rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki

Wybierz z dostępnych produktów

Ballada Taniec mrocznych elfów - mobi, ...

M. Stiefvater

ebook, multiformat: mobi, epub

15,67 zł taniej -20%

Ballada

Blexbolex

książka

41,55 zł taniej -15%

Ballada o Czarownicy

P. Rochala

książka

35,35 zł taniej -29%

Ballada o przestępcach

M. Hybel

książka

26,50 zł taniej -28%

Ballada o kapciach

A. Kaczorowski

książka

15,96 zł taniej -50%

Ballada o kluczu

Reżyseria:

W. Krzystek

film dvd

16,69 zł taniej -32%

Bankowa ballada

K. Rogon

książka

15,02 zł taniej -30%

Taksiarska ballada

Z. Chmielewski

książka

17,63 zł taniej -29%

Ballada - epub Literatura dawna

T. Lenartowicz

ebook epub

3,97 zł taniej -20%

Ballada o wyklętych kredkach

Wykonawca:

Krzysztof ...

muzyka cd

Agencja Artystyczna MTJ

28,29 zł taniej -24%

Ballada o czarownicy - mobi, epub

P. Rochala

ebook, multiformat: mobi, epub

30,31 zł taniej -20%

Ballada o pomylonych - mp3

D. Mikołajewska

ebook mp3

22,00 zł taniej -20%

Ballada Taniec mrocznych elfów
ocena: 5, głosów: 1
 
powiększenie

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
Ballada Taniec mrocznych elfów

Leanan Sidhe

Przywykłam do roli łowczyni. Jeśli zobaczyłam coś, czego zapragnęłam, węszyłam, tropiłam to, a w końcu przywłaszczałam.
„To”, czyli „jego”, oczywiście. Lubiłam młodych, zdolnych, płci męskiej. Jak najprzystojniejszych. To dodawało smaku. Musiałam na nich patrzeć, nim umrą, więc czemu nie mieliby być ładni?
Nie byłam okrutna. Byłam szczodra. Wszyscy oni błagali o to, co im ofiarowałam: piękno, inspirację, śmierć. Zmieniałam zwyczajne życie każdego z nich w coś niezwykłego. Nie mogło ich spotkać nic lepszego – żadnego z nich.
Tak naprawdę byłam nie tyle łowczynią co dobroczyńcą.
Ale dzisiaj, w tym jesiennym lesie, nie byłam ani jednym, ani drugim. Ktoś mnie wezwał, wyrwał z mojej nieuchwytnej i niewidzialenj formy, aż znalazłam się w realnym ciele. Nie widziałam nikogo, ale ciągle wyczuwałam resztki czaru. Słyszałam własne kroki na suchych liściach i niepokoił mnie ich dźwięk. Czułam się bezbronna w tym krwawoczerwonym lasku, zbyt hałaśliwa i dobrze widoczna w postaci śmiertelnej dziewczyny – i nie byłam do tego przyzwyczajona. Dookoła czuć było palonym tymiankiem i liśćmi, czarami wezwania i jesiennymi ogniskami. Kiedy tylko zdołam zaczepić się o jakąś ludzką myśl, ucieknę stąd.
– Witaj, fejo.
Odwróciłam się i zdążyłam jedynie zobaczyć żelazny pręt zbrojeniowy walący mnie prosto w twarz.

