Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Godzinę później byliśmy już na szosie biegnącej brzegiem morza. German prowadził, ubrany w strój pioniera automobilizmu, z tajemniczym uśmiechem na ustach. Siedzieliśmy z Mariną obok, z przodu, Kafka natomiast miał dla siebie całe tylne siedzenie, na którym smacznie spał. Wyprzedzały nas wszystkie samochody, ich pasażerowie jednak przyglądali się tuckerowi ze zdumieniem i podziwem.
- Liczy się klasa, nie prędkość - stwierdził dobitni, German.
Znajdowaliśmy się już w pobliżu Blanes, a ja nadal nie miałem pojęcia, dokąd jedziemy. German był niezwykle skoncentrowany za kierownicą i nie chciałem go rozpraszać. Prowadził z taką samą galanterią, z jaką robił wszystko: uważał, by nie rozjechać nawet mrówki, pozdrawiał uprzejmie rowerzystów, przechodniów i motocyklistów z gwardii cywilnej. Minęliśmy Blanes i zobaczyliśmy drogowskaz na nadmorską miejscowość Tossa de Mar. Spojrzałem na Marinę, która puściła do mnie oko. Pomyślałem że być może udajemy się do zamku w Tossie, ale minęliśmy miejscowość i skręciliśmy w wąską szosę biegną, wzdłuż brzegu, na północ. Droga, niczym wstęga rozpięta pomiędzy niebem a urwistą ścianą klifu, wiła się w dół serpentyną. Pomiędzy gałęziami sosen, uczepionych kurczowo stromego zbocza, prześwitywał lśniący błękit morza. Sto metrów niżej dziesiątkami niedostępnych zatoczek i zakrętów ciągnęła się sekretna trasa z Tossa de Mar do odległej o jakieś dwadzieścia kilometrów Punta Prima, nieopodal przełęczy Sant Felilu de Guixols.
Dwadzieścia minut później German zatrzymał samochód na poboczu. Marina dała mi znak, że jesteśmy na miejscu. Wysiedliśmy i Kafka podreptał w stronę sosnowego zagajnika, jakby doskonale znał drogę. Podczas gdy German się upewniał, że dobrze zaciągnął hamulec i tucker nie stoczy się zboczem w dół, Marina zbliżyła się do krawędzi klifu. Poszedłem za nią i zapatrzyłem się w otaczający nas krajobraz. U naszych stóp zatoczka w kształcie półksiężyca obejmowała język zielonej przejrzystej wody. Dalej skaliste, pełne piaszczystych zatok wybrzeże ciągnęło się łukiem aż do Punta Prima, gdzie niczym wartownik na szczycie góry majaczyła sylwetka pustelni Sant Elm.
- Idziemy! - rozkazała niecierpliwie Marina.
Ruszyłem za nią przez sosnowy lasek. Ścieżka przecinała teren starej opuszczonej posesji, zarośniętej chaszczami. Zbliżyliśmy się do wyciętych w skale schodów prowadzących na plażę pełną złocistych głazów. Stado mew na nasz widok wzbiło się do lotu ku okalającemu zatoczkę klifowi upodabniającemu ów zakątek do bazyliki zbudowanej z kamieni, morza i światła. Woda była tak krystalicznie czysta, że można było dostrzec każdą bruzdę piasku na dnie. Wąska skała sterczała ponad falami niczym galion na dziobie zatopionego okrętu. W powietrzu unosił się mocny zapach morza, a bryza o słonym posmaku łagodnie muskała brzeg. Marina utonęła spojrzeniem w srebrzystej zamglonej linii horyzontu.
- To moje ulubione miejsce na ziemi - powiedziała.
Uparła się, że pokaże mi wszystkie zakamarki klifu. Zacząłem się bać, że za chwilę skręcę kark lub runę do wody głową w dół.
- Nie jestem kozą - zaznaczyłem, próbując przyhamować odrobiną zdrowego rozsądku ów alpinizm bez lin.
