Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
- Spytała, czy mógłby podać wino, a on ją zabił. Chwycił ją za włosy, przycisnął jej twarz do obrusa i zatłukł wieprzowym gnatem. Zatłukł na śmierć, Mordimerze – Otton Pleiss ostatnie zdanie wypowiedział z takim niedowierzaniem, jakby zatłuczenie kogoś na śmierć nie mieściło mu się w głowie. Chociaż… rzeczywiście, wieprzowym gnatem? Przy stole? O podobnym wydarzeniu ja sam również nie słyszałem.
- Czy piła aż tak dużo, że ten właśnie powód mógł skłonić twojego kuzyna do podobnie nieprzemyślanego postępku? – zapytałem ostrożnie.
Spojrzał na mnie złym wzrokiem.
- Próbujesz być dowcipny, Mordimerze?
- Uchowaj Boże – zastrzegłem szybko, gdyż naprawdę nie miałem zamiaru żartować z tej dziwnej śmierci, zwłaszcza że śmierć, tym razem zadana zgodnie z prawem Boskim i ludzkim, czekała również kuzyna mojego towarzysza, który popełnił tak niezwykłe morderstwo.
- Nieboszczka była wspaniałą kobietą – stwierdził Otton dobitnie, nadal przyglądając mi się ze sporą dozą podejrzliwości – i choć ku swej rozpaczy nie mogła zostać matką, jednak stworzyła Robertowi prawdziwie przykładne ognisko domowe. Przed laty i ja się w niej kochałem – westchnął głęboko.
Zerknąłem szybko na mego towarzysza. Ze swą płaską, z gruba ciosaną twarzą nie należał do ludzi szczególnie urodziwych i nie wyglądał na kogoś, kto dawałby się unieść romantycznym porywom serca. Ale jak widać pozory myliły.
- Czy pod tą pozłotą nie kryła się rdza? Wybacz pytanie – zastrzegłem, widząc jego minę – ale sam przecież wiesz ilu znajdujemy ludzi uchodzących w oczach sąsiadów za przykładnych chrześcijan, podczas kiedy naprawdę hołdują przeróżnym grzechom lub ukrywają przed okiem bliźnich paskudne przywary. Może obarczała twego kuzyna winą za brak dzieci? Może zatruła mu życie narzekaniem i wyrzutami?
- Medycy stwierdzili, że to jej wina – Otton wydął wydatne wargi - jeśli o winie w ogóle można mówić, bo to przecież zrządzenie Boże, nie niczyja wina.
Skinąłem głową, zgadzając się z nim, gdyż jak widać obaj nie przyjmowaliśmy do wiadomości twierdzeń niektórych kaznodziejów jakoby bezpłodność była sprawiedliwą karą dotykającą kobiety za pierworodny grzech Ewy. Zresztą w kazaniach tych złotoustych mędrków wszystko złe co wydarzało się niewiastom było sprawiedliwą karą. Ośmielałem się sądzić, iż tak właśnie objawiał się brak porządnego chędożenia, gdyż mężczyzna zadowolony z rozkoszy, jaką mogą mu dać kobiety, mniej jest skłonny, by obarczać je odpowiedzialnością za wszystkie grzechy świata.
- Medycy zwykle skłonni są twierdzić, że wina leży po stronie wyschniętego łona, nie zgniłego korzenia – rzekłem – zauważyłem również, że jakoś łatwiej im przekonać mężów do podobnej diagnozy, a co za tym idzie wyjść z honorarium, nie z siniakami na tyłku.
Uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie, Mordimerze, to nie tak. Może nie uważasz mnie za człowieka o zbyt lotnym umyśle, wierz mi jednak, że zauważyłbym, gdyby mój kuzyn i moja dawna ukochana żyli w nienawiści lub nawet w obojętności. Oni się kochali, Mordimerze, sercem, duszą i ciałem. A to rzadka cnota w dzisiejszych czasach.
Mój słodki Boże, nie wiedziałem, że Otton jest tak wymownym człowiekiem! Jak widać rzeczywiście zachował w sercu sentyment dla ukochanej z młodzieńczych lat.
- Zapewne nie z wielkiej miłości zatłukł ją obiadem – burknąłem, gdyż te peany na temat kuzyna i jego żony wydawały mi się nie przystawać do tragicznej sytuacji.
Otton żachnął się.
- Wolałbym, abyś okazał choć odrobinę szacunku! – rzekł ostrym tonem.
- Wybacz, Ottonie, ale albo ty nie masz racji, wygłaszając opinie o ich związku albo morderstwo nie miało miejsca, czyli musimy zaprzeczyć albo twojej teorii albo faktom.
- Albo… - uniósł palec i spojrzał na mnie badawczo.
- O nie! – rzekłem bardzo stanowczo, gdyż już wcześniej podejrzewałem dokąd może zmierzać i czemu w ogóle opowiadał mi o całej sprawie – nie, Ottonie. Lubię cię i cenię, ale nie zrobię tego nawet dla ciebie. Nie pojadę do Wittlich i nie stwierdzę, że twój kuzyn został opętany przez demona, więc w związku z tym potrzebuje pomocy egzorcysty, nie kary z ręki kata.
- Wcale cię o to nie proszę – burknął, opuszczając wzrok.
- Czyżby?
- Robert nie mógł tego zrobić – Otton huknął pięścią w blat stołu – prawdziwie i szczerze ją kochał. Świata poza nią nie widział. Poza tym – wzruszył ramionami – jest szlachcicem.
- A toś znalazł argument obrony! – pokręciłem głową – czyli, że niby szlachecka delikatność nie pozwoliłaby mu na zatłuczenie żony kością? Wiesz co Ottonie? Już ty lepiej zostań przy ich wielkiej miłości i nie szukaj dalszych usprawiedliwień.
- Jest również bogaty – Otton popatrzył na mnie spode łba.
- Szkoda w takim razie, że nie możemy wytoczyć mu procesu inkwizycyjnego, gdyż wtedy jego majątek przeszedłby na rzecz Świętego Officjum – stwierdziłem lekkim tonem.
Otton zacisnął zęby i powstrzymał się najwyraźniej przed dosadnym słowem lub nawet kilkoma dosadnymi słowami.
- Mordimerze, nie proszę cię o nic innego, jak tylko, żebyś pojechał do Wittlich i przyjrzał się sprawie. Może dostrzeżesz coś… niezwykłego. Załatwię ci oficjalną delegację u Manfreda i postaram się o wynagrodzenie przekraczające wysokością oficjalne.
Manfred Sternmaier był naszym przełożonym i szefem oddziału Inkwizytorim w Kaiserbad, gdzie miałem zaszczyt od niedawna służyć. Na ile go poznałem sprawiał wrażenie człowieka życzliwego swym podwładnym, więc Otton rzeczywiście mógł liczyć na pewne względy.
- Dlaczego właśnie ja, Ottonie?
- Bo ja nie mogę – rozłożył bezradnie ręce - w Wittlich wszyscy mnie znają, jednak nikt nie wie, że pracuję dla Świętego Oficjum. Bywałem tam raz, dwa razy do roku, zawsze jako gość Roberta i Esmeraldy. Byłoby niezręcznie, gdybym oficjalnie zaczął badać sprawę mojego kuzyna. Ale pojadę z tobą, Mordimerze, a raczej obok ciebie. Incognito. Gotów ci służyć wszelką pomocą.
- Esmeralda – powiedziałem – ładne imię.
Zastanawiałem się na tym, co usłyszałem od Ottona i nie byłem, delikatnie mówiąc, zachwycony jego pomysłem. Spraw prywatnych, rodzinnych, czy sentymentalnych nie należy bowiem łączyć ze sprawami zawodowymi. Byłem pewien, że prędzej czy później Otton zechce bym nagiął swe zasady i uratował życie jego krewniaka. Nie mógł prosić o to oficjalnie, zwłaszcza naszego przełożonego, ale siedząc wraz z ze mną w Wittlich będzie po prostu drążył sprawę, wiercąc mi dziurę w brzuchu i przekonując, że nikomu nie stanie się krzywda, jeśli tylko zabiorę jego kuzyna na rzekome badanie, aby w ten sposób usunąć go z zasięgu wzroku sądu oraz mieszkańców miasta. Poza tym co oznaczało sformułowanie: „byłoby niezręcznie, gdybym oficjalnie zaczął badać sprawę mojego kuzyna”? Może i byłoby niezręcznie, ale kto mógł skutecznie zaprotestować przeciw takiej niezręczności? Jednak później zdałem sobie sprawę, że Ottonowi nie chodziło bynajmniej o mieszkańców Wittlich, a o naszych przełożonych, dla których wszelkie rewelacje Ottona mogłyby być mało wiarygodne.
- Dziedziczyłby po niej majątek? – zapytałem niechętnie.
- Ona była biedna – wyjaśnił szybko mój towarzysz – dobra rodzina, ale bez majątku. To Robert jest bogatym człowiekiem.
- Czy twój kuzyn jest mężczyzną porywczym? Skorym do przemocy?
- Mordimerze, to człowiek o anielskiej cierpliwości i łagodny niczym baranek!
- A więc raczej typ milczka, chowającego urazy i nie dającego nic znać po sobie, kiedy zostaje urażony lub skrzywdzony?
Otton prychnął z niezadowoleniem.
- Jest po prostu prawym, spokojnym człowiekiem – stwierdził stanowczo.
- Sądzę, Ottonie, że złość twojego kuzyna buzowała niczym para w kotle. Aż w końcu pary narosło tak wiele, że zerwała pokrywę. Wiesz dobrze z własnego doświadczenia, że takie rzeczy przytrafiają się ludziom. Nawet najbardziej spokojnym i powszechnie uważanym za uczciwych. Po prostu wybuchnął. Na krótką chwilę, której zapewne teraz serdecznie żałuje. I tyle…
- Znakomity byłby z ciebie medyk – warknął mój towarzysz – stawiałbyś diagnozę pacjentowi na drugim końcu Cesarstwa, nie kłopocząc się nie tylko zbadaniem go, ale nawet zobaczeniem. Powiedz wprost: wyświadczysz mi tę grzeczność, czy nie?
Podparł się pięściami na blacie stołu i patrzył na mnie nachmurzony.
I co miałem zrobić w takiej sytuacji? Odmawiając mu uczynię sobie z niego wroga, a to zawsze niefortunna sytuacja mieć nieprzyjaciela w gronie współpracowników. Zgadzając się na ten wyjazd i poprowadzenie śledztwa napytam sobie tylko kłopotów. Bo albo nie odnajdę niczego niepokojącego i oddam w ten sposób Roberta w ręce kata albo zgodzę się udawać, że wierzę, iż został opętany. Co wywoła komplikacje, o jakich Otton nawet nie myślał (a może myślał, tylko nie zawracał sobie nimi głowy, gdyż ten kłopot spadnie już na mnie). Mianowicie będę musiał sporządzić fałszywe raporty z przesłuchania, wysnuć fałszywe wnioski, wszystko to poświadczyć własnym podpisem i wysłać do Hez-hezronu, siedziby władz Inkwizytorium. Pół biedy, jeśli raport ugrzęźnie w bezdennych szafach kancelarii Jego Ekscelencji. Ale jeśli ktoś się nim zainteresuje? Jeśli zechce sprawdzić cóż to był za demon, dlaczego opętał tego człowieka i dlaczego go opuścił? Oczywiście istniało również niewielkie prawdopodobieństwo, iż podejrzenia Ottona były w jakimś stopniu uzasadnione. Może na jego kuzyna rzeczywiście ktoś rzucił urok? Może naprawdę został opętany (chociaż akurat ta hipoteza wydawała mi się najmniej prawdopodobna)? Wtedy szkoda byłoby sprawy nie zbadać. I wtedy i tylko wtedy wyszedłbym z całej awantury z tarczą. Uratowałbym życie kuzynowi Ottona oraz złapał czarnoksiężnika lub wiedźmę, którzy go zaczarowali. Tyle, że naprawdę skórka nie była warta wyprawki.
- Robert jest hojnym człowiekiem. Sowicie wynagrodzi ci trudy – powiedział Otton.
- Nie obrażaj mnie propozycją łapówki – burknąłem.
- Nie łapówki, a jedynie honorarium za dokonanie ekspertyzy – rzucił szybko.
- Niezależnie od tego, jak ekspertyza wypadnie? – spojrzałem mu prosto w oczy – zaakceptujesz mój wyrok, Ottonie? Nie będziesz mnie namawiał do złamania zasad oraz prawa?
- Zdam się na ciebie – zapewnił gorliwie – będę usatysfakcjonowany, jeśli tylko zobaczę, że zbadałeś wszystkie argumenty za i przeciw.
Szczerze mówiąc nie bardzo chciało mi się wierzyć w te obietnice, ale przynajmniej miałem jego zobowiązanie.
- Będę z tobą na miejscu. We wszystkim ci pomogę – dodał.
- I tego właśnie się obawiam - mruknąłem
- No więc jak: zgoda? – wyciągnął dłoń w moją stronę.
Po chwili wahania niechętnie podałem mu rękę. Potrząsnął nią z takim zapałem, jakby spomiędzy moich palców miał nadzieję wytrząsnąć złote monety.
- Nie pożałujesz, Mordimerze! Nie zapomnę ci tego do końca życia!
- Oczywiście – odparłem, gdyż doskonale wiedziałem, co sądzić o podobnych zapewnieniach.
Ja, inkwizytor Dotyk zła
Wydawnictwo: Fabryka Słów
z serii: O Mordimerze Madderdinie
Oprawa: miękka
Ilość stron: 348
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 31,69
Cena detaliczna: 34,82
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Oto dwie minipowieści, których bohaterem jest Mordimer Madderdin, pełen wiary i zapału młody inkwizytor.
Dlaczego bogaty kupiec pragnie utopić we wrzącej smole ubóstwianego synka? Dlaczego zacny patrycjusz w okrutny sposób zabija ukochaną żonę? Mordimer Madderdin musi wyjaśnić jaka siła popycha ludzi do czynienia bezrozumnego zła.
Mordimer wpada w miłosne sidła zastawione przez śliczną i uroczą góralkę. Jak długo wytrzyma inkwizytor którego nazywa się "miodowym placuszkiem" i "szafranową babeczką"? I jak długo wytrzyma, by kierowany świętym obowiązkiem, nie zajrzeć do szafy pełnej trupów?
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: fantastyka, fantasy, mroczna fantasy |
| Wydawnictwo: | Fabryka Słów |
| Oprawa: | miękka |
| Wymiary: | 125x195 |
| Ilość stron: | 348 |
| ISBN: | 978-83-7574-220-6 |
| EAN: | 9788375742206 |
| Wprowadzono: | 25.11.2010 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęJarek jareckr(at)gazeta.pl 20 grudzień 2010
Zabrakło mi pewnej rzeczy, obecnej w tomie Płomień i krzyż. Chodzi mi mianowicie o przypisy, bo z nich dowiedzieć się można czegoś ciekawego, nawet gdy akcję osadzono w uniwersum jedynie zbliżonym do naszego. Skoro pisarz zdecydował się na coś takiego w chronologicznie pierwszym tomie, w dwóch kolejnych powinien być konsekwentny. Szkoda! Pozwolę sobie na mało wyszukane porównanie kulinarne (akurat takie przyszło mi do głowy): opisywana książka nie jest kilkudaniowym obiadem z lampką wina w wytwornym lokalu, lecz nawet dysponując odpowiednią ilość gotówki nie zawsze mamy na coś takiego ochotę. To raczej idealna pizza: dobrze wypieczona, z mnóstwem dodatków i ciągnącym się serem, smaczna i świetnie zaspokajająca głód. Słowem: udany prequel. W swojej klasie Piekara i jego bohater wymiatają! Ocena Wystawiona ocena 4,5 dotyczy ostatniej książki, przy czym zagorzali fani spokojnie mogą dodać pół punktu. Poniższe plusy i minusy odnoszą się do siedmiu książek cyklu jako całości. Gdybym całość właśnie miał ocenić, zważywszy na przewagę zalet, skłaniałbym się ku szkolnej ocenie 5-. Zalety: + świetnie wykreowany główny bohater, daleki od stereotypów fantasy, + umiejętnie zastosowana i wykorzystana narracja pierwszoosobowa, + ciekawy świat, ze wszystkimi mrokami średniowiecza, + specyficzny humor, + wciągająca lektura! Wady: - niektóre opowiadania pachną przeciętnymi scenariuszami RPG, - niekiedy schematycznie poprowadzona fabuła.
Jarek jareckr(at)gazeta.pl 20 grudzień 2010
Istnieje coś magnetycznego w serii traktującej o przygodach Mordimera Madderdina. Niby już siódma książka, niby występuje znane zjawisko odcinania kuponów przez pisarza, a jednak fani z zapałem kupują kolejne części i zapewne kupować będą, niezależnie od tego, czy inkwizytor tylko przewija się w tle opowieści (Płomień i krzyż), czy jest początkującym sługą Świętego Officjum (Ja inkwizytor. Wieże do nieba), czy też doświadczonym i zahartowanym w bojach żołnierzem Pana. Zresztą, powiedzcie sami: któż nie tworzyłby nowych części przy dużym popycie i popularności cyklu? Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Piekara utrzymuje dobry poziom swojej prozy i styl, do którego przyzwyczaił czytelników. Jest jednym z takich autorów, którzy poniżej przyzwoitego rzemieślnictwa po prostu nie schodzą (co tyczy się nawet niezbyt udanej powieści Charakternik), a najczęściej wybijają się ponad zwyczajne wyrobnictwo. Poszczególne opowiadania z Mordimerem mogą być bardziej lub mniej udane; te słabsze mi osobiście przypominają średnie scenariusze do gier RPG, ale i tak bronią się co najmniej jednym: czyta się je z przyjemnością. W sumie przy takiej ilości historii zawartych we wszystkich tomach trudno w każdej stworzyć super-oryginalną fabułę i takąż intrygę do rozwiązania dla Madderdina. Dla tych, którzy nie czytali: Mordimer nie może być utożsamiany z działającymi w średniowieczu inkwizytorami, o czym zresztą wspominał w wywiadach pisarz. Tym bardziej, że funkcjonuje on w świecie, w którym Chrystus co prawda dał się ukrzyżować, ale zaraz potem zszedł z krzyża, by dokonać srogiej pomsty na ciemiężycielach. Symbol wiary chrześcijańskiej, widniejący na czarnych pła[...]h inkwizytorów ma połamane ramiona, a modlitwy formuły, które wyraźnie zmieniają ich wydźwięk. Piekara prezentuje więc wizję dla wielu obrazoburczą. Sporo innych rzeczy pozostaje żywcem wyrwanych z okresu późnego średniowiecza/ renesansu: wyższe duchowieństwo to ludzie władzy, w pełni korzystający z jej przywilejów, w polityce pełno matactw, spisków i knowań (to akurat nie tylko wieki średnie), a walka o przywileje i korzyści odbywa się przy użyciu całej gamy dostępnych sposobów. Święte Officjum dysponuje szerokim wpływami i wszelkimi środkami do tępienia czarnoksięstwa i herezji (za herezję uważa się też pogląd o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa). Na sam widok przedstawiciela tej instytucji w stroju służbowym ludziom odchodzi ochota do żartów, a w pewnych sytuacjach trudno powstrzymać drżenie niektórych części ciała, co skrzętnie wykorzystuje nasz inkwizytor i jego koledzy po fachu. Co istotne, w wymyślonej rzeczywistości magia, mroczne kulty, demony i wampiry naprawdę istnieją. Mamy więc do czynienia ze światem fantasy z małą domieszką historyczną, choć serii pod tym względem daleko do powieści fantastyczno-historycznej typu trylogia husycka. Trzeba tu zaznaczyć, iż Piekara stosuje umiar nie każda kobieta oskarżona o czary okazuje się trucicielką i rasową czarownicą, nie za każdym rogiem czai się zła, nieobliczalna istota z innego wymiaru; bardzo dobrze, że tak właśnie jest. Wydarzenia poznajemy z perspektywy głównego bohatera, gdyż autor zastosował narrację pierwszoosobową i - co tu dużo gadać - zabieg ten sprawdza się znakomicie. Madderdin jest wszechstronnie wyszkolony, gorliwy i przeświadczony o ważności zarówno Officjum, jak i swojej osoby w dziele bożym. W dążeniu do celu, czyli w rozwiązania zagadek oraz pokonywaniu trudności potrafi po mistrzowsku manipulować ludźmi, kłamać i zwodzić. Mimo licznych zapewnień, inkwizytorowi w żaden sposób nie można przypisać skromności i bycia jedynie ostrym narzędziem w ręku Boga. I chociaż nie raz okazuje się pragmatycznym do bólu i bezlitosnym [...]em, czytelnik i tak czuje do niego sympatię, co w dużej mierze pozostaje zasługą wspomnianej narracji oraz ironii, specyficznego sposobu bycia i poczucia humoru Mordimera. Również tego, że na swej drodze zdarza się mu spotykać ludzi, którzy nie hołdują żadnym zasadom. Madderdinowi biegłemu także w walce daleko do stosowania brutalnie prostych rozwiązań, co nie oznacza bynajmniej, że w ogóle nie sięga po przemoc. Ma on w sobie sporo z detektywa, dodatkowo zaopatrzonego w nadnaturalne zdolności. W każdym bądź razie pan inkwizytor to bohater oryginalny, z krwi i kości, któremu pod każdym możliwym względem bardzo daleko do wykreowanych Conanów, Geralta czy czarodziejów i ich uczniów z innych światów fantasy. W najnowszej książce autor prezentuje dwa dłuższe opowiadania lub, jeśli ktoś woli, dwie minipowieści. W pewnym momencie wydaje się, że Piekara wkłada w usta bohatera własne poglądy na temat aborcji, ponadto nie stroni od wycieczki w kierunku konkretnej osoby z polskiej sceny politycznej, a nawet nawiązuje do scenki ze Shreka (sic!). W obu przygodach pisze także o zwykłych ludzkich przywarach i słabostkach takich jak zawiść i zazdrość, zdrada, żądza posiadania. Początkujący inkwizytor już pewny siebie, ironiczny i zdający sobie sprawę z posiadanej władzy nad szaraczkami spotyka kilka ciekawych postaci. Odbywa też podróż do nie-świata, lecz tym razem różni się ona w sposób diametralny od pozostałych wycieczek. Więcej nie zdradzę, ogólny zarys fabuły macie przedstawiony na okładce. Ja inkwizytor. Dotyk zła stanowi dobry przykład książki do połknięcia, czyli lektury, od której ciężko się oderwać. Trzysta pięćdziesiąt stron przy dużej, firmowej czcionce to po prostu pestka! Zabrakło mi pewnej rzeczy, obecnej w tomie Płomień i krzyż. Chodzi mi mianowicie o przypisy, bo z nich dowiedzieć się można czegoś ciekawego, nawet gdy akcję osadzono w uniwersum jedynie zbliżonym do naszego. Skoro pisarz zdecydował się na coś takiego w chronologicznie pierwszym tomie, w dwóch kolejnych powinien być konsekwentny. Szkoda! Pozwolę sobie na mało wyszukane porównanie kulinarne (akurat takie przyszło mi do głowy): opisywana książka nie jest kilkudaniowym obiadem z lampką wina w wytwornym lokalu, lecz nawet dysponując odpowiednią ilość gotówki nie zawsze mamy na coś takiego ochotę. To raczej idealna pizza: dobrze wypieczona, z mnóstwem dodatków i ciągnącym się serem, smaczna i świetnie zaspokajająca głód. Słowem: udany prequel. W swojej klasie Piekara i jego bohater wymiatają! Ocena Wystawiona ocena 4,5 dotyczy ostatniej książki, przy czym zagorzali fani spokojnie mogą dodać pół punktu. Poniższe plusy i minusy odnoszą się do siedmiu książek cyklu jako całości. Gdybym całość właśnie miał ocenić, zważywszy na przewagę zalet, skłaniałbym się ku szkolnej ocenie 5-. Zalety: + świetnie wykreowany główny bohater, daleki od stereotypów fantasy, + umiejętnie zastosowana i wykorzystana narracja pierwszoosobowa, + ciekawy świat, ze wszystkimi mrokami średniowiecza, + specyficzny humor, + wciągająca lektura! Wady: - niektóre opowiadania pachną przeciętnymi scenariuszami RPG, - niekiedy schematycznie poprowadzona fabuła.
Zobacz również
