Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Klara spodziewała się, że pogrzeb ojca będzie cichy i skromny. W zasadzie taki był. Córka, gromadka przyjaciół, kilkoro kolegów, którym udało się urwać z pracy. I niespodzianka: tłumy ludzi, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Ani Bogusia, ani Kazio, ani bracia nie znali nikogo. Jackowi niewyraźnie przypominały się niektóre twarze. Znaczy, pacjenci przyszli pożegnać pana doktora. Znaczy, pan doktor był w porządku. Proste wnioskowanie.
Przyszli, zostawili kwiaty i poszli. Bo cóż można było zrobić innego?
Żadna oficjalna stypa nie była przewidziana. Klara podziękowała wszystkim, zabrała ojca i babcię - w Polsce babcia życzyła sobie być znowu Hanią, co Vincenta wprawiło w niemały kłopot - i cała trójka pojechała poznawać okolice. Okolice jak gdyby specjalnie się wystroiły na przybycie gości z Francji: dzień był świetlisty, niebo błękitne z kilkoma dyżurnymi chmurkami, zieleń na górach i łąkach soczysta. Zaledwie zdążyli wyjechać z Podgórzyna, sosnowieckie jezioro zrobiło swoje i grzecznie odbiło łańcuch Karkonoszy, wzbudzając tym okrzyki zachwytu babci i pomrukiwanie Vincenta. Co do trasy, Klara została dokładnie poinstruowana przez braci, którzy bardzo się zaangażowali i też chcieli jechać, ale zostali delikatnie zniechęceni przez taktowną Bogusię, czującą, że ma to być ważna wycieczka rodzinna. Zaraz za jeziorem skręciła w prawo i pojechała górą, przez Sosnówkę i Karpacz, zjechała do Kowar piękną drogą biegnącą wzdłuż Czarnego i Kowarskiego Grzbietu, znów wspięła się na przełęcz i obrała kierunek na Kamienną Górę. Nakarmiwszy babcię i tatę Wicka u Leszka (okrzyki zachwytu i aprobatywne pomruki), zawiozła ich, jak łatwo się domyślić, do Krzeszowa (okrzyki, pomruki, oba kościoły, kawa w Pokusie). Nie pozwoliła im jednak zbyt długo siedzieć na kanapie przy kominku, bo bardzo chciała pokazać im Bramę Lubawską w popołudniowym świetle.
Zawsze miała dobrą orientację w terenie, więc teraz jechała jak po swoje. Ba, trochę nawet miała wrażenie, że oto za chwilę pokaże rodzince najpiękniejsze ze SWOICH włości. Żałowała tylko, że już nie będzie w tej pięknej dolinie fioletowych połaci łubinu, które ją zachwyciły, kiedy jechała tu poprzednio. Musiały dawno przekwitnąć. Ale przynajmniej światło będzie podobne.
Może załatwił jej to któryś z korriganów, a może rajska dolina owzajemniła jej uczucie - w każdym razie kiedy już mała terenówkaka wyjechała z lasu na górce, Klara nie wytrzymała i krzyknęła chwytu (babcia wydawała swoje entuzjastyczne okrzyki przez czas). Jak okiem sięgnąć, otaczały ich łany purpurowych kwiatów. Nie były to jednak wiosenne łubiny, a wspaniale kwitnąca wierzbówka, odbijająca popołudniowe słońce.
Tym razem Vincent nie ograniczył się do pomruków, tylko wygłosił porządną mowę pochwalną. Klara pękała z dumy, a babcia oddała się rozważaniom na temat, jak to się stało, że mieszkając mnóstwo lat we Wrocławiu, a więc całkiem niedaleko, nie znała tak uroczych miejsc. Sama sobie zaraz odpowiedziała, że jeździła w inne góry, też niezłe, ale faktu to nie zmieniało w najmniejszym stopniu!
Do żadnych poważniejszych familijnych rozmów tego dnia nie doszło.
Nazajutrz pojechali oglądać drugą stronę i przez Szklarską Porębę dotarli do Świeradowa, gdzie Klara z pewnym trudem znalazła położoną na stoku Chatę Izerską, w której bracia kazali jej nakarmić rodzinę pstrągiem pieczonym na kamieniu. Pstrąg był świetny i rzeczywiście pieczony na kamieniu, widoki z ogródka na góry wielkiej urody - a rodzina wciąż nie zabierała głosu temat przyszłości.
W końcu Klara nie wytrzymała.
- Tato, babciu... Czemu nic nie mówicie?
- A w jakiej sprawie? - zainteresowała się fałszywie babcia, wyciągając ość spomiędzy zębów.
- No, w ogóle, babciu, w ogóle...
- W ogóle to bardzo mi się tu podoba. Wicek, a ty jak?
- Jestem zachwycony. Claire... Klara... czy tu jest obowiązek jedzenia tylko jednej ryby? Bo ja chyba zjadłbym drugą. Ana? Poradzisz?
Babcia przyjrzała się krytycznie rybiemu kręgosłupowi na swoim talerzu.
- Mmm... Małego. Małego pstrążka. Poproszę.
- Nie ma małych - powiedział ze sztucznym zmartwieniem gospodarz, który podszedł do nich przywołany energicznym machaniem trzech par rąk. - Same duże. Na pewno da pani radę, szanowna pani.
- Myśli pan? - Babcia dyskretnie wyjęła kolejną ość. - Takie same ościste wszystkie?
- Tak, niestety. Ale wie pani, małe byłyby o wiele bardziej ościste. A tak naprawdę to wcale nie jest dużo ości.
- Może i nie. Jadłam swego czasu leszcza... Wicek, powied: leszcz...
Vincent spojrzał na swoją filuterną teściową z wyrzutem.
- No dobrze, nie mów. To jeszcze trzy porcje prosimy.
- Ale ja już dziękuję - zaprotestowała Klara.
Gospodarz zawahał się. Babcia zamachała rękami.
- Żadne dziękuję! Teraz dziękuję, a potem będziesz nam głodnym okiem zaglądać do talerza. I mlaskać. Trzy porcje.
- No wiesz, babciu, ja nie mlaszczę! Tato, powiedz: mlaszczę... Nie, przepraszam. Babciu, piłaś piwo i tak ci się porobiło, a ja nie piłam, bo jadę, więc dlaczego mi się udziela twój humorek?
- Moja głupawka, chciałaś powiedzieć. To na pewno z powodu tej przyrody dokoła. Ja w Bretanii też tak miewam, jak się zapatrzę na krajobraz. Chciałaś o czymś z nami porozmawiać?
Klara łyknęła wody mineralnej i spojrzała na ojca numer... właściwie nie wiadomo który. Wpatrywał się intensywnie w Sępią Górę, którą miał na wprost nosa.
- Tato...
Vincent z westchnieniem oderwał się od kontemplowania góry.
- Ja wiem, kochanie, wiem, o co ci chodzi. O ten dom. Co z nim zrobić. O niczym innym nie myślę, odkąd tu przyjechałem. Gdybym był egoistyczną świnią, którą nie jestem, a w każdym razie mam taką nadzieję... No więc gdybym myślał tylko o sobie, to bym powiedział: sprzedaj i wracaj do Bretanii, gdzie masz swój świat od zawsze. I byłbym najszczęśliwszym ojcem na ziemi. Ale nie jestem pewien, czy to najlepsze, co możesz zrobić. Gdybym miał twoje lata i był na twoim miejscu, to może spróbowałbym tu jakiś czas pomieszkać, zorientować się. Bo może tu jest jeszcze bardziej twój świat niż w Bretanii. Będzie mi cię strasznie brakowało, ale to przecież normalne, że dzieci odchodzą od swoich starych rodziców...
- Nie jesteś stary. A poza tym gadasz jakieś straszne komunały. A poza tym nie mam zamiaru od was odchodzić.
- Nie kusi cię, żeby tu posiedzieć kilka miesięcy? Mogę przywieźć twoje robótki ręczne, żebyś miała je obok siebie. Nie będziesz się nudziła. Chociaż ty i tak chyba nie potrafisz się nudzić.
- A co zrobisz z tą starszą panią? - wtrąciła babcia. - Nie wiem, czy uda ci się ją tak łatwo sprzedać razem z domem.
- Ona powiedziała, że ma zarezerwowane miejsce w jakimś domu starców czy coś...
Babcia gwahownie uniosła oczy ku niebu.
- Dom starców! Wicek, proszę, obiecaj, że mnie nie poślesz .do żadnego domu starców! To już mnie prędzej utop w Atlantyku, gdybym się stała jędzą nie do zniesienia...
- Masz to u mnie - odrzekł uprzejmie. - W każdym razie Claire ma problem z głowy. Przynajmniej jeden. Claire, zamów mi, proszę, jeszcze jedno piwo. Macham na tego gościa, ale on nie widzi. Ana, dla ciebie też?
- Jasne. Też duże.
Klara weszła do chaty, żeby zamówić piwo bezpośrednio przy barze, a babcia Ana, czy raczej Hania, położyła Vincentowi rękę na ramieniu.
- Bardzo cię lubię, zięciu. Naprawdę. Bardzo.
- Mów mi to jak najczęściej - westchnął. - Ja też za tobą przepadam, moja teściowo. Uwierz mi, wcale nie jest mi lekko namawiać Claire, żeby tu została. Bo może zechce zostać na zawsze i ja ją stracę? Ale tak sobie myślę, że jej się to przyda. Ta cała historia z jej prawdziwym ojcem... wszystko poszło tak błyskawicznie A wyglądało na to, że się zaprzyjaźnią. Z tego, co opowiadała... mieli wiele wspólnego. On rzeczywiście musiał być bardzo chory. Ją to bardzo uderzyło, widzę. Może będzie lepiej, jeśli ona teraz to odreaguje jakoś powoli, rozumiesz mnie, a nie tak: sprzedać, skreślić, zapomnieć. Musi to sobie w głowie poukładać, przepracować. Na dodatek Herve, ten osioł...
Babcia Hania błysnęła oczkami nieco złowrogo.
- Pętak i gamoń - powiedziała krótko. - Powiem ci, kochany zięciu, że wcale nie wiem, czy to nie było najlepsze, co mogło się zdarzyć. On ci się podobał?
Vincent skrzywił się.
- Zły nie był...
- Ale gamoń! Szkoda naszej dziewczynki dla takiego ślimaka. Wicek, ja ci mówię. Albo byłaby z nim nieszczęśliwa do końca życia, albo to małżeństwo z hukiem rozpadłoby się po roku. Dwóch. Trzech już by nie wytrzymali ze sobą.
- Masz rację - przyznał trochę smętnie. - Klara ma jak dla niego za bogatą osobowość...
Dziewczyna z bogatą osobowością pojawiła się w towarzystwie gospodarza i dwóch piw oraz dzbanka z herbatą.
- Plotkowaliście - skonstatowała, obrzuciwszy ich badawczym spojrzeniem. - I co wam wyszło?
- Że zrobisz, jak zechcesz - odrzekła szybko babcia Hania, która świetnie wiedziała, że gwarancję, żeby Klara czegoś nie zrobiła dawało tylko namawianie jej do tego. - Duża już jesteś, musisz sama decydować. Nie zwalaj tego na swojego starego ojca.
Vincent chciał zapałać słusznym oburzeniem z powodu starego, ale właśnie nadjechały trzy potężne pstrągi i konwersacja na jakiś czas się urwała.
Nasza cena: 29,60
Cena detaliczna: 34,82
U nas taniej o 15%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Pamiętajmy jednak, że korrigany umieją też leczyć rany i naprawić to, co same zepsuły...
Projekt okładki: Leszek Żebrowski
Monika Szwaja, dotychczasowy dorobek literacki:
Zapiski stanu poważnego
Jestem nudziarą
Romans na receptę
Stateczna i postrzelona
Artystka wędrowna
Dom na klifie
Powtórka z morderstwa
Klub Mało Używanych Dziewic
Dziewice do boju!
Zatoka Trujących Jabłuszek
Gosposia prawie do wszystkiego
Zypa z ryby fugu
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, dla kobiet, dla Mamy, książki |
| Wydawnictwo: | Sol |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 144x207 |
| ISBN: | 978-83-62405-23-7 |
| EAN: | 9788362405237 |
| Wprowadzono: | 16.11.2011 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęKasiaPes kmpessel(at)gmail.com 9 marzec 2012
Z okładki witają czytelnika dwie twarze, jedna to oblicze lalki, druga ma już raczej bardziej chochlikową fizjonomię, obie wydają się być wraz z tytułem wskazówką co do samej treści zawartej pomiędzy obwolutami. Fizys wbrew pozorom przeciwstawności pasują do siebie, nie kojarzą się z dwulicowością, a raczej jak z rewersem i awersem monety, chociaż różne tworzą jedną spójną całość. Pełna uroku wyspa u wybrzeży Bretanii, no może co do tego czaru trochę inne zdanie ma Claire, rodzona mieszkanka tej skalistej kropli wśród zburzonego Atlantyku. Dziewczyna jakoś nie przywykła do ogromnych fal rozbijających się o brzegi jej rodzimej ziemi, wciąż ma w pamięci opowieści babci o powodzi sprzed stuleci i nawet upływ lat nie zatarł dziecięcego strachu. Jednak z biegiem czasu odgłos wzburzonego oceanu udaje się jej coraz lepiej zagłuszyć i nawet nie przypuszcza co szykuje dla niej przeznaczenie. Wystarczy jedna wizyta rodaków ze strony matki, a całe uporządkowane życie staje na głowie i to całej rodziny. Nikt spodziewał się zdradzenia prawie trzydziestoletniej tajemnicy, co więcej nikt nie był jej świadomy, no może oprócz jednej osoby. Ujawnienie sekretu uruchamia całą serię wydarzeń, łącznie z podróżą do ojczyzny przodków. Skąd to nagłe zainteresowanie Polską? Czyżby to co tak usilne skrywano przez tak wiele lat miało swe źródła w polskiej ziemi? Niespodziewane odkrycie zrodziło kilka pytań, ale czy znajdą się odpowiedzi na nie? Świat dzieciństwa Elżbiety Szumacher był szczęśliwy i beztroski, nawet wybuch drugiej wojny światowej jakoś nie odbił się na nim. Jednak i w tę sielankę zawitała historia, w jednej chwili z dziecka otoczonego kochającą rodzinę zmieniła się w sierotę, by prawie od razu wejść do nowej familii. Uśmiech losu w wojennej zawierusze, w której każdy odruch dobrej woli jet na wagę złota, a raczej ludzkiego życia. Kobieta i dziecko, nawet nie wiedząc nic o swej przeszłości zostały połączone zbiegiem okoliczności i pewnym człowiekiem, wybrał je spośród setek i dał szansę na nowy początek. A może sytuacja była całkowicie inna? Czy ukojenie bólu najbliższej osoby usprawiedliwia krzywdę wyrządzoną innym? Dwa horyzonty czasowe całkowicie odmienne od siebie, co mogą mieć wspólnego Claire i Elżbieta? Przecież wszystko je różni, nie mają ze sobą nic wspólnego ... Chociaż nie, jest coś co je łączy - więzy rodzinne, które zostały zapomniane a właściwie zatarte. Jak nadrobić stracony czas? To co już przeminęło nie powróci, ale pozostaje jeszcze teraźniejszość i przyszłość, tylko trzeba dać im szansę by zaistniały, ale wymaga to powrotu do trudnych chwili z przeszłości. Tragiczne wydarzenia z historii Polski zmieniły życie dwóch kobiet, bez ich wiedzy i zgody. Po latach obie dostają okazję by przynajmniej odnaleźć fragmenty tego, co wydawałoby się, że przeminęło bezpowrotnie lub w ogóle nie miało szansy by powstać. "Matka Wszystkich Lalek" to wspaniała opowieść o sile, jaka tkwi w więzach rodzinnych, nawet gdy wydawałoby się, iż zostały bezpowrotnie zerwane bądź nie dane było im w ogóle zaistnieć. Różne są drogi powrotu do korzeni, czasem wymagają pośrednictwa osób trzecich, prawda jest trudniejsza od kłamstwa, jednak pozwala odkryć również kim się jest w rzeczywistości. Autorka dokonała rzeczy wydawałoby się niemożliwej - opowiedziała w swej książce dwa opowieści, które pomimo odrębności są jakby elementami jednej całości. Opowiadania przeplatają się ze sobą, tworząc coraz bardziej wyrazisty wzór by w końcu stworzyć portret niezwykłych kobiet, doświadczających czym są rodzinne sekrety, chociaż nie zdają sobie z tego sprawy. Czytelnik rozpoczynając lekturę wchodzi w świat, zaskakujących zwrotami fabuły oraz niespodziewanymi zakończeniami poszczególnych wątków. Na poły saga rodzinna, na poły dramat, awers i rewers tej samej monety, a okładka idealnie odzwierciedla to co zawiera się za nią.
Aneta anu22(at)poczta.fm 8 grudzień 2011
Kolejna książka Moniki Szwaji, która pomaga uwierzyć w ludzi, w to, że istnieją jeszcze takie wartości jak bezinteresowność, przyjaźń. Optymizm wręcz "kapie" z tej książki. I chociaż może ktoś zarzucić autorce to, że książka jest przez ten optymizm aż wręcz nierealna, to dla mnie jest to wielkim atutem. Książka idealna na prezent.
Zobacz również