Głucha na moje protesty Marina wspinała się na skały wypolerowane przez fale i przeciskała przez szczeliny tryskające wodą niczym skamieniałe wieloryby. Ambicja nie pozwalała mi pozostać w tyle, wiedziałem jednak, że prędzej czy później boleśnie odczuję na własnej skórze wszechność prawa ciążenia. I nie pomyliłem się. Marina przeskoczyła na maleńką wysepkę, by zbadać znajdującą się tam skalną grotę. Powiedziałem sobie, że jeśli jej się udało, ja przynajmniej spróbuję, po czym wylądowałem obiema nogami w wodach Morza Śródziemnego. Trząsłem się z zimna i ze wstydu. Marina popatrzyła na mnie mocno zaniepokojona.
- Wszystko w porządku - jęknąłem. - Nic się nie stało.
- Zimna?
- Ależ skąd! - wymamrotałem. - Aż parzy.
Marina się uśmiechnęła. Patrzyłem osłupiały, jak zdejmuje białą sukienkę i pogrąża się w lagunie. Wynurzyła Się tuż obok mnie, roześmiana. O tej porze roku było to kompletne szaleństwo. Ale poszedłem w jej ślady. Pływaliśmy przez chwilę, energicznie bijąc rękami, potem rozłożyliśmy się na ciepłych kamieniach. Poczułem, że pulsują mi skronie, i nie wiedziałem, czy to za sprawą lodowatej wody, czy za sprawą bielizny Mariny, która po kąpieli co nieco prześwitywała. Marina, przyłapawszy mnie na niezbyt dysktnych spojrzeniach, wstała po rozpostartą na kamieniach sukienkę. Patrzyłem na nią, jak idzie między skałami, jak przeskakuje z kamienia na kamień, a jej mięśnie napinają się pod wilgotną skórą. Pomyślałem, że mógłbym ją pożreć wzrokiem. W całości.
Spędziliśmy całe popołudnie w tej odludnej zatoczce, płaszując kanapki z koszyka i słuchając opowiadanej przez Marinę historii o właścicielce zagubionej wśród sosen posiadłości.
Dom należał do holenderskiej pisarki, która na skutek dziwnej choroby zaczęła powoli tracić wzrok. Świadoma, jaki los ją czeka, postanowiła zbudować sobie ustronną siedzibę na stromym wybrzeżu i zaszyć się w niej, by tam przeżyć ostatnie jasne dni, kontemplując plażę i morze.
- Mieszkała tu, mając za jedyne towarzystwo Saszę, owczarka niemieckiego, oraz ukochane książki - mówiła Marina. - Kiedy zupełnie straciła wzrok i zrozumiała, że nie ujrzy wschodu słońca nad morzem, poprosiła rybaków, którzy cumowali w zatoce, by się zaopiekowali Saszą. Kilka dni później wzięła łódź i powiosłowała o świcie w głąb morza. Nigdy nie wróciła.
Nie wiem, z jakiego powodu zacząłem podejrzewać, że historia holenderskiej pisarki była wymysłem Mariny, powiedziałem jej o tym.
- Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni - odparła. - Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.
German usnął w nasuniętym na twarz kapeluszu. Kafka drzemał u jego stóp. Marina popatrzyła na ojca ze smutkiem.
Korzystając z tego, że German śpi, wziąłem ją za rękę i poszliśmy w stronę drugiego krańca plaży. Tam usiedliśmy na wygładzonym przez fale kamieniu, po czym opowiedziałem jej o wszystkim, co się wydarzyło pod jej nieobecność. Nie pominąłem najmniejszego szczegółu: ani niespodziewanego pojawienia się kobiety w czerni na stacji, ani historii Michala Kolvenika i firmy Velo-Gran usłyszanej od Benjamina Sentisa, nie mówiąc już o przerażającej zjawie, którą ujrzałem owej burzowej nocy w jej domu na Sarria. Marina słuchała mnie w milczeniu. Wpatrywała się w wodę, tworzącą u jej stóp wiry, i sprawiała wrażenie nieobecnej. Siedzieliśmy dobrą chwilę bez słowa, wpatrzeni w odległą sylwetkę pustelni Sant Elm.
- Co powiedział doktor z La Paz? - odważyłem w końcu zapytać.
Uniosła głowę. Słońce już zachodziło i w promienial koloru bursztynu ujrzałem w jej oczach łzy.
- Że nie pozostało zbyt wiele czasu...
Odwróciłem się i zobaczyłem machającego do nas Germana. Poczułem, że serce mi się kraje. Dławiło mnie wzruszenie.
- On w to nie wierzy - rzekła Marina. - Tak jest lepiej. Kiedy spojrzałem na nią znowu, zdążyła już energicznym gestem osuszyć łzy. Nie wiem sam, w jaki sposób udało się zebrać dość odwagi, by pochylić się ku niej i spróbować ją pocałować. Marina położyła mi palce na ustach i pogładziwszy mnie po twarzy, delikatnie odepchnęła. Później wstała i odeszła. Westchnąłem.
Ja też się podniosłem i poszedłem w stronę Germana. Zauważyłem, że rysuje coś w małym notatniku. Przypomniałem sobie, że od lat nie miał w ręku ołówka ani pędzla. Uniósł wzrok znad kartki i uśmiechnął się.
– Ciekaw jestem pańskiej opinii na temat podobieństwa do oryginału, panie Óscarze - powiedział beztroskim tonem, pokazując mi notatnik.
Musiałem przyznać, że rysy twarzy Mariny naszkicowane były z zadziwiającą precyzją.
- Jest znakomity - wymamrotałem.
- Podoba się panu? Niezmiernie się cieszę.
Sylwetka Mariny majaczyła w oddali, nieruchoma naprzeciw morza. German przyglądał się długo najpierw jej, a potem mnie. Wyrwał kartkę i wręczył mi ją.
- To dla pana, panie Óscarze. Żeby nie zapomniał pan o mojej Marinie.
Kiedy wracaliśmy, zachód słońca upodobnił morze do tratwy z płynnej miedzi. German prowadził uśmiechnięty, bez przerwy opowiadając o swoich przygodach za kierownicą starego tuckera. Marina słuchała ojca, śmiała się z jego dowcipów i w jakiś sobie tylko znany, magiczny sposób podtrzymywała rozmowę. Ja się nie odzywałem, czoło i miałem przylepione do szyby, a humor parszywy. W połowie drogi Marina wzięła moją dłoń między swoje i trzymała ją tak bez słowa.
Gdy dotarliśmy do Barcelony, było już prawie ciemno. German uparł się, że odwiezie mnie do internatu. Zaparkował pod płotem i podał mi rękę. Marina wysiadła ze mną i przeszła przez bramę. Jej obecność paliła mnie żywym ogniem i nie wiedziałem, jak mam od niej uciec.
- Óscarze, jeśli jest coś...
- Nie.
- Wiesz, są sprawy, których nie rozumiesz, ale...
- Jasne - uciąłem. - Dobranoc.
Odwróciłem się, by jak naj prędzej odejść przez ogród.
- Zaczekaj - poprosiła Marina, stojąc przy bramie.
Zatrzymałem się obok stawu.
- Chcę, żebyś wiedział, że dzisiejszy dzień był jedn z najszczęśliwszych w moim życiu - rzekła.
Kiedy się odwróciłem, by odpowiedzieć, już jej nie było.
