:
:
:
:
:
DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM
ocena: 5, głosów: 1
 
przeczytaj fragment książki
DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM

Wojciech Młynarski.
O Dudku wymyślaliśmy apokryfy.
Zacząłbym tak - kiedy byłem małym chłopakiem, mieszkałem w domu moich dziadków, w Komorowie pod Warszawą.
Był to okres przedtelewizyjny i tam królowało radio. Jak łatwo się domyślić, mój pierwszy kontakt z Edwardem
Dziewońskim miał miejsce poprzez fonię. Przy jego charakterystycznym timbrze głosu właściwie nie było sposobu, aby go
nie zapamiętać. Ten kogut wyskakujący dość niespodziewanie z jego gardła - przy piekielnie precyzyjnym przygotowaniu
tekstów, wierszy, monologów, które wygłaszał - sprawił, że obok głosu Kazimierza Rudzkiego pamiętam go z tamtego czasu
najbardziej. Zapowiadając kiedyś takie tango „Kochaj mnie, a będę twoja”, wygłosił tekst: „Ciałem własnym asekuruję pierś
artystki” i przez tę mieszankę głosu, intonacji i dudkowego koguta pamiętać będę to zawsze. Nie mówiąc już o tym, jak
reagowała wtedy publiczność na te jego zaśpiewy. Powiedzonko „dziecko drogie” na tym dźwięku, wydobywającym się z
gardła, jest jednym ze znaków rozpoznawczych Dudka. Oczywiście w zapisie to nie wyjdzie, trzeba posłuchać nagrań, ale te
dźwięki sprawiły, że w środowisku często „mówiło się Dudkiem”.
Przeskoczę teraz do „Szpaka”. Kabaret Zenona Wiktorczyka. Na pięterku w hotelu „Bristol”. Złożyliśmy się w parę osób,
żeby tam zawitać. Na studencką kieszeń były to, jak na tamte czasy - druga połowa lat pięćdziesiątych - spore pieniądze. Ja
już wcześniej słyszałem transmisje radiowe z występów tego kabaretu i bardzo chciałem zobaczyć, jak to naprawdę wygląda.
Niewielka scenka, przy fortepianach dwóch Jerzych: Abratowski i Wasowski, a do tego wspaniałe towarzystwo aktorskie:
Hanka Skarżanka, Irena Kwiatkowska, Basia Rylska, Alina Janowska, Andrzej Szczepkowski, Wieńczysław Gliński, Mietek
Czechowicz i Dudek, który - trzeba przyznać - brylował wśród nich. Właściwie Janowska i on trafili tam na najlepsze teksty.
„Kamera!! Nacierać!!! Na plan bohatera...” - to słowa cyzelowane, obudowane fenomenalnym talentem Dudka z parodii
filmu „Pociąg” napisanej przez Wiktorczyka. Tekst nazywał się „Nocny S-Express” i był popisem genialnego aktora
kabaretowego. Takim Dudek utkwił mi w pamięci i takim pozostał. On umiał wydobyć z tekstu, o czym sam przekonałem
się wielokrotnie, sprawy, o których autor nawet nie pomyślał. Jego dar polegał na tym, że on wychodził na scenę i był (!).
Miał porażająco silną osobowość komiczną. Dodam, że realizowaną niekiedy ze śmiertelną powagą.
Sprawdzało się to także, kiedy prowadził jako konferansjer różne imprezy. Potrafił jednym zdaniem podporządkować
sobie publiczność, a to naprawdę jest wyższa szkoła jazdy. Tu muszę wspomnieć o tym, że Dudek był drugim obok
Tyrmanda równie znakomitym prowadzącym koncerty jazzowe w Polsce. Kiedy zapowiadał występ orkiestry Glenna
Millera, a sala na sposób, jak jej się wydawało, amerykański, szalała, kręcąc marynarami, spokojnym tonem wycedził: -
Raczej bym poprosił o spokój. - Powiedział to tak zdecydowanie, że reakcja była natychmiastowa. Zaczęli słuchać. Przy
innej okazji wystrzelił tak: - Teraz mój przyjaciel Ray McKinley zagra utwór „Gliniany garnuszek”... niewątpliwie pełen
złotych dolarów! - Kupił tym publiczność z miejsca. Dziś ten kontekst jest niezrozumiały, ale taki tekst - powiedziany ze
sceny po październiku '56 - był wystrzałem z armaty. Dudek jako konferansjer mówił krótko i trafiał w punkt! Był dla mnie
