zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:
CIEPLARNIA przeczytaj fragment książki
CIEPLARNIA

- Co się stało? - zapytał Gren. - Dlaczego musimy iść?
Przylgnęli trwożliwie do siebie, jednak wiedzeni impulsem nie mogli zostać. Członki poruszały się wbrew ich woli. Czymkolwiek było straszliwe pienie, zmuszało do podążania w kierunku swego źródła. Nawet smardz nie pomyślał, że można postąpić inaczej. Bez czucia w ciałach wywindowali się na powierzchnię skalną pochylnią służącą za schody i znaleźli w środku koszmaru.
Potworna muzyka dęła wokół nich jak wicher, chociaż żaden liść się nie poruszył. Wściekle szarpała i wydzierała im członki. Ale nie byli jedynymi istotami, które odpowiadały na ten syreni zew. Stworzenia latające, biegające, skaczące, stworzenia, które pełzają, wszystko torowało sobie drogę przez polanę, podążając w jednym kierunku - do Czarnej Gardzieli.
- Czarna Gardziel! - krzyknął smardz. - Czarna Gardziel nam śpiewa i musimy iść!
Melodia opętała nie tylko ich uszy, ale i oczy. Samym siatkówkom odebrała częściowo wrażliwość, tak że cały świat jawił im się w czerni, bieli i szarości. Niebo nad głowami połyskiwało bielą, plamiła je szarość liści, pod ich rozpędzonymi stopami jeżyły się czarno-szare skały. Z wyciągniętymi przed siebie ramionami Gren i Poyly zaczęli biec naprzód wśród ścigających się stworzeń. Wtedy w owym wirze grozy dostrzegli Pasterzy. Stali oni jak gromada cieni pod ostatnimi pniami figowca. Pasterze byli przywiązani pasami lub sznurami do pni. Pośrodku stał śpiewak Iccall, również związany. Teraz śpiewał! Śpiewał w wyjątkowo niedogodnej pozycji, skręcony, jakby mu przetrącono kark; zwiesił głowę, wbijając w ziemię błędne spojrzenie. Śpiewał co tchu w płucach i krwi w sercu. Śpiew dobywał się mężnie, rzucając wyzwanie potędze pieśni Czarnej Gardzieli. Miał swoją własną siłę; moc przeciwstawienia się złu, które mogłoby pociągnąć wszystkich Pasterzy do źródeł tamtej drugiej melodii. Pasterze słuchali słów Iccalla w ponurym skupieniu. Nie pozostawali jednak bezczynni. Przywiązani do pni zarzucali przed siebie swoje sznurowe sieci, chwytając stworzenia śmigające koło nich w odpowiedzi na nieodparte wezwanie. Poyly z Grenem nie potrafili zrozumieć tego, co Iccall śpiewał. Nie byli do tego przyuczeni. Posłanie jego pieśni stłamsił dech Czarnej Gardzieli. Opierali się szaleńczo jej emanacji - szaleńczo, lecz bezskutecznie. Brnęli dalej wbrew samym sobie. Trzepoczące skrzydła ptakorośli uderzały ich po policzkach. Cały ten biało-czarny świat dźwigał się i czołgał w jednym kierunku! Jedynie Pasterze pozostali nieczuli, zasłuchani w pieśń Iccalla. Kiedy Gren się potknął, galopujące stwory roślinne przeskoczyły ponad nim. Z kolei wyroiły się z dżungli zaskącze i przepłynęły koło nich. W słuchani z desperacją w pieśń Iccalla Pasterze łowili pojedyncze sztuki z mijających ich tabunów i powalając je, zarzynali pośród chaosu.
Poyly z Grenem mijali właśnie ostatnich Pasterzy. Posuwali się szybciej, gdyż straszna melodia przybierała na sile. Przed nimi leżała otwarta przestrzeń. Obramowana baldachimem resztek gałęzi sterczała w tle Czarna Gardziel! Zdławiony okrzyk - czego? zachwytu? przerażenia? - wydarł im się z gardła na widok tej scenerii. Przerażenie miało teraz kształty, nogi i uczucia, ożywiane pieśnią Czarnej Gardzieli. Do niej - widzieli to pustymi źrenicami - toczył się strumień życia, odpowiadając na owo przeklęte wezwanie, ile sił spiesząc przez pole lawy i w górę wulkanicznych stoków, by wreszcie triumfalnie rzucić się przez krawędź w otchłań wielkiego otworu!
Nowy mrożący krew w żyłach obraz uderzył ich oczy. Ponad krawędzią Gardzieli pojawiły się trzy ogromne, długie, chitynowe palce, kiwając kusząco w rytm nieodpartej melodii. Oboje wrzasnęli na ich widok, zdwajając jednak szybkość - to ich bowiem przyzywały szare palce.
- O, Poyly! O, Gren! Gren!
Krzyk doleciał do nich jak błędny ognik. Nie zatrzymywali się. Grenowi udało się na sekundę zerknąć w tył, na podrygujące czernie i szarości lasu. Ostatnim mijanym przez nich Pasterzem była Yattmur; nie bacząc na pieśń Iccalla, zrzuciła mocujące ją do drzewa więzy. Włosy powiewały jej na wszystkie strony, kiedy przebijała się do nich zanurzona po kolana w fali życia. Jej ramiona wyciągały się do niego jak ramiona kochanki z sennego marzenia.

CIEPLARNIA

Wydawnictwo: Solaris

Oprawa: twarda

Ilość stron: 227

Dostępność: niedostępny

 

Nasza cena: 38,04

Cena detaliczna: 41,80

U nas taniej o 9%

dodaj do przechowalni
Powrót
Ziemia, na której rządą niepodzielnie rośliny, a niewielkie grupy ludzi walczą o przetrwanie. Rośliny są nie tylko że wszechobecne, często agresywne, ale bywają obdarzone inteligencją, wysokimi zdolnościami parapsychicznymi czy umiejętnością podróży w przestrzeni kosmicznej. Świat może i nieprzyjazny dla kruchych ludzi, ale jakże różnorodny, niesamowicie barwny: niebezpieczny ale i kuszący... jak niektóre miejsca w naszym, realnym świecie.

Co do fantastyki w wykonaniu Aldissa - jest pierwszorzędna. Pierwsze strony powieści to szok, jeszcześmy się dobrze nie przywitali z bohaterami, a już grupka ludzi zostaje poważnie przetrzebiona przez różne żarłoziele, gębokłapy, parzyperze, wierzbomordy i tak dalej. Wielkie bogactwo form zamieszkuje tę książkę, tak że czytelnik rychło zaczyna się lękać, gdzie jest koniec tego świata, czy możliwe jest kontrolowanie go przez wątły umysł zielonego szczura. Uczestniczymy, podróżując z grupką głównych bohaterów, w zwiedzaniu ważniejszych połaci Ziemi późniejszej o pięć miliardów lat. Na brzegach mórz koczują gatunki wyparte z lądu przez drzewo, walcząc to z wodorostami, to ze zmienioną do niepoznaki fauną morską. Natomiast na linii terminatora zielsko traci na animuszu i tu chronią się gatunki dawnej fauny. (Z posłowia Marka Oramusa)
Tłum: Marek Marszał

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Solaris
Oprawa: twarda
Wymiary: 125x195
Ilość stron: 227
ISBN: 83-89951-69-X
EAN: 9788389951694X
Wprowadzono: 03.02.2012

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję

slavosky 21 grudzień 2010

Żelazna pozycja klasyki SF, powstała w latach sześćdziesiątych, wizją rozbuchanej roślinności przypominająca trochę cykl Yggdrasil Podrzuckiego (takie botanic fiction). Fantastyka naprawdę dalekiego zasięgu, Słońce lada chwila (przynajmniej lada kilka pokoleń) zamieni się w supernową, Ziemia przestała kręcić się wokół własnej osi (skutkiem czego mamy dark side of the Earth). Promieniowanie słoneczne zdeewoluowało wszystkie zwierzęta, zostało raptem kilka gatunków, w tym trzydziestocentymetrowy homo sapiens, skaczący sobie po gałęziach drzew a może jednego Drzewa, porastającego całą Ziemię. / Podstawowa zaleta powieści to wizja niesamowitej roślinności i całkiem bogata warstwa słowotwórcza gębokłąpy, glistogluty, brzuchowiązy i wierzbomordy roślinki latające, pełzające i polujące, krzyżówki zwierzęco-roślinne, co więcej, nawet my jesteśmy krzyżówką grzyba ze zwierzęciem, a ów grzyb, smardz, to nasz mózg (ha, ha, ha). Dopiero wspomniane promieniowanie położyło kres owej symbiozie i wróciliśmy do prawa dżungli i / lub stanu rajskiej szczęśliwości. / No właśnie, kusi mnie, żeby widzieć w tej powieści odwrócenie toposu rajskiego ogrodu cały ten ziemski, roślinny anty-ogród jest skrajnie niegościnny, okrutny, ludziom radykalnie ograniczyła się samoświadomość, nie mają pojęcia o własnej historii, i bytują prawie jak zwierzęta. Odpowiednikiem rajskiego węża byłby wtedy ów wspomniany smardz, posiadający zdolności telepatyczne jest więc scena kuszenia człowieka przez owe monstrum (grzyb właściwie nie jest rośliną czyli nie jest z tego świata), oferujące ludziom wszechwiedzę, poznanie przeszłości w jakiś bliżej nieokreślony sposób potrafi on czytać w zbiorowej nieświadomości ludzkości i tą wiedzę przekazywać. Okazuje się też, że grzyb ów jest dużo mniej altruistyczny niż ludzie, i tym zagrzybionym trudno się uwolnić od jego podszeptów typu zabij członków tego plemienia, bo oni na pewno chcą zabić was kolejny dowód na jego diabelski rodowód. Albo po prostu takie wytłumaczenie, dlaczego jesteśmy tacy źli, i że to wcale nie nasza wina. / Pomimo niegłupiej ekstrapolacji ewolucji botaniki (choć podejrzewam, że jednak błędnej), trudno mi traktować poważnie naukowość SF, choć przemyconą w książce naukową hipotezą jest panspermia - życie fruwa sobie po kosmosie tam i siam, raz był mu potrzebny człowiek, ale zaraz może już nie być, a roślinki same potrafią polecieć w kosmos, zresztą, na Ziemię też stamtąd przyleciały. Albo obecność w powieściowym świecie pewnego prymitywnego plemienia, które ma zdolności skakania przez czas znika sobie z pola widzenia, przenosząc się w niedaleką przyszłość, by sprawdzić, czy nic się nam złego nie stało po podjęciu jakiejś ryzykownej decyzji skoro żyjemy, znaczy, że wszystko ok. Pomysł właściwie bardzo dickowski zresztą. / Fajna książka, choć trąci myszką, miłośnicy SF powinni ją znać, zresztą pewnie znają - była jedną z właściwie niewielu amerykańskich książek SF wydanych w PRL, w roku 1984, w skandalicznym z dzisiejszej perspektywy nakładzie 50,000 egzemplarzy.

daryll deryl2(at)o2.pl 16 wrzesień 2007

Fajna książka. Jeżeli lubicie fantastykę to polecam.

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.