rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki
Gdzie indziej
ocena: 5, głosów: 1
 

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
Gdzie indziej

Prolog: Koniec

– Koniec nastąpił szybko, nie czuła bólu. – Czasami ojciec szepcze te słowa matce, a czasami matka szepcze je ojcu. Lucy słyszy te szepty ze szczytu schodów, ale ich nie komentuje.

Przez wzgląd na Lizzie Lucy chce wierzyć, że koniec naprawdę nastąpił szybko i bezboleśnie – szybki koniec to przecież dobry koniec. Mimo to nie potrafi pozbyć się wątpliwości: skąd u nich ta pewność? Moment zderzenia przecież musiał być bolesny, myśli Lucy. A co, jeśli ten moment wcale nie był krótki?

Lucy wlecze się do pokoju Lizzie i rozgląda się dokoła w przygnębieniu. Życie nastolatki to kolekcja przypadkowych przedmiotów, takich jak turkusowy biustonosz, przerzucony przez monitor komputera, nieposłane łóżko, wypełnione dżdżownicami akwarium, sflaczały balon z ubiegłorocznych walentynek, wisząca na klamce plakietka z napisem: NIE WCHODZIĆ, dwa niewykorzystane bilety na koncert kapeli Machine, leżące pod łóżkiem. Jakie to wszystko ma znaczenie w obliczu końca? Czyżby w ostatecznym rozrachunku człowiek był wart tyle, co garstka śmieci?

Jedyne, co może zrobić Lucy, gdy ogarnia ją ten depresyjny nastrój, to kopanie – tak długo, aż zapomni o wszystkim i wszystkich. Chciałaby się przekopać przez różowy dywan do pokoju, który jest pod nim. Kopać, dopóki nie wpadnie do powstałej w ten sposób dziury. Kopać, kopać, kopać, kopać…

Lucy właśnie udało się wejść we właściwy rytm oczyszczającego kopania, gdy poczuła, że Alvy – siedmioletni brat Lizzie – podnosi ją z dywanu i kładzie na swoich kolanach.

– Nie martw się – mówi Alvy. – Choć należałaś do Lizzie, ktoś zawsze cię nakarmi, umyje i wyprowadzi na spacer do parku. Od tej pory możesz mieszkać w moim pokoju.

Lucy siedzi sztywno na zbyt wąskich kolanach Alvy’ego i wyobraża sobie, że Lizzie po prostu wyjechała na studia. Miała prawie szesnaście lat i, tak czy inaczej, za dwa lata by do tego doszło. Błyszczące, kolorowe broszury uczelni coraz częściej spadały na podłogę w jej pokoju. Od czasu do czasu Lucy zdarzało się nasikać na którąś z nich lub odgryźć róg innej, wiedziała jednak, że nic nie powstrzyma Lizzie od wyjazdu. Musiał nadejść dzień, kiedy wyprowadzi się do akademika, w którym nie można trzymać psów.

– Jak myślisz, gdzie ona teraz jest? – pyta cicho Alvy.

Lucy przekrzywia głowę.

– Czyżby była… – robi krótką pauzę – tam, na górze?

O ile Lucy dobrze się orientuje, tam, na górze jest tylko strych.

– Cóż – mówi Alvy, unosząc brodę w wyzywającym geście. – Wierzę, że właśnie tam jest. Wierzę, że są tam anioły, harfy, mnóstwo puchatych obłoczków, białe, jedwabne piżamy i cała ta reszta.

Może i tak, myśli Lucy. Jakoś nie wierzy jednak w krainę wiecznych łowów ani w most z tęczy, prowadzący na drugą stronę. Jej zdaniem każdy mops kręci się po świecie tylko raz. I koniec pieśni. Chciałaby pewnego dnia znowu zobaczyć Lizzie, ale nie pokłada w tym wielkich nadziei. Nawet jeśli jest jakieś „później”, skąd wiadomo, czy będzie tam istniała karma dla psów, drzemki, świeża woda, mięciutkie kolana i czy w ogóle będą tam psy? A najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że tamtego świata tu nie ma!

