Kategorie okolicznościowe
Kategorie
eseje, felietony i publicystyka literacka
literatura popularno - naukowa
Ostatnio oglądane
JAK SPOTKAŁEM PIERWSZEGO INDIANINA
Było to na odludnych terenach Ameryki Środkowej. W miejscu gdzie nie wiadomo dokładnie jaki to kraj, bo jeden został daleko za plecami, a drugi się jeszcze nie zaczął.
Takich miejsc jest wciąż sporo - chociażby Mosquitia, czyli karaibskie Wybrzeże Moskitów. Ciągnie się od Hondurasu przez Nikaraguę aż do Kostaryki. Ma długość 600 kilometrów i sięga na 100 do 200 kilometrów wgłąb lądu. W Europie to mogłoby być niezależne państwo - Dania, Holandia - a tutaj, po prostu wielka zarośnięta dżunglą ziemia niczyja.
Oficjalnie oczywiście ma właściciela, jest nawet podzielona na prowincje, ze stolicami i gubernatorami, ale w praktyce to tereny bezludne i dzikie. Nigdy niecywilizowane. Wciąż jest tam wielkie pole do popisu dla poszukiwaczy przygód i odkrywców. I wciąż, mimo zakusów cywilizacji, sporo przestrzeni dla Indian.
* * *
Najpierw jechałem wojskową ciężarówką. Długo i wolno. W prażącym słońcu na pace bez plandeki. Przewiewnie? No owszem, tyle że wiatr składał się z kurzu zamiast powietrza.
Asfalt skończył się po stu kilometrach. Wylazły spod niego dwie wyboiste koleiny. Zaczęło kiwać i podrzucać tak bardzo, że dostałem choroby morskiej. Wysiadłem po osiemnastu godzinach. Na środku pustkowia porośniętego sawanną.
Potem jechałem na grzbiecie muła - dwie noce, bo za dnia było zbyt gorąco - aż do miejsca, gdzie zaczynały się bagna. Dalej muł nie chciał iść. Zaparł się stanowczo przednimi kopytami i burczał na mnie nieprzyjemnie. Ponaglany piętami, patykiem oraz okrzykami zachęty, w których przewijały się pewne nieprzyjemne sugestie związane z jego przyszłością, muł odwrócił się i ugryzł mnie w kolano. Wtedy zsiadłem, pognałem go z powrotem, a sam ruszyłem dalej na piechotę.
Wąska, prawie niewidoczna ścieżka wiła się między bajorami. Powietrze dookoła cuchnęło rozgrzaną zgnilizną, a do tego bzyczało i gryzło. Po kilkunastu godzinach ścieżka przeprowadziła mnie na drugą stronę moczarów. Tam, na skraju tropikalnego lasu, spotkałem pierwszego w moim życiu Indianina. Takiego, który wciąż żyje po staremu - mieszka w szałasie, chodzi na bosaka i żywi się tym, co upoluje w puszczy.
My, biali, mówimy o takich, że dzicy. Tymczasem dla niego to ja byłem "dziki".
Pierwszego dnia wieczorem było tak:
- Słyszysz głos tukana, gringo ? - zapytał Indianin.
- Nie. A który to?
- Ten co robi truk-truk... truk-truk...
- Teraz słyszę.
- To jest śpiew na dobrą pogodę - wyjaśnił.
* * *
A następnego dnia o wschodzie słońca było tak:
- Słyszysz głos tukana, gringo ?
- Słyszę. Znów robi truk-truk... truk-truk... Wróży dobrą pogodę - odpowiedziałem zadowolony, że coś wiem.
- Nic nie wiesz, gringo. On teraz robi truk-truk na deszcz.
- Ale przecież to jest takie samo truk-truk, jak tamto wczorajsze na pogodę - zaprotestowałem.
- Będzie lało. Mówię ci, truka na deszcz.
* * *
Indianin miał rację - godzinę później byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Tak samo cały nasz bagaż i prowiant. Najgorsze, że wilgoć wpełzła także do puszki, w której trzymałem proch do nabojów.
- Nooo pięknie, KTOŚ nie docisnął wieczka - popatrzyłem wymownie w jego stronę - i teraz proch jest do kitu, a w takim deszczu nie wyschnie przez parę dni.
- Wyschnie, wyschnie. Jeszcze dzisiaj, gringo.
- Ciekawe gdzie?
- Na słońcu. Nie słyszysz jak tukany śpiewają truk-truk ? Będzie słońce jak drut! Rozsypiemy proch na jakimś ciepłym kamieniu i wyschnie. A w nocy pójdziemy polować.
* * *
Indianin jak zwykle miał rację - poszliśmy. Polowaliśmy. I ustrzeliliśmy młodą kapibarę. A kiedy o świcie piekliśmy mięso, tukany nad naszymi głowami znowu robiły truk-truk.
- Tym razem trukają na deszcz czy na pogodę? - spytałem kompletnie skołowany.
- Dlaczego wy, gringos, nie potraficie się nauczyć najprostszej rzeczy? Przecież wystarczy obserwować świat dookoła i człowiek od razu wie.
- Skąd niby mam wiedzieć, które truk-truk wróży słońce, a które deszcz, skoro wszystkie te truki są IDENTYCZNE !?
- No właśnie.
- Co "no właśnie"? - teraz dopiero byłem skołowany, tamto poprzednie skołowanie to był tylko lekki zamęt w głowie. - No więc może mi to wyjaśnisz. Skąd mam wiedzieć ?
- Popatrz w niebo - westchnął wywracając oczami.
- Patrzę.
- I co widzisz ?
- Słońce.
- To znaczy, że będzie deszcz - znowu wywrócił.
- Aaaa... jakby był deszcz to by znaczyło, że się rozpogodzi? - chyba zaczynałem rozumieć.
- No właśnie - odrzekł Indianin, a potem uśmiechnął się jak psychiatra na widok ciężkiego przypadku, któremu się odrobinkę poprawia. - Tukany robią truk-truk, kiedy idzie zmiana pogody - zakończył.
- A jak nie ma być żadnej zmiany, to co robią? Chyba mi nie powiesz, że w porze deszczowej przez trzy miesiące w ogóle nie śpiewają?
- Śpiewają ciągle - odparł spokojnie. - To bardzo gadatliwe ptaki.
- No i jak to robią, kiedy nie ma być żadnej zmiany?
- Zwyczajnie: truk-truk, truk-truk. Przez te wielkie dzioby nie wychodzi im nic innego.
MORAŁ:
Obcowanie z Indianami jest jak gra w "Chińczyka" - nie wolno się irytować. Trzeba zaakceptować. Takimi, jakimi są - z ich tajemniczą logiką "dzikich ludzi". Oni to samo robią wobec nas - akceptują niezrozumiałe. (I uśmiechają się wtedy, jak psychiatrzy, na widok ciężkich przypadków.)
Gringo wśród dzikich plemion (twarda)
Wydawnictwo: Bernardinum
Oprawa: twarda
Ilość stron: 304
Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawy
Nasza cena: 39,02
Cena detaliczna: 42,88
U nas taniej o 9%
dodaj do przechowalni Dodaj do koszykastwórz link z okładką na swoją stronę
A także o ostatnich wolnych Indianach.
I o pewnym białym człowieku, który zamieszkał pośród nich.
Choć od pewnego czasu w ogóle nie nosi butów, zamiast majtek wkłada przepaskę biodrową, a jedzenie zdobywa za pomocą dmuchawki, jest on w gruncie rzeczy taki sam jak Wy. Też kiedyś czytał książki podróżnicze i marzył o dalekich lądach.
Pewnego dnia wstał z fotela, zarzucił sobie na plecy lodówkę i poszedł na pobliski bazar. Wkrótce potem wrócił, wytarł kurz w pustym miejscu po lodówce, a następnie zaczął pakować plecak. Głęboko w kieszeni miał mały zwitek pieniędzy i świeżą rezerwację na samolot.
Tak się to wszystko zaczęło.
Szczegółowe informacje:
| Dział: | Książki Kategoria: literatura faktu i reportaż, literatura piękna, powieść podróżnicza |
| Wydawnictwo: | Bernardinum |
| Oprawa: | twarda |
| Wymiary: | 150x210 |
| Ilość stron: | 304 |
| ISBN: | 978-83-7506-925-9 |
| EAN: | 9788375069259 |
| Wprowadzono: | 29.11.2011 |
Recenzje klientów
i zgarniaj nagrody napisz recenzjękostuchen 14 lipiec 2010
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Poprzedniczka napisała już chyba wszystko, co można powiedzieć o książce Wojciecha Cejrowskiego Gringo wśród dzikich plemion. Gdybym miała opisać swoje wrażenia z czytania tej książki... zapewne nie powiedziałabym nic nowego, a jedynie powieliłabym wszystkie argumenty mojej poprzedniczki. Ale mogę zrobić coś od siebie... Przede wszystkim polecić tę książkę innym, bo jest pisana z podróżniczą pasją, jest pisana z podróżniczym zębem, jest pełna ciekawostek, dobrego humoru, egzotyki. Momentami jest nostalgiczna, momentami zabawna. Raz mówiąca o przeszłości, innym razem o teraźniejszości. Taki mały tygiel, taka mała mieszanka, którą czyta się z nieukrywaną radością. Polecam bardzo gorąco!
yenna91 yenna91(at)gmail.com 10 październik 2008
recenzja nagrodzona 2.00pkt
Ten to ma "gawędowane"... Co jak co, ale Wojciech Cejrowski gadać potrafi. Z nieodłączną mate w ręku, w barwnej, kiczowatej koszuli, tylko go włączyć i słuchać i... nie wierzyć. Bo jak można wierzyć w aż takie dziwy? Pobija go w owym gadaniu tylko pewna Blondynka, ale mawiają, że to nie tak całkiem inna historia. Zazdroszczę mu odwagi do podróży. Jak na przykład tej. Podróży do dzikich plemion. Do tajemnic i wszelakich przejawów dzikości..."Będzie to opowieść z puszczy. A także o ostatnich wolnych Indianach." Tak więc na przykład o tym, jak tzw. Dziki nosi swoje "pinga", czyli czemu na wierzchu, a nieDziki pod spodem i dlaczego tak się ten podobno wyższy cywilizacyjnie z tym męczy. O tym, że Indianom się nie odmawia oraz, o zupełnym braku prywatności i dziwaczności wstydliwości białego człowieka. Będzie o plemieniu Wai Wai z Gujany, Israelitas, błocie, tatuażach, golasach, no i dmuchawkach. Ale najważniejsze, że będzie o opowieściach. Które staną się elementami kolejnej historii. Tak jak to powinno być. Bo gadanie jest najważniejsze, jeżeli oczywiście ma się co powiedzieć. A Cejrowski przeżył tyle, że gadać o czym ma. Dorzucając do tego sporą garść fotografii sprawia, że czujemy się... dzicy. Jacyś tacy cofnięci w rozwoju duchowym... "Gringo wśród dzikich plemion", to malownicza, humorystyczna, miejscami irytująco wstydliwa, opowieść o tym, co przybyły Gringo widział i czemu się bardzo mocno dziwił. O tym, że PRZEŻYŁ! I o tym, jak to wlazł między wrony i marnie mu wychodziło krakanie. Jak starał się niezbyt wyróżniać, oraz robić to, co inni. Ale też o tym, że pomogła mu we wszystkim pewna blizna. Jak się okazuje, czasem wszystko się przydaje. Ale przede wszystkim, będzie to historia wielkiej przygody w świecie permanentnie dzikim. Świecie, w którym znalazł się mieszczuch z dobrymi chęciami, który chciał pooglądać ptaszki i motylki, no i jakoś Dzicy, okazali się być (jak zwykle!) bardziej cywilizowani!!! I dziwowali się, no i ubaw mieli wielki.
Zobacz również