Muzyka to moje życie.
Przed złożeniem dokumentów przeczytałem wszystkie broszury o szkole muzycznej Thornking-Ash. Dowiedziałem się, że szkoła będzie rozwijała nasze dobrze zapowiadające się zdolności muzyczne. Obiecywano naukowe wyzwania. Broszurki snuły wizje wszechstronnie utalentowanych supernastolatków, którzy po zakończeniu szkoły średniej władają umiejętnościami naukowymi, pozwalającymi pokonać elitarne uczelnie Ivy League jednym ciosem przedmiotów nadprogramowych.
Myślałem sobie wtedy: „No fajnie”. Poza tym Dee się tam wybierała, więc ja też musiałem.
Tak jednak było, zanim faktycznie wyjechałem. Na miejscu okazało się, że szkoła to szkoła; Margaret Thatcher powiedziałaby: „Jak zwał, tak zwał”. Owszem, byłem w Thornking-Ash dopiero siódmy dzień, więc może nie miałem pełnego obrazu, ale cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, i szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem, jak zajęcia z teorii muzyki i spanie w internacie miało odróżniać nas w jakikolwiek sposób od uczniów zwykłej szkoły średniej.
Czułbym się chyba inaczej, gdybym grał na jakiejś cholernej wiolonczeli albo czymś takim: mógłbym wtedy dołączyć do jednego z ośmiu milionów zespołów działających w kampusie. Kiedy ludzie mówią „muzyk”, jakoś nigdy nie mają na myśli dudziarza.
Jeśli jeszcze raz usłyszę „muzyk ludowy”, to komuś przyłożę.
W każdym razie od pierwszego do szóstego dnia byliśmy (ja i reszta klasy) „wprowadzani”. Poznawaliśmy miejsca, w ktorych się odbywają zajęcia, jak nazywają się nauczyciele, kiedy w stołówce są podawane posiłki, dowiedzieliśmy się też, że drzwi na czwartym piętrze w moim internacie się zacinają. Piątego dnia wiedziałem już, o co chodzi. Szóstego weszło mi to w nawyk. Siódmego – zacząłem się nudzić.
Tego właśnie wieczora siedziałem w samochodzie mojego brata i słuchałem muzyki – chociaż serwowanej na wściekło – pobrzmiewającej nutą tęsknoty. Przeczytałem gdzieś o tym, jak naukowcy przeprowadzali badanie, w czasie którego jednej grupie szczurów puszczali rocka, a drugiej – muzykę klasyczną. Nie pamiętam szczegółów, ale po kilku tygodniach eksperymentu szczury, które słuchały muzyki klasycznej, spokojnie wspinały się po drabinie kariery i nosiły skarpetki do sandałów, a szczury, którym puszczano rocka, stały się kanibalami i rozrywały się na kawałki. Nie jestem pewien, co miał udowodnić ten eksperyment i nie orientuję się, czego słuchały „rockowe” szczury. Wiem tylko, że gdybym musiał słuchać bez przerwy Pearl Jamu przez dwa tygodnie, to też zjadłbym swojego współlokatora.
Tak czy siak był to na pewno siódmy wieczór, bo miałem siedem znaczków na wierzchu prawej dłoni. Sześć pionowych kresek i jedna pozioma, która je przekreślała. Siedząc w swoim własnym małym świecie o szarym wnętrzu, podkręciłem basy tak bardzo, że czułem je w pośladkach. W internacie obowiązywał nakaz zachowania ciszy, zwłaszcza kiedy uczniowie mieli ćwiczyć, więc trudno było znaleźć miejsce, żeby posłuchać muzyki. To właśnie nazywa się ironia.
Patrzyłem, jak zachodzące słońce zostawia czerwoną smugę za budynkiem internatu. W przeciwieństwie do innych georgiańskich gmachów z kolumnami ten nie rościł sobie jakichkolwiek pretensji do bycia ładnym. Było to zwykłe pudełko z tysiącami niemrugających oczu w postaci okien.
Muzyka w samochodzie grała tak głośno, że z początku nie usłyszałem pukania w okno. Twarz pukającego dziwnie mnie zaskoczyła: okrągła, pospolita, niepewna siebie. To był Paul, mój współlokator, który grał na oboju.
W szkole sądzono chyba, że się dogadamy, bo obydwaj gramy na instrumentach dętych, bo poza tym kompletnie nic nas nie łączyło. Otworzyłem okno.
– Chcesz do tego frytki? – zapytałem.
Paul roześmiał się o wiele głośniej, niż wymagał tego żart, i zrobił minę, jakby był z siebie dumny. Chyba się mnie bał.
– Dobre, stary.
– Do usług. Co tam?
– Szedłem właśnie do pokoju, żeby zrobić… no wiesz. – Pomachał zeszytem, jakby miało mi to coś powiedzieć. – Zadanie z różniczkowania. Nadal chcesz się tym zająć?
– Chcę? Nie. Muszę? Tak. – Ściszyłem radio. Nagle zdałem sobie sprawę, że mimo gorąca mam gęsią skórkę. Wystawiłem rękę na zewnątrz samochodu. Moja podświadomość jasnowidza szeptała w niezrozumiałym języku, zalewając mnie falą zimna, i dyskretnie ostrzegała: „Dzieje się tu coś niedobrego”. Było to uczucie, które uznałem już za przeszłość, bo nie czułem tego od początku wakacji. Zmusiłem się, by spojrzeć na Paula. – Tak, jasne.
Na twarzy chłopaka pojawił się wyraz ulgi, jakby się spodziewał, że mu odmówię. Zaczął paplać o naszym nauczycielu, o różniczkowaniu, o kolegach z klasy. Gdybym nawet nie był skupiony na tym, jak lodowata strużka potu spływa mi po skórze, nie zwróciłbym uwagi na jego gadaninę. Ludzie za dużo mówią; jeśli posłucha się tylko początku i końca, środkiem wypowiedzi nie trzeba się zajmować. Nagle jedno sformułowanie Paula zwróciło moją uwagę, jakby jeden głos oderwał się od pozostałych. Przekręciłem gałkę i wyłączyłem radio.
– Powiedziałeś: „Tak śpiewają zmarli”.
Paul zmarszczył brwi.
– Co?
– Tak śpiewają zmarli. Powiedziałeś to?
Pokręcił stanowczo głową.
– Nie. Powiedziałem: „To śpiewają z nami”. Miałem zajęcia ze śpiewu z nut. Prowadzi je…
Otworzyłem drzwiczki i pokiwałem głową, zanim skończył zdanie. Nawet bez radia słyszałem muzykę. Ciągnęło mnie do niej, była ważniejsza, niż Paul kiedykolwiek mógł się stać.
Spróbowałem dobrać słowa i odezwać się do niego pełnym zdaniem.
– Hej, spotkamy się w pokoju za parę minut, dobra? Za parę minut.
Zupełnie jakby to źle usłyszane sformułowanie: „Tak śpiewają zmarli” otworzyło drzwi, przez które zaczęła dobiegać muzyka. Niecierpliwa nachalna muzyka: wznosząca się molowa melodia z mnóstwem dziwnych archaicznych alteracji. Nucona niskim męskim głosem, który przypominał mi wszystko, co niedostępne. Paul wybąkał słowa zgody, a ja wysiadłem z samochodu, zatrzaskując drzwi.
– Muszę biec – powiedziałem.
– Nie wiedziałem, że biegasz – odrzekł Paul, ale mnie już nie było.
Popędziłem przez parking koło kwadratowych internatów, minąłem Kolegium Yanceya z kremowymi kolumnami i Kolegium Sewarda z fontanną ze śmiejącym się satyrem. Moje trampki klapały po wykładanym kostką chodniku w rytm pieśni, poddając się jej przyciąganiu.
Muzyka przybierała na sile, mieszając się z tą w mojej głowie – tkaniną jasnowidzenia, która dawała orientację, podpowiadając, gdzie jest moje miejsce na ziemi. Brukowany chodnik skończył się, ale ja biegłem dalej, potykając się w nierównej, wybujałej trawie. Czułem się tak, jakbym zeskakiwał z krawędzi świata. Popołudniowe jesienne słońce jaśniało zza pagórków, a ja zdołałem tylko pomyśleć, że jestem spóźniony.
I oto nadszedł – kimkolwiek był – oddalony, ledwie dostrzegalny na wzgórzach. Był właściwie sylwetką, ciemną postacią nieokreślonego wzrostu, zarysowaną na bezkresnym grzbiecie wzgórza oślepiającego złota. Jego ręce były wyciągnięte wzdłuż boków, opadając w dół w geście zdającym się nakazywać ziemi, by znieruchomiała. Zanim oddalił się na tyle, że przestałem go dostrzegać na tle ciemnych drzew, zatrzymał się.
Muzyka brzmiała dalej, była głośna, słyszałem ją jakby w słuchawkach, jakby mój mózg tworzył ją dla siebie samego. Ale teraz już wiem, że nie była skierowana do mnie. Była przeznaczona dla kogoś lub czegoś innego. Po prostu miałem pecha ją usłyszeć.
Czułem się zdruzgotany.
On odwrócił się w moją stronę. Przez dłuższą chwilę stał przodem do mnie. Byłem przykuty do ziemi, zakotwiczony w niej, ale nie przez jego muzykę, która zagłuszała muzykę w mojej głowie i ciagle wzywała: „Rośnij, wstawaj, chodź”, tylko przez jego niezwykłość – przez palce, rozpostarte nad ziemią, jego ramiona, kanciaste, świadczące o sile i niezwykłości, a przede wszystkim przez olbrzymie, sękate poroże wyrastające z jego głowy, rozpościerające się na tle nieba jak gałęzie.
Potem zniknął. Nie zauważyłem jego odejścia i zabrakło mi jego obecności w chwili, kiedy słońce zapadło za krawędź pagórka, pozostawiając świat zmierzchowi. Zostałem, lekko zdyszany, czułem pulsowanie w bliźnie nad lewym uchem. Wpatrywałem się w miejsce, gdzie wcześniej stał. Nie mogłem się zdecydować, czy żałuję, że zobaczyłem rogatą postać i chciałbym wrócić do codzienności, czy wolałbym dotrzeć tu wcześniej, aby się dowiedzieć, dlaczego znowu widzę takie postaci.
Trzeba było wracać do szkoły, ale zanim zdążyłem się odwrócić, coś twardego szturchnęło mnie na wysokości pasa i ledwo utrzymałem równowagę. Właścicielka ciała wydała okrzyk: „O Boże, przepraszam!”.
Głos był znajomy: to Deirdre. Moja przyjaciółka. Czy mogłem ją nadal tak nazywać?
– Nic się nie stało – wydusiłem. – Nie potrzeba mi do życia obu nerek.
Deirdre obróciła się. Miała zarumienioną twarz. Mina zmieniła jej się tak szybko, że zdążyłem zapomnieć, jaka była wcześniej. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Widziałem ją ostatnio w wyobraźni tyle razy – zwłaszcza jej szare oczy dominujące nad drobną twarzą – że dziwnie było zobaczyć ją na jawie.
– James, James! Widziałeś Ich? Musieli przejść tuż obok ciebie!
Byłem zmuszony wziąć się w garść.
– Jacy Oni?
Odsunęła się ode mnie, mrużąc oczy, by spojrzeć na wzgórze, w stronę, gdzie powoli zapadał zmrok.
– Fejowie. Nie wiem… Czterech? Pięciu?
Przerażała mnie totalnie; poruszała się tak szybko, że jej krótko obcięty ciemny kucyk zataczał kółka.
– Dobra, Dee, czekaj, stój spokojnie. Dostanę przez ciebie choroby morskiej. Jak to fejowie? Znowu?
Deirdre zamknęła na chwilę oczy. Kiedy je otworzyła, nie była już taka narwana.
– Głupota. Wariuję chyba po prostu. Mam wrażenie, że widzę Ich wszędzie.
Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. W sumie boleśnie było patrzeć na nią w sposób, o jakim już zapomniałem. Czułem się jakby ktoś wyciągał spod mojej skóry powoli drzazgę. Dziewczyna pokręciła głową.
– Jak można być takim głupkiem? Naprawdę od wieków cię nie widziałam, a już kwiczę w ciągu pierwszych pięciu minut. Powinnam wyłazić ze skóry z radości. Przepraszam, nawet nie miałam okazji się jeszcze z tobą spotkać.
Pomyślałem przez moment, że po „przepraszam” będzie coś jeszcze. Coś głęboko znaczącego, co udowodni, że ona rozumie, jaką sprawiła mi przykrość.
Kiedy się tak nie stało, naprawdę miałem ochotę się naburmuszyć i sprawić, żeby jej było źle, ale nie miałem na to dość odwagi. Zamiast tego przybyłem z pomocą jak szarmancki masochistyczny idiota, którym zresztą jestem.
– Cóż, w folderach stało przecież jak byk, że kampus ma ponad piętnaście akrów. Mogliśmy się tu mijać całymi latami.
Deirdre przygryzła wargę.
– Nie miałam pojęcia, że plan zajęć będzie taki pokręcony. Ale… no… cieszę się, że cię widzę.
Nastała długa niezręczna cisza i zazwyczaj byśmy się uścisnęli. Tak było aż do ostatnich wakacji, aż do Luke’a i mojego SMS-a, o którym żadne z nas nie umiało zapomnieć.
– Ale się opaliłaś – powiedziałem. Kłamstwo, Dee się nie opalała.
Dee niby się uśmiechnęła.
– Ostrzygłeś się.
Przesunąłem ręką po głowie, zatrzymując palce nad świeżą blizną nad uchem.
– Musieli mi ją ogolić, żeby założyć szwy. Zgoliłem całą, żeby było równo. Chciałem sobie wygolić moje inicjały, ale pewnie cię to zdziwi, dopiero wówczas do mnie dotarło, że brzmią one „JAM”, zupełnie jak „dżem”. Upokarzające.
Dee się roześmiała. Absurdalnie, ale sprawiło mi to przyjemność.
– Nawet do ciebie pasuje – powiedziała. Patrzyła na moje ręce i na bazgroły pokrywające je aż do nadgarstków. Nie zostało dużo wolnego miejsca. Chciałem się dowiedzieć, co u niej, zapytać o fejów, o SMS-a, ale nie mogłem powiedzieć niczego ważnego.
– Lepiej do mnie niż do ciebie.
Roześmiała się znowu, nie był to prawdziwy śmiech, ale nie szkodzi, bo tak naprawdę nie chciałem zabrzmieć zabawnie. Chciałem po prostu coś powiedzieć.
– Co wy tu robicie?
Oboje z Dee odwróciliśmy się i stanęliśmy twarzą w twarz z nauczycielką Eve Linnet. To ta od dramaturgii. W słabym oświetleniu przypominała małego bladego ducha. Jej twarz może byłaby ładna, gdyby nie ten grymas:
– To nie jest teren szkoły.
Coś mi nie pasowało, chociaż jeszcze nie wiedziałem co. Linnet przyszła ze strony wzgórz, nie od szkoły. Wysunęła szyję, wydawało się, że dopiero teraz zauważyła Deirdre. Twarz Dee była czerwona, jakbyśmy zostali przyłapani na czymś niewłaściwym.
– Nie wiem, do jakich szkół wcześniej chodziliście, ale tu nie pozwala się na takie zachowanie – powiedziała kąśliwie.
Aż do ostatnich wakacji zażartowałbym jakoś na temat mnie i Dee – że jestem niewolnikiem jej miłości od urodzenia albo że nic się nie dzieje, bo Dee jest uczulona na pewne chemikalia wydzielane przeze mnie. Ale powiedziałem tylko: „To nie to, co pani ma na myśli”.
Wiem, że to brzmiało jak przyznanie się do winy, i ona na pewno też tak pomyślała, bo odrzekła: „Och, tak? To co wy tu robicie?”.
Bingo. Popatrzyłem w stronę wzgórz, a jej wzrok od razu podążył za moim.
– Czekaliśmy na panią.
Dee spojrzała na mnie ostro, ale nie tak jak pani Linnet. Tamta miała zły czy też zalękniony wyraz twarzy. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. W końcu odezwała się:
– Nikt z nas nie powinien teraz tutaj być. Wracajmy do internatu, a ja po prostu zapomnę o całej sprawie. To bardzo zły początek roku szkolnego.
Kiedy pani Linnet odwróciła się, by nas odprowadzić do szkoły, Dee posłała mi pełne podziwu spojrzenie, a potem przewróciła oczami w stronę nauczycielki, co znaczyło: „Wariatka!”.
Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się do Dee. Nie miałem jednak wrażenia, że Linnet ma problem z głową. Może nie tylko ja popędziłem na spotkanie z tamtą muzyką.

przeczytaj fragment książki

Ballada
Taniec mrocznych elfów (miękka)

książka

Wydawnictwo: Illuminatio

Oprawa: miękka

Ilość stron: 320

Dostępność: niedostępny

Nasza cena: 25,36

Cena detaliczna: 29,83

U nas taniej o 15%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń

Przy zakupie 5 egz.
Cena hurtowa:

23,86

Powrót GRATIS! Do każdego zamówienia zakładka mola książkowego!
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (5)

  • Inne wydania

Ballada, Taniec mrocznych elfów - opis produktu:

James i Dee zaczynają naukę w prywatnej szkole muzycznej - Thornking Ash, ale relacje między nimi nie wyglądają tak samo jak przed wakacjami. Blizny Jamesa i złamane serce Dee to pozostałości spotkania z mieszkańcami Faerii - fejami.
Wkrótce w okolice szkoły zaczynają ściągać tłumy fejów, których wiedzie pierwotna potrzeba podążania za tym, kto ma koniczynową dłoń. Jedną z nich jest Nuala - tajemnicza muza, która obdarza śmiertelników inspiracją, ale w zamian odbiera im kilka lat z życia. Tym razem wybrała Jamesa.
Kiedy zaczynają wspólnie komponować piękną balladę, James odkrywa, że pod maską okrutnej zdobywczyni kryje się krucha dziewczyna skazana na wieczne potępienie. Nuala co szesnaście lat ginie spalona na stosie i ponownie się odradza, ale nigdy nie pamięta poprzedniego wcielenia.
Pomiędzy Jamesem i Nualą rodzi się powoli uczucie, ale nieuchronnie zbliża się święto zmarłych, kiedy Nuala ma znowu umrzeć. Czy James zdoła odkryć sposób, aby zmienić jej przeznaczenie? Przed nim trudne wyzwanie, bo na szali oprócz życia Nuali, znajdzie się także życie Dee, której grozi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony Królowej Elfów.

"Ballada" to kolejna część przygód Deirdre i Jamesa - bohaterów "Lamentu" - uwikłanych w intrygi fejów i skazanych na ciągłą walkę z ich mściwą królową. Opowieść podobnie jak poprzednia część została osadzona w realiach współczesnej celtyckiej baśni, a więc czytelnicy mają szansę, aby ponownie zetknąć się z bogatą mozaiką postaci rodem ze świata fejów: dobrych i złych, czasem złośliwych i podstępnych, ale zawsze gotowych, aby pokrzyżować szyki ludziom, wykorzystując ich naiwność i niewiedzę.

Tytuł oryginalny: Ballad: A gathering of Faerie
Tłumaczenie: Karolina Socha-Duśko

Ballada, Taniec mrocznych elfów - wybrana recenzja:

MiłośniczkaKsiążek 15/10/2012
recenzja dotyczy produktu: Książki

Pisarka, artystka, muzyk. Wszechstronnie uzdolniona młoda kobieta mieszkająca wraz z mężem i dwójką dzieci w Wirginii. Zebrała liczne grono czytelników na całym świecie, którzy pokochali ją za jej twórczość. Pisze głównie dla młodzieży. Jej książki wielokrotnie gościły na listach bestsellerów New... (czytaj dalej)

Ballada, Taniec mrocznych elfów - szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Illuminatio
Oprawa:miękka
Okładka:miękka
Wymiary:145x205
Ilość stron:320
ISBN:978-83-624-7609-1
Wprowadzono: 20.10.2011
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Ballada, Taniec mrocznych elfów - recenzje klientów

15/10/2012
recenzja dotyczy produktu: Książka

Pisarka, artystka, muzyk. Wszechstronnie uzdolniona młoda kobieta mieszkająca wraz z mężem i dwójką dzieci w Wirginii. Zebrała liczne grono czytelników na całym świecie, którzy pokochali ją za jej twórczość. Pisze głównie dla młodzieży. Jej książki wielokrotnie gościły na listach bestsellerów New York Timesa, a największą sławę przyniosła jej trylogia "The Wolves of Mercy Falls", która została również wydana na naszym rynku. O kim mowa? Oczywiście o Maggie Stiefvater. Niedawno dane mi było przeczytać, dzięki uprzejmości wydawnictwa Illuminatio, "Lament. Intrygę Królowej Elfów" rozpoczynającą serię "Books of Faerie". Powieść spodobała mi się na tyle, że czym prędzej postanowiłam sięgnąć po kontynuację, "Balladę. Taniec mrocznych elfów". Czy i tym razem lektura przypadła mi do gustu? O tym już za chwilę.

W czasie ubiegłych wakacji James Morgan ledwo uszedł z życiem. To, że nadal może chodzić po ziemi, zawdzięcza swej wieloletniej przyjaciółce Deirdre, która poświęciła życie ukochanego Lukea Dillona, aby móc ocalić najbliższego przyjaciela. Lato dobiegło końca, a James oraz Deirdre znaleźli się w nowej szkole, Thornking-Ash, specjalnej placówce dla wybitnie uzdolnionych muzycznie nastolatków. Po tym, co wydarzyło się w czasie minionych wakacji, stosunki pomiędzy naszymi przyjaciółmi znacząco się ochłodziły. Doszło do tego, że nie potrafią ze sobą nawet otwarcie porozmawiać. Im dłużej to trwa, tym bardziej się od siebie oddalają. Tymczasem w życiu Jamesa pojawia się tajemnicza Nuala, muza ze świata Faerii. Pomaga ona wybranym osobom osiągać szczyty w rozwoju muzycznym, jednak nie za darmo. W zamian za swoje usługi żąda życia... Karmi się twórczą energią wybranych śmiertelników do momentu, aż ich światło gaśnie, a oni zamykają swe oczy na zawsze. Mimo grożącego mu niebezpieczeństwa, James coraz bardziej zbliża się do Nuali. Razem pracują nad pewnym projektem, a czas spędzany wspólnie uświadamia obojgu, że nie są sobie obojętni. Deirdre coś ukrywa przed przyjacielem, przez co on z czasem zaczyna niepokoić się o swoją dawną przyjaciółkę. Widzi, że dziewczyna cierpi, coś ją gnębi i nie daje jej spokoju. Jednak jak ma jej pomóc, skoro nie potrafią być sobie tak bliscy jak niegdyś? Jakby tego było mało w okolicy szkoły pojawia się Cernunnos - król cierni, władca krainy zmarłych. Czy może mieć to coś wspólnego ze zbliżającym się Halloween? Również obecność większej ilości fejów niepokoi Jamesa. Coś wisi w powietrzu. Coś wielkiego i niebezpiecznego. Niedługo naszym bohaterom przyjdzie walczyć o własne życie oraz dusze najbliższych.

Historię poznajemy dzięki narracji pierwszoosobowej zarówno Jamesa, jak i Nuali. Jednak to chłopak wiedzie tu prym. W poprzedniej części wydarzenia śledziliśmy oczami Deirdre. Obecnie odsunięta została ona na dalszy plan, a jej kolejne działania poznajemy głównie dzięki sms-om, które pisze do swojego przyjaciela, a których nigdy mu nie wysyła. To w nich opowiada mu o tym, co się dzieje, co ją dręczy, w czym obecnie bierze udział. Ponownie spotykamy Królową Elfów, zimną i okrutną Eleonor, która znów nieźle namiesza w życiu naszych bohaterów. Powrócił również Luke Dillon, o którym wiemy jedynie tyle, ile jest w stanie zdradzić nam Dee w swych krótkich wiadomościach do Jamesa. Jednak czy to jest aby ten sam Luke? Ten, któremu serce oddała w poprzedniej części Deirdre? Zagadkę tę nasza bohaterka będzie musiała rozwiązać sama. Oprócz Lukea, znów będziemy mieli do czynienia ze złą ciotką Dee, Delią. Jaką tym razem odegra ona rolę w życiu swej siostrzenicy? Nowymi pionkami na szachownicy, oprócz Nuali, jest jeden z nauczycieli Jamesa - Patrick Sullivan, a także współlokator głównego bohatera, Paul. Ta dwójka odegra nie małą rolę w całej opowieści, która kończy się dość zaskakująco dając podstawy ku temu, by sądzić, że to jeszcze nie koniec przygód naszych bohaterów.

Tak jak w "Lamencie. Intrydze Królowej Elfów", tak i tutaj nie zabrakło akcentów zaczerpniętych z mitologii celtyckiej. Najlepszym przykładem jest chociażby wspomniany prędzej Cernunnos, władca świata umarłych, zwany królem cierni. Oprócz niego w powieści przewijają się też inne ciekawe stworzenia zaczerpnięte z legend.

Całość czyta się bardzo szybko. Historia porywa nas już od pierwszej strony i nie daje odejść od książki aż do samego końca. Druga część przygód Deirdre oraz Jamesa jest ciekawsza od tej, którą autorka zaserwowała nam w poprzednim tomie. Język, jakim posługuje się pisarka, jest prosty, jak najbardziej zrozumiały dla czytelnika. Lektura tej książki nie powinna nikomu sprawić kłopotu w jej odbiorze. Tym razem jednak napotkałam się na kilka drobnych potknięć w postaci literówek, jednak jest to już wina jedynie nie dopracowania szczegółów ze strony korektorów.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić wszystkich fanów gatunku fantasy, miłośników legend i mitów do sięgnięcia po tę powieść. Historia stworzona przez autorkę jest na tyle ciekawa, że warto poświęcić jej nieco wolnego czasu, aby móc się z nią zapoznać. Znalazłam w sieci informacje, że pani Stiefvater pracuje nad trzecim tomem serii o Faerii, więc nie pozostaje mi nic innego, jak cierpliwie czekać na jego wydanie na naszym rynku.

29/07/2013
recenzja dotyczy produktu: Książka

Po zakończeniu pierwszej części o Dee i Jamesie od razu zabrałam się za czytanie ,,Ballady?, gdyż dłużej nie mogłam wytrzymać w niepewności. Kolejna część także mi się spodobała, była lepsza pod względem fabularnym, jednak zacznijmy od początku?

James i Dee przebywali w szkole dla muzycznie uzdolnionych, choć tak naprawdę nie uczęszczała tam tylko zwykła młodzież. Dość szybko pewna feja, Nuala, zainteresowała się chłopakiem, zależało jej na jego talencie. On jednak nie dał się jej omamić, co nie znaczy, że spędzali ze sobą mało czasu. Było wręcz przeciwnie, zaczęli się do siebie zbliżać. Tylko gdzie w tym wszystkim było miejsce dla Dee? Czy po zdarzeniu mającym miejsce w pierwszej części ich przyjaźń miała ulec zniszczeniu?

Książkę przeczytałam z ogromną przyjemnością i szybko. Fabuła była ciekawsza, akcja opowiadana była przez Jamesa i Nualę, co bardzo mi odpowiadało. Było także kilka emaili Dee, która do kogoś pisała, czy jednak wiadomo było, kto jest adresatem i czy zostały wysłane? Co było w nich zawarte? Tego musicie dowiedzieć się sami!

Muszę przyznać, że w tym wszystkim brakowało mi Dee. Przez te ponad 300 stron jej wątek był bardzo okrojony, nie pojawiała się prawie wcale. Rolę głównych bohaterów zajęły inne postacie, dzięki którym mogliśmy poznać je bliżej. Nie zabrakło także magicznych istot, a także pewnego rytuału dotyczącego bohaterów.

Autorka zachowała lekki, młodzieżowy styl, który bardzo mi się podobał. Dzięki temu lektura się nie dłużyła, a strony wręcz paliły mi się w rękach podczas czytania książki. Bardzo lubię takie powieści, które szybko się kończą, a w dodatku są ciekawie napisane.

Zakończenie nie jest jednoznaczne, pisarka zostawiła sobie otwarte drzwi do pisania kolejnych części. Mam nadzieję, że kiedyś ukażą się one na polskim rynku. Jeśli tak się stanie z pewnością się z nimi zapoznam, gdyż wiem, że warto. Jestem ciekawa, jak potoczą się dalsze losy Dee i Jamesa.

Książka jest z gatunku fantastyki, jednak nie ma w niej za dużo tych wątków, są one dość mało wymyślne, więc tym bardziej odpowiadało mi takie przedstawienie sprawy. Szkoła także kryła w sobie pewną tajemnicę, a nauczyciele nie byli tymi, za kogo się podawali.

,,Ballada. Taniec mrocznych elfów? to druga część serii autorstwa Maggie Stiefvater, którą można czytać, jako oddzielną pozycję. Polecam miłośnikom fantastyki, podań ludowych, a także nastolatkom, którym książka może przypaść do gustu.

Moja ocena: 9/10

tirindeth(at)wp.pl 22/11/2011
recenzja dotyczy produktu: Książka

Małe wróżki z delikatnymi skrzydełkami sypiącymi złoty pyłek? Może dawniej. Dziś już nikt nie wierzy w takie wydanie fejów. I słusznie – przynajmniej według Meggie Stiefvater. Wszak w jej wykonaniu elfy/fejowie/zielony ludek nie są przyjemnymi stworzeniami, które kryją się wśród zieleni. To przerażające, owładnięte żądzą i namiętnością istoty wielbiące muzykę i taniec. Takie, z którymi my, zwykli śmiertelnicy, nie powinniśmy zadzierać...

I właśnie o tym przekonali się Dee i James minionego lata. Teraz, zapisując się do muzycznej szkoły dla wybitnie uzdolnionych, marzą jedynie o spokoju i wyleczeniu własnych ran – złamanych serc. Dee tęskni za Lukiem, James tęskni za Dee i wydaje się, że spirala tęsknoty nie ma końca. Aż nagle na drodze młodego dudziarza pojawia się tajemnicza piękność imieniem Naula. I wszystko zaczyna się komplikować.

Naula jest jednym z fejów – muzą, która dając inspirację uzdolnionemu muzykowi, żywi się odbieranymi mu latami życia. Teraz jej kolejną ofiarą ma być James. Lecz chłopak nie jest głupi – poprzednia przygoda z elfami nauczyła go ostrożności i także tym razem nie zamierza bratać się ze znienawidzonymi istotami. Ale Naula nie zamierza odpuścić... Tymczasem zbliża się Halloween - czas, w którym wszystko może ulec zmianie, gdy na horyzoncie zamajaczy sylwetka rogatego króla, władcy umarłych...

Autorka postanowiła urozmaicić swoją serię, tym razem przedstawiając wydarzenia z punktu widzenia Jamesa Morgana. Mamy więc przeplatającą się narrację pierwszoosobową głównego bohatera z narracją Nauli, która odgrywa w historii niezwykle znaczącą rolę, a pomiędzy tymi rozdziałami - króciutkie wiadomości od Deirdre. Ich sposób patrzenia na rzeczywistość i słownictwo zgotowało czytelnikowi nie lada gratkę – współczesna, często potoczna mowa urzeczywistnia wydarzenia i sprawia, że są realistyczne.

James przyciągnął moją uwagę już w pierwszej części – Lamencie, lecz dopiero w Balladzie możemy go naprawdę poznać. To niesamowicie intrygująca i tajemnicza osobowość, jedyna w swoim rodzaju. Jego humor, cynizm, a także brak poszanowania dla społecznych norm sprawiają, że jest ciekawym i świeżym przykładem na to, iż czasem wystarczy odrobina wyobraźni, by stworzyć bohaterów naturalnych – z krwi i kości. I choć pojawia się także dosyć niecodzienna postać Sullivana i irytująca Naula - nikt nie potrafił wzbudzić we mnie takich emocji, jak James. Dee natomiast... oj z Dee dzieją się tym razem dziwne rzeczy. O ile w tomie pierwszym była znośna, w kolejnym jest denerwująca ponad normę! Ale może to i dobrze – dzięki temu przy lekturze Ballady nie ma mowy o nudzie.

Wydawałoby się, że wszystko kręci się wokół trójkącika: Dee – James – Naula, lecz nie jest to jedyny i najważniejszy motyw fabuły. Muszę jednak przyznać, że momenty poświęcone uczuciom postaci niezmiernie mnie wzruszyły i wydawały się takie... realne. Momentami czułam w sobie wszystko to, o czym mówił James – jakby były to także moje emocje, moje problemy. Myślę, że tu wracamy do punktu wyjścia – czyli świetnie wykreowanej sylwetki głównego bohatera. To właśnie dzięki cesze prawdopodobieństwa czytelnikowi łatwiej jest wczuć się w sytuację i wyciągać z jego przygód to, co najcenniejsze.

Jest też minus – mianowicie ogólnikowe potraktowanie wydarzeń: niedopowiedzenia, brak wyraźnego zarysowania finisażu książki. Po lekturze ma się wrażenie, że coś pominęliśmy, że czegoś brakuje – może autorka zechce kontynuować historię? Może wyjaśni nam kilka istotnych kwestii, które zostały jedynie zarysowane? Z jednej strony byłoby to wskazane, z drugiej – może czasem sami musimy sobie dopowiedzieć własne, alternatywne zakończenie, które nas wszystkich usatysfakcjonuje. Tu już wybór należy do Was.

Czy książkę polecam? Jak najbardziej! Ta część jest dużo lepsza od pierwszej – przede wszystkim ze względu na niesamowitą, barwną postać Jamesa i jego narrację nie stroniącą od uszczypliwych, kąśliwych uwag i niezwykle trafnego nakreślenia sytuacji, w jakiej się znalazł. Daję więc 4,5/6 i liczę na to, że i Was oczaruje ten szalenie intrygujący młodzieniec!

black.coffee(at)interia.eu 18/11/2011
recenzja dotyczy produktu: Książka

"Ballada" to książka zdecydowanie ciekawiej napisana, niż "Lament" i oceniam ją o kilka punktów wyżej. Pojawiło się wszystko, czego brakowało mi w poprzedniej części: jest więcej fejów, przy czym postacie te są znacznie bardziej wyraziste; lepiej też zbudowano cały nastrój.

Głównymi bohaterami "Ballady", a zarazem narratorami są James i Nuala. On, utalentowany dudziarz z niewyparzonym językiem, zawsze gotów do wygłoszenia sarkastycznego komentarza; ona - demoniczna muza, pół człowiek pół feja, równie charakterna, co tajemnicza. Historia opowiadana przez tę dwójkę jest zatem pełna humoru, dynamiczna i interesująca od pierwszej, do ostatniej strony. <

Osoby które nie czytały "Lamentu" nie powinny mieć kłopotów z "Balladą", ale mimo wszystko zdecydowanie rekomenduję najpierw przeczytać pierwszą część, ponieważ historia opowiedziana w "Balladzie" stanie się wówczas w pełni zrozumiała, a niektóre niuanse nabiorą ostrości.

Polecam lekturę, nie tylko dla młodzieży, ale również dla troszkę starszych odbiorców.

krainka13(at)interia.pl 3/11/2011
recenzja dotyczy produktu: Książka

Burzliwe wydarzenia minionego lata wreszcie dobiegły końca i choć starcie z Królową Elfów skomplikowało przyjaźń między Deirdre a Jamesem, oboje mogą odetchnąć z ulgą. Przynajmniej na moment, bowiem tłumy fejów zbierające się wokół Thornking-Ash nie próżnują. Ktoś przyciąga te złośliwe i brutalne stworzenia do prywatnej szkoły muzycznej, do której zaczęli uczę[...] James i Dee. Tylko kto?

Początkowo wszystko wydaje się być normalne, na tyle, na ile normalne może być życie jasnowidza, który niemal pożegnał się z życiem. Ale wkrótce, wraz z pojawieniem się pierwszego feja, wszystko zaczyna się zmieniać. James, który stara się wyprzeć ze swego umysłu istnienie stworzeń osnutych zapachem koniczyny, nagle na swojej drodze spotyka tajemniczą Nualę, która w zamian za inspiracje, odbiera swoim utalentowanym ofiarom życie &#8211; czasem tylko kilka lat, a czasem wykorzystuje ich do ostatniego tchnienia. Czy James będzie jej kolejną ofiarą?

&#8222;(&#8230;) była na tyle człowiekiem, by być nieszczęśliwa jako feja, i na tyle fejem, aby wszystkie zalety bycia człowiekiem były jej niedostępne.&#8221;

Początkowo Nuala próbuje skusić Jamesa obietnicą wielkiej sławy i talentu, jednakże z czasem zdaje sobie sprawę, że chłopak jest zbyt uparty, by zgodzić się na jej warunki. Dlatego próbuje podstępu, zsyłając na niego inspirację podczas snu. James, mimo sztuczek Nuali, wciąż twardo trzyma się swojego postanowienia &#8211; wydarzenia ostatniego lata nie dają mu zapomnieć o tym, jak kończą się kontakty z fejami. Jednakże mimo uporczywej pamięci między Jamesem a Nualą tworzy się jakąś nieprawdopodobna więź. Dziewczyna przestaje traktować Jamesa jak potencjalną ofiarę, z której może wyssać życie &#8211; wręcz przeciwnie, zaczyna dostrzegać w nim coś więcej, coś, co sprawi, że będzie chciała przed nim odkryć swoje ludzkie oblicze oraz najskrytszą prawdę o sobie samej.

Ale co z innymi fejami, które krążą wokół Thornking-Ash? Co z rogatym królem, który wciąż i wciąż przywołuje Jamesa swoją pieśnią? Co z nową, żądną władzy Królową Elfów, która w brutalny sposób chce przejąć kontrolę nad światem fejów? I dlaczego w to wszystko najbardziej wplątana jest Dee?

&#8222;Ballada. Taniec mrocznych elfów&#8221; autorstwa Maggie Stiefvater to kontynuacja jej poprzedniej powieści p.t. &#8222; Lament. Intryga Królowej Elfów&#8221;. Tym razem bardziej rozwinięty jest wątek Jamesa (z czego niezmiernie się cieszę, ale o tym później), przyjaciela Deirdre, który w poprzedniej części niemal stracił życie. W &#8222;Balladzie&#8221; chłopak kolejny raz wmieszany jest w sprawy fejów, znów otrze się o śmierć, a co więcej, będzie musiał uratować życie bliskich mu osób. Podjęcie decyzji nie będzie należało do najłatwiejszych&#8230;

Zaczynając od początku, muszę przyznać, że &#8222;Ballada&#8221; jest dużo lepsza od swojej poprzedniej części &#8211; chyba właśnie dzięki Jamesowi, który jest moim faworytem w tejże serii. W &#8222;Balladzie&#8221; mamy wszystko to, czego w &#8222;Lamencie&#8221; zabrakło &#8211; napięcie jest stopniowane a punkt kulminacyjny trwa wystarczająco długo, by móc się nim nacieszyć. W części tej nie ma również żadnych ewidentnie pourywanych wątków, z którymi mieliśmy do czynienia w części poprzedniej.

Moim zdaniem, głównym atutem tej części są wyraźnie zarysowane, mocne, główne postacie, czyli James i Nuala. James już wcześniej był moim faworytem &#8211; przez swoją arogancję, pewność siebie, sarkazm i cięty dowcip. I choć czasem jest nieco zarozumiały i zadufany w sobie, zauważyć można, że wszystko to jest tylko przykrywką, pod którą skrywa prawdziwe ja, które przepełnione jest tęsknotą za Dee. James ma wszystko to, czego brakowało Lukowi. Nuala natomiast jest trochę jak żeński odpowiednik Jamesa &#8211; równie uszczypliwa i sarkastyczna, co chłopak, ale mimo wszystko, gdzieś w głębi skrywała swoje wrażliwe oblicze. Bardzo przyjemnie było patrzeć na starcia tych dwóch osobowości - nie brak tutaj momentów iskrzących emocjami.

Jeśli chodzi o fabułę, to również jestem bardzo na tak. W &#8222;Balladzie&#8221; mamy więcej fejów, więcej ich mrocznego świata, który niesamowicie przyciąga &#8211; w szczególności, że wcześniej nie miałam przyjemności poznać tych stworzeń. Jak już wspominałam, akcja jest dynamiczna, a mimo tego napięcie dawkowane jest stopniowo, co sprawia, że lekturę czyta się z zapartym tchem i niesamowitym zainteresowaniem. Szczerze przyznam, że jestem bardzo ciekawa, czy autorka przewidziała kolejną część, bowiem zakończenie jak najbardziej na to wskazuje.

Podsumowując: &#8222;Ballada. Taniec mrocznych elfów&#8221; jest lekturą, którą osobiście polecam. Może to chwilowe zaślepienie silnymi charakterami Jamesa i Nuali, ale tak czy owak, przeczytanie tej książki było dla mnie czystą przyjemnością, dlatego piszę o niej z takim zachwytem. Sprawdźcie na własnej skórze (a może stosowniej byłoby powiedzieć &#8222;oczach&#8221;?), czy Wam również ta książka przypadnie do gustu. Ja natomiast, z niecierpliwością czekam na dalsze losy bohaterów!

A! Byłabym zapomniała &#8211; zauważyłam, że nie brak w niej literówek &#8211; ale to przecież tylko drobny mankament ;)

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Czarna Madonna

R. Mróz

książka

25,87 zł taniej -35%

Wilcze Leże

A. Pilipiuk

książka

27,87 zł taniej -30%

Czereśnie zawsze muszą być dwie

M. Witkiewicz

książka

23,93 zł taniej -35%

Maggie Stiefvater - przeczytaj też

Przebudzenie króla Tom 4

M. Stiefvater

książka

33,90 zł taniej -15%

Grzesznik

M. Stiefvater

książka

20,74 zł taniej -48%

Ciekawe pomysły Gandalfa

książka

35.35 zł

taniej -29%

Ballada o Czarownicy

Opowieść o niewinnej miłości w czasach, gdy spełniały się przepowiednie i najokrutniejsze sny. Rok Pański 1241 - zło nadchodzi od wschodu, całą chmarą, jak szarańcza. Piekielna nawałnica tartarska pochłania rozbitą na dzielnice Polskę. Kraj tonie we krwi. Wizje św. Jadwigi z Bożej łaski księżnej śląskiej wskazują na nadchodzący koniec świata. Wojnę o...

książka

26.50 zł

taniej -28%

Ballada o przestępcach

Średniowieczna Anglia i dwóch chłopców, którzy będą musieli stoczyć walkę o przeżycie. W drodze do Londynu wędrowna trupa zostaje napadnięta przez szajkę bezwzględnych łotrów. Dochodzi do masakry, z której uchodzi z życiem dwóch chłopców: ośmioletni Gilbert i dwunastoletni William. Bandyci zabierają dzieci do podlondyńskiej mieściny, gdzie chłopcy...

książka

41.55 zł

taniej -15%

Ballada

To historia, którą opowiada kilka osób po kolei. Każdy dodaje coś od siebie, ale nie pomija nic z tego, co już zostało opowiedziane. Ta ballada mówi o tym, co przez kilka dni pewne dziecko napotykało w drodze ze szkoły do domu. A także o tym, jak jego mały świat nagle stał się bardzo duży. To historia stara jak świat: każdego dnia zaczyna się od nowa....

książka

15.96 zł

taniej -50%

Ballada o kapciach

"Tę książkę powinna była napisać moja mama. To jej zawdzięczam opowieść o pradziadku, który woził bryczką panią dziedziczkę gdzieś pod Sochaczewem (i tak naprawdę nie był moim pradziadkiem). Historię Andzi, która z pomocą żydowskiego szynkarza uciekła za ukochanym do Ameryki. I jej trzech sióstr, które przed niespełna stu laty zamieszkały na...

ebook

3.97 zł

taniej -20%

Ballada - epub Literatura dawna

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów. Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca,...

film

16.69 zł

taniej -32%

Ballada o kluczu

Współczesna ballada o dwojgu młodych ludziach, którzy poszukują miłości. Historia opowiedziana z dystansem i odrobiną czarnego humoru - o świecie, jaki powinien być, o świecie marzeń, w którym liczy się miłość, prawda i dobro. Akcja rozgrywa się w dużym mieście. Teresa - kelnerka w barze kanapkowym - tęskni za wielką prawdziwą miłością. Robert - właśnie...

Brak list życzeń:

Utwórz

zamówienie tradycyjne
Brak produktów w koszyku
Brak produktów w koszyku
Łączna wartość zamówienia: 0 zł0 zł
Dostawa i płatność › Płatność ›
rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: