Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Legendy (3): Che, Lumumba, Allende
Fascynacja Kapuścińskiego Che Guevarą obrośnie legendą, według której
reporter przeprowadzał z rewolucjonistą wywiad, znał go, a nawet pozostawał z
nim w przyjaźni.
Legenda powstała za sprawą noty na okładce angielskiego wydania Wojny
futbolowej: „Przyjaźnił się z Che Guevarą w Boliwii, z Salvadorem Allende w Chile
i Patrice'em Lumumbą w Kongu”.
Spośród tej trójki Kapuściński spotkał - prawdopodobnie - Salvadora Allende.
O ich spotkaniu wiadomo tylko tyle, ile sam Kapuściński opowiedział w jednym
z wywiadów w ostatnich latach życia: to być może Allende uchronił go przed
karnym wydaleniem z Chile. Nigdy nie opublikował tekstu o spotkaniu z Allende;
nigdy wcześniej nie wspomniał ani o tej, ani o innej z nim rozmowie.
W szkicu Guevara i Allende z tomu Chrystus z karabinem na ramieniu
Kapuściński nie pisze ani słowem o tym, że któregoś z nich spotkał osobiście. Nie
ma cienia sugestii, że kiedykolwiek rozmawiali, o czym dziennikarze zazwyczaj
spieszą donieść w pierwszych słowach. Istnieje zdjęcie zrobione prawdopodobnie
w czasie jakiegoś bankietu, na którym Kapuściński siedzi obok Hortensii Bussi,
żony Allende.
Pytam Wojciecha Jagielskiego, dziennikarza specjalizującego się w tematyce
afrykańskiej, cieszącego się uznaniem w środowisku polskich reporterów, czy
możliwe, że Kapuściński spotkał Lumumbę.
- A gdybyś spotkał Hugona Chaveza lub Eva Moralesa i rozmawiał z nimi, to
nie pochwaliłbyś się tym w reportażu, korespondencji? Reporter, który spotyka
postać tej rangi, natychmiast łapie choćby jedno zdanie i nadaje: że ten facet
powiedział to jemu, jego gazecie, jego agencji. To elementarz naszego zawodu.
W tekstach Kapuścińskiego nie ma śladu po „spotkaniu z Lumumbą”.
Warsztat dziennikarski, jakim Kapuściński posługuje się w opowieści o
Lumumbie (reportaż w „Polityce" z 1961 roku, zamieszczony później w Wojnie
futbolowej), nie sugeruje, że kiedykolwiek się spotkali, bądź rozmawiali. Zresztą
Kapuściński dotarł do Konga w lutym 1961 roku, gdy Lumumba od miesiąca już
nie żył.
Czy w ogóle spotykał postacie „tej rangi”? W hotelu New Africa w Dar es-
Salaam, gdzie spiskowali rebelianci - późniejsi przywódcy wyzwalających się spod
władzy kolonialnej krajów Afryki: Mugabe, Nujoma, Kaunda i inni; wtedy nie byli
jeszcze na świeczniku. Gdy w czasie wojny domowej w Angoli Kapuściński spotka
przywódcę socjalistycznego ugrupowania MPLA, Agostinho Neto, napisze o tym
wprost w reportażach, a potem w książce Jeszcze dzień życia.
Skąd zatem rewelacje o przyjaźni z Che Guevarą, Allende, Lumumbą?
Rozmawialiśmy kiedyś o zamachu stanu Pinocheta i Kapuściński powiedział: „O
tak, byłem TAM wtedy. Wszystko zaczęło się od zamordowania generała
Schneidera...”. Rzeczywiście, Kapuściński był w Chile pod koniec 1967 i na
początku 1968 roku, potem wracał do tego kraju, między innymi w czasie
wyboru Allende na prezydenta w 1970, wizyty w Chile Fidela Castro w 1971 roku,
lecz nie był na miejscu w czasie puczu Pinocheta. „Byłem TAM wtedy...”
oznaczało jedynie to, że podróżował do Chile w tamtych burzliwych latach. Gdy
rozmawialiśmy, byłem jednak pewien, że maestro był świadkiem zamachu stanu.
Podobnego zabiegu Kapuściński użył, gdy przy innej okazji któryś z nas
przywołał masakrę w Meksyku na placu Tlatelolco w 1968 roku. I znowu -
Kapuściński powiedział coś w rodzaju: „O tak, byłem tam wtedy”. Był — miesiąc
później. Do masakry doszło 2 października, wtedy Kapuściński przebywał w Rio
de Janeiro, wylądował w Meksyku w połowie listopada, co odkrywam teraz, w
trakcie pracy nad książką. Niewątpliwie zrobiła na nim wrażenie żałobna
atmosfera ledwie miesiąc po zbrodni - zabito ponad 300 demonstrantów i
przypadkowych przechodniów, dwa tysiące raniono. Był świadkiem tamtego
burzliwego czasu, lecz ani na Tlatelolco, ani w mieście w dniu masakry go nie
było.
Sądzę, że w podobny sposób Kapuściński stworzył legendę o swojej
„przyjaźni” z Lumumbą i Che Guevarą. Mógł wspomnieć angielskiemu wydawcy,
że przeszedł szlakiem Guevary w Boliwii, ten tymczasem zrozumiał, że przeszedł
tym szlakiem RAZEM z Che.
Mitotwórcza „metoda” polegała na sugerowaniu, stwarzaniu przeświadczeń w
umysłach odbiorców. Kapuściński nie wchodził w szczegóły, nie dopowiadał do
końca, w razie przyparcia do ściany mógł się wycofać; nie można mu było
zarzucić kłamstwa. Dopowiadali inni. Dopowiadaliśmy...
Do ściany przyparł Kapuścińskiego na początku lat dziewięćdziesiątych Jon Lee
Anderson, reporter i publicysta „New Yorkera”, biograf Che Guevary.
- Przygotowywałem się do pisania książki o Che, przeczytałem mnóstwo
dokumentów i relacji - i nigdy nie natrafiłem na ślad przyjaźni Guevary z
reporterem z Polski - opowiada Anderson. — Guevara nie nawiązywał łatwo
przyjaźni i gdy na okładce Wojny futbolowej przeczytałem o jego przyjaźni z
Kapuścińskim, byłem podekscytowany. Myślałem: to musiała być jakaś sekretna
przyjaźń, ależ odkrycie!
Kapuściński miał odczyt w Londynie, Anderson nie pamięta daty, była to
prawdopodobnie promocja brytyjskiego wydania Imperium. W przerwie, przy
stoliku z kawą, Anderson poprosił Kapuścińskiego:
- Opowiedz mi o Che...
- Ach, to błąd wydawcy... - odpowiedział Kapuściński.
- Byłem rozczarowany. Jego odpowiedź zrobiła na mnie wrażenie nieszczerej.
Rozczarowanie było tym większe, że zawsze podziwiałem go jako reportera i
pisarza, był dla mnie legendą, „punktem odniesienia”.
Dobrych kilka lat później Anderson rozmawiał ze znajomą w Liberii i zgadało
się o Kapuścińskim. Opowiedział jej o londyńskim spotkaniu i rozczarowaniu -
lecz sądził, że w kolejnych wydaniach Wojny futbolowej błąd poprawiono. Nie
poprawiono. Wspólnie ze znajomą znaleźli gdzieś egzemplarz Hebanu — dużo
późniejszej książki o Afryce - gdzie na okładce wydrukowano to samo, co
zawsze: że Kapuściński przyjaźnił się z Che, Allende i Lumumbą.
- Dobre wydawnictwa na Zachodzie prawie zawsze przysyłają pisarzom
okładkę przed drukiem, same proszą o napisanie not i wybór cytatów na okładkę
- mówi Anderson, który opublikował wiele książek w prestiżowych
wydawnictwach na całym świecie. - Gdyby nawet w wypadku Kapuścińskiego
było inaczej, w co wątpię, mógł sprostować ten błąd później.
Mit o znajomości Kapuścińskiego z Guevarą jest powielany. Wieloletni dyrektor
miesięcznika „Le Monde diplomatique” Ignacio Ramonet napisał, że Kapuściński
znał Che Guevarę i przeprowadzał z nim wywiad. Legendę utrwalali dziennikarze
piszący obszerne reportaże o Kapuścińskim, między innymi dla brytyjskiego „The
Independent” i amerykańskiego „Vanity Fair”. Czy o swojej znajomości z Che
mówił im w czasie wywiadów sam Kapuściński? Może „tylko” nie zaprzeczał?
Anderson odniósł wrażenie, że mimo światowej sławy, statusu gwiazdy,
Kapuściński zachowywał się jak człowiek bardzo niepewny siebie.
Z niejasnego powodu - mówi Anderson - ważne były dla niego cyfry: że widział
tyle to a tyle rewolucji, tyle a tyle zamachów stanu. W Londynie opowiadał, że
podczas pracy nad Imperium przejechał na terenie Związku Radzieckiego 60
tysięcy kilometrów.
- Pamiętam - mówi Anderson — co wówczas pomyślałem: „O rany, po co on
to w kółko powtarza?”. 60 tysięcy kilometrów to dużo, ale dlaczego tyle o tym
mówi? To tak, jakby siła statystyki i skumulowanych kilometrów dawała mu
większy tytuł do zabierania głosu w sprawie. „Nie musisz mi tego mówić, jesteś
Kapuścińskim!”. I pomyślałem, że to, czym posługiwał się w książkach jako
materiałem literackim i co zdawało w nich egzamin, przenosił do życia.
Anderson nie powiedział wtedy o swoich odczuciach ani Kapuścińskiemu, ani
nikomu innemu.
- Nie chciałem umniejszać jego rangi. Gdybym powiedział wtedy publicznie o
konfabulacji na temat jego przyjaźni z Che, Kapuściński byłby w opałach.
Streszczenie pewnej rozmowy:
- Po co ludzie konfabulują? - zagaduję Wiktora Osiatyńskiego.
- Żeby samym sobie wydawać się lepszymi, niż są naprawdę. Żeby pokazać to
innym... Żeby ukryć jakąś słabość. Na przykład, tchórz będzie konfabulował
odwagę, ktoś agresywny - swoją tolerancję. Zwykle zakłamujemy to, co nas boli.
Znałem człowieka, który opowiadał barwnie o swoim ojcu i rodzinie, których
nigdy nie miał.
U pisarza literatury faktu, takiego jak Rysiek, dochodzi motyw nadania
większej atrakcyjności temu, co się pisze: żeby zachęcić do czytania, żeby
zwrócić na siebie uwagę.
Konfabulacje zdarzają się zwykle wtedy, kiedy człowiek nie jest pewny siebie i
musi sobie coś dodawać, czymś nadrabiać. Nie znaczy wcale, że to konieczne, to
on sam tak czuje. Czy z tego, co pan ustalił, wynika, że Rysiek konfabulował cały
czas, czy w jakimś momencie życia te konfabulacje zanikają?
- Raczej zanikają, choć zdarzają się wyjątki...
- To by potwierdzało moje przeczucie. Gdy stał się znany i ceniony, gdy
poczuł się pewniej i nie musiał sobie ani nikomu niczego już udowadniać, przestał
konfabulować.
- W niektórych konfabulacjach trwał, nie zdementował ich.
- To zrozumiałe, bo bardzo trudno się wycofać z konfabulacji, zwłaszcza
reporterowi. Gdyby ogłosił: „Konfabulowałem!”, ktoś mógłby podważać wszystko,
co napisał.
Na dodatek, gdy człowiek konfabuluje, działa szczególny mechanizm
psychologiczny: po jakimś czasie sam zaczyna wierzyć w to, co zmyślił, i jest
absolutnie przekonany, że mówi prawdę. „Odkłamanie” wymaga ogromnego
wysiłku, sporej odwagi, znajomości samego siebie.
- Czym Rysiek mógł się kierować, gdy sugerował mi w rozmowie, na przykład,
że był w czasie masakry na placu Tlatelolco w '68 roku?
- Sądzę, że tutaj odezwała się silna potrzeba identyfikacji z wielkim mitem,
wielkim wydarzeniem historycznym. Przyjechał do Meksyku krótko po masakrze,
czuł atmosferę tego wydarzenia i utożsamił się z nim.
Na szlaku Che Guevary cd.
Po wyjeździe z Chile błąka się bez przydziału. Pomysł otwarcia drugiego biura
PAP w Ameryce Łacińskiej wydaje się coraz mniej realny: agencja nie ma dość
pieniędzy. Kapuściński powinien więc objąć placówkę w Meksyku, jednak centrala
PAP w Warszawie ma kłopot z tamtejszym korespondentem, Osmańczykiem. Ten
nie ma wcale zamiaru opuszczać stanowiska, („...wymyśla coraz to nowe
preteksty - włącznie z tysiącem jakichś niestworzonych chorób i pisze, że on
wyjedzie wtedy, kiedy będzie chciał...” — wściekły Kapuściński pisze do
przyjaciela).
Nie ma pomysłu, co robić. Zmęczony, zrezygnowany ciągłym załatwianiem
formalności - wiz, akredytacji w kolejnych krajach - bez czasu na pisanie,
poznawanie, własny rozwój chce wracać do kraju. W agencji mówią jednak: -
Czekaj cierpliwie, niedługo pojedziesz do Meksyku.
Na razie ląduje w Rio de Janeiro. Nowo mianowany ambasador Aleksander
Krajewski ma ambicję stworzenia tu dynamicznej placówki, oferuje PAP-owi
pomoc. Kapuściński oddycha z ulgą - tylko na chwilę.
Dobrodziej szybko zamienia się w osobliwego prześladowcę. Zabiera
Kapuścińskiego z lotniska do ambasadorskiej rezydencji i nie chce słyszeć o tym,
żeby gość wyprowadził się stamtąd gdzieś indziej. (- Chciał mnie mieć na oku -
wspomni Kapuściński. Po co? Nie wiadomo). Nie pozwala reporterowi korzystać z
teleksu — co to za pomoc, co za przysługa?
Kapuściński ogłasza strajk głodowy. Kładzie się na łóżku, głowę nakrywa
prześcieradłem i leży bez ruchu. Nie je, nie pije, nie wstaje. Próbuje go złamać
gosposia - bez sukcesu. Potem sam ambasador - próżny trud. Kapuściński z
prześcieradłem na głowie ani drgnie. Kiszki grają mu marsza, kości bolą od
leżenia, ale się nie poddaje. Tak przez kilka dni. Ambasador dochodzi do
konkluzji, że jego gość jest wariatem.
- Skoro musisz się wyprowadzić, droga wolna...
Wynajmuje pokój z kuchnią w dzielnicy Copacabana, przy najsłynniejszej plaży
świata. Z okien ma widok na ocean: najpiękniejsze miejsce na ziemi! Zakochuje
się w Rio, zakochuje w Brazylii. W liście do Jerzego i Izabelli Nowaków pisze:
Kraj jest naprawdę fascynujący i co najważniejsze — to są szalenie klawi, mili
ludzie ci Brazylijczycy. Są naprawdę bardzo fajni i pod tym względem żyje się tu
fantastycznie. Możecie podróżować po całej Brazylii, tak jakby to był wasz dom.
Bardzo polubiłem Brazylię i za wszelką cenę chciałbym tu wrócić.
To lata wojskowej dyktatury, lecz jej łagodnego etapu, dlatego Kapuściński
pisze w liście, że „rząd jest bardzo liberalny - wbrew temu co na ten temat pisują
w prasie”. Miesiąc po wyjeździe z Rio, w grudniu sześćdziesiątego ósmego,
dojdzie tu do puczu wewnętrznego w armii i władzę obejmą jastrzębie; opozycja
chwyci za broń - powstaną grupy partyzantki miejskiej. Już z Meksyku
Kapuściński będzie pisał o postępującej w Brazylii faszyzacji życia politycznego.
Po raz pierwszy styka się tu z ruchem, który stanie się jedną z jego fascynacji:
teologią wyzwolenia. Jest to nurt wewnątrz Kościoła katolickiego, który piętnuje
antykomunistyczne dyktatury i domaga się reform w duchu rewolucyjnomarksistowskim
(co już wkrótce nie spodoba się Stolicy Apostolskiej). W Brazylii
teologia wyzwolenia ma rzeczników nie tylko wśród szeregowych księży i
świeckich, lecz także biskupów.
Podobnie jak w Santiago de Chile, prawie nic nie pisze. Wiedzie beztroskie
życie: plaża, morze, zwiedzanie. Należy do Klubu Korespondentów
Zagranicznych, dzięki temu dostaje zaproszenia na obiady z ministrami. Uczy się
portugalskiego, choć nie cierpi tego języka. „... brzydki, okropny język.
Opanowałem go już nawet dość znośnie, a w czytaniu nawet biegle, ale działa we
mnie jakiś irracjonalny sprzeciw - przeciw temu językowi i demonstracyjnie
mówię po hiszpańsku, a odmawiam mówienia po portugalsku”.
Unika alkoholu i kobiet, co w Brazylii wymaga sporo silnej woli. Wie, że jako
korespondent z komunistycznego kraju może być obserwowany, sprowokowany -
i w ten sposób stać się łatwym celem do skompromitowania.
Pod koniec października dostaje depeszę od Frelka (który z fotela sekretarza
Kliszki wraca na krótko do PAP jako wiceszef agencji): jest wreszcie nominacja
na stanowisko korespondenta w Meksyku; meksykańskie MSZ dostało już notę z
PAP, że Osmańczyk przestaje być korespondentem. Ulga i... znowu niepokój:
Wylatuję z Rio w przyszłym tygodniu i będę w Meksyku 16 listopada... Czeka
mnie teraz okropna przeprawa z Osmańczykiem, coś najbardziej obrzydliwego,
co mogło mnie spotkać wiecie, jak bardzo nie nadaję się do takich spraw. W
dodatku znowu stracę parę miesięcy czasu, niech to wszystko krew zaleje, po
prostu nie mam już siły, zwyczajnie nie mam siły.
Meksyk - wielka fascynacja i jeszcze większa frustracja.
Ma tu kilkupokojowe mieszkanie w centrum przy ulicy Amazonas 57-503
(pisze o nim: „pałac”). Jeden pokój to przestronna pracownia tylko dla niego;
komfort, jakiego nie miał ani w Warszawie, ani gdziekolwiek indziej, gdzie
pracował. Przyjeżdżają do niego Alicja i Zojka, nie będzie sam; życie towarzyskie
z ekipą polskiej ambasady też nie pozwoli na przeżywanie mąk samotności — jak
w Kampali, Lagos, Limie, Rio... Będzie jednak całkowicie sam na sam z wielkim
kontynentem, który teraz właśnie jest kipiącym wulkanem.
Codziennie przeczytać tony gazet, wysłuchać radia, wybrać, przepisać,
napisać, nadać... W Brazylii partyzanci porwali ambasadora, w centrum
Montevideo znaleziono zwłoki studenta ze śladami po torturach, w Buenos Aires
montoneros zastrzelili ważnego generała, z Meksyku wydalono dyplomatów
radzieckich, Fidel - że nie oddamy ani guzika, Douglas Bravo — że dość Fidela, w
Chile wybory wygrywa Allende, Nixon zaostrza kurs... Jak to wszystko opanować,
wyjaśnić, opisać?
…dłuższy pobyt tutaj jest dla mnie psychicznym ciężarem, głównie ze względu
na moje pisanie, którego w żaden sposób nie mogę tutaj uprawiać. Zostałem
zapędzony przez PAP w kierat codziennych serwisów informacyjnych, skończona
głupota, która zabiera mi wszystek czas, całą energię i nie zostawia nic — ani
dorobku, ani zadowolenia. A mam w zanadrzu kilka rzeczy do napisania:
wszystko zamknięte w teczkach i marzeniach. Dnie i tygodnie przeciekają mi
przez palce, bez śladu - te depesze w kółko wystukiwane, jakieś bzdurne
konferencje prasowe, te fiesty nieskończone, od których nie można się opędzić.
W dodatku wysokość 2,5 tysiąca metrów, która mnie męczy i bardzo
dekoncentruje. No dość, dość.
Raz słońce, raz deszcz, jak mówią słowa latynoskiego szlagieru.
Kapuściński non-fiction
Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa: twarda
Ilość stron: 608
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 52,33
Cena detaliczna: 57,51
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Nadużyte zaufanie
Opinii redaktorów Znaku nie podziela Świat Książki, który opowieść o życiu i twórczości Kapuścińskiego wydał w marcu, w rocznicę jego urodzin. Zdaniem biografa, Kapuścińskiemu zdarzało się upiększać fakty
- Inicjatywa napisania tej książki wyszła ode mnie - powiedziała Rz Alicja Kapuścińska, wdowa po pisarzu. - Zaproponowałam Arturowi, o którym byłam wówczas dobrego zdania, aby stworzył opowieść o recepcji twórczości Ryszarda na świecie. O tym, jak widzą go w Afryce, Ameryce Południowej czy we Włoszech. Autorowi udostępniłam nie tylko archiwum, ale także bezcenne kontakty, m.in. do hiszpańskiej rodziny królewskiej. Ryszard był bowiem laureatem prestiżowej Nagrody Księcia Asturii. Artur przystał na moją propozycję, skorzystał z pomocy, ale nie wyjaśnił, że pisze zupełnie inną książkę - biografię. Od roku unikał kontaktów ze mną, a teraz słyszę, że w książce, której nie miałam okazji przeczytać, mówi o sprawach osobistych. Czuję, że nadużył mojego zaufania.
W rozmowie z Rz Artur Domosławski powiedział, że poinformował Alicję Kapuścińską o charakterze swojej książki.
- Podkreśliłem, że kwestia recepcji dzieła Kapuścińskiego interesuje mnie tylko w kontekście jego biografii - wspomina Domosławski, dziennikarz Gazety Wyborczej i specjalista od spraw Ameryki Łacińskiej.
Z zapowiedzi Świata Książki rozesłanych do mediów można się dowiedzieć, że biografia przyniesie zaskakujące odkrycia. Dokumentację autor zbierał m.in. w Etiopii, Boliwii i USA.
Pan Ryszard z bliska
- Artur próbował pokazać żywego człowieka, którym interesował się przez znaczną część życia - mówi Andrzej Stasiuk, którego rekomendacja pojawi się na okładce. - Podążał jego śladem, przyjaźnił się z nim. A teraz stara się dotrzeć do prawdy i nie przejmuje się tym, że niektórzy chcieliby mieć kolejnego polskiego świętego. Owszem, Domosławski pisze również o sprawach osobistych, słabości do kobiet czy pełnych miłości, ale trudnych relacjach z córką. Robi to jednak w sposób delikatny i taktowny. Uważam, że ta książka wiele Artura kosztowała.
- Nie rozumiem, jak mógł powstać rozdział o relacjach Ryśka z naszą córką, skoro autor nie zdecydował się na przeprowadzenie z nią rozmowy - mówi Alicja Kapuścińska.
Artur Domosławski odmówił komentarza w tej kwestii.
- Na wszelkie pytania chętnie odpowiem po publikacji biografii - powiedział Rz reporter. - Rozumiem, że książka już teraz budzi zainteresowanie. Zależy mi jednak nie na sensacji, a na poważnej rozmowie o postaci i dziele Kapuścińskiego.
Domosławski odszukał wczesne wiersze Kapuścińskiego inspirowane Majakowskim. Osobny rozdział poświęcił materiałom z IPN. Dotarł do bohaterów Kapuścińskiego, by przekonać się, co myślą o jego tekstach. Stawia tezę, że autorowi Hebanu zdarzało się zmieniać, upiększać, uwznioślać fakty.
- Wiele trudnych spraw autor interpretuje na korzyść bohatera - wyjaśnia Paweł Szwed ze Świata Książki. - Ta biografia nie tylko nie umniejsza reportera, ale - tak było w moim przypadku - zachęca do ponownej lektury jego dzieł.
- Po przeczytaniu tej książki Kapuściński jest dla mnie jeszcze ważniejszą i ciekawszą postacią - przyznaje Stasiuk. - Domosławski opisuje człowieka uwikłanego w historię i komunizm. Korespondenta wojennego, który - co sugeruje jeden z rozmówców - podczas wojny w Ameryce Południowej mógł wyjść ze swojej roli i chwycić za broń. To wreszcie portret znakomitego autora, który zrewolucjonizował reportaż, a do końca życia miał kompleks, że nie jest pisarzem z prawdziwego zdarzenia i ciężko znosił krytykę. Krótko mówiąc: Artur przybliżył mi Kapuścińskiego, uczłowieczył go.
Autor należy do uczniów Kapuścińskiego. Ciekawe, jak jego książkę oceniłby sam mistrz.`
Bartosz Marzec 08-01-2010
źródło: Rzeczpospolita, www.rp.pl
`Są uprawnione wydawnictwa, które wydają przewodniki po domach publicznych, z kwalifikacjami i ilością gwiazdek, ale nie sądzę, żebym chciał wydać w takim miejscu swoją książkę historyczną, albo żeby to wydawnictwo równocześnie wydawało żywoty świętych` - tak prof. Władysław Bartoszewski skomentował decyzję Świata Książki o publikacji książki Artura Domosławskiego...
(źródło: Biblioteka Analiz, 26.02.2010)
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: biografie i wspomnienia, biografie |
| Wydawnictwo: | Świat Książki |
| Oprawa: | twarda |
| Wymiary: | 150x230 |
| Ilość stron: | 608 |
| ISBN: | 978-83-247-1906-8 |
| EAN: | 9788324719068 |
| Wprowadzono: | 25.02.2010 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęSibrand konradurb(at)gmail.com 21 wrzesień 2010
A od kiedy pytam się reportaż ma być rozprawą naukową? Ma przedstawić pewien punkt widzenia i wycinek rzeczywistości, nie całość. Jeśli ktoś chce wiedzieć co było dalej to czyta rozprawy naukowe i profesjonalne książki historyczne. Poza tym reportaż zawsze zakłada pewien subiektywizm. To co widzę, zawsze będzie przetworzone przez mój mózg i to ja nadam temu decydujący kształt. I nie sądzę żeby był "trybikiem" w pewnej machinie. Kto chciał wtedy wydawać książki musiał się do pewnych rzeczy dostosować. Kapuściński - wysłannik PAP. I wszystko jasne. A miło tak czepiać się czyjejś przeszłości? No błagam. Dostojewski nienawidził Polaków - zachwycamy się jego dziełami. Iwaszkiewicz i Andrzejewski to homoseksualiści. Przeszkadza to tak bardzo w odbiorze dzieł? Jeśli czytam książkę jakiegokolwiek autora, przede wszystkim zwracam uwagę na walory tejże książki. Guzik mnie obchodzi biografia. Jeśli spoglądamy na twórcę przez pryzmat biografii (nie powiem, u wielu autorów zapoznanie się z biografią jest niezbędne) i wytykamy wszelkie złe wydarzenia, to należy zastanowić się nad sobą.
Zobacz również
