zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:
Cierpkość wiśni
powiększenie, przód
przeczytaj fragment książki
Cierpkość wiśni

Tydzień przed Zaduszkami

- Jeśli chodzi o twórców nowoczesnego stylu przekazywania bzdurnych informacji - wyszeptała profesor Fałda, dyrektor do spraw studentów - należałoby wymienić piętnaście następujących osób: Giuliano La Grande Ballista, Jean...
- Nic nie słyszę - zdenerwowała się dziewczyna siedząca tuż obok mnie. - Co ja mam notować?
- Podobno Fałda zawsze tak szepcze - odezwał się chłopak przed nami. - To jej sposób odsiewania ziarna od plew. Przy czym z góry zakłada, że ziarna siedzą tylko w pierwszym rzędzie.
- Przecież tak nie może być - zirytowałam się i podniosłam rękę do góry.
Fałda zareagowała natychmiast.
- Pani chciała coś dodać czy tylko poprzeszkadzać mi w wykładzie?
- Ja poprzeszkadzać?
- Tak, tak, do pani mówię. Piąty rząd, wiśniowy sweter, rozpuszczone frywolnie włosy.
- Ja tylko chciałam poprosić o napisanie nazwisk twórców. Tu, na górze, prawie nic nie słychać.
- Moje dziecko - wysyczała wcale nie macierzyńskim tonem Fałda - powinnaś wyssać te nazwiska z mlekiem matki, a przynajmniej poznać je w przedszkolu.
- Ale ja nie byłam karmiona piersią i nie chodziłam do przedszkola - rzuciłam w samoobronie.
- Brawo! Nieoczytana, ale dowcipna. - Sala zareagowała chichotem, ja zaś chwilowym zatrzymaniem akcji serca. - Więc słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać. Mało mnie obchodzi, że wy, plewy z piątego rzędu, prawie nic nie słyszycie. Czytajcie z ruchów moich warg. Albo odpuśćcie sobie mój wykład. Nikt was tu nie trzyma na siłę. A ty - zwróciła się do mnie - bezczelna właścicielko frywolnej fryzury, podaj mi swoje nazwisko, chętnie je zapamiętam.
Wydukałam, ledwo żywa ze wstydu.
- Jak? Powtórz, bo nic nie słyszę.
* * *
- Powinnaś jej poradzić, żeby czytała z ruchu warg - odezwała się Milena, jeszcze pół godziny temu nieznajoma platynowa blondynka, która usiadła na tej samej ławce na Plantach. Jedynej niezaznaczonej przez nadaktywne gołębie.
- Tylko nie wiem, czy wtedy miałabym szansę dotrwać do połowy semestru - westchnęłam.
- Teraz też nie masz - oznajmiła Milena. - Podobnie jak ja. W ciągu ostatnich dwóch tygodni usłyszałam, że nikt mnie tu nie zapraszał, że nie muszę kończyć studiów, a jak mam pretensje, zawsze mogę sadzić drzewka na Lubelszczyźnie. Słowem, kicha. A najgorsze, że wcale nie chciało mi się iść na ten cholerny kierunek. Niestety, stary poradził, żebym myślała perspektywicznie. Więc zdałam na Pierwszorzędne i Aktywne Plecenie Kosmicznych Andronów.
- A ja przez cały ogólniak marzyłam o tym, żeby studiować PAPK-ę. Ale tato powiedział, że na SNOB-ie mam większe szanse kontynuować karierę naukową.
- To się pomylił. Nie on pierwszy... - Milena zapatrzyła się na gołębia, który ostrożnie skradał się w stronę jej kozaczków. Przez chwilę milczała, a potem rzuciła znienacka: - Ty, Wiśnia, a co byś powiedziała na zamianę?
- To znaczy co? Ja mam udawać ciebie, a ty mnie? - spytałam. - Przez całe pięć lat? Umarłabym ze strachu. No a potem co z pracą? W dyplomie SNOB, a wiadomości z PAPK-i i na odwrót.
- Chwila moment. Ja myślałam o prostej i całkiem legalnej zamianie. Ty wskakujesz na PAPK-ę, a ja ląduję na SNOB-ie. Słuchaj, mogłybyśmy załatwić to jeszcze dziś. Dziekan zazwyczaj siedzi do pierwszej, więc mamy... - zerknęła na swój liliowy zegarek - prawie godzinkę. Idziemy czy chcesz się jeszcze zastanowić?
- Muszę chwilę pomyśleć - nerwowo przełknęłam ślinę - podsumować zyski i koszty. Po pierwsze, mamy szanse zniknąć z oczu uprzedzonego do nas grona. Zacząć wszystko od nowa. Z drugiej strony, reakcja naszych ojców...
- Wielka niewiadoma, którą nie warto martwić się na zapas. Przecież jest jakaś szansa, że zareagują pozytywnie. Zwłaszcza mój.
- No nie wiem. - Wyobraziłam sobie minę swojego taty.
- Przecież wcale nie musisz mu mówić - podsunęła rozwiązanie Milka. - Możesz poczekać, aż dojrzeje, by godnie przyjąć informację o zmianie kierunku.
- Tato zawsze powtarza, że od dawna jest człowiekiem dojrzałym.
- Wiśnia, to taka szansa. Zgódź się. No proszę.
Co mogę na to powiedzieć? Ja, osoba, która zna asertywność tylko z podręczników psychologii?
- Dobra. - Wstałam z ławki. - Chodźmy, bo się rozmyślę.
I poszłyśmy.

Cztery dni przed Zaduszkami

Prawie załatwione. Najpierw trzy krótkie rozmowy z dziekanem i dyrektorami odpowiednich instytutów.
- Nie ma sprawy. - To dziekan, nieprzytomny, nieobecny, ale ludzki. - Gdzie mam podpisać?
- Ja wam, dziewczęta, wszystko mogę podpisać. - To dyrektor PAPK-i, sympatyczny, zużyty szatyn o lepkich paluszkach playboya.
- Skoro siła wyższa, czyli dziekan, wyraża zgodę, nie będę się sprzeciwiał - to dyrektor SNOB-a, formalista.
Gotowe? Jeszcze nie. Czeka nas przeprawa z sekretarkami.
- Co sobie myślicie, że ja mam na to czas? - warknęła jedna ze strażniczek dziekanatu. - Że nie mam większych zmartwień tuż przed Wszystkimi Świętymi, tylko grzebać w szafach i przekopywać teczki? Gdzie ja to teraz znajdę w tym stosie? A w ogóle kto tu zrobił taki bałagan?
- No i co z tego, że dyrektor się zgodził? - zapytała ta ze SNOB-a i postraszyła: - Ja muszę sobie z nim poważnie porozmawiać. Czy taka zamiana jest zgodna z regulaminem? Bo ja tu widzę jakieś podejrzane sprawy.
- Protestuję. Nie zgadzam się i już! - krzyknęła trzecia, ta z PAPK-i. - Zamian się smarkulom zachciało! Człowiek tyra, nawet kawy napić się nie ma kiedy. Co mi tu kładzie? Proszę zabrać tę teczkę z biurka i przyjść rano, bo dziś mam potworną migrenę! Żegnam!

Dzień później

Siedzimy na Plantach, liżąc rany po wygranej bitwie z sekretarkami.
- Teraz szybkie poinformowanie rodzica i już - powiedziała Milena, przeczesując palcami platynowo-różowe pasma włosów.
- Nie wiem, czy z moim pójdzie tak łatwo jak z sekretarkami, że o dyrektorach nie wspomnę.
- Spoko. Musisz po prostu wymyślić kilka przekonujących argumentów.
- A ty już masz? - zainteresowałam się.
- Powiem, że molestowało mnie paru asystentów i jeden doktor habilitowany, więc wolałam się przenieść niż ryzykować utratę kolejnego roku. Powinien uwierzyć, jak myślisz?
Na pewno uwierzy. Bo Milena wygląda jak jedno wielkie zaproszenie do konsumpcji. Kusa puchówka w kolorze świeżutkiej szynki. Pod nią obłoczek w odcieniu lodów poziomkowych, do tego obcisłe biodrówki odsłaniające śmietankowe stringi. Usta w kolorze landrynek i ametyst w czekoladowym pępku. No i jeszcze pachnie jak pralinka świeżo odwinięta ze złotka.
- Gorzej ze mną - zmartwiłam się.
- Faktycznie. - Milka obrzuciła mnie wzrokiem starego bywalca konkursów piękności. - Bioder brak, biust szczątkowy, twarz gimnazjalistki, zaciapana fluidem rozświetlającym, pewnie podkradzionym matce. To może powiesz, że molestował cię uczelniany pedofil?
* * *
Nie mogę. Nie umiem kłamać, zwłaszcza rodzicom. Nigdy ich nie oszukałam. Nigdy nie wzięłam bez pytania złotówki z portfela taty. Nawet jak pożyczam od mamy wspomniany fluid rozświetlający, to najpierw proszę o pozwolenie. I ja miałabym zastosować technikę domowy manipulator, opowiadając o pedofilach krążących po korytarzach mojego wydziału? Odpada.

Dzień Wszystkich Świętych

Dziś mu powiem, podczas spaceru wśród grobów obłożonych donicami brudnożółtych chryzantem i plastikowymi lampionami w kolorze cyrkowego różu. Zacznę tak: "Wiesz, tato? Ludzie czasem myślą, że to, co uszczęśliwia ich samych, uszczęśliwia też bliskie im osoby. Na przykład ten pomnik - wskażę na drapacz chmur z żyłkowanego marmuru. - A może zwłoki, które pod nim leżą, wolałyby kamień albo małą urnę?".
Nie, za długi wstęp. Po prostu powiem: "Na uczelni? Okej - i dorzucę od niechcenia: - Trzy dni temu przeniosłam się na PAPK-ę".
Oczami wyobraźni zobaczyłam ogromny cytrynowy piorun trafiający tatę prosto w lewą komorę serca. Odpada. Zresztą nie oszukujmy się. Nie ma możliwości, żeby tak bezpośrednio podana informacja opuściła moje struny głosowe. Prędzej trafiłby mnie ogromny cytrynowy piorun. Więc jak mu to powiedzieć? Delikatnie. Najpierw oswoję go z myślą, że na innych kierunkach też może panować naukowa atmosfera. To jest to!
- Wiesz, tato - zaczęłam, kiedy spacerowaliśmy alejką między rządkami identycznych grobowców, jaskrawo oświetlonych plastikowymi lampionami w kolorze wspomnianego pioruna oraz cyrkowej czerwieni, zieleni i oranżu. - Powiem ci, że ten SNOB wcale nie jest taki ambitny, jak się wydaje z zewnątrz.
- Na tym właśnie polega jego siła - wyjaśnił mi tato, wyciągając z reklamówki ogromny lampion ozdobiony plastikowymi płaskorzeźbami przedstawiającymi grupowe sceny z życia świętych. - Wydaje się, że przez pięć lat nic nie robisz, a potem nagle chcą cię wszystkie ośrodki naukowe w Europie.
- Ależ ja robię - sprostowałam, wyciągając z lnianej torby ogromny lampion z łososiowego plastiku. - Czytam stare, rozpadające się tomiska, piłuję definicje sprzed pół wieku. Komu to potrzebne?
- Na przykład profesor Jagodyńskiej, z domu Szarakomórka - zgasił mnie tato, zapalając lampion. - Ona też musiała wkuwać pozornie przestarzałe definicje. Zrobiła habilitację w Tuebingen z analizy porównawczej terminów naukowych. Gdyby nie SNOB, nie miałaby czego badać.
- Ale ja już tego badać nie będę, skoro zrobiła to profesor Szarakomórka, więc...
- Pamiętasz wypowiedź sławnego krytyka, Leopolda Neurona? Powiedział, że nic go tak nie nauczyło życia, jak studia na SNOB-ie. To właśnie tam zrozumiał, co znaczy analityczne podejście do problemu, co otworzyło mu drzwi wielu uczelni.
- Neuron zapłacił za otwarcie owych drzwi trzema zawałami - rzuciłam niewinnym głosem.
- Bo nie miał oparcia w rodzinie. A ty masz.

Cierpkość wiśni

Wydawnictwo: Akapit-press

Oprawa: miękka

Ilość stron: 292

Wysyłamy w: 3 - 5 dni + czas dostawy

 

 

Nasza cena: 20,11

Cena detaliczna: 28,73

U nas taniej o 30%

dodaj do przechowalni Dodaj do koszyka
Powrót
Pisząc "Cierpkość wiśni", chciałam przedstawić trudny proces wyfruwania z rodzinnego gniazda. Bohaterowie mają już za sobą próbne loty na sąsiednie drzewa. Pora odlecieć naprawdę i, być może, na zawsze, co nie wszyscy przyjmują z entuzjazmem. Wielu ze zdumieniem odkrywa, że szukanie własnej gałęzi wcale nie jest takie przyjemne, a nowa dziupla jest dużo mniej wygodna niż stary pokój. Tęsknią za porzuconym gniazdem, szukając jego namiastek. Szybko przekonują się jednak, że najlepiej poszukać prawdziwej przyjaźni. Czytając książkę po latach, zauważyłam, że mówi o czymś bardziej uniwersalnym. O tęsknocie za akceptacją. Tęsknocie, która dopada każdego z nas. Jak sobie z nią radzą bohaterowie? Przeczytajcie...

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: literatura piękna, powieść społeczno-obyczajowa

Wydawnictwo: Akapit-press
Oprawa: miękka
Wymiary: 145x205
Ilość stron: 292
ISBN: 978-83-62955-17-6
EAN: 9788362955176
Wprowadzono: 27.01.2012

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję
Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.

Zobacz również

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.