Wchodziłem po schodach ociężale, jakbym miał buty z ołowiu. Po drodze mijałem kolegów. Patrzyli na mnie spode łba, jak na intruza. W internacie aż huczało od plotek na temat moich tajemniczych zniknięć. Nic mnie to nie obchodziło. Ze stołu w korytarzu wziąłem gazetę i zaszyłem się w sypialni. Wyciągnąłem się na łóżku z rozłożonnym dziennikiem na piersiach. Od czasu do czasu docierały do mnie głosy z korytarza. Zapaliłem nocną lampkę i zanurzyłem się w całkiem dla mnie nierzeczywistym świecie wiadomości. Zza każdej linijki wychylało się jedno i to samo słowo. "Marina". Przejdzie ci, pomyślałem. Po chwili monotonia codziennej prasy podziałała na mnie kojąco. Czytanie o cudzych problemach pozwala znakomicie zdystansować się do własnych. Wojny, oszustwa, morderstwa, przekręty, hymny, defilady i futbol. Nic nowego pod słońcem. Znacznie spokojniejszy kontynuowałem lekturę. Z początku nie zauważyłem - nie zwróciłem uwagi na króciutką notkę zamieszczoną zapewne po to, by zapełnić kolumnę. Złożyłem gazetę i umieściłem ją w kręgu światła pod lampką.
ZWŁOKI W TUNELU ŚCIEKOWYM POD BARRIO GÓTICO
(Barcelona), red.: Gustavo Berceo
Ciało Benjamina Sentisa, osiemdziesięciotrzyletniego mieszkańca Barcelony, znaleziono w piątek nad ranem w kolektorze numer cztery sieci kanalizacyjnej Ciutat Vella. Tajemnicą pozostaje, jak zwłoki dotarły do tego odcinka, zamkniętego od 1941 roku. Przyczyną zgonu był najprawdopodobniej zawał serca. Jak podają nasze źródła, nieboszczyk miał obcięte obie dłonie. Benjamin Sentis, emeryt, zyskał pewną popularność w latach czterdziestych w związku ze skandalem wokół przedsiębiorstwa Velo-Granell, którego był udziałowcem. Ostatnio mieszkał samotnie w małym mieszkaniu przy ulicy Princesa. Wszystko wskazuje na to, że nie miał krewnych. Żył na skraju nędzy.
Nasza cena: 29,96
Cena detaliczna: 32,92
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, inne |
| Wydawnictwo: | Muza |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 126x201 |
| Ilość stron: | 304 |
| ISBN: | 978-83-7495-767-0 |
| EAN: | 9788374957670 |
| Wprowadzono: | 13.11.2009 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęnana113 nana113(at)interia.pl 14 marzec 2010
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Zachwyciłam się tą opowieścią..."Marina" to pierwsza książka autorstwa Zafon'a Carlos'a Ruiz'a jaką miałam okazję przeczytać i teraz jestem pewna, że sięgnę po jego kolejne opowieści."Marina" bardzo mnie wciągnęła... Jednak ma tylko jedną wadę - kiedy przeczytasz prolog wiesz, że koniec nie będzie szczęśliwy... I właśnie dlatego kiedy Óscar znalazł Marinę w łazience zaczęłam się domyślać jak wszystko się zakończy... 50 stron przed końcem lektury zaczęłam płakać... Nie przestawałam. Kiedy przeczytałam ostatnie zdanie, nie byłam już bardzo zrozpaczona - wybuchłam jeszcze bardziej intensywnym płaczem i bardzo długo nie mogłam przestać...! Na 2 dzień już nie płakałam, jednak wspominając to, co przeczytałam ledwo powstrzymywałam łzy... To książka dla osób potrafiących docenić piękne opisy jakimi autor rzuca jak z rękawa; ludzi uwielbiających stare, zapomniane i ciekawe historie. W powieści nie brakuje pięknych chwil jaki ich tych strasznych - jednym słowem opisuje ona niezwykłe życie prawdziwych bohaterów. Gorąco pozdrawiam i polecam;)
kokarolcia kokarolcia(at)o2.pl 16 grudzień 2009
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Autor przenosi nas w atmosfere powojennej Barcelony. Z każdego rogu zionie ubóstwem i zgrozą. Młody bohater, osamotniony indywidualista, spotyka swoją bratnią duszę - zatracając się w aurze przyjaciółki powoli traci kontakt z rzeczywistością - typowe dla autora - w pewnym momencie bohater zastanawia się czy sobie wszystkiego nie wyimaginował. Jednak okazuje się że wszystko dzieje się w rzeczywistości, choć splot zdarzeń i wartkość akcji zaskakują. Czy etyczne jest tworzenie części zastępczych człowieka z 'żywych trupów' czy zakrawa takie działanie na miano szaleństwa? Czy prawdą jest to - co widzimy czy aby poznać podłoże czyiś zachowań musimy się nad nimi głębiej zastanowić? przeczytajcie i oceńcie sami...
montgomerry migotar(at)gmail.com; www.slowemmalowane.blogspot.com 2 styczeń 2010
Ten, kto lubi książki nawiązujące do historii Frankensteina i XIX – wieczne thrillery, na pewno będzie usatysfakcjonowany powieścią Zafona „Marina”. We wstępie poprzedzającym właściwy tekst powieści, autor podkreśla, że to właśnie ten utwór obdarza szczególnym sentymentem. Marina powstała w Los Angeles latach 1996 i 1997, gdy pisarz miał trzydzieści trzy lata. Jest czwartą i ostatnią powieścią dla młodzieży, jaka powstała spod pióra Zafona. Autor jest zdania, że „Marina” jest najbardziej osobistą powieścią, jaką napisał, choć trudno właściwie ją sklasyfikować do jakiegoś nurtu. Akcja powieści toczy się w Barcelonie, Barcelonie w maju 1980 roku, choć w swojej treści niejednokrotnie nawiązuje do wcześniejszych. Bohaterem a zarazem narratorem powieści jest piętnastolatek Óskar Drai, który wyszedł z internatu swej szkoły i na parę dni przepadł bez wieści. Tajemniczą przygodę, jaką przeżył postanowił opowiedzieć na kartach książki. Óskar Drai nie był wzorowym uczniem, bowiem po lekcjach zamiast przygotowywać się do zajęć przewidzianych na następny dzień, wolał wychodzić z budynku internatu i wyruszać na miasto. Lubił odwiedzać okolice zwane pustynią Sarriá, gdzie w większości już w stanie ruiny były wielkie rezydencje. Pod koniec września 1979 roku Óskar Drai wszedł do środka takiej rezydencji. Po tej pierwszej wizycie składa następne i zaprzyjaźnia się z mieszkańcami zapuszczonej rezydencji piętnastoletnią Mariną i jej ojcem Germánem. Wraz z Mariną wędruje na cmentarz na Sarriá, gdzie oboje śledzą damę w czerni odwiedzającą bezimienny grób z wyrytym w marmurze rysunkiem przedstawiającym czarnego motyla z rozpostartymi skrzydłami. Symbol owada ten będzie przewijał się na kartach książki i zapewniam, że zostanie rozszyfrowany. Pewnego dnia dama w czerni przekazuje chłopcu starą wizytówkę z danymi Michala Kolvenika. Od tej pory zarówno Óskar Drai jak i Marina zaczynają powoli odkrywać tajemniczą, a zarazem makabryczną historię Michala Kolvenika i Evy Irinovej. Nastolatkowi wkraczają w świat pełnego niebezpieczeństw i okrucieństwa. Dowiadują się miedzy innymi, że Michal Kolvenik wykonywał przerażające doświadczenia na ludzkich zwłokach i odkrył pewna substancję pobudzającą zmarłych do życia. Książka trzyma w napięciu do samego końca. Atmosfera w niej stworzona jest tajemnicza, ponura, przygnębiająca, pełna cierpienia i grozy. Brak tu szczęśliwego zakończenia. Oprócz wątku kryminalnego, mamy tu jednak także wątek miłosny. Po za tym zarówno Marina jak i Germán zmagają się z chorobami. Powieść oceniam bardzo wysoko. Znaleźć można również tu piękne myśli. Polecam!
Zobacz również
