Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
Tego dnia jeszcze raz wyszedł z domu, co było jawnym naruszeniem zwyczajów. Stał na przystanku. Zimno już tak nie kąsało, ale zacinał deszcz ze śniegiem. Podniósł kołnierz ciepłej niegdyś jesionki. Teraz materiał jakby się przerzedził i ziąb bez przeszkód torował sobie drogę do jego ciała.
Starość jest jak choroba, z której nie można wyzdrowieć. Nawet Wiesia, nawet jej nie ominął okrutny proces wiotczenia. Była jego pierwszą miłością. Starsza o parę lat. Włóczył się za nią, wystawał pod jej domem, do momentu aż wyszła za mąż i zniknęła mu z oczu. Któregoś dnia, już po rozwodzie z Wandą, spotkał Wiesię na ulicy. Oczy im się do siebie śmiały, wstąpili na kawę. Mieszkała z mężem i kilkunastoletnim synem. Ciągle była ładna, chociaż rysy zaczęły się już wyostrzać. Wydawało mu się, że nigdy nie przestał jej kochać. Gotów był jak smarkacz wystawać pod jej domem. Doprowadził w końcu do tego, że Wiesia odeszła od męża. Pobrali się. Po roku urodziła się im córka. Potem zaczęło się coś psuć, zniechęcały ją nieporozumienia z teściową, mamusia z nikim nie umiała się nim dzielić, nawet w tej delikatnej, zdawałoby się, bez żadnej skazy istocie potrafiła wynaleźć wady. Starał się łagodzić, ale to jeszcze zaogniało sytuację. Reszty dopełniły jego częste wyjazdy, no i to, że nie wylewał za kołnierz. Ich córka miała niecałe trzy lata, kiedy Wiesia postanowiła wrócić do poprzedniego męża. Przyjął ją z dzieckiem.
Podjechał autobus. Przez chwilę wahał się, czy nie zawrócić, wsiadł jednak. Michał mieszkał parę przystanków dalej. Był w domu, ale nie można się było z nim dogadać.
Tym razem do domu wrócił piechotą. Z ulgą zdjął buty i wsunął nogi w miękkie kapcie.
Fragment 2
Żadnej mojej winy. Żadnej - pomyślał, ciężko podnosząc się z fotela. Coraz trudniej mu było poruszać się po pokoju i małej kuchni. Mieszkanie to kolejny błąd. Dawali mu do wyboru to, na trzecim piętrze, i nieco ciekawsze na parterze. W tym mieszkaniu kuchnia była obszerniejsza, ale przedpokój kiszkowaty i ciemny, trzeba było od progu zapalać światło. No i dalej do Śródmieścia. Nie miał się kogo poradzić, sam musiał zdecydować. Wybrał to tutaj, blisko Łazienek. Trzecie piętro już wtedy trochę go niepokoiło, chociaż czuł się nieźle. Teraz schody, ich przemierzanie kilka razy dziennie, stały się torturą. Ostatnio starał się wychodzić tylko raz w ciągu dnia. Ale wszystkiego nie sposób przewidzieć. Wczoraj czekał na listonosza, który miał przynieść rentę, a dzisiaj wyszedł po zakupy i, wracając, zastał awizo na list. Gdyby chodziło o paczkę, mógłby sobie podarować i zaczekać do jutra, ale list to było coś nowego. Może ten amerykański syn nie syn napisał. Rozmowy telefoniczne z nim do niczego nie doprowadziły.
Był już starym człowiekiem. Nawet jeżeli miał to być jego syn, to też nic nie znaczyło.
Co go wtedy napadło, żeby zboczyć z drogi i wstąpić na tę cholerną plebanię. To był błąd. Duży błąd. W ogóle nie powinien był się z Wandą żenić, ale w końcu jak się miało te dwadzieścia parę lat, robiło się głupstwa. No i palnął głupstwo. Mamusia miała sto procent racji: to małżeństwo było bez sensu od początku do końca. Mamusia wszystko umiała przewidzieć, raz tylko trochę przesadziła, ale można ją było zrozumieć. Chodziło o przyszłość jedynego syna. To chyba naturalne, że się starała.
Wanda mogła kogoś mieć i nie przyznać się ze strachu przed ciotką. Wolała winę zwalić na niego. Winę, czy raczej odpowiedzialność, bo czy można mówić o winie, gdy się rodzi dziecko. Swoją drogą, ciotunia też była dobra. Zachciało się jej ich godzić. Najpierw spiła go księżowską nalewką, a potem sama im rozesłała tapczan. Właściwie można powiedzieć, że wepchnęła mu Wandę do łóżka. Ta sama by na to nie wpadła. Siedziała pod ścianą i wpatrywała się w niego jak w obraz. Zawsze tak na niego patrzyła. Denerwowało go to, a jednocześnie budziło pożądanie. Myśl, że za chwilę wsadzi rękę za majtki tej rozmodlonej dziewczynie i wyczuje pod palcami wilgoć i pulsowanie, powodowała natychmiastową gotowość. Wiedział, że ona też tego pragnie, ale że się jednocześnie bardzo wstydzi, i ten jej wstyd rozpalał go chyba najbardziej. Wyłuskiwał z ubrania jej białe ciało i wszystko w nim zaczynało podnosić się, ożywać. Dziwne.
Miał tyle kobiet w życiu, niektóre z nich kochał, a nigdy nie odczuwał takiego zwierzęcego pożądania. Unosił się na rękach i kazał jej na siebie patrzeć. Było coś takiego w jej oczach, co doprowadzało go niemal do utraty zmysłów. Wdzierając się w nią coraz głębiej, zagarniał dłońmi duże, rozchylone na boki piersi i nie obchodziły go jej ciche prośby przechodzące w obolały jęk. Nie wiedział, co się z nią działo. Nie rozmawiali o tym; raz jeden tylko, kiedy była pijana, powiedziała, że na jego widok zawsze się jej robi mokro w majtkach. Orgazmy przeżywała inaczej niż wszystkie kobiety, nie miotała się, nie wydawała okrzyków, przymykała tylko oczy.
Ta podróż w Białostockie... Gdyby nie to, nie przyszłoby mu do głowy odwiedzać ją na plebanii. Jej ciotka prowadziła tam księdzu gospodarstwo. Wzięła do siebie Wandę po ich rozwodzie. Ciotunia musiała być kiedyś całkiem niczego, wszystko, co trzeba, miała na swoim miejscu. Wanda była podobnie zbudowana: masywne piersi, biodra. Z latami upodobniła się pewnie jeszcze bardziej do tej starej dewotki. Do końca nie znalazła sobie faceta, nawet w tej Ameryce. Zresztą kto ją tam wie. Zawsze mało mówiła.
Błąd, straszny błąd ta wizyta na plebanii. Rano wychodził chyłkiem, jak złodziej. Ksiądz i kobiety jeszcze spali. Obudził kierowcę. Wydawało mu się, kiedy wyjeżdżał z podwórka, że w oknie za firanką widzi czyjąś twarz, ale nie mógł rozpoznać, czy to była ona, czy ciotka. Nieważne. Wszystko nieważne. Ona poszła w swoją stronę, on w swoją. Po co obarczać kogoś winą za popełnione grzechy. One też już straciły znaczenie po tylu latach...
Rozległ się dzwonek i przez chwilę nie bardzo wiedział, gdzie się znajduje. No tak, tak. To mieszkanie. I on w nim, w roli emeryta.
Za drzwiami stał Michał. Zawiedzione nadzieje. Miał zajść daleko, a z trudem dobrnął do matury, potem wzięli go do wojska, tam się wyuczył zawodu. Jeździ teraz taksówką. Mamusia do końca dni swoich nie mogła się z tym pogodzić. Gryzła się, może dlatego tak wcześnie umarła. Ciągle powtarzała, że to krew matki wzięła w nim górę. To po niej Michał nie miał żadnych ambicji. A przecież tamten drugi, którego nie widział na oczy, w młodym wieku został profesorem uniwersytetu, i to amerykańskiego. Prawdziwa kariera.
- Jesteś samochodem? - spytał syna.
Michał potwierdził skinieniem głowy.
- Nie podrzuciłbyś mnie na pocztę? List przyszedł.
- Od kogo?
- Może od Amerykanina, a może z urzędu, chcą mi cofnąć emeryturę jako staremu komuchowi...
- Nie ma obawy - Michał się zaśmiał - kumple ojca znowu u władzy.
Krew uderzyła mu do twarzy.
- Gdyby to byli moje kumple, miałbym teraz konto w Szwajcarii i wygrzewał się na słońcu pod jakąś palmą.
- Teraz pod palmą najmniej bezpiecznie, ojciec, lepiej już siedzieć w swoich czterech kątach.
W taksówce Michał powiedział:
- Ja to bym się nie upierał. Co ojcu szkodzi. Miejsca w grobowcu dosyć.
- Nie lubiły się z babcią.
- Tam lubiły, nie lubiły. Trumny się nie pogryzą.
List okazał się pękatą przesyłką, w której znajdowały się zniszczone zeszyty. Niektóre jeszcze stąd, można było poznać po papierze. Kiedy otworzył pierwszy z nich, znalazł małą kopertę. Była w niej kartka. Poznał pismo Wandy.
Moją wolą jest, aby po mojej śmierci przekazać to pisanie mężowi Stefanowi Gnadeckiemu, a gdyby umarł pierwszy, włożyć je należy do mojej trumny pod śmiertelną poduszkę.
Pochowania życzę sobie w grobie rodzinnym Gnadeckich na Bródnie, obok męża mojego albo żebym tam na niego czekała. Amen.
Wanda Gnadecka
To było do niej podobne. Milczała całe lata, żeby teraz niepokoić go na starość. I jak to sobie wszystko obmyśliła. Podpisała się jego nazwiskiem, mimo że po rozwodzie wróciła do panieńskiego.
Wziął do ręki pierwszy zeszyt, przerzucił kilka kartek.
27 lutego 45 roku
Dzisiaj był u nas chrzestny i rozmawiał z rodzicami o moim losie. Co ja bym miała robić. Mówił, że papier o szkole średniej ukończonej wystara się dla mnie i tylko mam się uczyć z całej siły. Na urzędniczkę mnie wykieruje, żebym tylko błędów ortograficznych nie robiła, bo za to od razu bym wyleciała pierwszego dnia. Pisania na maszynie też mam się wyuczyć, ale to szybko by poszło. Wojna się niezadługo skończy i wtedy będzie potrzeba ludzi do urzędów. Ojciec na to nosem kręcił, bo chciałby, żebym została się na gospodarce, ale chrzestny i mama zaraz na niego wsiedli, że urodę mam i wykształcenie (przez całą wojnę chodziłam do nauczyciela), to ma się to wszystko zmarnować przy ciężkiej pracy.
A ja sama nie wiem. Jestem jak ten groch przy drodze. Tu czy tam, wszystko jedno. Roboty się nie boję, mogłabym i w domu się zostać, ale jak tak chrzestny zarządził, to niech już będzie.
A więc jakiemuś chrzestnemu zawdzięczał sekretarkę. W wieku dwudziestu czterech lat został wojewodą miasta S. i właściwie miał nieograniczoną władzę, którą czasami musiał dzielić z komendantem bezpieki. Sekretarz partii, Giełas, był mięczakiem i można nim było manipulować.
Pamięta dokładnie ten dzień, kiedy Giełas wprowadził go na piętro pałacu, gdzie miało się odtąd rozpocząć jego panowanie. Przedstawił mu sekretarkę. Nie zrobiła na nim dobrego wrażenia. Niezgrabnie podniosła się zza biurka, podając mu spierzchniętą dłoń o pulchnych, krótkich palcach. Wymamrotała coś i zaraz opadła na krzesło, jakby nagle zabrakło jej sił.
Oni przeszli do gabinetu.
- Wszystko gra - powiedział Giełas. - Sekretarkę macie sprawdzoną, polecił ją ktoś godny zaufania. A poza tym jest całkiem niczego. Z taką warto nawet zgrzeszyć.
Sekretarz puścił do niego oko, a on wykrzywił się, co miało oznaczać uśmiech. Giełas od początku forował Wandę, więc może tym godnym zaufania człowiekiem był on sam. Zdziwił się, kiedy sekretarz pochwalił jej urodę. Potem, jak się jej lepiej przyjrzał, dostrzegł parę pozytywów. Miała obfite, kształtne piersi, dobre wcięcie i całkiem niczego biodra. Nosiła obcisłe spódnice i wysokie obcasy, więc chodziła, lekko kołysząc się na boki. To robiło wrażenie. Z czasem, jak już się trochę oswoiła i przestała na jego widok oblewać się rumieńcem, okazało się, że miała ładną, może tylko zbyt banalną twarz. Duże niebieskie oczy, mały zadarty nosek i usta pełne, z wywiniętą lekko dolną wargą. Jasne włosy nosiła poskręcane w drobne loczki, bo taka się zaczynała wtedy moda.
Pół roku nie ma, jak tu przyjechałam. Teraz będę miała lepszą pracę. Pensja wyższa, może starczy, żeby jakiś własny kąt wynająć, bo przy ludziach mieszkać jakoś krępująco. Człowiek nie wie, czy może wejść do łazienki coś sobie przeprać, czy się będą krzywili, że wodę się wylewa i światło pali. Zapłacone mają, ale pewnie myślą, że więcej mogli policzyć.
Ojciec spytał, czy już ten, co miał przyjechać, przyjechał. To mu powiedziałam, że jeszcze nie. Ciągle sama siedzę i nic nie robię, ale pensja mi idzie. Jeszcze tam o paru sprawach pogadaliśmy, a potem wyłuszczył swoje. Chodziło o to, że Zdzicho od Machów z wojska wrócił i z wódką był u rodziców. Żenić by się chciał ze mną. Ojciec niby to obojętnie mówi, ale wiedziałam, czego jego serce pragnie, jakiej mojej odpowiedzi. Nie mogłam tak mówić, jak on chciał. Jak już raz się zdecydowałam ze wsi pójść, to wracać nie będę. Taka już jestem, nigdy się za siebie nie oglądam, żeby tam nie wiem co. Ojciec głowę zwiesił i taki żal mnie chwycił, że bym mu do kolan przypaść chciała, ale siedziałam przy stole, jakbym kij połknęła, i ani okiem nie mrugnęłam. Potem niedługo zaczął się zbierać. Wyjął z teczki, co tam matka dała: pęto kiełbasy, kawałek słoniny, miód. Słoninę oddałam z powrotem, bo i na co. Nic tu sobie nie gotowałam, tylko tyle co wrzątku do herbaty z kuchni przyniosłam. Nie było gotowania w umowie. Tak sobie zażyczyła gospodyni, żebym jej się po kuchni nie kręciła. To po co słonina, do jajecznicy by mogła być, a tak to oddałam.
30 marca 46
No i dziś przyjechał. Weszli we dwóch do pokoju, jeden taki wysoki, w skórzanej kurtce, drugi niższy, w szarym ubraniu. Od razu pomyślałam, że mój to ten niski, bo tak jakoś szczęścia ostatnio nie mam, ale poszczęściło się. To ten drugi. Trochę może za wysoki i za chudy jak na mój gust, ale buzię ma ładną. Młodziutki. Wąsy dopiero co mu się zaczęły pod nosem sypać. Aż się nadziwić nie mogłam, że taki młody i od razu tak wysoko zaszedł. A jaki służbista. Pani będzie uprzejma to, tamto.
Śmiać mi się zawsze chce, jak on tak do mnie, ale słucham, co mu tam potrzeba. Podobno mieszka z matką. Takie plotki chodzą, że tu za nim z Warszawy przyjechała, żeby go pilnować. Też to można zrozumieć, boi się kobieta. Młody, głupstw jakich narobi. Przecież taką władzę ma w rękach.
Pokój zmieniłam. Na mieszkanie samodzielne jakoś nie mogłam natrafić, ale warunki mam lepsze, bo kuchni mogę używać. Obiadu czasem nie zjem, bo mi się nie chce w stołówce tych zapachów wąchać, i sobie coś tam wieczorem upitraszę. Roboty to mamy teraz, bo ciągle ludziom czegoś potrzeba. Sprawy czekały, aż się odpowiedni człowiek znajdzie do ich rozwiązania. No i znalazł się taki. Głowę to on ma. Wszystko umie w dwóch zdaniach wyłuszczyć. Nie rozwodzi się jak niektóry inny.
A to to, a to tamto. Mówi, jak ma być, i nie ma odwrotu. Taki jest jak ja, jak raz coś powie, to się nie cofnie. Podoba mi się to. Zadowolona jestem, że z nim pracuję. Nie żal mi i do wieczora zostać, jak robota jakaś pilna. On chodzi w tą i z powrotem z rękami w kieszeniach i dyktuje prosto z głowy, a ja piszę na maszynie. Jeszcze nikogo nie spotkałam, co by tak szybko i tak mądrze myślał. Czasami wypowie zdanie, że aż pisać przestanę z zadziwienia, jak on to wymyślił. A on mnie pogania i te swoje brwi marszczy. Zdaje mu się, że przez to będzie doroślejszy. A to dzieciuch jeszcze. Jak spojrzę na te jego gładkie policzki, to aż mnie coś za gardło ściśnie. Starszy jest ode mnie pięć lat, ale jakby był z dziesięć młodszy. U kobiet starzenie szybciej idzie. A oni tak długo dorastają. Nie mówię o rozumie, rozum to on ma, ale doświadczenia ani za grosz. Nie zna się na ludziach. Czasem muszę swoje słówko mu podsunąć, żeby na oczy przejrzał. Myśli pani - mówi i z ukosa na mnie spogląda. Potem brwi namarszczy. Nie przyzna racji, ale wiem, że po mojemu zrobi. Aby tylko pierwszy swojego słowa nie powiedział, bo wtedy już nic nie pomoże. Ma być, jak on zarządził.
12 kwietnia 46
Dzisiaj zjawiła się w biurze jego matka. Taka wystrojona, w srebrnym lisie, z parasolką. Porozmawiałyśmy sobie jak dwie kobiety. Mówi do mnie, niech go pani pilnuje, żeby jakichś głupstw nie narobił. On jest taki naiwny ten mój Stefan. Tak to jakoś powiedziała, że aż mi się ciepło zrobiło koło serca. Zaraz jej obiecałam, że na wszystko będę miała oko. Herbaty zrobiłam na maszynce i jej podałam, a ona do mnie, czy przy niej nie przysiądę i też się nie napiję. No to zaraz dostawiłam drugą szklankę. Na to on wchodzi. I od razu widać, że niezadowolony, że my tu tak we dwie siedzimy. Ma pani za mało pracy, mówi, a matka zaraz, że sama mnie zaprosiła. Mamusia ma zawsze pomysły, odrzekł na to, ale już nie był taki zły jak na początku.
4 maja 46
Zbliża się święto zwycięstwa i wszystko poprzewracane do góry nogami. Jacyś mają przyjechać z Warszawy, na skwerze pomnik odsłonić: czołg z czerwoną gwiazdą namalowaną po obu bokach. Będzie się nazywać pomnikiem dziękczynienia dla żołnierzy radzieckich. Bo oni tu pierwsi po Niemcach przyszli.
Musieliśmy sto spraw załatwić, zanim ten czołg udało się do miasta ściągnąć. Na czym postawić już było, bo artysta szybko się uwinął, tylko tego najważniejszego ciągle nie przysyłali. Jak tylko przychodziłam do biura, to zaraz łapałam za telefon i zamawiałam międzymiastową. On się denerwował, krzyczał do słuchawki. Że będzie kompromitacja i w ogóle. To ważne dla kraju, żeby w takim dniu i w takim mieście, gdzie przedtem Niemcy siedzieli, zbratać się z naszymi jedynymi przyjaciółmi, jakich mamy, zza wschodniej granicy. W telefonie mu powiedzieli, że i Niemcy nie wszyscy są źli. To on poczerwieniał na twarzy i krzyczy do słuchawki: cholera tam, wiecie, o co chodzi. Macie dostarczyć to, co obiecaliście. A potem mówi do mnie: widzi pani, nic nie rozumieją, matoły. No to ja na to, że najlepiej załatwiać na własną rękę. Pojechać do jednostki i się z komendantem dogadać. Patrzył na mnie jak na głupią, ale na drugi dzień kazał się z jednostką łączyć. No i się dogadali. Czołg się znalazł, artysta tylko gwiazdy domalował. I nie trzeba było niczyjej łaski.
Innego życia nie będzie
Wydawnictwo: W.A.B.
Oprawa: twarda
Ilość stron: 224
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 31,69
Cena detaliczna: 34,82
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
Była bardzo ładna, głupia i wpatrzona w niego jak w obrazek. Taką zobaczył ją któregoś dnia, gdy tuż po wojnie objął urząd szczecińskiego wojewody. On, Stefan, miał raptem dwadzieścia cztery lata, skórzaną kurtkę i nadopiekuńczą matkę. Ona, Wanda - o pięć lat młodsza - była jego sekretarką. Wkrótce została żoną i urodziła mu dwóch synów. Jednak matka Stefana robiła wszystko, by rozbić to małżeństwo. Kiedy tego dopięła, zabrała do siebie starszego wnuka i powiedziała mu, że Wanda nie żyje.
Teraz Stefan jest już stary. Z trudem wchodzi na trzecie piętro. Po zmianie ustroju jest nikim. Pewnego dnia dostaje przesyłkę pocztową z kilkoma zeszytami. Są to sekretne dzienniki, które Wanda prowadziła przez całe życie. Za kilka dni z Ameryki przyleci jego drugi syn z jej trumną. W oczekiwaniu na to spotkanie Stefan czyta zapiski żony. I odnajduje utracone człowieczeństwo.
Maria Nurowska - autorka powieści i dramatów. Wydała ponad dwadzieścia książek, m.in. Postscriptum (1989, wznowione ostatnio pt. Wybór Anny), Hiszpańskie oczy (1990), Listy miłości (1991), sagę Panny i wdowy (1991-1993), Rosyjskiego kochanka (1996), Tango dla trojga (1997), Miłośnicę (1998), Niemiecki taniec (2000), opowieść biograficzną o Ryszardzie Kuklińskim Mój przyjaciel zdrajca (2004), trylogię ukraińską: Imię twoje... (2003), Powrót do Lwowa (2005), Dwie miłości (2006), wspomnienia Księżyc nad Zakopanem (2006), książkę biograficzną Anders (2008) oraz powieść Sprawa Niny S. (W.A.B. 2009). W roku 2010 nakładem W.A.B. ukazała się powieść Nakarmić wilki, w 2011 jej kontynuacja - Requiem dla wilka. Książki Marii Nurowskiej zostały przetłumaczone na szesnaście języków, w tym chiński i koreański. We Francji i w Niemczech były bestsellerami.
wydanie: IV (wydanie I: 1987, wydanie III (2003) pod tytułem Gorzki romans)
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura piękna, powieść społeczno-obyczajowa |
| Wydawnictwo: | W.A.B. |
| Oprawa: | twarda |
| Wymiary: | 123x195 |
| Ilość stron: | 224 |
| ISBN: | 978-83-7747-641-3 |
| EAN: | 9788377476413 |
| Wprowadzono: | 11.02.2012 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjęPaula 19 marzec 2012
" A co to jest szczęście, mamo? (...) - Zgoda kroków i myśli - odpowiadam bez zastanowienia" Stefan to starszy już mężczyzna, który nie może poszczycić się udanym życiem i spełnieniem. Dość szybko zajął wysokie, kierownicze stanowisko i to właśnie władza stała się początkiem upadku jego człowieczeństwa. Poślubił swoją sekretarkę -Wandę, która poświęciła dla tej miłości cały swój żywot. Jednak ich miłość miała burzliwy przebieg, liczne zdrady Stefana,partyjna linia, a także jego trudny charakter sprawiły, że po kilku latach ich małżeństwo przeszło do historii. Pewnego dnia Stefan otrzymuje wiadomość o śmierci swojej byłej żony, która swe ostatnie lata życia spędziła w Ameryce. Wtedy to, otrzymuje w przesyłce listowej tajemniczy zeszyt, który okazuje się być pamiętnikiem Wandy, spisanym od początku ich miłości, aż do śmierci. Razem ze starcem pogrążamy się w lekturze, pochłaniającą nas bez reszty. Od młodości Wanda była naiwna, pełna młodzieńczych ideałów, wiary w idealną miłość, a Stefan był dla niej 8 cudem świata. On natomiast był kobieciarzem, mamisynkiem, nie stronił od alkoholu. Kariera stanowiła dla niego centralny punkt życia. Był słaby i zbyt łatwo ulegał wpływom. Ona potrafiła wytłumaczyć wszystkie jego wybryki, wybaczyć mu upokorzenia i zniewagę. Niestety, polityka podzieliła małżeństwo i Stefan zdecydował się zakończyć ich związek. Kolejne lata przynoszą Wandzie jedynie cierpienie i rozczarowanie. Jej myśli oraz modlitwy krążą wokół Stefana i ich synów. Jej uczucia są silne i wiecznie żywe. Nawet wyjazd do Ameryki i rozpoczęcie nowego życia nie są w stanie wymazać jej z pamięci byłego męża. Dopiero podczas czytania jej wspomnień Stefan zdaje sobie sprawę z krzywd jakie wyrządził swojej Wandzi i jak pozbawione sensu i płytkie było jego życie. Jest to smutna, przejmująca, oparta na faktach i autentycznych postaciach historia. Gorzka i cierpka opowieść o tym, iż podjętych raz decyzji, nie da się cofnąć, ponieważ ... innego życia nie będzie.
Zobacz również
