są w stanie złamać. Jedną z takich właśnie lektur jest bez wątpienia niedawno wydana książka „Matki, żony, czarownice” autorstwa Joanny Miszczuk. Nieco o fabule. Bohaterką powieści jest czterdziestoletnia Asia, która wiedzie szczęśliwe życie u boku męża. Niestety ta sielanka kończy się kiedy wychodzi na jaw zdrada współmałżonka. Kobieta musi od nowa poskładać swój świat w jedną całość. Będzie to także moment, w którym nasza bohaterka zacznie poznawać swoją przeszłość i własne korzenie… Czego się dowie i jak to na nią wpłynie? Fabuła książka przede wszystkim owiana jest tajemnicą. I bardzo mi się to podobało:). Sporo tu także silnych emocji, zmagania z szarą rzeczywistości i rzucanymi cały czas kłodami pod nogi. Ale autorka pokazuje, że czasami to co wydaje się nam tragedią otwiera furtkę do innych, czasami lepszych możliwości, poznania siebie i swojego dziedzictwa. Wszystko jest po coś i w konkretnym celu. Nie zabraknie tu też miłości czy zdrady, intryg i ukazania relacji damsko-męskich. Wszystko to napisane niemęczącym językiem i przeplatane retrospekcjami. „Matki, żony, czarownice” Joanny Miszczuk to ciekawie skonstruowana powieść, przy której nudzić się nie powinniśmy. Z pewnością warto zajrzeć do tej rodzinnej sagi, poznać sekret kilku pokoleń kobiet i przyjemnie spędzić czas z książkę. Polecam i pozdrawiam!!
Zobacz również