kimś w rodzaju poety, bo „poeta tworzy hece wokół siebie”, jak mówił Gałczyński. Mówiąc krótko - Dudek był żywiołem
metafory.
Data początkowa mojego zawodowego z nim kontaktu to Festiwal Opole '64. Dostaję dwie nagrody. Na fali sukcesu
wracam do Warszawy i jeszcze lekko oszołomiony otrzymuję taki mniej więcej telefon: - Młody człowieku, widziałem
Opole... - Dzwonił Dudek, który mnie na oczy nie widział, ale festiwal tak. Stwierdził, że do czegoś będę mu tam pasował, i
zaprosił na spotkanie. Rozpoczął je, jak to on, nietypowo. Na moje - Młynarski - wypalił po chwili: - Syn Magdy? - którą
znał świetnie z radia. I potem „krótko i węzłowa to”, jak mawiał, opowiedział o przygotowaniach do pierwszej premiery
kabaretu „Dudek”. Że szuka tekstów i mój sposób pisania bardzo go interesuje. Potem mnie po prostu zaangażował i
pierwszy tekst, który przyniosłem pt. „Czas miłości”, dał do - znowu „polecę” Dudkiem - „muzycznej abrabotki” Jerzemu
Wasowskiemu! Tego, co to dla mnie wtedy znaczyło, nie sposób sobie wyobrazić. Autorzyna po „Hybrydach” dostaje się na
Parnas. Ja naprawdę byłem oszołomiony. I z perspektywy lat muszę podkreślić także i ten talent Dudka do wynajdywania,
wyszukiwania, dobierania ludzi. On wiedział - z tym tak, w sensie artystycznym, z tamtym - nie. Dostałem szansę i
zdopingowało mnie to niebywale. Tak wpadłem w objęcia Dudka i w jego kabarecie szlifowałem swoje pióro przez dziesięć
lat.
Przy tej okazji chcę wspomnieć o kolegach. Dudek nas zapraszał. Osiecką, Bianusza, Tyma, Jareckiego, Jurandota...
Piliśmy kawę i wymyślali kolejne numery. Dla nas były to takie... zapasy na pomysły. Odrzucano kiepskie, wybierano
najlepsze. Jeden drugiemu przy tej okazji podpowiedział niejedną puentę. Ktoś, kto miał pomysł na skecz, ale sam ich nie
pisał, zostawiał koledze. Ten ping-pong istniał w znacznym stopniu dzięki atmosferze, którą Dudek umiał stworzyć. On
bawił się tym życiem kabaretowym. Dla niego było substytutem czasów przedwojennych i towarzyskiej rozmowy. Wymiany
myśli i żartów. Przecież, jak wynika ze wspomnień, Hemar spał przez dwie, trzy godziny, potem wstawał i pisał kolejny
tekst. Bez przesady oczywiście z takim funkcjonowaniem non stop, ale oni po prostu umieli bawić się, a poczucie humoru
było obowiązkowe.
Dudek, w moim oczywiście mniemaniu, w sposób szalenie konsekwentny realizował swoje credo - socjalizm zostaje za
oknem. U mnie jest tak, jak być powinno, tak jak było kiedyś, czasami wesoło, czasami poważniej, ale czas spędzamy w
„normalnej, ludzkiej, szczerej atmosferze”, jak mi się to kiedyś napisało w jednym wierszyku, ale to tekst Dudka!
Pojawiały się oczywiście sprawy cenzuralne, ale Dudek umiał z tymi facetami rozmawiać. Zdarzało się, że napuszczał
Kobusza z Gołasem na to towarzystwo, aby rozbawili, trochę upili albo odegrali skecz w sposób niedający podstaw do
jakichkolwiek podejrzeń. Tak przepchnęli moją „Balladę o Dzikim Zachodzie”, a Ania Seniuk z Anitą Dymszówną piosenkę
„Po co babcię denerwować”. Dziewczyny odegrały przed cenzorami jakieś dwie koszmarne panienki, które dbają o dobre
samopoczucie babci. Przepychały się, tarmosiły i zatupały całą aluzję do Gomułki, który sekretarzował bez kontaktu z
ukochanymi masami pracującymi miast i wsi. Ja się od Dudka Dziewońskiego nauczyłem, tak - nauczyłem, jak przepychać
teksty przez cenzurę.
Ale to nie koniec tego, co zawdzięczam, i jest to słowo odpowiednie, Dudkowi. Erwin Axer - dyrektor Teatru
Współczesnego - nie puścił Michnikowskiego z kabaretem do Stanów. Dziewoński mógł wziąć każdego - wziął mnie.
Właściwie debiutanta. I to bez repertuaru dla Polonii. Upichcili mi tam taką wiązankę piosenek powstańczych czy
warszawskich, jakiś duet z Anką Prucnal i... poszło. Z czystym sumieniem mogę teraz powiedzieć, że ja tych wybitnych
artystów - Kwiatkowską, Dudka, Kobusza i Gołasa - poznałem właśnie w czasie tej wyprawy. A dwóch ostatnich - w
szczególności na pokładzie m/s „Batory”. W drodze powrotnej wpadłem w świetną formę, emocje minęły i wówczas zrodził
się pomysł „Tupotu białych mew” dla Golasa. On opowiedział taki dowcip o kocie, który chodzi i głośno tupie - sam w sobie
absurdalny. Ja przerobiłem kota na mewy, a jak genialnie poradził sobie Wiesiek z tym tupaniem, nie muszę mówić. Ta
wena, która wówczas na mnie spłynęła, była wynikiem panującej między nami atmosfery. Pieczę nad nią sprawował
Dudek!
Tam, na „Batorym”, zrodził się nie tylko pomysł trzeciego programu, który nazwaliśmy „Playboyland”, ale zaczęła się
także moja przyjaźń z Dudkiem. Trochę zacząłem poznawać go z innej strony. Okazało się, że przy pozorach bon vivanta,
faceta umiejącego rozbawić każde towarzystwo, znawcy trunków i świetnego żarcia, jest to człowiek niezmiernie poważny i
solidny. Na swój prywatny użytek zacząłem nazywać go geniuszem organizacji. Człowieka tak zorganizowanego nie
poznałem nigdy. Żeby tych kilku wybitnych aktorów, zajętych w radio, w dubbingu, w filmie, w telewizji i teatrze, wyłowić,
umówić i doprowadzić do premiery kolejnego „Dudka”, trzeba było dysponować jakimś szóstym zmysłem. On przywoził,
załatwiał, telefonował i precyzyjnie wykładał, o co mu chodzi. Kiedy wpadał do nas na Powiśle, pytał: - Jest Wojtek? - Jak
mnie nie było, kładł się i spał kwadrans albo pół godziny. Przychodziłem - wstawał, mówił: - Napisz to, dopisz zwrotkę, to
chcę mieć tak, a tamto inaczej. - Po zorganizowaniu zadań dla mnie - znikał.
Wiesiek Michnikowski zrobił kiedyś Dudkowi kawał. I to w trakcie ich najsłynniejszego skeczu - „Sęka”. W pewnym
momencie powiedział tak: - Niestety, Beniek, ja się muszę poradzić Malwiny. - I zszedł ze sceny. Błyskawicznie, wszystko
sobie wcześniej przygotował, pomazał twarz na czerwono jak krwią, ponalepiał plastrów, wrócił na scenę i kontynuował
szmonces. Tego Dudek nie wytrzymał i zrejterował. Cudowny Michnikowski, który zawsze podkreśla, że jest człowiekiem
poważnym, wyciął kolejny ze swoich żartów. Mając gołębie serce, przygotował i zrobił ich wiele kolegom, ale fakt, że
ugotował Dudka, powinien przejść do legendy. To się nikomu nie udało. A przecież to życie zakulisowe, garderobiane,
teatralne, kabaretowe, aktorskie opierało się na atmosferze dowcipów robionych kolegom. I to dowcipów, które czasami, tak
jak robił je Michnikowski, przygotowywano tygodniami. W „Dudku” na tym to właśnie polegało. Na żywiole zabawy. To
była też jakaś forma obrony tego towarzystwa przed socjalizmem. Ich to nie dotyczyło, a ja wniknąłem w ten świat i mogę
tylko za przyjęcie mnie do tej ferajny podziękować. I jako człowiek, i jako autor. Brałem z nich pełnymi garściami,
dorzucając swoje.
Jego kabaret w jakimś sensie odtwarzał model „Qui Pro Quo”. Na scenie i za kulisami. Przy tej okazji - tak cenione przez
Dudka życie towarzyskie, kawiarnia literacka, rozmowa, samo spotkanie krzepiło nas wszystkich. Zostawaliśmy po
końcowym odśpiewaniu „Spotkamy się na Nowym Świecie” czasami i parę godzin, opowiadając kawały, żartując, ale także
rozmawiając całkiem serio. Do tego ratowaliśmy się w kłopotach. To pozwoliło przetrwać te dziesięć lat w „Dudku”, a
przyjaźnie zachować na lata. Z tego wynikały i te nocne próby... prób właściwie nie było. Oni opowiadali sobie dowcipy, a
ja pytałem siebie - kiedy właściwie pracują nad tekstami. Coś tam sobie przegadywali, ustalali, precyzowali dźwięki z tymi
fantastycznymi muzykami - Borzymem, Suchockim i Czekallą - a potem była premiera. To był wspaniały zespół. Kiedy
Dudek uległ ciężkiemu wypadkowi i leżał w szpitalu, to przyszedł do niego Krzysztof Chmielowski, wspaniały inspicjent z
„Dudka”, i przyniósł tartanowe podkładki pod kule, którymi Dudek musiał się podpierać. śeby mógł sobie poskakać! To
było takie towarzystwo. Dobierane! Takiej atmosfery nie doświadczyłem już nigdy i bardzo mi tego brakuje.
A w centrum tego huraganu, który rozpętał, tkwił sam Dudek. Wymyślaliśmy o nim apokryfy. Te dotyczą tylko osób
wybitnych. Postaci niepowtarzalnych. Oddają ich charakter i trzeba dodać, że są czasami zrozumiałe tylko w pewnym
środowisku. Powstają z sympatii, pewnego rodzaju podziwu nawet, ale poza środowiskiem mogą być różnie odbierane. W
wymyślaniu ich o Dudku królował Stasiek Tym. „Panie Dudku, jest telefon z Watykanu. Papież chce z panem rozmawiać”
albo rozmowa z Reaganem czy Bushem - to wszystko pomysły Staśka. Muszę przyznać, że mimo wielokrotnego
namawiania nigdy nie zapisałem żadnej takiej „okołodudkowej” opowieści. Zaczepiłem go tylko lekko jako współczesnego
barona Münchhausena. Fantazje i świat kreowany przez Dudka pozostawiłem innym. Kogo znał, do kogo miał telefon, kogo
odwiedzał - to był zestaw tematów do niekończących się opowieści mitologicznych. Ale ta, która mi się teraz przypomniała,
jest autentyczna. Dudek wizytował eskadrę ścigaczy na Helu - w mojej obecności! Byliśmy w Juracie i mimo zaproszenia
dowódcy nikt poza nami nie miał na to ochoty. Kiedy wylądowaliśmy w porcie i zobaczyliśmy, co nam pokazali, Dudek
rąbnął: - Jak to się ma do parametrów Bundesmarine? - Odpowiedź była zaskakująca, ale prawdziwa: - Panie Dudku,
przepraszamy, robimy, co możemy, ale to sprzęt raczej z demobilu. - Wszystko skończyło się kawą kapitańską i pełnym
zrozumieniem sytuacji. O stosunku procentowym rumu do kawy w kawie nie będę wspominał. Wracając, robiłem za
kierowcę.
Ja Dudka kochałem, uwielbiałem - nie mam na to odpowiedniego słowa. Był dla mnie inspirujący. Myślę, że dla innych
też. Konwicki przyznaje się do - niby jest to drobiazg, ale... - przyznaje się do przejęcia dudkowego powiedzonka -
„wycofajko”. Jeżeli męczyli go o coś, padało „wycofajko” kończące sprawę. Albo „przeprowadziłem z nim kawałek
dożylnej rozmowy. Bez owijania w bawełnę”. To też Dudka. On miał własne „słowotwórstwo”, własną frazeologię. Po
takich ludziach zostaje dziura nie do zasypania. Tym bardziej że w czasach, w jakich przyszło mu egzystować, on dbał o to,
co starano się zdezintegrować. O dobre towarzystwo. Po wojennych koszmarach, wbrew szarej komunie, tacy ludzie jak on
odtwarzali klimat, nastrój, którego teraz nie ma już zupełnie. Jednocześnie - przy znakomitej lekkości dowcipu - w tym, co
zrobił, w tym, co pozostało, był bardzo surowy w sprawach zawodowych. Przede wszystkim wobec siebie. Przy pozorach
twardziela miał ogromną tremę przed premierą. Radził się tych, do których miał zaufanie - Bardiniego, Konwickiego,
Wasowskiego. Pytał, słuchał uwag. Zapraszał na przykład przed premierą pana Saszę - Aleksandra Bardiniego. Ten siedział,
patrzył i nie odzywał się - bo tak należy. Potem odbywała się rozmowa telefoniczna. Jeżeli na pytanie „Jak?” padała
odpowiedź „W porządku”, grał. Jeżeli nie, słuchał uwag i poprawiał. Tak samo było z Jurkiem Dobrowolskim, z którego
zdaniem bardzo się liczył. Przy pozorach nieskromności, wiązanej trochę z jego niesamowitą siłą przebicia, był człowiekiem
skromnym. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale tak było. Dudka trzeba było po prostu brać takim, jaki był. Dodam tylko,
że najbliżsi płacili tego cenę... I tu proszę o kropkę. W tej sprawie.
Jechałem kiedyś pociągiem całą noc na jakiś koncert. W przedziale siedziała starsza pani. Pod koniec podróży zapytała: -
Czy pan zna pana Dziewońskiego? - Po moim „tak” usłyszałem: - Ja byłam tuż po wojnie, w czterdziestym szóstym roku,
telefonistką w łódzkim Grand Hotelu. Pan Dziewoński przyszedł do mnie, żebym mu pożyczyła żelazko. No, to mu
pożyczyłam. - I co, nie oddał? - spytałem. - Nie, oddał. Ale zasmarowane. Wątróbkę sobie na nim smażył! - Tamta Łódź i
„Syrena”, prowadzona przez Jurandota, to było pierwsze zetknięcie się Dudka, jako zawodowca, z teatrem. Ale też powrót
do odtwarzającego się co prawda, ale jednak towarzystwa teatralnych znakomitości. Tam przecież pojawiła się i Zimińska, i
Sempoliński. Sam Jurandot należał obok Hemara, Tuwima do młodszych, ale najzdolniejszych autorów, korzeniami
sięgających do „Qui Pro Quo”. No i Dodek Dymsza, z którym Dudek się zaprzyjaźnił. To wszystko razem było trochę jak w
tej anegdocie opowiadanej o Dymszy. On grał w jakiejś farsie właśnie w łódzkiej „Syrenie”. W kulisie stał Żyd, aktor,
właściwie epizodysta, który zjadł zęby na teatrze i podpatrywał występ Dodka. Kiedy ten wpadł zziajany w kulisę, usłyszał
„recenzję”: - Panie Dodek, pan jesteś po prostu Maurice Chevalier! - Dziękuję - odpowiedział, ale usłyszał jeszcze po chwili:
- Jak na łódzkie stosunki! - No, właśnie - jak na powojenne stosunki. Nikt przecież nie wyobrażał sobie, czym się to tak
naprawdę skończy. To - co w tamtej Łodzi, wypełnionej ocalałą warszawską inteligencją - próbowano odtworzyć? ocalić?
Także ten świat aluzji, żartu, skrótu, riposty, puenty. Ludzie, wracający z obozów, z frontu, po Powstaniu Warszawskim,
chcieli po tym piekle okupacji zacząć normalnie żyć. Wierzyli, że tak będzie.
Dudek był aktorem kompletnym, przynajmniej dla mnie. Doskonały w komedii i w dramacie. W „Karierze Artura Ui” z
porywającym Łomnickim jego postać, odpowiadająca Goebbelsowi, była równie złowieszcza. Kiedy w „Złotym cielcu”
wychodził na scenę i strzelał w szaro odzianą publiczność niby socjalistycznego państwa słowami: „Rio de Janeiro to to nie
jest!”, wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Szał na widowni po tej kwestii był nie do opanowania. Zabawnie też zagrał w
ówczesnym Teatrze Ludowym Mackiego Majchra, przy czym należy dodać, że nie wszyscy to akceptowali. Za to w
„Jasełkach-Moderne” Iredyńskiego (rzecz dzieje się w obozie koncentracyjnym) był znakomity i przerażający jako Herod. I
mamy jeszcze przecież postać Kuszelasa z Kabaretu Starszych Panów. To była postać wymyślona „z Dudka”, że tak
powiem. Jak Kalina, Michnikowski czy Kwiatkowska, tak i Dudek zostali upatrzeni przez Przyborę. On dla nich (!) pisał ten
specyficzny serial. I właśnie oni, jego partnerzy, znakomici aktorzy, powtarzali, że Kuszelas to postać idealna. Lepszej
recenzji już nie ma.
Poza tym, że kazał mi kiedyś - oprócz paru tekstów, które popełniłem dla niego z własnej woli - napisać dla siebie do
„Dudka” tak zwany „referat wstępny” (tak powstał „Przyjdzie walec i wyrówna”), muszę wspomnieć o jego znakomitych
tekstach konferansjerki. Do tego dorzucam rewelacyjny, bo bardzo prawdziwy zawodowo, monolog o tym, co robi w ciągu
pięciu minut na kabaretowej scenie aktor, oraz „Znaki przestankowe”. Właśnie, nie „przy”, ale przestankowe! To była cała
scenka. Kapitalnie wymyślona i precyzyjnie zagrana. Dudek podawał dźwiękowo publiczności ekwiwalent znaku
przestankowego. Na przykład myślnika jako „oj”, a kropki jako „pyf”. Potem wybrany wcześniej tekst wygłaszał, nasycając
go tymi pyfami, ojami, ochami, jękami i różnymi wymyślonymi dźwiękami. Ekwilibrystyka dykcji przy precyzji słowa,
którą miał wypracowaną perfekcyjnie, powalała na kolana. Publiczność pokładała się ze śmiechu. Potrafił także i to. Dlatego
zdarzały się takie kolacje w zaprzyjaźnionym gronie, podczas których mówiło się wyłącznie o Dudku i wyłącznie Dudkiem.
Dorzucę tu jedną z historyjek wymyślonych przez Staśka Tyma: - Dudek został sfotografowany, jak sadził dąb Bartek, ale
zdjęcie słabo wyszło, bo było robione bardzo starym aparatem!
Konfabulacje Dudka były rewelacyjne, cudownie śmieszne, przyjmowane z całym dobrodziejstwem inwentarza, a na
przykład dla Tyma stanowiące pożywkę. Przyjmowano je ciepło i życzliwie - podobnie jak historyjki powtarzane przez
Krzyśka Kowalewskiego, który sposób mówienia Dudka jak Stasiek idealnie naśladował. Taki stosunek można mieć tylko
do niepowtarzalnej osobowości. Ale to dotyczyło nas, środowiska, którego Dudek był częścią. My nie jesteśmy normalni.
Ten rodzaj porozumienia w żarcie, dziś właściwie niefunkcjonujący, trudny do przekazania i chyba bezpowrotnie miniony,
był żywiołem tamtych ludzi. Ja się na tym uczyłem zawodu. I to w czasach, które Lopek Krukowski opisał kiedyś tak: -
Przed wojną, jak było, tak było, ale teraz jest, jak jest, ale nie ma! - O to „nie ma” chodziło, przynajmniej niektórym, przez
kilkanaście ładnych lat. I myślę, że ludzie, którzy żyli w PRL-u, którzy przychodzili posłuchać genialnych interpretacji
tekstów pisanych dla Edwarda Dziewońskiego przez Sławomira Mrożka, którzy przychodzili do „Dudka” i „Kwadratu”, coś
mu zawdzięczają. Tę chwilę odreagowania...
Dobry wieczór Państwu!
Po raz drugi w tym roku i w ogóle, ale na pewno nie po raz ostatni, witam wszystkich przybyłych na dzisiejsze spotkanie
jazzologiczne! Stosunkowo krótki czas od, że się tak wyrażę, wyjścia jazzu na powierzchnię Polski, przyniósł nam recenzje i
wypowiedzi ludzi tak zwanych poważnych, którzy na łamach naszych czołowych pism kulturalnych i prasy codziennej
wypowiedzieli się absolutnie ZA jazzem.
„Przekrój” świąteczny przyniósł obszerny, informacyjny, doskonale napisany artykuł o jazzie z fotografiami jego
czołowych przedstawicieli -z Armstrongiem, Ellingtonem i Parkerem na czele - który to artykuł powinni przeczytać przede
wszystkim ci, którzy są - oczywiście nikt nie wie dlaczego - nastawieni negatywnie do jazzu i którzy go uważają za muzykę
taneczną! Muzykę do tańca!
Wszyscy państwo, którzy tu jesteście, stwarzacie pewien pozadyskusyjny fakt zainteresowania, chęci przyjścia tutaj, w
odróżnieniu od takich czy innych imprez, na które najpierw trzeba namówić, ale za to potem się nie przychodzi,
bagatelizując nawet ewentualność „zadarmowości”.
Urządzona parę tygodni temu we wrocławskiej Hali Ludowej podobna do dzisiejszej impreza zgromadziła trzynaście
tysięcy ludzi. Pomyślałem sobie, że gdyby do Polski zaproszono zespół Ellingtona, to jego przyjazd, gwoli uniknięcia
rozlewu krwi, musiałby być uzależniony od rozbudowy Stadionu 10-lecia.
Nasze dzisiejsze spotkanie nie jest oczywiście klasycznym wieczorem jazzowym, który z racji swojej istoty powinien być
raczej kameralny i bazować na improwizacji zupełnej, absolutnej! Nasze dzisiejsze spotkanie to chęć dania paru tysiącom
ludzi gwiazdkowego, synkopowanego prezentu od Dziadka Świętego Mikołaja Mroza, dania wszystkiego najlepszego, co w
tej dziedzinie mamy!
...a potem grały zespoły Wicharego, Mazurka i Kurylewicza.

DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM
DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM

DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM

książka

Wydawnictwo: Świat Książki

Oprawa: twarda

Ilość stron: 288

Dostępność: niedostępny

DARMOWA DOSTAWA od 50zł
(przy przedpłacie) Pocztą Polską

Nasza cena: 38,44

Cena detaliczna: 41,78

dodaj do przechowalni

Przy zakupie 5 egz.
Cena hurtowa:

33,42

Powrót
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje

DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM - opis produktu:

Opowieść o niezapomnianym Dudku - Edwardzie Dziewońskim biografia artysty, anegdoty, wypowiedzi słynnych aktorów, wiele zdjęć książkę napisali syn i wnuk, korzystając z rodzinnego archiwum Barwny portret Edwarda Dziewońskiego (1916-2002): pamiętnego bohatera Eroiki, Kuszelasa z Kabaretu Starszych Panów, twórcy kultowego kabaretu Dudek i reżysera. Opowieść o charyzmatycznym artyście o niezwykłym poczuciu humoru na tle ponad pięćdziesięciu lat naszego życia kulturalnego.

DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM - szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Świat Książki
Oprawa:twarda
Wymiary:170x245
Ilość stron:288
ISBN:978-83-247-0749-2
Wprowadzono: 22.11.2007
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

DOŻYLNIE O DUDKU EDWARDZIE DZIEWOŃSKIM - recenzje klientów


Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.
10.00 10.00

Roman Dziewoński, Piotr Dziewoński - przeczytaj też

Gabriela GABI Kownacka - Roman Dziewoński

książka

Gabriela GABI Kownacka

Roman Dziewoński

27,56 zł 29,96 zł

Leopold Pobóg-Kielanowski - Piotr Dziewoński

książka

Leopold Pobóg-Kielanowski

Piotr Dziewoński

33,36 zł 36,26 zł

Skarpetka w ręku - Roman Dziewoński

książka

Skarpetka w ręku

Roman Dziewoński

6,11 zł 6,65 zł

rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: