rozwiń
rozwiń
zwiń
zwiń
wpisz minimum 3 znaki
Anioły i świnie w Berlinie!
ocena: 5, głosów: 1
 

Fragmenty

przeczytaj fragment książki
Anioły i świnie w Berlinie!

Anrath bei Krefeld

Na początku lat osiemdziesiątych Republika Federalna importowała z Polski kilka pociągów młodych, żądnych przygody i dobrobytu ludzi. Wywieziono ich do małej miejscowości Anrath w okolicy Krefeld, aby tam uczynić ich użytecznymi dla znużonego dobrobytem i monotonią, łaknącego świeżych wrażeń niemieckiego społeczeństwa. Wywiezieni – a znalazł się wśród nich co najmniej jeden kobiecy i jeden męski kiełboluda - otrzymali status późnych przesiedleńców i wszczęli stosunkowo beztroski żywot stypendystów Otto Benecke Stiftung, pobierających codziennie naukę języka niemieckiego, a co miesiąc pięćset marek w banku. Ulokowano ich w byłym szpitalu Krankenhaus oraz internacie dla pielęgniarek Schwesternheim. W obu niewyremontowanych budynkach odstraszało, w czym wyrażał się ambiwalentny stosunek administracji niemieckiej do sprowadzonego materiału ludzkiego, więc przesiedleńcy bardzo się bali. Skuleni w swych obskurnych pokoikach dodawali sobie otuchy oglądaniem co wtorki serialu „Denver-Clan”, a co czwartki „Dallas”, którego główną bohaterką była pozbawiona skrupułów Alexis. Nie należy lekceważyć ani wyszydzać tego zwyczaju, gdyż telewizja była jedyną okazją do zdobycia pewnych minimalnych kwalifikacji z zakresu języka i kultury niemieckiej, chociaż z drugiej strony trzeba przyznać, iż stypendyści doskonale się bez tych kompetencji obywali. Niemniej jednak większość z nich zainwestowała pierwsze swe wypłaty w miniaturowe telewizory kolorowe, w których dobrodusznie uśmiechał się Rudi Carell, dudniły hitparady, rześko podskakiwały kobiety w kolorowych getrach. Nieustającym popytem wśród wychowanej w nędzy polskiej młodzieży cieszyły się również aparaty fotograficzne. Stęsknieni za pozostawioną w kraju rodziną stypendyści wpychali się sobie nawzajem na kolana i zapstrykiwali się na zabój. A byli i tacy, którzy już wówczas mogli pozwolić sobie na nabycie samochodu marki „Manta” i zapieprzanie po ulicach miasteczka z ośmioosobową, kwiczącą załogą na pokładzie. Z tego też względu dochodziło niekiedy do kolizji i zatargów z policją miasta Anrath bei Krefeld, która do przybyszy z Polski, podobnie zresztą jak do niemalże wszystkich cudzoziemców, zwracała się per „ty”, przeciwko czemu Alois von Wysoki, najodważniejszy z grupy i prawdopodobnie kiełboluda, pewnego razu kategorycznie zaprotestował. Wzbudził tym głęboką konsternację nie przywykłych do takiego typu interakcji przedstawicieli państwa niemieckiego, używających słowa „cudzoziemiec” nierzadko w formie obelgi. Zresztą Alois w ogóle z urzędnikami miał się na bakier. Zagadnięty kiedyś na granicy, czy przewozi broń, odburknął „ja”, gdyż spodziewał się pytania o paszport, i tak też kwestię funkcjonariusza zrozumiał. Wyszarpnięty z Manty odważnie plunął Niemcowi w twarz, po czym w kajdankach odprowadzony został do aresztu. Zagniewany powtarzał, ja go zabiję, tego idiotę, oraz wołał pomocy słowami „tłumacz, tłumacz”, co mylnie zinterpretowane zostało jako próba porozumienia się w języku angielskim (too much), zawierająca krytykę ilości stosowanych wobec niego represji. Podobnie niecenzuralnie wyrażał się Alois o niejednym niemieckim pracowniku administracyjnym typu Hausmeister czyli cieć, wykonującym powierzoną mu pracę z typową dla swej grupy zawodowej nadgorliwością. Jednemu z nich przygadał nawet, iż jest nieludzki, co na długo zapadło niemieckiemu mężczyźnie w pamięci.
(...)

Francuz w Berlinie

Wkrótce zaś z rozpędu i rozpaczy wpadła w romans z Francem o przezwisku Francuz, nie wyplątawszy się jednak z sieci łączących ją ze starym Düpplem, przyjacielem Polski i Polaków, pochłoniętym budowaniem mostów między narodami. Przeprowadziła się nawet do Berlina, tłumacząc zrozpaczonemu mężowi, iż zazdrość w świetle filozofii i religii dalekowschodnich to tylko jedna z naszych ludzkich ułomności, wynikająca z arogancji ego, niezbędny etap na drodze duchowego rozwoju. Cierpiała i żałowała Düppla bardzo, nie mogła jednak oprzeć się Francuzowi, który bądź co bądź wyzwolił ją ze szponów zblazowanej Sigrid i uświadomił własną wartość. W Niemczech zaś w międzyczasie zaszło kilka decydujących zmian. Padł mur kamienny, podczas gdy mentalny miał się całkiem dobrze. Kohl zapewniał, że nikt nie będzie nic ponosił, podczas gdy do portfeli obywateli zaczęło podstępnie wpełzać euro. Nastąpiła gwałtowna i nieuczciwa rozbiórka byłej NRD. Gisela zamieszkała w blokowisku w centrum świeżo posklejanego Berlina, gdzie spotkało ją wiele zadziwiających i zatrważających przeżyć. W mieście tym, jak ostrzegał ją znajomy ksiądz, bezkarnie buszowały biesy. Pierwszej nocy wyrwał ją z łóżka szalejący w korytarzu gość. Walił do drzwi, krzyczał: „Otwierać, otwierać, muszę srać”. To znowu z mieszkania obok ktoś wyrzucił przez okno całe świeżo wyjęte z automatu pranie. Podkoszulki i slipki, poszarpane przez wiatr i poszarzałe, na całe lata zawisły na gałęziach drzewa i powiewały jak zbutwiałe chorągwie. Nic nie pomogły wciąż ponawiane próby ściągnięcia ich stamtąd za pomocą długiego, zepsutego karnisza. Wielokrotnie wyprowadzano stąd kogoś w kajdankach. A pewnego razu do mieszkania Giseli wpadła zziajana, uzbrojona policjantka, by skorzystać z telefonu, gdyż impulsywna sąsiadka z Jamajki próbowała rzucić się z balkonu, zaniepokojona losem uprowadzonego przez tatę dziecka. Zuzia, adoptowana córka Giseli, zdecydowała wówczas, że też zostanie policjantką. Kiedy zaś dziecko Jacky zgubiło się naprawdę, a Gisela je znalazła i przywiodła, Jacky nie okazała najmniejszego wzruszenia. Kim naprawdę była Jackline, Gisela nie wie do dziś. Raz obstawała przy tym, że jest pastorem, innym razem, że stewardessą, jeszcze innym, że zrobiła w Wiedniu doktorat z weterynarii. Czasem wydawała jej się kukłą, nakręconą przez kobieco-cudzoziemski los. Przed południem opowiadała w telewizji, jak zoperowano jej biust, w nocy dobiegały Giselę jej ekstatyczne krzyki rozkoszy, gniewu, uniesienia. A kiedy raz Gisela niespodziewanie spojrzała jej w twarz, dostrzegła tam własny strach.
Tego wszystkiego w Bochum jednak nie było. Ten Berlin naprawdę był zasrany. Wszędzie wdeptywało się w psie gówna, wszędzie coś śmierdziało, wszędzie coś burzyli i budowali, klęli, podnajmowali, otwierali, zamykali, wszędzie świntuszyli, bębnili, śpiewali, żebrali, podnosili ceny mieszkań, lodów, basenów miejskich i kar bibliotecznych, opędzali się od muzykujących w pociągach komórek, organizowali projekty, fundusze, spotkania dla samotnych tatusiów, śniadania dla poturbowanych mężów, terapie dla dyskryminowanych heteroseksualistów, koncerty dla psów i kotów, kluby kiełboludów, akcje protestacyjne dla działkowiczów i święta lata dla mieszkańców oficyn czynszowych. Mnożyły się okazje do zbliżeń między narodami, konferencje przeciw stereotypom, chóry lesbijek i innych kobiet; burmistrz ogłaszał, że nie jest pedałem i że tak jest dobrze. Wszędzie gorączkowo oszczędzano na ubożejących obywatelach i garściami wyrzucano kasę na image potężnej stolicy. Pomału przestawano pić mleko z kawą w wielkich misach i nosić siermiężne sandały. W modę wchodziła Shakira, Christina Aguillera i latte macciato, wszędzie roiło się od ekspresów do espresso, spadających z tyłka spodni i rudych warkoczy młodych studentek zapieprzających rowerem na Friedrichshein i Neukölln, na Marienplatzu w Kreuzbergu rezydowała dłuższy czas wybitna polska pisarka, na Torstrasse Klub Polskich Nieudaczników ponosił oszałamiający sukces, nieopodal marzły manekiny. (Udające, rzecz jasna, prostytutki. Wszystko dla atrakcji.) Każdy kto chciał być brany na serio meldował się na jakiś casting i dołączał do procesji prącej na Mitte i Prenzlauer Berg. Tylko w Wilmersdorfie świat odznaczał się jako taką stabilnością. Bystre jeszcze dziewięćdziesięciolatki, wdowy po sprawcach i ofiarach, o ruchach kanciastych jak podrygi marionetek, domagały się uporczywie należnych im uprzejmości w rodzaju przeprowadzenia przez ulicę i eskortowania do S-bahnu, i Francuz (miał tam bowiem własne mieszkanie, w którym pił) musiał robić straszne uniki, by nie zostać przez nie przechwycony. Zaś pod oknem Giseli na Kreuzbergu kwitł w największym spokoju, wśród bawiącej się w piasku latorośli, złowrogi handel narkotykami, a jakiś młody Turek w otoczeniu kilku lasek snuł nocami niekończące się rytmiczne monologi, o tym, że jest obcokrajowcem i mieszka w strasznym bloku, gdzie ciągle znajdują nowego wisielca, które po pewnym czasie Gisela zidentyfikowała jako jedne z przejawów świętującego triumfy hip-hopu.

Alois w Szczecinie

Wszystko to było zasrane, lecz barwne i Gisela, pocieszana przez bezrobotnego Francuza czuła się po japońsku – jako tako. Co jakiś czas odwiedzała kuzyna Aloisa w Szczecinie, aczkolwiek włączające się tam bez przerwy alarmy samochodowe oraz piosenki, które nocami dobiegały do okien jej gościnnego pokoju, na przykład o dwumetrowej pałce policjanta, napawały ją jakimś metafizycznym lękiem, a nawet swego rodzaju przerażeniem. Sam Alois był nieustraszony. Kiedy pewnej nocy mordowano kogoś w ogrodzie sąsiada i znajdujący się w śmiertelnym niebezpieczeństwie człowiek wołał „pomocy, mają nóż”, Alois, jako jedyny z całego szeregu, słynnego z rywalizacji o najbardziej zamerykanizowany ogród, wyrwał na balkon i utyskiwał na cały głos: „Cholera, co za dranie, zadepczą cały ogród Jurka!”, podczas gdy sąsiedzi cichaczem wzywali policję. Alois urządził się dobrze. Dom miał strzeżony, zaopatrzony w kamery i alarm, nieraz wywoływano go z urlopu, bo jakiś pająk wplątał się w czujniki. Wracając do Polski młody, dynamiczny mężczyzna podjął jak najbardziej słuszną decyzję. Miał teraz sklep, firmę celną, komórki z bajerami, citroeny, wizytówki, dom szeregowy, aparat cyfrowy, rozglądał się za jeziorem. Gisela uwielbiała go odwiedzać, tym bardziej, że miał też w domu żonę, dzieci i cały zwierzyniec, a od czasu, jak plakaty w Geilenkirchen zastępowały jej rodzinę, Gisela żywiła dla zwierząt ogromny szacunek i sentyment, chociaż, sama nie wiedziała dlaczego, dręczyły ją one w snach w niepokojący sposób. Śniło jej się bowiem, być może pod wpływem faktu, iż córka jej więziła w domu dwie myszki-skoczki pustynne o imionach Małysz i Dużysz, że notorycznie wpycha jakieś wyrośnięte zwierzęta do klatek, a to świnki morskie wielkości świń prawdziwych, a to lisa ubranego w krótkie spodenki w kratkę na szelkach, a to żywego misia pluszowego w sportowej koszulce, którego brała pod pachy i zapewniała, iż w terrarium będzie mu dobrze, a potem przyciskała metalowymi kratkami. Bywało, że widziała myszki, rozbiegające się po całym mieszkaniu, więc je uporczywie łapała, lecz nie potrafiła utrzymać ich w rękach - albo jej się wymykały, albo ściskała je tak, że się dusiły, i zachodziła obawa o zgon. Wiele razy dyskutowała o tym z nową psycholog i wspólnie doszły do wniosku, iż Gisela nie umie zaakceptować upływu czasu, że chce zdusić i zatrzymać przeszłość, uwięzić potok życia. Że w związku z tym jest sparaliżowana, zahamowana, unieruchomiona, że powinna poddać się rzece czasu, nie trzymać się kurczowo tego co było, nie rozważać, nie ratować tego, co nie jest do odratowania, bo zastygnie w słup kamienny niczym żona Lota. Wkrótce potem Gisela doszła jednak do wniosku, że obsesyjne sny symbolizują jeszcze coś innego, że to ona sama wpycha siebie do klatek, że są dwie Gisele, ta z żywego mięsa, obdarzona zwierzęcym instynktem życia i wolności, i ta kiełbasiana, urobiona, strzegąca narzuconej formy. Pojęła, że jest więźniem i strażnikiem jednocześnie. Zawdzięczała to lekturze Clarissy Pinkoli Estés.

Anioły i świnie w Berlinie!

książka

Wydawnictwo: Forma

Oprawa: miękka

Ilość stron: 72

Dostępność: niedostępny

Nasza cena: 13,35

Cena detaliczna: 15,71

U nas taniej o 15%

dodaj do przechowalni dodaj do listy życzeń

Przy zakupie 5 egz.
Cena hurtowa:

12,57

Powrót
  • Opis

  • Szczegółowe informacje

  • Recenzje (0)

  • Inne wydania

Anioły i świnie w Berlinie! - opis produktu:

`Brygidzie Helbig udało się stworzyć żywą postać bohaterki, wplątać ją w wartki tok wydarzeń, a całej historii w brawurowy sposób nadać atmosferę rodem z najbardziej szalonych dzieł literatury polskiej: w Aniołach i świniach w Berlinie znajdujemy echa Witkacego i Bruno Szulca, narrację atmosferycznie zagęszczoną i zmysłową. Przy tym książka ta jest tak śmieszna, że polecam ją niniejszym jako antidotum na jesienne depresje.`
Dorota Danielewicz-Kerski, Radio Multi-Kulti, Berlin

`Znawca realiów niemieckich, zwłaszcza młodych Polaków pojawiających się w Niemczech w trudnych dla Polski latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, szukających sposobów na przeżycie, nową egzystencję, a nawet karierę w kraju sąsiadów (nadal wrogów?), odnajdzie w książce Helbig wiele z prawdy tamtego czasu, aż po aluzje do wydarzeń najświeższej daty.` Piotr Roguski, Zarys

`Anioły i świnie. W Berlinie! Brygidy Helbig to surrealistyczna opowieść rozpięta pomiędzy dwoma stopniami - nad i pod człowiekiem. (...) Jest tu kompulsywne jedzenie ciast śliwkowych i tortów tiramisu, jest depresja, zaczytywanie się poradnikami i samotność, której jedynym świadkiem jest ekspres do kawy oraz powoli stygnący termofor. To jednak nie wszystko, na czytelnika czeka jeszcze berlińska apokalipsa, która zaczyna się od produkcji przezroczystych kosmetyczek dla drogerii Rossman, a kończy się, jakby to ujął francuski poeta: kończy się to aniołami z płomienia i lodu.` Sandra Śnieg, Lampa

`W ostatniej dekadzie PRL-u z Polski wyjechało ponad milion rodaków, jedna piąta - z wyższym wykształceniem. Ówczesna literatura tworzyła rozproszoną epopeję owej fali w ciemnych barwach. Brygida Helbig pisze inaczej. (...) Ta książka to radosny moment dla literatury. Najpierw dlatego, że otwiera nową serię prozatorską. Przede wszystkim zaś dlatego, że oto przybyła osoba, która uznała nas za wystarczająco inteligentnych i dowcipnych, aby opowiedzieć nam swoją historię. Byłoby świetnie, gdyby od czasu do czasu wracała z kolejną.` Przemysław Czapliński, Gazeta Wyborcza


`Anioły i świnie. W Berlinie! to nie tylko zgrabna riposta na niemieckie poczucie wyższości, to również próba odnalezienia własnej tożsamości, czy to pisarskiej, narodowościowej, czy - a może przede wszystkim - indywidualnej, osobowej. Wyśmiewanie ograniczających nas form ukazuje odwieczny konflikt człowieka między wolnością a powinnością.Nieustannie miotająca się pomiędzy tymi dwoma biegunami Gisela daje nam jednocześnie nadzieję: bo kto powiedział, że nie można się unieść na skrzydłach z kiełbasy?` Renata Sierocińska, Nowe książki


Brygida Helbig (Brigitta Helbig-Mischewski, ur. w 1963 r. w Szczecinie), literaturoznawczyni i pisarka. Od 1983 mieszka w Niemczech, początkowo w Bochum, a od 1995 roku w Berlinie. Wydała Wiersze Jaśminy (1997) oraz powieści: Pałówa (2000) i Anioły i świnie. W Berlinie!! (2005). Jest także autorką książki o Marii Janion (New Age Diskurs..., 1995). Najnowszą publikacją z zakresu literaturoznawstwa jest wydana w języku niemieckim monografia Płaszcz z gwiaździstych zamieci. Transgresja płciowa i szaleństwo w tekstach i w biografii Marii Komornickiej (2005).

Anioły i świnie w Berlinie! - szczegółowe informacje:

Dział: Książki
Wydawnictwo: Forma
Oprawa:miękka
Wymiary:180x180
Ilość stron:72
ISBN:83-922577-0-7
Wprowadzono: 13.11.2007
i zgarniaj nagrody napisz recenzję

Anioły i świnie w Berlinie! - recenzje klientów


Podobał Ci się ten tytuł? Zainspirował Cię? A może nie zgadzasz sie z autorem, opowiedz nam o tym, opisz swoje doznania związane z lekturą.

Książkowe bestsellery z tych samych kategorii

Życie na wynos

O. Rudnicka

książka

23,05 zł taniej -30%

Czereśnie zawsze muszą być dwie

M. Witkiewicz

książka

25,77 zł taniej -30%

Deniwelacja Trylogia z komisarzem ...

R. Mróz

książka

27,87 zł taniej -30%

Duchowe życie zwierząt

P. Wohlleben

książka

24,36 zł taniej -30%

Brygida Helbig - przeczytaj też

Inny od siebie samego

B. Helbig

książka

33,92 zł taniej -15%

Enerdowce i inne ludzie

B. Helbig

książka

18,46 zł taniej -26%

Hilfe

B. Helbig

książka

16,87 zł taniej -15%

Brak list życzeń:

Utwórz

W koszyku:
0 produktów
/ 0,00 zł

przejdź do koszyka

rozwiń
Wpisz numer
Swojego zamówienia (xxxxxx/rrrr)
Sprawdź

Powiadom kiedy produkt będzie dostępny

Wpisz swój adres e-mail: