zarejestruj się zaloguj się
:
:
:
:
:

Newsletter

Bądź na bieżąco z promocjami i nowościami w Gandalfie.

Ostatnio oglądane

Błękitna magia - S. C. Ransom

Błękitna magia

S. C. Ransom

cena: 34,72 29,51

Biznesplan - Jerzy T. Skrzypek

Biznesplan Model najlepszych praktyk + CD

Jerzy T. Skrzypek

cena: 45,29

Biuletyn IPN 7/2011 + DVD - PRACA ZBIOROWA .

Biuletyn IPN 7/2011 + DVD Socjalizm po ...

PRACA ZBIOROWA .

cena: 8,17

Bitwa o Skandię - John Flanagan

Bitwa o Skandię Zwiadowcy Księga 4.

John Flanagan

cena: 32,82 27,90

Bitwa o Skandię - John Flanagan

Bitwa o Skandię Zwiadowcy Księga 4.

John Flanagan

cena: 39,81 33,83

Biblioterapia w praktyce - Ewelina J. Konieczna

Biblioterapia w praktyce Poradnik dla ...

red. Ewelina J. Konieczna

cena: 25,42

Biblia dla dzieci - Van B.J. Wijk

Biblia dla dzieci Lektura na każdy dzień

Van B.J. Wijk

cena: 44,89 38,15

BHP w szkole - Małgorzata Celuch

BHP w szkole Bezpiecznie od momentu ...

red. Małgorzata Celuch

cena: 94,35

BezMarketing - Scott Stratten

BezMarketing Przestań kusić klientów, ...

Scott Stratten

cena: 33,81

Bezdomne wampiry - Tadeusz Baranowski

Bezdomne wampiry komiksy z lat 1985-2009

Tadeusz Baranowski

cena: 36,21

BLIŻEJ SIEBIE
powiększenie, przód
przeczytaj fragment książki
BLIŻEJ SIEBIE

Na koniec wszystkich telefonów, które musiał wykonać następnego dnia, zamierzał zadzwonić do swojej pierwszej żony, Annelies. Zanim zdążył to zrobić, ona zadzwoniła do niego, co było dosyć niezwykłe; często nie rozmawiali całymi miesiącami. Odezwała się takim tonem, jakby się na niego obraziła, ale do tego akurat już się przyzwyczaił. Wypracowali sobie taki model, pojedynku piekącej urazy i zimnej niewzruszoności, odkąd po raz pierwszy znaleźli się w tej niezręcznej sytuacji – dwojga obcych ludzi, których łączy wspólne dziecko. Jego najstarsza córka miała teraz prawie dwadzieścia lat. Sam był niewiele starszy, kiedy się urodziła.
– Jak dawno temu widziałeś się z Pią? – zapytała z wyrzutem Annelies, gdy tylko odebrał.
– Właśnie miałem zamiar do ciebie zadzwonić – powiedział. – Mam smutną nowinę. Wczoraj zmarła mama.
Starał się nie czerpać zbytniej satysfakcji z tego, że zatamował strumień słusznego oburzenia.
– Och, Paul. Jaka szkoda. Naprawdę smutne. Tak mi przykro. To będzie dla Pii straszny cios, tak bardzo kochała babcię.
Paul często woził Pię w odwiedziny do babci w Birmin­gham. Między innymi w ten właśnie sposób zapełniał czas spędzany z najstarszą córką i rzeczywiście Pia zdawała się do Evelyn autentycznie przywiązana. Zaskoczyła go tym, była niezwykle cierpliwa, nie przeszkadzało jej, że staruszka tak często się powtarza, i raz za razem czule ściskała jej dłoń na powitanie.
– Porozmawiać z nią?
– Nie ma jej. Właśnie dlatego do ciebie dzwonię.
– Chcesz powiedzieć, że wyszła?
– Nie. Chcę powiedzieć, że się wyniosła. Zabrała swoje rzeczy i odeszła. Oczywiście nie wszystkie. W jej pokoju wciąż panuje potworny bałagan.
– Wyniosła się? Dokąd?
– Nie wiem.
Pia wyprowadziła się z domu po awanturze z matką jakiś tydzień temu. Nie było powodu, by wszczynać alarm czy wzywać policję, bo dwukrotnie zadzwoniła do Annelies, zapewniając, że jest cała i zdrowa i nic jej nie grozi. Powie-działa, że zatrzymała się u znajomych.
– To chyba nie ma się czym przejmować. Jest już dorosła. Może mieszkać, gdzie chce.
– Ale u których znajomych, Paul? Czy żądam zbyt wiele, chcąc się tego dowiedzieć?
Pia powinna być na pierwszym roku w Greenwich, chociaż nie pamiętał, co studiowała: medioznawstwo, kulturoznawstwo, socjologię? Zaprosił ją parę tygodni temu na obiad, kiedy był ostatnio w Londynie. Usiłował sobie przypomnieć, o czym rozmawiali. Zamiast tego przypomniał mu się nowy stalowy ćwiek w jej dolnej wardze. Wsysała go za każdym razem, gdy rozmowa się urywała, czyli często. Naciągała wtedy na niego górną wargę, co wyglądało bardzo nieatrakcyjnie. Paul starał się wykrzesać z niej jakąś iskierkę zainteresowania tym, co studiuje, ale mówiła o wszystkim z tą samą posłuszną obojętnością. Jej mocno zarysowane usta o pełnych bladych wargach były takie jak jego, wiedział o tym; wyglądała jak on – wysoka, jasnowłosa i chuda, miała skórę podatną na podrażnienia i wysypki, jak on, kiedy był nastolatkiem. Tymczasem duchowo nie mogłaby się wyda-wać odleglejsza od niego w jej wieku: jego trawił zimny ogień idei i polityki, podczas gdy ona była lękliwie nieśmiała, ograniczona do maleńkiego światka znajomych i ich mód, pozbawiona intelektualnej ciekawości.
– Wkrótce wróci – zapewnił Annelies. – Jak tylko się zorientuje, że sama musi sobie prać i gotować.
*
Annelies przyjechała na pogrzeb w czarnym przyciasnym kostiumie. Ostatnimi czasy zrobiła się z niej matrona, w zestawieniu z nią Elise, mimo że starsza, była lekka i gibka niczym podlotek. Elise uznała, że czerń nie liczy się już tak jak dawniej, i pozwoliła córkom włożyć sukienki koktajlowe, więc Becky i Joni frygały, kolorowe niczym elfy w słońcu, między brzydkimi posągami w krematorium. Elise i Annelies nigdy nie były rywalkami, pierwsze małżeństwo Paula zakończyło się kilka lat przedtem, zanim poznał Elise, a ona postarała się przekonać do siebie jego bezpośrednią i wybuchową pierwszą żonę. Teraz pożyczały jedna drugiej chusteczki higieniczne i szeptały sobie na ucho, ściskając się i dotykając, jak to kobiety mają w zwyczaju. Czuł się od Annelies odległy. Zaczynała wyglądać jak własna matka, tęga i rozsądna holenderska nauczycielka podstawówki.
Podczas sztampowego obrządku Paul nie mógł się skupić. Pastor był obcym człowiekiem, zaopatrzonym zawczasu w garść banalnych informacji: Evelyn przez całe życie ciężko pracowała, przede wszystkim w piekarni Wimbush; poświęciła się również rodzinie; po przejściu na emeryturę podróżowała po Wielkiej Brytanii i Irlandii, a także za granicę. Paul nie potrafił odpowiedzieć, jakie hymny najbardziej lubiła. Rzadko chodziła do kościoła, chociaż kokieteryjnie, niemal zalotnie interesowała się ideami religijnymi. Paul musiał zgadywać, zdając się na wspomnienia z dzieciństwa, i zacytował „There Is a Green Hill” oraz „To Be a Pilgrim”. Na koniec ceremonii trumnę zasłonięto firanami i wsunięto do pieca.
Kuzynka Paula, Christine, zaproponowała, że zorganizuje stypę w swoim domu, który znajdował się niedaleko od, jak się obcesowo wyraziła, „kremika”. Wzruszyło go, że na pogrzebie i stypie zjawiło się dużo rodziny, mimo że Evelyn była ostatnią ze swojego pokolenia, a on prawdopodobnie nie odwiedziłby nikogo z obecnych. Chris specjalnie usiadła koło niego, stykali się kolanami i ściskała go za ręce. Podobała mu się jej zwyczajna, pociągła twarz w okularach, krótko obcięte siwe włosy i jedwabny szal, którego nie potrafiła właściwie zawiązać, zarzucony na jedno ramię. Była pewna siebie i zabawna. Większość kohorty kuzynów z jego pokolenia dobrze się w życiu urządziła. Jak na dzieci z wyżu demograficznego przystało, awansowali ponad klasę społeczną rodziców, działali we władzach lokalnych, pracowali w szpitalach albo na średnim szczeblu kierowniczym. Chris była szkolną sekretarką, a jej mąż kierownikiem w firmie zajmującej się serwisem fotokopiarek. Mieszkali w wygodnym i starannie urządzonym domu.
Paul i Chris nie mieli specjalnie o czym rozmawiać oprócz przeszłości. Jej rodzinne wspomnienia były znacznie peł-niejsze niż jego, jakby wbrew pozorom oddaliła się od tamtego świata tylko o krok. Nie traktowała go z nostalgią, raczej mówiła o nim tak, jakby jeszcze nie za-niknął, mimo że jej rodzice od dawna nie żyli. Pamiętała, jak korzystało się ze sławojki w ogrodzie na tyłach domu i jadło się ze stołu nakrytego gazetą. Jej rodzina wyprowadziła się z centrum miasta w ramach porządkowania slumsów, gdy Chris miała dziewięć lat – podobnie jak rodzice Paula, gdy był małym dzieckiem. W domu komunalnym na nowym osiedlu matka Chris nagle wyciągnęła obrusy, zasłony, dywany… chomikowała je od dawna i cały czas trzymała w foliowych opakowaniach, ponieważ były zbyt porządne, by ich używać. Chris opowiedziała tę historyjkę z rozbawieniem, ale i oburzeniem – nawet po tylu latach – jaką było stratą to „obywanie się bez”, to „odkładanie na później”.
*
Przez parę dni po pogrzebie Paul godzinami siedział bezo-wocnie w gabinecie, na pozór pracując nad recenzją, pisząc, a później kasując, łudząc się, że dokonuje przełomu, a potem odkrywając, że każdy z tych przełomów jest w rzeczywistości ślepą uliczką. Po pewnym czasie przechodził przez ogród do warsztatu Elise. Przerobiła starą walącą się stodołę na pracownię, gdy tylko przeprowadzili się do Tre Rhiw; znała się na murarce, hydraulice i tynkowaniu, do wszystkich pobocznych zabudowań poprowadziła elektryczność. Kiedy zamieszkali razem, była zaskoczona, że Paul zupełnie nie radzi sobie z majsterkowaniem i domowymi naprawami – przecież jego ojciec był robotnikiem, nie? Jej ojciec natomiast był generałem, a później doradcą wojskowym w Waszyngtonie. Paul wyjaśnił jej, że jego ojciec, na-stawiacz w fabryce śrubek, w domu nigdy nic nie robił i nie tknąłby roboty należącej do kogoś innego. Specjalizacja tak wąska jak w jego przypadku – jedna maszyna, jeden produkt – sprawiała, że nabyte w pracy umiejętności nie przydawały się do niczego innego. Zresztą szwajcarskie maszyny, które nadzorował przez ostatnie lata pracy, były w pełni zautomatyzowane.
W boczny mur stodoły były wprawione ogromne przeszklone drzwi, żeby wpuszczać do środka jak najwięcej dziennego światła. Za nimi, od brzegu rzeki aż do drogi przed domem, ciągnął się rząd giętkich, pełnych gracji osik tworzących barierę, która rozpraszała blask słońca, a częściej przełamywała pęd wiatru i siłę deszczu padającego na dom. W stodole w plamach słońca fruwały drobne kłaczki malinowego aksamitu z delikatnym wzorkiem w kształcie listków, którym Elise obijała wczesnowiktoriański szezlong. Jej wspólniczka w interesach, Ruth, przeczesywała aukcje i wyprzedaże w poszukiwaniu niezwykłych przedmiotów, znajdowała kupców na odrestaurowane meble i dostarczała je na miejsce, natomiast Elise zajmowała się niezbędnymi naprawami, obijaniem i lakierowaniem. Miały dar do wyszukiwania zniszczonych rupieci i dostrzegania ukry-tego w nich piękna, po odnowieniu ich meble zawsze miały w sobie urok czegoś przemyconego wprost ze świata „Alicji w Krainie Czarów”, były pełne magii i specyficznego humo-ru. W Tre Rhiw roiło się od skarbów; po jakimś czasie zao-krąglone, miękkie kanapy, zamglone lustra i małe biureczka na wrzecionowatych nóżkach, do których Paul się przyzwy-czaił, zostawały sprzedane, a ich miejsce zajmowały nowe osobliwości.
Elise przerwała szycie na maszynie, zdjęła okulary, których od niedawna potrzebowała do prac wymagających precyzji, i uśmiechnęła się, wycierając rękawem twarz.
– Może zaparzysz kawy? – zaproponowała pociesza­jąco.
Nie chciał rozmawiać z nią o tym, co czuje, ale nie mógł się powstrzymać.
– Utknąłem. Nie potrafię już nic sklecić.
– Czemu nie napiszesz o Evelyn? No wiesz, o jej życiu, o tym, jak prawie wyemigrowała, a potem pracowała w piekarni i tak dalej. To przecież bardzo interesujące, prawda?
Myśl o wykorzystaniu życia matki jako materiału li-te­rackiego napawała go odrazą. Czułby się tak, jakby pysz-nił się ciężką dolą proletariackiej rodziny, z której pochodził, podczas gdy w rzeczywistości świadomie i stanowczo ją odrzucił, wraz z modelem życia matki. Nie zamierzał jednak dyskutować o tym z Elise. Nie po raz pierwszy zasugerowała mu ten temat. Przypuszczał, że środowisko społeczne, w którym się wychował – klasa robotnicza z wielkiego ośrodka przemysłowego, wydawało się jej równie obce i egzotyczne jak jemu jej doświadczenia z dzieciństwa: skoki przez przeszkody, szkoły z internatem i dom we Francji. Na początku związku ekscytowała ich ta odmienność i odgrywali swoje role klasowe, jakby urodzili się w poprzednim stuleciu; on był jej sługą, a ona wielką panią, która uznawała jego akcent i nieokrzesanie za barierę nie do przebycia, większą od wszelkiej sympatii i wysiłków wyobraźni. „Nie, nie byłabym taka – upierała się Elise. – Na pewno nie. Nie wszyscy tacy byli, niektóre uczucia zawsze pokonywały te bariery”.
*
Dzień był pogodny i upalny. Paul wybrał się z Geraldem na jeden z ich częstych wiejskich spacerów. Szli w dół rzeki Monnow, która szumiała, płynąc bystrym nurtem po wygładzonych głazach nabrzmiewających pod grubą soczewką wody. Ścieżka wiodła najpierw wzdłuż brzegu, a potem oddalała się od rzeki, wijąc się wśród zagonów poprzecinanych żywopłotami gęstymi od śpiewu ptaków i brzęczenia pszczół. Kwiecie obsypało gałęzie gorzkiej tarniny niczym śnieg, smukłe pąki buków były jak giemza, wciąż nagi jesion potrząsał pękami nasion niczym kluczami. Jeden z wielkich buków runął w poprzek drogi podczas wichury zaledwie parę tygodni wcześniej, wyrwany z korzeniami, które sterczały nagie z ziemi, podczas gdy pąki na gałęziach wciąż lśniły iluzorycznym życiem, tajemna dziupla dzięcioła znalazła się na poziomie wzroku i widać było świeże pęknięcie masywnego pnia w miejscu, gdzie uderzył o ziemię. Musieli przejść nad nim, podziwiając grube sęki w beżowym drewnie, skąd wyrastały konary.
Paul powiedział, że zastanawia się nad starożytnym poję-ciem czasu jako odwrotności postępu, czyli następstwie epok, z których każda jest gorsza od poprzedniej, coraz odleglejsza w swej intensywności i jakości od pierwotnej siły życiowej. Kultury stawały się z biegiem czasu coraz bardziej zaawansowane technicznie, ale wraz z przyjmowaniem coraz bardziej skomplikowanych form pierwotna energia życiowa rozlewała się coraz szerzej i wyczerpywała, traciła swój impet i piękno.
– I co potem? – zapytał Gerald.
– Stoicy uważali, że tak jak drzewo, które wyrasta z nasiona, tak u swojego kresu życie wewnętrznie obumiera, forma ulega zniszczeniu niczym martwa skorupa i pozostaje tylko naga siła. Żyjemy u kresu czegoś, w epoce wyczerpania.
– Bardziej prawdopodobne wydaje się, że życie na ziemi będzie po prostu pędziło wciąż naprzód, dalej, niż nam się śni. Będzie tworzyło nowe zawirowania i problemy, popeł-niając kosztowne i bolesne błędy, by je później naprawiać, przetwarzając wszystko na nowo, nie do poznania. A przy tym każde pokolenie będzie nadal utrzymywało, że to już koniec, że tym razem naprawdę się doigraliśmy.
Gerald był subtelnie inteligentny, sceptycznie nastawiony do świata, zwalisty, o grubo ciosanej, dziobatej twarzy, wydatnej szczęce i długich włosach, które zatykał za uszy. Miał ułamek etatu (tyle, ile chciał) jako wykładowca literatury francuskiej na Uniwersytecie Glamorgan i mieszkał samotnie w zabałaganionym mieszkaniu w Cardiff. Jego dywan był usiany brązowymi plamami po herbacie z czajnika, który Gerald co rusz strącał i przewracał. Powietrze w mieszkaniu cuchnęło marihuaną, a gospodarz żywił się głównie humusem, chlebem pita i jajkami po szkocku. Zupełnie nieudomowiony, był panem swojego czasu i mógł gubić się w labiryntach książek i rozmyślań. Gerald i Paul pracowali razem, zrywami, nad tłumaczeniami belgijskiego poety, Guy Goffette’a. Czasami Paula nachodziła refleksja, że wolność Geralda jest tym, czego sam najbardziej pragnie i czego najbardziej mu brakuje, bo rozprasza go rodzina. Ale jednocześnie wzdragał się na tę myśl, gdyż więź z dziećmi zdawała mu się zbawienna. Uważał córki za błogosławieństwo rów-noważące przyprawiającą o zawroty głowy niestabilność życia przeżywanego w myśli.
Paul uskarżał się na remonty w dolinie, na brzydkie stodoły przerabiane na jeszcze brzydsze hoteliki. Chałupy, w których kiedyś mieszkali parobkowie, osiągały teraz kosmicznie wysokie ceny, jakby na wieś padł zły urok, w którym istotę rzeczy podmienia się systematycznie na jej podróbkę, symulakrum. Gerald odparł na to, że jego żal ma charakter romantyczny, i zapytał, czy Paul rzeczywiście chciałby wrócić do epoki pozbawionych wszelkich wygód, niehigienicznych domów wiejskiej biedoty.
– Rozmawiałeś z Geraldem? – spytała później Elise. Wpatrzona w lustro zmywała makijaż, siedząc przy toaletce w długiej bawełnianej koszulce, której używała jako piżamy.
– O czym?
– O Evelyn. O tym, co czujesz. Chociaż to raczej mało praw-dopodobne. Wy dwaj nigdy nie rozmawiacie o sprawach rzeczywistych.
– Ależ one są rzeczywiste.
Elise robiła miny, napinając skórę i przecierając ją wacikami nasączonymi balsamem. Włosy miała zaczesane do tyłu i ułożone pod opaską. Kiedy skończyła, stanęła nad Paulem, który siedział na brzegu łóżka, i zmierzwiła mu palcami włosy, odgarniając je ze zmarszczonego czoła. Zajrzała mu pytająco w oczy.
– To mnie powiedz, jak się czujesz – poprosiła. – No?
– Nic mi nie jest.

BLIŻEJ SIEBIE

Wydawnictwo: Prószyński I S-Ka

Oprawa: miękka

Ilość stron: 328

Wysyłamy w: 24h - 48h + czas dostawypomoc

 

Nasza cena: 29,05

Cena detaliczna: 31,92

U nas taniej o 9%

dodaj do przechowalni Dodaj do koszyka
Powrót
Wstrząśnięty niedawną śmiercią matki Paul rusza na poszukiwania córki z pierwszego małżeństwa, Pii, która zniknęła gdzieś w wielkomiejskim labiryncie Londynu. Kiedy odkrywa, że Pia jest w ciąży i mieszka nielegalnie w lokalu komunalnym razem z parą młodych Polaków, zauroczony życiem na krawędzi porzuca swoją drugą żonę i małe dzieci w Walii, i dołącza do Pii, rozpoczynając nowe życie w sercu Londynu. Tymczasem Cora ucieka w przeciwnym kierunku, z powrotem do walijskiego Cardiff, do domu, który odziedziczyła po rodzicach. Ucieka od małżeństwa, ograniczeń i rozczarowań swojego londyńskiego życia.
Obie historie łączy przypadkowe spotkanie w pociągu do Londynu, które odmieni życie Cory i Paula.


Tessa Hadley - jest autorką trzech powieści i zbioru opowiadań. Jej opowiadania regularnie ukazują się w The New Yorker, Granta i innych pismach.

Tytuł oryginału: The London Train
Tłumaczenie: Jan Hensel

Szczegółowe informacje:

Dział: Książki

Kategoria: literatura piękna, powieść społeczno-obyczajowa

Wydawnictwo: Prószyński I S-Ka
Oprawa: miękka
Wymiary: 130x200
Ilość stron: 328
ISBN: 978-83-7839-028-2
EAN: 9788378390282
Wprowadzono: 25.01.2012

Recenzje klientów

i zgarniaj nagrody napisz recenzję
Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.

Zobacz również

Oceniaj
Gandlafa

Zdobywaj
Nagrody

Twoja opinia ma znaczenie - Wyraź ją

:

:


Czekamy na Twoją ocenę nowego wyglądu strony. Napisz nam, co Ci się podoba, co jest do poprawy, a czego brakuje. Wszystkie opinie pomogą nam udoskonalić funkcjonalność strony, bo jest ona tworzona dla Was i z myślą o Was. Jeśli podasz swój adres e-mail lub wystawisz opinię będąc zalogowany, weźmiesz udział w zabawie. Raz dziennie spośród nadesłanych opinii wybierzemy jedną, którą nagrodzimy bonem zakupowym o wartości 20 Silmarili (20 zł), a nadawcom pięciu innych dodamy po 5 punktów do konta klienta. Zależy nam na ocenie rzetelnej i konstruktywnej, niekoniecznie pochwalnej.