Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Rozdział 4.
Jagoda zbliża się do jeziora; idzie się jej jakoś inaczej. Te zielone kokardy jednak dodają bucikom nieznanego dotychczas szyku. Choć filcaki nie są tak piękne, jak buraczkowe botki Anki, które ciotka przysłała jej z zagranicy. Boże, gdyby Jagoda miała takie botki! Buraczkowe, z małymi, lekko stukającymi obcasikami, z lekko zaokrąglonymi czubkami i miłym zamszem przy cholewkach… Wymarzone ciżemki, jak mówi babcia. Opowiedziała kiedyś o nich w domu.
– Nigdy nie będziesz ich miała – ucięła matka – Nie mamy pieniędzy.
Ale Jagoda nie jest przekonana. Może tych konkretnych nie, ale kilka par innych pięknych butów? Kiedyś na pewno. Mnóstwo. Wszystkie, o jakich zamarzy.
A teraz maszeruje w filcakach z zielonymi kokardami. Zarumienione policzki i zadarty nos trzyma nieco wyżej niż zwykle. Zielone wstążki w butach i myśl o chłopaku w granatowym prochowcu sprawiają, że Jagodę opanowują nieznane dotąd uczucia. Jest. Dotarła nad wodę. Zmęczony ojciec buja dziecko na huśtawce, jakaś para chyba przytula się pod dębem. Ale jego nie ma! Nawet łabędzie są jakby bardziej osowiałe. Może także z tego powodu? Jagoda kuca nad brzegiem jeziora i zagląda im w oczy. Stara się sama przed sobą nie przyznawać do powodu wizyty nad jeziorkiem. Ptaki suną powoli, pozostawiając za sobą ślady, jak wyrwy w aksamicie. Kaczki też mają zwolnione tempo. Czyżby wszystko stanęło w miejscu? Hm, dobrze, że chociaż te kokardy… Nie, one też jakby mniej cieszą. Jagoda przygląda się swojemu odbiciu w wodzie. Patrzy i patrzy, i zastanawia się, co będzie dalej. Tak bardzo wybiega myślami w przyszłość, że nie czuje nawet, jak drętwieją jej nogi. I widzi siebie bardzo daleko stąd, daleko od jeziora, łabędzi i babci Antosi (to akurat ją smuci), ale także daleko od szkoły, od domu, mamy… A to już napawa ją nadzieją.
Maciej biegnie ścieżką pomiędzy dębami tak szybko, że połami granatowego prochowca prawie strąca liście. Śpieszy się bardzo, bo na pewno dostał list z uniwersytetu. Cały dzień w pracy był podenerwowany, a teraz chce jak najszybciej być w domu; jak wynika z jego obliczeń, list ma przyjść właśnie dzisiaj. Chłopak przebiega między drzewami, jak w szpiegowskim filmie, uśmiecha się sam do siebie i nie zwalnia nawet na sekundę. Ta wiadomość z uczelni zmieni całe jego życie. Maciej wierzy, że się uda. W tym pędzie, gdy słyszy tylko uderzenia swoich skórzanych butów o liście, zauważa jednak skuloną dziewczynę nad brzegiem jeziora. To chyba ta, która była tu we wtorek, przebiega mu chaotycznie przez głowę. Ależ ma dziwne kokardy przy butach, rejestruje.
Jagoda jest tak zamyślona i tak zajęta planowaniem swojej przyszłości z dala od Wałkowa, że nie ma pojęcia, iż powód jej wizyty nad jeziorem przebiega tuż za jej plecami. Nic nie jest w stanie jej wyrwać z marzeń, w których przechadza się w klapkach z futerkiem po ogromnych salonach, a obcasy bucików stukają po wypolerowanych parkietach. Jest ciepło i czysto, białe puchowe pierzyny piętrzą się w ogromnej sypialni z kremowymi tapetami, a w kuchni pod zlewem jest mnóstwo ziemniaków, których nigdy nie brakuje. Jagoda zauważa, że robi się szaro, więc nieco zrezygnowana rusza do domu. Ciągnie za sobą nogi w filcakach z zielonymi kokardami, ozdobą, o której już nie pamięta.
Rozdział 5.
Myślę, że to jest dla nas odpowiedni dom, Bronek. I nigdzie nie będziemy się przenosić – oświadcza Julia mężowi.
– Kochanie, teraz, kiedy nasza rodzina ma się powiększyć, powinniśmy zadbać o wygodę nas wszystkich, a przede wszystkim dzieci – tłumaczy Bronek. Wysoki, postawny mężczyzna z wąsem jak ze starej fotografii. Babcia Antonia mówi: „Kobiety za nim szaleją”, i uważa, że pięknie by wyglądał w mundurze, gdyby go nosił. Ale nie, Bronek nie jest oficerem, tylko „zdegradowanym artystą”, jak twierdzi Julia. Skrzypkiem, który został „kierownikiem sceny”. Niczyje usta nie wypowiadają tych dwóch słów tak pogardliwie, jak usta jego własnej żony.
– Nie nudź, Bronek, plecy mnie bolą. Dzieci trzeba chować razem, a poza tym wiesz, że mama się nigdzie stąd nie ruszy, a jest nam potrzebna – lodowym tonem ucina Julia. – Rodzina się powiększy… Bronek, Bronek, przecież to wszystko jedno, wszystko jedno – mruczy do siebie i starą rzeźbioną zapalniczką usiłuje przypalić długiego papierosa. Zapalniczka się zacina.
– Do cholery, co z tym…!
– Nie pal – stanowczo przestrzega ją mąż. – I nie denerwuj się. Jesteś w stanie…
– Nie nudź, Bronek, nie nudź. Palić mi się chce i żyć mi się chce. Mam nadzieję, że to będzie chłopak. Ile można otaczać się dziewuchami?
– Syn… – Ożywia się Bronek i niemal unosi nad krzesłem.
– Syn, nie syn. Właściwie to prawie wszystko jedno. Daj mi ognia jakiegoś. Oprócz dzieci warto mieć i papierosy.
Julia rozkłada się na pluszowym fotelu z wytartymi podłokietnikami i patrzy na męża wyczekująco. Ten nie rusza się z miejsca. Miewa charakter. Ostentacyjnie rozkłada gazetę, w dodatku starą, do góry nogami, co Julia z niechęcią zauważa (mój Boże, nawet mnie to nie bawi!), i zasłania się nią, choć niełatwo mu w tej pozycji skupić się na zawartości artykułów, które z pewnością raz już czytał.
– Śmieszny jesteś, Bronek, naprawdę śmieszny. Mamo! Mamo! Gdzie jesteś? Potrzebuję ognia! Bronkowi nie chce się dupy ruszyć!
Babcia Antonia wyszła do sklepu i nie uczestniczy w codziennej wymianie zdań między córką a zięciem. Tym lepiej dla niej, bo choć wie, czym to się kończy, zawsze niepokoi się tak samo.
Julia będzie miała dziecko. Ma już dwie córki. A teraz trzecie – nie wiadomo co… Oby syn, bo jest już znudzona sukienkami, kokardkami i radosnym trelem. Żona jest w ciąży, to Bronisław kwitnie. Pojaśniał na twarzy, wąs układa mu się w zadziorny lok. Mężczyzna prostuje kręgosłup i silnie stąpa. Jego oficerki pięknie stukają w korytarzu na kamiennych schodach, kiedy wraca z bukietami kwiatów dla żony i teściowej oraz paczką cukierków dla córek. Bronisław uwielbia swoją teściową. Uważa ją za kobietę z nieba zesłaną, całuje w czoło i mruga do niej okiem przy każdej okazji.
– Mamo Antonio – powiada. – Twoja ogórkowa ma wszystkie ogórkowe pod sobą. Czy wiesz już o tym?
Babcia Antosia uśmiecha się szeroko i robią jej się dołki w policzkach. Bronisława zawsze to rozczula.
– Jesteś aniołem i jesteś piękna. Wiem, po kim moja żona jest tak czarującą kobietą… – adoruje ją Bronek przy stole. Dziewczynki patrzą na tatę z zachwytem.
– Broniu, Broniu, jesteś jedyny – śmieje się babcia Antonia i rozlewa obiecującą zieloną zupę do kremowych talerzy. Jak pięknie pachnie!
– Ja? Cóż ja? Czym byłbym bez was, moich muz i muzek. – Bronek wstaje od stołu, teatralnie całuje każdą z dziewczynek w dłoń, teściową w czoło i zamaszyście klęka przed żoną.
– Nie wygłupiaj się. Zupa stygnie – ucina Julia, która nie umie sobie poradzić z adoracją męża i odnaleźć w panującej przy stole uroczej atmosferze. – Zresztą, ja nie będę jadła. Niedobrze mi.
– Julu, powinnaś jeść za dwoje – martwi się babcia Antonia.
– Być może. Ale nie będę.
Julia nosi ciążę, jakby jej nie było. Zresztą zdaje się komunikować całemu światu: „Raczej nie jestem w ciąży, a jeśli nawet, to zapomnijmy o tym, dobrze?”. Pasjami pali swoje długie papierosy, czasem aż do napisu na ustniku, i jeździ na motorze, nic sobie nie robiąc z obaw męża i matki. Poród przyjmuje na chłodno. Jest blada i nieco zażenowana tym, że krzyczy. Ubolewa, że zapomniała szminki.
– Miejmy to już za sobą – oświadcza położnej, a na wiadomość: „Ma pani syna” reaguje umiarkowanym entuzjazmem.
– Świetnie. Poproszę o papierosa. Oprócz dzieci należy mieć papierosy, wie pani?
W domu święto. Pojawił się ktoś zupełnie nowy. Malutki, bezbronny i – co zadziwiające – cichutki. Julia leży w haftowanej pościeli, uprzejmie się uśmiecha i przyjmuje synka tylko na karmienie, po którym z ulgą oddaje go w ręce matki.
– Bardzo jesteś zmęczona, kochanie? – Bronek trzyma ją za dłoń ze starannie pomalowanymi paznokciami i delikatnie odgarnia żonie włosy z czoła. Jest przeszczęśliwy. Słychać to w jego głosie, widać w gestach i znać z całej postawy.
– Jestem – odpowiada tonem udręczonej branki Julia. – W końcu jestem matką trójki dzieci.
– Nie musisz nic robić. We wszystkim ci pomożemy. Odpoczywaj.
Dziewczynki są zaciekawione. Babcia jeszcze im nie pozwala brać braciszka na ręce. Ale może już niedługo? Basia raz go trzymała, Jagodzie nie dali. Mówią, że jest za mała.
– Nie dasz sobie rady. Upuścisz go i co wtedy? – tłumaczy starsza siostra młodszej, jak zwykle czującej się jak piąte koło u wozu.
– Mam ręce, takie same jak ty! – buntuje się Jagoda.
– Musisz jeszcze trochę poczekać. Aż będzie większy. – Basia tonem specjalistki objaśnia siostrze świat.
Babcia Antonia przysłuchuje się tej rozmowie z kuchni. Dawno już zdała sobie sprawę, że Jagoda ciągle musi na coś czekać. A to na sukienki po siostrze, a to na pójście na prywatkę, a to, by pojechać na wycieczkę, a to, by potrzymać na rękach młodszego braciszka. Babcia Antosia nie jest pewna, czy ta sytuacja nie frustruje młodszej wnuczki, więc intuicyjnie stara się wyrównywać jej drobne niesprawiedliwości.
– Basiu, przynieś ziemniaków z piwnicy! – woła.
– Babciu, przecież wiesz, że się boję myszy. – Basia ma wykręt na wszystko. – Jadka się nie boi, niech ona idzie!
– Bardzo dobrze, że się nie boi. Powinnaś brać przykład z młodszej siostry. No, już! – Babcia wciska Basi druciany koszyk w rękę i delikatnie popycha ją w stronę drzwi. – Chodź, kochanie, zajrzymy do Czesia – mówi do Jagody i pociąga ją za sobą do pokoiku brata. Mały Czesio, zawinięty w becik, wygląda jak mała mumia albo mały kokonik z motylem. To drugie skojarzenie jest Jagodzie bliższe. Mały śpi, ale uśmiecha się przez sen. Drobne piąstki są tłuściutkie i spocone.
– Babciu, jaki on maleńki!
– Też taka byłaś, kochanie. Zobacz, jaki jest lekki. Przytrzymaj tu główkę. – Antonia podaje Jagodzie braciszka i uważnie się jej przygląda.
– Jak on miło pachnie, babciu.
– Mleczkiem.
W tym momencie rozlega się rumor i słychać trzask spadających słoików. Rozwrzeszczana Basia wpada na korytarz, potyka się o próg, widowiskowo roztrzaskuje sobie kolano i ląduje z twarzą w drucianym koszyku, z którego wysypują się trzy kartofle.
– Aaa, były tam, były! Oblazły mnie!
Rozdział 6.
Bronisław i Julia mają dziś rocznicę ślubu.
– Babciu, czy to ważny dzień? – dopytuje Jagoda.
– Zależy dla kogo – mruczy w przedpokoju matka, ale babcia nie zwraca na nią uwagi. Pochyla się nad wnuczką i, poprawiając jej niesforną grzywkę, mówi:
– Bardzo, kochanie. To jak urodziny. Tego dnia wydarzyło się coś nowego. Można powiedzieć… przypieczętowano miłość. Miło jest to świętować co roku.
– Przypieczętowano miłość – powtarza w zamyśleniu Jagoda, błądząc myślami wokół chłopaka w granatowym prochowcu. – Ja to chyba nigdy nie wyjdę za mąż…
Babcia Antonia uśmiecha się pod nosem z rozczuleniem.
– A to dlaczego?
– Bo jestem brzydka i niemądra. Basia to co innego.
– Mój Boże, dziecko! Skąd ci to przyszło do głowy?
– Mama tak mówi. I chyba ma rację.
Babcia Antosia przez ułamek sekundy zastanawia się, czy podważać matczyny autorytet, ale błyskawicznie dochodzi do wniosku, że dobro dziecka jest ważniejsze.
– Nie, kochanie. Mama nie ma racji. Jesteś piękna i rozsądna. I masz dobre serce. Każdy ma.
– Basia i tatuś to na pewno.
– I Basia, i tatuś, i mamusia. A ty przede wszystkim. – Antonia wpatruje się w ukochaną wnuczkę nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem.
– Mama też?
– Tak, każdy. Tylko niektórych gnębią jakieś smutki i wtedy o tym zapominają…
Rodzice szykują się do wyjścia. Julia, w stalowej sukni i sznurze pereł, poprawia przed lustrem karminowe usta. Ma zniecierpliwioną twarz.
– Bronek, czy ja zawsze muszę na ciebie czekać?! – woła w przestrzeń pokoju i krytycznie przygląda się swemu odbiciu. Poddaje krytyce każdy centymetr siebie: idealnie ułożone włosy, pięknie, jak ptasie skrzydła, zarysowane brwi, długie, wyszczotkowane amerykańskim tuszem rzęsy, usta gwiazdy filmowej, gładką alabastrową szyję, dekolt, zgrabne, świecące lekko od kremu, ramiona, proporcjonalne piersi, modelowe wcięcie w talii. Wygładza sukienkę na brzuchu i, obracając się przed lustrem w tę i we w tę, stuka obcasami. – Po prostu nigdy nie może być dobrze! – mruczy. – Bronek!
– Pięknie wyglądasz, Julu – mówi babcia Antonia, patrząc na córkę.
– Srali muchy… Mamo, tyluż dobrze ubranych ludzi na tym świecie, co i kanalii. – Julia, jak zwykle, nie umie przyjąć komplementu.
– Julu, Julu…
Bronka nie widać, słychać tylko, jak co jakiś czas odpowiada z głębi domu: „Już idę, kochanie”. Głos ma radosny i śpiewny. Jagoda wyobraża sobie, że tatuś wygląda pięknie, a ton jego głosu upewnia ją tylko w tych wyobrażeniach. Pamięta, jak po zakończeniu roku szkolnego zabrał ją na lody (Basia była z mamą na zakupach). Wtedy też wyglądał pięknie, choć śmiesznie ubrudziły mu się wąsy od tych malinowych lodów. Tatuś w ogóle lubi owocowe. Zresztą lubi chyba wszystko i wszystkich. Nie pogniewał się na nią choćby kiedyś na spacerze, gdy narwawszy bukiecik polnych kwiatów, powiedziała:
– Tatku, zobacz jakich ładnych kwiatków dla ciebie narwałam. Jaka szkoda, że są moje.
Ale najbardziej Jagoda lubi z nim podróżować pociągiem, choć teraz nie zdarza się to tak często, jak wtedy gdy była mała. Wtedy czytał jej bajki albo bawili się w słówka.
– Tatku, tatku, pobawmy się w słówka – mówiła mała Jagódka, miętosząc tatowy rękaw swetra z owczej wełny, która strasznie drapała w buzię, gdy się przytulała. – Ty pierwszy.
– Dobrze – odpowiadał ojciec, kończąc zaplatanie warkoczyka. – Nos.
– Nos, nos… – powtarzała. – Czyli na „S” muszę powiedzieć, prawda?
– Tak, kochanie, na „S”.
– Na „S”, na „S”… Yyy… A tatku, a, mogę na „M”?
Ojciec, rozczulony jej przebiegłością, zgadzał się na wszystko.
Miłe rozmyślania Jagody cały czas mąci nerwowy ton matki, zniecierpliwionej nieobecnością ojca, choć stolik mają zarezerwowany dopiero na dziewiętnastą. Na to wchodzi Bronisław, w lnianym garniturze ze stójką zamiast tradycyjnego kołnierza, wyprostowany i jasny na twarzy, z bukietem czerwonych róż, i zamaszyście sunie ku żonie. Obrazek jak w fotoplastykonie.
– Dziękuję ci, moja droga, że na mnie zaczekałaś, bo ja czekałem na ciebie całe życie! – I teatralnym gestem całuje Julię w dłoń. Mimo że jest tylko kierownikiem sceny (Julia nie znosi tego określenia, „to jak prezes kupy kompostu”, mawia), wygląda jak prawdziwy gwiazdor filmowy.
– No, już myślałam, że się nie doczekam – komentuje lodowato, ale kącik jej ust drży w niedostrzegalnym uśmiechu. Jest kobietą, nie ma mowy, aby pęk pąsowych róż nie zadziałał. Tylko bukiet, bo mąż to już co innego. Może działa na inne, ale na nią już nie. Jeśli w ogóle kiedykolwiek sprawiał na niej wrażenie. Jagoda patrzy na tę scenę jak wół na malowane wrota. Jest zachwycona tym, co widzi, ale stara się nie zagłębiać w to, co słyszy. Tata, jak zwykle, jest idealny. Jagodzie wydaje się, że nie może być inaczej. Że mężczyźni są po to, by tak właśnie traktować kobiety. Tak pięknie. Nie rozumie tylko do końca, dlaczego mama jest (chyba?) odmiennego zdania. Mówi o tacie, że kiedyś zamorduje ją swoją dobrocią. Jagodzie wydaje się, że matka tylko czeka na ten dzień. Właśnie na ten, kiedy tata ją zamorduje. Będzie wtedy mogła powiedzieć, nie wiadomo, z zaświatów czy skąd: „O, widzicie, a nie mówiłam?”. Mama, odkąd Jagoda pamięta, twierdzi, że ojca nie można nie kochać. I sama kocha go niejako z definicji. Z definicji, której sama jest (chyba?) autorką, a która mówi, że człowieka, który kocha bezgranicznie, po prostu kochać trzeba, nie ma innej możliwości. Rzeczywiście, matka nie ma (chyba?) innej możliwości. Bronisław jest cichy, wysoki, postawny, przystojny, dobry, wspaniałomyślny i tylko czasem obgryza paznokcie. Kiedy wydaje mu się, że nikt nie widzi. Mówi powoli, słabo zna się na pojazdach mechanicznych, ale za to bezbłędnie zna się na Julii, swojej żonie. Do pewnego momentu był jedynym, który, gdy była chora, leżał przy jej łóżku i podtrzymywał swoje powieki palcami, aby nie zasnąć i sprawdzać, czy żona oddycha. Choć nie lubił czarnej kawy, pił ją razem z nią i razem z nią przybierał na wadze, kiedy chodziła w ciąży. Nie było rzeczy, której by dla niej nie zrobił, tak jak nie było rzeczy, którą ona zrobiłaby dla niego. Julia lubiła mu robić małe, pozorowane na nieświadome, przykrości. Na przykład udawała, że zapomniała kupić gazetę, o którą prosił, albo że zapomniała zrobić jajecznicę, na którą miał ochotę, a zamiast tego robiła jajka sadzone. Z dziwną rozkoszą obserwowała chwilowy zawód w jego oczach, kiedy oświadczała: „Ojej, zapomniałam!”. Trwał on jednak zaledwie chwilę, bo Bronek natychmiast mówił: „Nie szkodzi, kochanie”. I wtedy Julia nie czuła się już tak doskonale, bo oto on po raz kolejny okazywał się wspaniałomyślny, po raz kolejny był bez skazy. Julia przy nim – mimo że kochał ją szalenie i wynosił tak wysoko, że musiała schylać głowę, by pokłonić się niebu – czuła się zła, złośliwa i wstrętna. Jeszcze bardziej niż na co dzień. Bezgraniczna miłość Bronka uczyniła ją (chyba?) złym człowiekiem. O ile nie była taka wcześniej. Kochała go z wdzięczności, ale nigdy za nim nie szalała.
A on? Był najlepszym dowodem, że miłość jest ślepa. Kochał żonę bezgranicznie, choć ta żyła wiecznie pretensjami do bohemy. Miewała zmienne nastroje, a on – z tego powodu – wyrzuty sumienia. Rozpieszczał ją kilka razy dziennie i mówił, że ją kocha, a ona tylko patrzyła na niego i niekiedy, bardzo rzadko, uśmiechała się mimochodem. Cóż mogła poradzić, że ten człowiek ją kocha…? W końcu istniała tylko po to, by mógł ją kochać. Wolała podpitych proroków, którzy kobietom ujmują lat. Była śmiertelnie nieszczęśliwa i ze swego nieszczęścia uczyniła atut. Przynajmniej w oczach niektórych. A Bronek był dumny, że tylko on potrafi ją rozśmieszyć, choć od dawna zdarzało się to sporadycznie. Mój Boże, ileż radości temu biednemu człowiekowi dawał jej uśmiech! Pojedynczy uśmiech, choć zasługiwał na znacznie więcej. Żywił się jednym uśmiechem tej chorej kobiety na tydzień. Kiedy tylko wyciągała w jego kierunku rękę, unosił się nad ziemią. A ona, na jego zgubę, nie potrafiła i nie chciała (chyba?) od niego odejść, sądząc, że nikt nie będzie jej kochał tak jak on. Nie przeszkadzało jej to nieustająco oczekiwać miłości od innych, którzy, owszem, chorowali na nią, ale jedynie wirusowo. Zarażali się, infekowali i znikali, a Julia w ogromnym metalowym łóżku leczyła po nich depresję. Lecz to Bronek podawał jej leki i gorące mleko z miodem. „Przecież wiesz, że nienawidzę miodu! Robisz to złośliwie!”. Otulał żonę kocem i gładził po włosach do snu. I właśnie to było dla Julii nie do wytrzymania.
Ale tak naprawdę – w co trudno uwierzyć – był jedyną prawdziwą, najprawdziwszą miłością jej życia.
Kiedy odszedł, oszalała. Z tęsknoty. Z najprawdziwszej tęsknoty.
Kobiety z domu Soni
Wydawnictwo: Prószyński I S-Ka
Oprawa: miękka
Ilość stron: 472
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 31,77
Cena detaliczna: 34,91
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Historia rozpoczyna się w małym miasteczku, a kończy w wielkim mieście. Jest jak rodzinny album z pożółkłymi zdjęciami, na których wrażliwy fotograf uwiecznił pięć wyjątkowych kobiet: prababcię Antonię, jej córkę Julię, wnuczki Basię i Jagodę oraz prawnuczkę Sonię. Wszystkie, połączone więzami krwi niczym łańcuchem splecionych rąk, przekazują sobie to, co w nich najpiękniejsze, ale i to, co głęboko skrywane.
Każda z nich kocha, tęskni, pragnie, uczy się żyć, szuka rozwiązań. Zdobywa i porzuca. Pięknie wygląda z papierosem, za kierownicą malucha czy w markowej sukience. Każda spotyka mężczyznę lub kilku i próbuje uwolnić się od tajemnicy z przeszłości, odnaleźć szczęście, odmienić los nieświadomie wyznaczony jej przez matkę, babcię, prababcię. Każda z nich ma na to szansę. Każda z nas też.
Sabina Czupryńska (ur. 1977) - absolwentka polonistyki, wiedzy o teatrze, studium sztuk wizualnych. Debiutowała na łamach FA-artu, opublikowała zbiór opowiadań pt. "Dziesięciu którzy...". Lubi: wolną jazdę obwodnicą Trójmiasta, szybką jazdę rowerem nad brzegiem morza, nowe ubrania i stare gazety. Nie lubi: hałasu, niekompetencji, gotowania i telefonów po 22:00. Żyje z pracy w teatrze, o którym też kiedyś napisze, a czasem ze stylizacji i projektowania kostiumów.
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, dla kobiet, saga rodzinna |
| Wydawnictwo: | Prószyński I S-Ka |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 125x195 |
| Ilość stron: | 472 |
| ISBN: | 978-83-7839-035-0 |
| EAN: | 9788378390350 |
| Wprowadzono: | 21.02.2012 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęZobacz również