Lucy jęczy, głównie z żalu, ale też (trzeba to w końcu powiedzieć głośno) z głodu. Kiedy rodzina traci jedyną córkę, przerwy między posiłkami mopsa mogą się znacząco wydłużyć. Lucy przeklina swój zdradziecki żołądek: co z niej za zwierzę, skoro myśli o jedzeniu nawet wtedy, gdy straciła najlepszą przyjaciółkę?

– Szkoda, że nie potrafisz mówić – odzywa się Alvy. – Na pewno myślisz o czymś ciekawym.

– Szkoda, że nie potrafisz słuchać – odszczekuje Lucy, lecz Alvy i tak jej nie rozumie.

Następnego dnia matka zabiera Lucy do parku. Po raz pierwszy od śmierci Lizzie ktoś pomyślał o wyprowadzeniu psa na spacer.

W drodze do parku Lucy czuje woń spowijającego je obie matczynego smutku. Usiłuje skojarzyć, co przypomina jej ten zapach. Deszcz? Pietruszkę? Burbona? Stare książki? Wełniane skarpetki? Banany – decyduje w końcu.

Po dotarciu na miejsce Lucy kładzie się na ławce. Jest samotna, w depresji i (czy to się wreszcie skończy?) głodna. Pudel miniaturka imieniem Coco pyta, co się stało, a Lucy z westchnieniem opowiada całą historię. Jako że pudel jest niepoprawnym plotkarzem, wieść roznosi się po całym parku lotem błyskawicy.

Bandyta, jednooki mieszaniec, który w mniej wyrafinowanym towarzystwie zostałby pewnie nazwany kundlem, przekazuje Lucy wyrazy współczucia. Zaraz potem pyta:

– Wyrzucą cię teraz na bruk?

– Nie – odpowiada Lucy. – Będę mieszkać z tą samą rodziną.

– W takim razie nie widzę problemu – mówi Bandyta.

– Ona miała tylko piętnaście lat.

– I co z tego? My dożywamy dziesiątych, góra piętnastych urodzin i nikt nie robi z tego powodu tragedii.

– Tylko że ona nie była psem – szczeka rozżalona Lucy. – Była człowiekiem, moją panią, i została potrącona przez samochód.

– I co z tego? Nas ciągle ktoś potrąca. Uszy do góry, mopsiku. Za dużo się martwisz. Pewnie dlatego masz tyle zmarszczek.

Lucy słyszała ten żart już wiele razy i myśli sobie – może trochę niesprawiedliwie, bo Bandyta nie jest złym psem – że nigdy jeszcze nie spotkała kundla z właściwym poczuciem humoru.

– Dobrze ci radzę, znajdź sobie nowego pana. Gdybyś miała w sobie tyle mądrości życiowej, co ja, wiedziałabyś, że wszyscy ludzie ulepieni są z jednej gliny. Zostaję z nimi dopóty, dopóki dbają, bym miał pełną miskę. – Co powiedziawszy, Bandyta porzuca Lucy i biegnie w kierunku lecącego w powietrzu frisbee.

Lucy wzdycha i zaczyna się nad sobą użalać. Ze smutkiem przygląda się pochłoniętym zabawą kolegom.

– Spójrzcie tylko na te psy, jak obwąchują się pod ogonami, uganiają za piłką i biegają w kółko! Wyglądają tak beztrosko! Gdzie się podział naturalny porządek rzeczy? Pies nie powinien żyć dłużej od swojego pana! – wyje żałośnie Lucy. – Nikt, kto sam tego nie przeżył, mnie nie zrozumie. Co więcej, wygląda na to, że wszyscy mają to gdzieś. – Lucy potrząsa małą, okrągłą główką. – To takie dołujące. Nie chce mi się nawet machnąć ogonem. W ostatecznym rozrachunku, kiedy czyjeś życie się kończy, przejmują się tym wyłącznie rodzina, przyjaciele i znajomi tej osoby – skamle mops. – Dla całej reszty to po prostu kolejny koniec.

Część I: Nil

Na morzu

Elizabeth Hall budzi się w dziwnym łóżku, w dziwnym pokoju, z dziwnym wrażeniem, że pościel usiłuje ją udusić.

Liz (dla nauczycieli Elizabeth, dla rodziny Lizzie – chyba że coś przeskrobała – a dla reszty świata po prostu Liz) siada i uderza głową o coś, co okazuje się piętrowym łóżkiem. Z góry natychmiast dobiega rozgniewany, obcy głos:

– O cholera!

Liz zagląda na górną koję, gdzie śpi, a przynajmniej próbuje spać, jakaś nieznajoma dziewczynka. Jest mniej więcej w wieku Liz, ma na sobie białą koszulę nocną, a jej długie, ciemne włosy tworzą plątaninę ozdobionych barwnymi paciorkami warkoczyków. W oczach Liz dziewczynka wygląda jak królowa.

– Przepraszam – zaczepia ją Liz. – Nie wiesz czasem, gdzie jesteśmy?

Dziewczynka ziewa i przeciera oczy z resztek snu. Obrzuca spojrzeniem Liz, sufit, podłogę, okno i ponownie zatrzymuje wzrok na twarzy dziewczynki. Dotyka palcami swych warkoczyków i wzdycha.

– Na statku – mówi, tłumiąc kolejne ziewnięcie.

– Jak to „na statku”?

– Widzę wodę, całe mnóstwo wody. Wyjrzyj przez okno – odpowiada, po czym z powrotem zanurza się w pościeli. – Oczywiście mogłaś wpaść na ten pomysł, zanim mnie obudziłaś.

– Przepraszam – szepcze Liz.

Wygląda przez okno, które znajduje się na wysokości jej łóżka. Rzeczywiście, jak okiem sięgnąć, widzi bezkresny ocean i szarość wczesnego poranka, przykrytą pierzyną mgły. Mrużąc oczy, jest w stanie wypatrzyć nadmorski deptak, na którym dostrzega znajome sylwetki – rodziców i swojego młodszego brata Alvy’ego. Chociaż z każdą sekundą robią się mniejsi i bardziej rozmazani, Liz potrafi dostrzec, że ojciec płacze, a matka obejmuje go ramieniem. Mimo dzielącej ich odległości Alvy patrzy prosto na Liz i macha w jej kierunku. Dziesięć sekund wystarczy, by mgła całkowicie pochłonęła jej rodzinę.

Liz z powrotem kładzie się do łóżka. Chociaż czuje się zadziwiająco przytomna, z kilku powodów jest pewna, że śni. Po pierwsze, w żaden sposób nie mogłaby się znaleźć na statku, skoro właśnie powinna kończyć dziesiątą klasę. Po drugie, jeśli nawet są wakacje, to rodzice i Alvy niestety zapewne byliby tu z nią. Po trzecie, tylko we śnie można oglądać rzeczy, których nie powinno się widzieć, takie jak własna rodzina stojąca na odległym o setki mil deptaku. Dobrnąwszy do czwartej przyczyny, Liz postanawia wygramolić się z koi. Marnować sen, śpiąc – cóż to byłaby za strata, myśli.

Starając się nie zbudzić nieznajomej dziewczynki, Liz idzie na paluszkach przez cały pokój, aż dociera do stojącej pod ścianą komody. Jest przykręcona śrubami do podłogi, co ostatecznie utwierdza Liz w przekonaniu, że zajduje się na morzu. Mimo że pokój nie jest brzydki, robi na niej wrażenie opuszczonego i przygnębiającego, jakby gościł wiele osób, z których żadna nie zdecydowała się zostać w nim na dłużej.

Liz otwiera szuflady komody, żeby sprawdzić ich zawartość. Są puste – wewnątrz nie ma nic, nawet egzemplarza Biblii. Chociaż stara się nie hałasować, ostatnia szuflada wymyka jej się z rąk i z hukiem uderza o podłogę, w rezultacie czego nieznajoma dziewczynka ponownie się budzi.

– Niektórzy usiłują spać! – wrzeszczy.

– Wybacz mi. Chciałam tylko sprawdzić szuflady. Jeśli jesteś ciekawa, są puste. – Liz przeprasza i siada ponownie na dolnej koi. – A tak w ogóle to masz ładną fryzurę.

Dziewczynka dotyka warkoczyków.

– Dzięki.

– Jak masz na imię? – pyta Liz.

– Thandiwe Washington, ale mówią na mnie Thandi.

– Jestem Liz.

Thandi ziewa przeciągle.

– Masz szesnaście lat?

– Będę miała w sierpniu – odpowiada Liz.

– Ja miałam szesnaste urodziny w styczniu. – Thandi zagląda z góry do koi Liz. – Liz – mówi z lekko południowym akcentem, przez co jedna sylaba przeciąga się w dwie: Li-iz. – Mogę ci zadać osobiste pytanie?

– Jasne.

– Chodzi o to… – Thandi przerywa. – Hm, czyżbyś była skinheadem albo kimś takim?

– Skinheadem? Nie, oczywiście, że nie. – Liz unosi pytająco brew. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– No bo… Nie masz włosów. – Thandi wskazuje na głowę Liz, która jest kompletnie łysa, nie licząc delikatnego meszku w jasnym kolorze blond.

Liz dotyka ręką głowy, zaskoczona jej dziwaczną gładkością. Jedyne włosy, jakie czuje pod palcami, przypominają puch na nowo wyklutym kurzym pisklęciu. Wstaje z łóżka i spogląda na swoje odbicie w lustrze. Widzi szczupłą dziewczynkę w wieku około szesnastu lat, z bardzo bladą skórą i oczami koloru błękitu z domieszką zieleni. Dziewczynka rzeczywiście nie ma włosów.

– To dziwne – mówi Liz. Przecież w rzeczywistości ma długie, proste, blond włosy, które łatwo się plączą.

– Nie wiedziałaś o tym? – dziwi się Thandi.

Liz długo zastanawia się nad odpowiedzią. W głębokich zakamarkach pamięci widzi siebie, jak leży na łóżku stojącym na środku oślepiająco jasnego pokoju, a ojciec goli jej głowę. Nie. Liz przypomina sobie, że zrobił to ktoś inny. Wydawało jej się, że to jej ojciec, bo mężczyzna był w podobnym wieku. Wyraźnie pamięta, że płakała, a matka pocieszała ją:

– Nie martw się, Lizzie, włosy odrosną.

Nie, to też nieprawda. Płakała nie Liz, tylko jej matka. Przez chwilę Liz zastanawia się, czy to wydarzenie naprawdę miało miejsce. W końcu postanawia dłużej tego nie rozważać i pyta Thandi:

– Chcesz zobaczyć, jak wygląda reszta statku?

– Czemu nie? Skoro już nie śpię. – Thandi schodzi ze swojej koi.

– Ciekawe, czy znajdę tu gdzieś kapelusz – mówi Liz. Nie jest przekonana, czy chce być dziwaczną, łysą dziewczynką, nawet w tak nieprawdopodobnym śnie. Otwiera szafę i zagląda pod łóżko, ale wszędzie świeci pustką, podobnie jak w komodzie.

– Nie przejmuj się z powodu włosów – mówi łagodnie Thandi.

– Wcale się nie przejmuję, tylko nie chcę wyglądać jak dziwadło – wyjaśnia Liz.

– Hej, ja też mam coś dziwnego. – Thandi unosi włosy do góry, niczym kurtynę w teatrze. – Ta da! – mówi, odsłaniając niewielką, lecz głęboką, zaognioną ranę u podstawy czaszki.

Mimo że rana ma średnicę nie większą niż centymetr, Liz domyśla się, że musiała być wynikiem bardzo poważnego urazu.

– Boże, Thandi, mam nadzieję, że to nie boli.

– Na początku bolało jak diabli, ale już przestało. – Thandi opuszcza włosy. – Myślę nawet, że zaczyna się goić.

– Jak to się stało?

– Nie pamiętam – mówi Thandi, pocierając czubek głowy, jakby chciała pobudzić swoją pamięć. – To równie dobrze mogło się zdarzyć wiele lat temu, jak i wczoraj. Wiesz, co mam na myśli?

Liz tylko kiwa głową. Choć jej zdaniem w słowach Thandi trudno dopatrzyć się sensu, wie, że nie warto spierać się z ludźmi niespełna rozumu, zwłaszcza spotkanymi we śnie.

– Powinnyśmy już iść – mówi Liz.

Kierując się do drzwi, Thandi rzuca przelotne spojrzenie w stronę lustra.

– Czy to, że obie jesteśmy ubrane w piżamy, ma jakieś znaczenie? Jak myślisz? – pyta.

Liz spogląda na białą koszulę nocną Thandi. Sama ma na sobie piżamę w męskim stylu.

– Dlaczego miałoby mieć? – pyta Liz, myśląc, że bycie łysym jest i tak o wiele gorsze niż brak normalnego ubrania. – A zresztą, w co masz być ubrana, skoro śpisz, Thandi?

Liz kładzie dłoń na klamce. Ktoś powiedział jej kiedyś, żeby nigdy, za żadne skarby, nie otwierała we śnie drzwi. Ponieważ nie pamięta teraz, kto jej to mówił i dlaczego wszystkie drzwi mają pozostać zamknięte, Liz postanawia zignorować tę radę.

przeczytaj fragment książki

Gdzie indziej (miękka)

książka

Wydawnictwo: Initium

Oprawa: miękka

Ilość stron: 240

Dostępność: niedostępny

Nasza cena: 27,05

Cena detaliczna: 31,83

U nas taniej o 15%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń

Przy zakupie 5 egz.
Cena hurtowa:

25,46

Powrót
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (2)

  • Inne wydania

Gdzie indziej - opis produktu:

Przykro mi, ale nie spotkało mnie nic szczególnego
Jestem tylko dziewczynką, która zapomniała spojrzeć w obie strony, zanim przeszła na drugą stronę ulicy.
W tej zachwycającej powieści śmierć jest początkiem zwiastującym ponowne narodziny. Po tym, jak Liz ginie w wypadku, którego sprawca ucieka z miejsca zdarzenia, jej życie nabiera niespodziewanego kształtu. Na krótko przed swoimi szesnastymi urodzinami dziewczynka uświadamia sobie, że nigdy nie wyjdzie za mąż, nie będzie mieć dzieci i być może w nikim się nie zakocha. Gdzie Indziej sprawy biegną zwykłym, ziemskim torem, z tą różnicą, że jego mieszkańcy młodnieją, ludzie i psy wreszcie mogą się ze sobą porozumieć, zawiązują się nowe związki, a stare, wcześniej tragicznie przerwane, rozkwitają nowymi kolorami.
Gdzie Indziej to przepojona niecodziennymi pomysłami powieść o nadziei, odkupieniu i ponownych narodzinach, osnuta wokół najbardziej wzruszających i urzekających relacji międzyludzkich. Rozbrajająca szczerością opowieść o smutku i podnosząca na duchu historia o miłości i szczęściu.
Książka została opublikowana w 18 krajach.

Gdzie indziej - wybrana recenzja:

Larissa 16/05/2012

"Wkrótce się przekonasz, że śmierć to tylko kolejny etap życia."

"Gdzie indziej" to książka, która nadaje nowy wymiar naszemu spojrzeniu na śmierć i życie. Nic nie jest takie, na jakie się nam zdawało. Gabrielle Zevin to amerykańska pisarka i scenarzystka.... (czytaj dalej)

Gdzie indziej - szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Initium
Oprawa:miękka
Okładka:miękka
Wymiary:150x210
Ilość stron:240
ISBN:978-83-62577-03-3
Wprowadzono: 12.11.2010
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Gdzie indziej - recenzje klientów

16/05/2012

"Wkrótce się przekonasz, że śmierć to tylko kolejny etap życia."

"Gdzie indziej" to książka, która nadaje nowy wymiar naszemu spojrzeniu na śmierć i życie. Nic nie jest takie, na jakie się nam zdawało. Gabrielle Zevin to amerykańska pisarka i scenarzystka. Urodziła się w Nowym Jorku, gdzie została absolwentką Harvardu. Jej pierwsza powieść "Gdzie indziej" była nominowana w 2006 r. do nagrody Quill i w 2007 r. do nagrody Independent Spirit Award za najlepszy debiut w kategorii scenariusz. Książkę tę przetłumaczono na siedemnaście języków.

Elizabeth Marie Hall, dla rodziny i przyjaciół Liz, jest przeciętną nastolatką, mieszkającą w przeciętnym mieście. Pewnego dnia jedzie do centrum handlowego, żeby pomóc swojej przyjaciółce Zooey w wyborze sukienki na bal. Jednak przejeżdżając na rowerze przez jezdnię zapomniała spojrzeć w obie strony i została potrącona przez żółtą taksówkę z odświeżaczem powietrza w kształcie czterolistnej koniczyny. Nazwała ją "Szczęśliwą taksówką". Piętnastolatka umiera w szpitalu, na skutek doznanych obrażeń.

Liz budzi się ze snu i uświadamia sobie, że znajduje się na statku, który, jak później się okazuje, nosi nazwę Nil. Nie ma przy Niej rodziny, przyjaciół bądź jej ukochanego psa. Jedyną osobą, którą zastaje w swojej kabinie jest Thandi, szesnastolatka, która tak jak Lizzie nie żyje. Stopniowo dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, że umarła i już nigdy więcej nie zobaczy swoich bliskich. Ale skoro naprawdę nie żyje to dlaczego znajduje się na jakimś cholernym statku i normalnie funkcjonuje? Czy już na zawsze będą płynąć bez celu?

Nil niedługo potem dociera do brzegu wyspy, lecz Liz nie chce nigdzie wychodzić. Może jeśli zostanie tutaj to zabiorą ją z powrotem na Ziemię? Przecież statek płynie w dwie strony, prawda? Jednak kapitan statku przekonuje ją do tego, żeby zeszła z pokładu i cieszyła się z pobytu na Gdzie indziej. Na brzegu czeka na Nią jej babcia Betty, która umarła przed narodzinami bohaterki, więc krewna musi opowiedzieć jej wszystko o sobie i o tym, gdzie się znajdują. Okazuję się, że ludzie trafiają tutaj po swojej śmierci. Tutaj zamiast się starzeć - wszyscy młodnieją i gdy stają się niemowlakami są przesyłane rzeką z powrotem na Ziemię. Możesz tutaj swobodnie rozmawiać ze swoim zmarłym psem, pod warunkiem, że znasz psi język. Nie ma tutaj pracy, są tylko zajęcia - wykonujesz to, co lubisz i to, co sprawia Ci przyjemność. Czyż to miejsce nie jest cudowne?

"Liz spogląda na opakowanie ozdobnione rysunkami bałwanków, oddających się różnym świątecznym czynnością. Jeden z nich z uśmiechem na okrągłej twarzy ładuje do pieca blachę pełną pierników. Pieczenie pierników, a właściwie każda forma gotowania, musi być dla bałwana czymś w rodzaju samobójstwa - myśli Liz. - Dlaczego więc miałby dobrowolnie podejmować się czynności, która prawdopodobnie go zniszczy? Czy bałwany w ogóle jedzą?"

Głównej bohaterce wcale się tam nie podoba. Ma ogromne problemy z zaklimatyzowaniem się w tym dziwnym miejscu. Chce ponownie spotkać się z rodziną i pokazać im taksówkarza, który ją zabił i odjechał z miejsca wypadku. Jednak niedługo potem dociera do Niej brutalna prawda - nigdy nie skończy szesnastu lat, nie zakocha się, nie będzie studiowała, nie wyjdzie za mąż, nie założy rodziny i nie zestarzeje się tak, jak każdy zwyczajny człowiek. Nie chcę żyć w tym miejscu i postanawia za wszelką cenę się stąd wydostać.. Czy jej się to uda? A może jednak zmieni swój stosunek do tego świata? Czy ktoś jej w tym pomoże?

Prolog zaczyna się z punktu widzenia psa głównej bohaterki, Lucy. Muszę przyznać, że taki sposób narracji jest ciekawy. Jeszcze w żadnej książce nie spotkałam się z czymś takim i bardzo przypadło mi to do gustu. Wydawało mi się, że cała książka będzie prowadzona w ten sposób, ale już od pierwszego rozdziału widzimy wszystko z perspektywy Lizzie.

Muszę przyznać, że na początku pochodziłam do książki w dużą rezerwą, ale już przez pierwsze strony byłam oczarowana tym światem, który wykreowała dla nas pani Zevin. Nie spodziewałam się tego, że taka książka może mi się spodobać. Z reguły nie przepadam za książkami obyczajowymi, a jednak ta była inna. Niezmiernie przypadła mi do gustu wizja świata po śmierci i tego, że niedługo potem możemy ponownie wrócić na Ziemię. Nie chciałam tutaj ujawniać zbyt wiele fragmentów z książki, ale po prostu się nie da, bo książka sprawia, że chcesz o tym opowiedzieć wszystkim i podzielić się doznaniami po przeczytaniu.

Jednak nie cały czas tak bardzo mi się podobała. Niedługo potem zaczęło denerwować mnie zachowanie Liz, która robiła wszystko, żeby skontaktować się z rodziną i zamknąć mordercę w więzieniu. Nie podobał mi się też język autorki. Był zbyt prosty i naprawdę bardzo brakowało mi tam opisów miejsca i więcej opisów przeżyć. Miałam wrażenie, że autorka miała dobry pomysł na książkę, ale nie za bardzo wiedziała, jak ma to sprzedać. Ja osobiście chciałam dowiedzieć się więcej na temat wyglądu Gdzie indziej, ale niestety autorka ograniczyła się do tego, że jest to wyspa i jest tam dużo różnych budynków. Między innymi to zaważyło na mojej ocenie tej książki. Gdyby było więcej kolorowych opisów książka byłaby naprawdę rewelacyjna.

Patrząc na całokształt książki nie wypada ona źle. Przede wszystkim plusy książce daję za pomysł i za lekkość czytania. To zdecydowanie przemawia na korzyść tej pozycji. Jednak powieść, mimo małych uchybień, jest naprawdę bardzo dobra. Podobało mi się w niej wszystko, co umieściła tam autorka, tylko tak jak wcześniej wspominałam - więcej opisów poproszę. Cieszę się również z tego, że pani Zevin nie zrobiła z tego kilkutomowej serii tylko zawarła wszystko w jednej książce. Całość jest bardzo spójna i widać, że nie została pisana z przymusu. Daję książce 7 punktów na 10 możliwych i polecam ją zarówno dorosłym, jak i młodzieży.

"Tak naprawdę nikt nie potrzebuje drugiej osoby ani jej miłości, by przetrwać. Miłość, Lizzie, jest wtedy, gdy jesteśmy irracjonalnie przekonani, że jest inaczej."

izus90(at)o2.pl 4/12/2010

Już sam prolog w tej książce wywołał u mnie szok. Pomyślałam sobie jak to, narrację będzie prowadził pies? Szok jednak minął równie szybko jak się pojawił, reszta książki poprowadzona jest z punktu widzenia dziewczynki, a nawet jeśli byłoby inaczej to i tak podejrzewam, że mało by mnie to obeszło, bo książka wciąga tak bardzo, że ani się obejrzałam a już byłam przy jej końcówce.

Liz niedługo skończy szesnaście lat, przed nią bal na który z pewnością ktoś ją w krótkim czasie zaprosi, będzie mogła wybrać sukienkę, być może zakocha się w chłopcu, który będzie jej podczas balu towarzyszył, może będą ze sobą jeszcze długo, założą rodzinę, a może po prostu rozstaną się, a Liz będzie miała okazję poznać kogoś nowego, w międzyczasie skończy szkołę, wybierze się na studia, a w życiu będzie robić to o czym zawsze marzyła... Nie, stop. Nic z tych rzeczy się nigdy nie zdarzy, będzie zupełnie inaczej. Liz obudzi się w nieznanym miejscu, który okaże się statkiem Nil. Na odległym już brzegu zobaczy swoich zrozpaczonych rodziców i młodszego brata, a na górze jej piętrowego łóżka Thandi, szesnastoletnią współlokatorkę z dziurą po kuli w głowie. I będzie święcie przekonana, że wcale się jeszcze nie obudziła. Choć z drugiej strony to dosyć dziwny sen.A staje się jeszcze dziwniejszy gdy Liz dociera do stołówki pełnej starszych osób, spotyka swego ulubionego muzyka, na własnej głowie dostrzega dziwną ranę, a sen, który powinien już dawno się skończyć trwa nadal i nawet szczypanie w ramię nic nie daje, bo to naprawdę boli. A potem Liz zostaje zaproszona na własny pogrzeb i już wie, że to nie sen. I pozostaje się tylko dowiedzieć dokąd zmierza ten statek...

Gabrielle Zevin sięga do dobrze znanych nam rozwiązań. Po pierwsze w roli narratora stawiając osobę młodziutką, która nie miała okazji poznać jeszcze prawdziwego życia. A po drugie pokazując nam kolejną interpretację tego co znajdziemy po drugiej stronie. I choć to mogłoby nas już nudzić, mogłoby wydać się powtarzalne i przewidywalne to absolutnie takie nie jest. Nie mam pojęcia jak autorka to robi, ale zdaje się mieć tysiąc nowych pomysłów na minutę, a my przewracając kolejne strony nie możemy zrobić nic innego jak tylko otwierać coraz szerzej ze zdziwienia buzię. Wizja krainy Gdzie Indziej bardzo mi się podoba. Naprawdę, nie wiem czy nie najbardziej z tego wszystkiego czym raczą nas od lat. Miejsce, gdzie czas płynie inaczej, gdzie zamiast coraz starsi stajemy się coraz młodsi, gdzie jak się okazuję, wszystko się może zdarzyć, możemy się zakochać, możemy się skontaktować z ludźmi, którzy zostali na Ziemi, możemy rozmawiać z psami, własną babcię uczynić swoją najlepszą przyjaciółką, a zamiast codziennej pracy wykonywać zajęcia, które naprawdę lubimy wydaje się naprawdę przyjemną perspektywą.

Podobał mi się sposób w jaki Zevin przedstawiła główną bohaterkę, robiąc z niej dziewczynkę, która paradoksalnie coraz młodsza staje się coraz bardziej dojrzałą osobą, zaczyna rozumieć pewne rzeczy, dostrzegać to czego dotąd nie dostrzegała, godzić się z tym co straciła i doceniać to co otrzymała w zamian.

Swoją drogą czy to nie dziwne, że zawsze dążymy do tego co jest dla nas nieosiągalne? Zawsze wyobrażamy sobie, że będąc Gdzie Indziej żyłoby nam się lepiej, a gdy już tam trafiamy tęsknimy do poprzedniego miejsca. Nie odnosi się to może w znaczący sposób do treści książki, po prostu po jej przeczytaniu naszła mnie taka myśl. Bo ja też przecież często myślę, że życie Gdzie Indziej mogłoby być dużo lepsze od życia Tu i Teraz.

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Życie na wynos

O. Rudnicka

książka

23,05 zł taniej -30%

Czereśnie zawsze muszą być dwie

M. Witkiewicz

książka

25,77 zł taniej -30%

Deniwelacja Trylogia z komisarzem ...

R. Mróz

książka

27,87 zł taniej -30%

Duchowe życie zwierząt

P. Wohlleben

książka

24,36 zł taniej -30%

Gabrielle Zevin - przeczytaj też

Między książkami

G. Zevin

książka

14,95 zł

Czas miłości i czekolady

G. Zevin

książka

27,93 zł taniej -20%

Krew z krwi

G. Zevin

książka

29,67 zł taniej -15%

Moja mroczna strona

G. Zevin

książka

33,90 zł taniej -15%

Brak list życzeń:

Utwórz

W koszyku:
0 produktów
/ 0,00 zł

przejdź do koszyka

rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: